piątek, 8 lipca 2011

Śladami mrocznych legend i opowieści. Duch samobójcy.

Jeszcze pół godziny temu była upalna noc, jednak teraz nagle temperatura powietrza spadła o 10, nawet 15 stopni w dół. Zza horyzontu wlekła się monotonnie ciężka fałda mrocznej, brzęczącej chmury. Od czasu do czasu, jednak teraz coraz częściej widać było w niej jasnoniebieskie przebłyski. Zapowiadało się na burzę. Widząc co się dzieje, wzięliśmy ciężkie plecaki na plecy i postanowiliśmy schronić się nieopodal małego wzgórza, obrośniętego drzewami iglastymi. Nie było to bezpieczne miejsce, ale do miasta mieliśmy jeszcze trochę drogi, a widząc, że wielki bałwan błyskającej chmury nieubłaganie wlecze się coraz szybciej, woleliśmy nie ryzykować.


W każdej chwili mógł przecież spaść deszcz, a kto wie, może nawet grad? W końcu już od dwóch tygodni  żar słońca dawał się we znaki. Widać to chociażby po trawie, która straciła swój naturalny kolor zieleni, ustępując jesiennym barwom żółci i brązu. To przez suszę. Założyliśmy skafandry przeciwdeszczowe i słysząc nagle wielki grzmot skuliliśmy się do siebie. Wiatr zaczął przybierać na sile, wprawiając w ruch każde, nawet solidne drzewo. Nagle usłyszeliśmy niepokojące szeleszczenie za plecami. To było nic innego, jak ściana deszczu, która teraz właśnie  uderzyła w nas z mocną siłą. Grzmi, błyska, wieje, leje...

Nagle, niespodziewanie znad przeciwka ujrzeliśmy kogoś. Ni stąd ni zowąd pojawił się przed nami. Możliwe, że stał przez cały czas, tylko dopiero teraz ujrzeliśmy go w blasku błyskawicy. Kto to był, czego od nas chciał...? Pewnie to też turysta, który zboczył ze szlaku. Zawołaliśmy go, ale chyba nie usłyszał, bo nie podchodził do nas. Nic dziwnego, w końcu deszcz zasuwał na tyle mocno, że nie słyszeliśmy nawet własnych myśli. Do tego bębnienie grzmotów. W blasku błyskawicy, która wręcz oślepiała oczy, nieznajomy wyglądał nieco strasznie i mrocznie i zdawało się, że za każdym razem, kiedy znów światło błyskawicy oświetlało otoczenie, zbliża się do nas. Kiedy już stał ok. 10 metrów przed nami mogliśmy przypuszczać, że to jednak nie KTOŚ, lecz COŚ. Podczas kolejnej porcji światła błyskawicy ujrzeliśmy przed sobą postać kościotrupa owiniętego w biały płaszcz. Teraz każdy z nas odruchowo zaczął nerwowo mamrotać pacierz pod nosem, zastanawiając się, czy to sen, czy jawa oraz co teraz z nami będzie... 
Niektórzy sądzą, że duch zdesperowanego samobójcy pozostaje na miejscu tragicznego zdarzenia i nawiedza miejsce, w którym postanowił zakończyć swój egzystencjalny byt. Ile w tym prawdy? Tego nie wie tak naprawdę nikt. Jednakże przeglądając niektóre strony poświęcone zjawiskom paranormalnym można przeczytać relacje dotyczące osób, które doświadczyły obecności ducha, który okazuje się później duchem samobójcy...
Tym właśnie krótkim wstępem pragnę zapoznać Was z miejscową legendą dotyczącą ducha samobójcy, który w postaci upiornego kościotrupa nawiedza swe miejsce zbrodni- niewielką górę znajdującą się pomiędzy Starachowicami a Wąchockiem, zwaną pospolicie Zarżniętą Górą. Jak się okazuje, jej specyficzna nazwa  ma związek z miejscową legendą...
Okoliczności powstania legendy o Zarżniętej Górze i duchu samobójcy.
Niewielka, bo mierząca zaledwie 240,3 m n.p.m góra znajdująca się pomiędzy miejscowością Starachowice a Wąchock (świętokrzyskie) to piaszczyste wzgórze, całkowicie pokryte drzewami iglastymi. To właśnie miejsce stało się okazją do wzniesienia ok. 1800 roku małego kościółka na cześć Św. Rocha. Świątynia została całkowicie ufundowana przez mieszczanina, niejakiego J. Szerszeniewskiego, jednakże nie cieszyła się zbyt długo sławą, bowiem 2 czerwca 1838 roku z niewyjaśnionych powodów, syn fundatora kaplicy dokonał profanacji świątyni i na ołtarzu pozbawił siebie życia poprzez poderżnięcie sobie gardła dwoma brzytwami. Po tragicznym wydarzeniu kościół oddano do rozbiórki, a wzgórze, na którym miał znajdować się kościółek zwykło się nazywać Zarżniętą Górą. Od kilkuset lat po dziś dzień mówi się, że miejsce to nawiedzane jest przez ducha młodzieńca, który przybiera postać kościotrupa owiniętego w białe płótno. Nawiedza każdego, kto śmie wejść na górę, stanowiącą odwieczne miejsce pokuty zdesperowanego samobójcy. Jak głoszą podania, kto ujrzy zjawę, powinien w jej intencji odmówić modlitwę.
Legenda, jakich wiele...
Czy ktoś widział w ogóle kiedykolwiek kościotrupa, błąkającego się po upiornym wzgórzu? Trudno sobie to jakoś wyobrazić i uznać za coś normalnego. Takie obrazy zwykliśmy oglądać po drugiej stronie szklanego ekranu, jednakże nie w rzeczywistości. Oczywiście, przedstawiony na początku opis sytuacji nigdy nie miał miejsca. Został wymyślony przeze mnie na podstawie legendy o duchu samobójcy, którą możemy przeczytać w różnych zbiorach opowiadań o legendach świętokrzyskich. Jednakże, jak każda opowieść, legenda, również i ta ma w sobie pewne przesłanie i nie wzięła się ot tak sobie. Zawiera co prawda pewne wydarzenia, które gdzieś tam miały pewnie faktycznie miejsce, jednakże sam fakt błąkającego się bezczynnie ducha samobójcy- tym bardziej, że w postaci upiornego kościotrupa wydaje się być tylko fikcją. W końcu legenda to połączenie pewnych historycznych wydarzeń (tu: wybudowanie kościoła, profanacja i rozebranie zabytku) z nutką mistycznych i fantastycznych elementów (opowieści o duchu samobójcy ukazującego się w postaci upiornego kościotrupa). A skąd właśnie wziął się ten wątek z duchem samobójcy? Wydaje  się, że może to mieć związek z ówczesnymi poglądami  społeczeństwa wobec śmierci samobójczej. Samobójstwo w oczach wielu z nas kojarzy się z czymś niemoralnym, sprzecznym wręcz z ludzkim popędem do przetrwania i zachowania życia, postępowaniem, które niewątpliwie związane jest z osobistą, tragiczną niejednokrotnie sytuacją życiową człowieka. Dziś możemy to wytłumaczyć osobistymi predyspozycjami jednostki do zachowań autodestrukcyjnych, oraz pewnymi sytuacjami negatywnymi, które mogą okazać się bodźcem do zachowań suicydalnych (tzw. syndrom suicydalny- nałożenie się w krótkim odstępie czasu kilku traumatycznych wydarzeń, które mogą zwiększyć ryzyko targnięcia się na własne życie). Dziś motywy takich działań można więc łatwo (choć niekiedy niestety niekoniecznie) wyjaśnić, jednak w zamierzchłych czasach samobójstwo (poza samobójstwem męczeńskim, które dla pierwszych chrześcijan traktowane było jako droga do zbawienia) traktowano jako ciężki grzech sprzeczny bowiem z piątym przykazaniem- nie zabijaj, samobójcę więc uważano za niegodnego zbawienia, często także kuszonego przez samego diabła. Dlatego też niejednokrotnie ciało suicydenta chowano w różnych innych miejscach, tylko nie na cmentarzu. Często ciała palono, porzucano na pastwę losu, chowano w miejscu śmierci. Można przypuszczać, że taki stosunek do samobójcy to już przeszłość i średniowieczne myślenie już minęło, jednakże czasem mentalność ludzka ciągle pozostaje pierwotna. Nawet w XIX w., kiedy poglądy na samobójstwo ulegały powoli zmianie to niestety stosunek społeczności (zwłaszcza tych z małych osiedli i wiosek) pozostawiał wiele do życzenia. Tak więc jeśli sądzono, że samobójca jest niegodny zbawienia, toteż zwykło się mówić, że dusza desperata pozostaje na ziemi w celu pokuty za własne morderstwo, często w miejscu swej tragicznej śmierci. Można więc przypuszczać, że tego typu opowieści o duchach samobójców miały na celu przestrzeganie żywych przed nieodpowiednim, impulsywnym zachowaniem- zachowaniem, które może czasem całkowicie zniszczyć najważniejszą zdaje się wartość, jaką niewątpliwie jest dar życia. Opowieści o obrzydłej, strasznej zjawie miały nie tyle wystraszyć, co uświadomić, że po samobójstwie dusza nie opuści miejsca tragedii i nie dozna spokoju nawet po śmierci.
Uwagi do artykułu:
Artykuł zainspirowany został legendą napisaną przez pana Bogusława Kułagę, autora opowiadań pt. "Legendy z powiatu starachowickiego". Resztę informacji zaczerpnąłem z następujących stron internetowych:
http://b.1asphost.com/Custer/wachock.html
http://www.katolik.pl/index1.php?st=artykuly&id=1226

6 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawa legenda i równie ciekawy art ja opisujący., Szkoda, że nie ma relacji świadków (o ile tacy istnieją?). Fakt -niby tylko legenda - jednak te przecież zawierają w sobie ziarnko prawdy. Nie od dziś wiadomo, że samobójstwo nie jest najlepszym rozwiązaniem i bardzo często dusze osób, które targnęły się na swoje życie, nie mogą zaznać spokoju i błąkają się (najczęściej w miejscu swojej śmierci). Nie jest to oczywiście reguła, ale takie stwierdzenie istnieje we wszystkich religiach świata.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawa legenda naprawdę. Tak apropo's zastanawia mnie, czy możliwe jest, aby po nagromadzeniu negatywnych emocji w jakimś miejscu (np. właśnie poprzez samobójczą śmierć lub morderstwo) miały tam rzeczywiście miejsce zjawiska paranormalne... Od dawna czytamy, słyszymy o miejscach, w których ludzie źle się czują, doświadczają wizji, aparaty pomiarowe rejestrują zmienne warunki i nie wiadomo dlaczego właściwie tak się dzieje. Interesujące jest to, czy ktoś umierając w ten sposób może pozostawić w świecie rzeczywistym jakikolwiek ślad... Super artykuł, czekam na kolejny i pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Strasznie zaciekawiła mnie ta historia, jestem ze świętokrzyskiego, te rejony są bardzo blisko od miejscowości gdzie mieszkam, tak szczerze mówiąc do wąchocka, albo Starachowic to jakbym się uparła to bym dojechała na rowerze:), ale o istnieniu takiej góry jak dotąd nigdy nie słyszałam. Rzeczywiście, jeżeli chodzi o świętokrzyskie, to wiele miejsc wiąże się z legendami. Pełno jest niewysokich wzniesień, które teraz porasta najczęściej las, a kiedyś należały do jakiegoś właściciela, często te wzniesienia nazywane są przez miejscową ludność imieniem lub nazwiskiem właściciela, czasami też nazwa pochodzi rzeczywiście od jakiegoś wydarzenia, które miało miejsce tak dawno, że nie wiadomo już co jest prawdą, a co fikcją, wynikiem ludzkiej wyobraźni, przekazów ustnych. Tak tworzą się niesamowite historie i legendy, ale jak wiadomo w każdej legendzie jest ziarnko prawdy. Także wiele starych kościołów posiada swoje mroczne historie i tajemnice. Wielu miejsc nie odnajdziemy na mapie, bo nazwy nadawane są umownie, przez miejscową ludność. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. O proszę:) na udanego również mógłbym tam dojechać rowerem:) Także jestem ze świętokrzyskiego i mieszkam stosunkowo niedaleko Starachowic:P. Jeśli znajdę chwilę czasu to nawet zrobię sobie wycieczkę rowerową tam i pocykam kilka zdjęć:) Ale na chwilę obecną mam zaplanowaną inną wycieczkę rowerową- kierunek- Bodzentyn i mała sesja zdjęciowa przy ruinach tamtejszego zamku:) Pozdrawiam i dziękuję za komentarz:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Byłam nawet niedawno w Bodzentynie, ale tamtejszego zamku niestety nie miałam okazji zobaczyć z powodu braku czasu :(

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam nadzieję, że zdjęciami się jakoś na stronie podzielisz :) Chętnie obejrzę :)

    OdpowiedzUsuń