środa, 6 czerwca 2012

Recenzja: Coś na progu (nr 1, marzec-kwiecień 2012)

Dziś polski rynek cierpi na niedostatki w zakresie magazynów w pełni oddanych szeroko pojętej grozie i kryminałowi. Obok filmowej grozy, czy literatury poświęconej temu zagadnieniu przydałby się taki "wypełniacz" dostarczający mocnych wrażeń i wielu ciekawych oraz interesujących informacji. I właśnie takim wypełniaczem był choćby magazyn Lśnienie, który niestety nie przeszedł próby przetrwania i ostatecznie znikł z półek sklepowych, czy nawet Detektyw, który swą tematyką oscyluje wokół tematyki kryminalnej. Ten właśnie ostatni trzyma się nawet dobrze. Na przeciw oczekiwaniom wielbicieli grozy i kryminału wyszło wydawnictwo Dobre Historie, które w marcu tego roku wydało dwumiesięcznik "Coś na progu". Jeszcze przed sięgnięciem po lekturę tego czasopisma źle wróżyłem tego typu przedsięwzięciom, gdyż u nas, tzn. w Polsce z grozą szeroko rozumianą jest trochę na bakier. Poza tym w dobie Internetu i mody na tzw. e-ziny, czyli internetowe czasopisma (np. Grabarz Polski) wielu "wygodnych" czytelników woli właśnie taką nowocześniejszą formę przekazu informacji. Dlatego też wydanie nowego czasopisma grozy w formie papierowej było nie lada wyzwaniem. Tym samym byłem niezmiernie ciekaw, czy twórcy "Cosia" mu podołali. I wiecie co? Dali radę...
Zanim przejdę do omówienia wnętrza "Cosia" najpierw kilka słów o zewnętrznej skorupce, czyli oprawie graficznej. Po pierwsze- format. Czasopismo przybrało minimalne rozmiary A5, dzięki czemu zmieści się do każdej, nawet najmniej pojemnej torby czy plecaka. Tym samym nie sprawi nam kłopotu- zawsze możemy go wziąć ze sobą na nudny wykład, czy ciężką, długą podróż. W jakiej byśmy nie byli sytuacji, jedno jest pewne- w niczym nam nie zawadzi. Czasopismo wzorowane jest na popularnych w latach 20. i 50. ubiegłego wieku pulp magazynach. Aż miło wziąć do ręki, otworzyć i posmakować minionych czasów, kiedy rządziły niesamowite historie zapisane w pulp magazines. Poczuć to "coś".
Zostawmy w spokoju szatę graficzną, przejdźmy do zawartości merytorycznej, a ta, ostrzegam, nie do końca każdemu może przypaść do gustu. Dla mnie zadowalające jest to, że każdy numer poświęcony został tematyce przewodniej, a w przypadku marcowo-kwietniowej, premierowej odsłony czasopisma, twórczości H.P.  Lovecravt'a, którego w zasadzie wstyd nie znać. Jeśli jednak znajdzie się laik, który na wspomnienie o jego twórczości robi wyłupiaste oczy i wzrusza ramionami, "Cosia" można mu zaproponować przede wszystkim jako uzupełnienie wiedzy o pewne, cenne z resztą ciekawostki. Po więcej należy sięgnąć do innych źródeł. W zasadzie nie mam nic przeciwko takiej skondensowanej treści, przecież to jest czasopismo, a nie jakaś tam obszerna encyklopedia, która pomieści wszystko. Sięgając po "Cosia" powinniśmy o tym pamiętać. W ramach głównej tematyki omawianego przeze mnie numeru zaproponowano nam kilka artykułów oscylujących wokół twórczości Samotnika z Providence i jego wpływie na kulturę popularną. Poczytamy więc trochę o nieśmiertelności jego prozy, o listach i esejach, o grach „Munchkin Cthulhu” czy kostkach „Cthulhu Dice” oraz o tym, jak twórczość HPL'a wpłynęła na świat komiksów. Czyli dostaniemy tutaj wszystkiego po trochu. Najbardziej smakowitym kawałkiem tortu okazał się dla mnie artykuł traktujący o echach prozy Lovecravt'a w świecie muzyki. Przedstawiono w nim treściwe zestawienie twórczości różnych kapel na przestrzeni lat, które inspirowały się osobą samotnika z Providence oraz jego prozą.
Wielbiciele historii niesamowitych zostaną uraczeni dwoma opowiadaniami- pikantną i zaskakującą opowieścią "Makak" Edwarda Lee oraz tajemniczymi "Engramami Szatery" Stefana Grabińskiego. W dziale proza- poezja zamieszczono również "Prastary szlak" H.P Lovecraft'a. Co prawda jest co czytać, ale miłośnika opowiadań grozy te trzy propozycje (wliczając poezję HPL-a) nie zaspokoją- na pewno będzie czuł niedosyt i pragnienie sięgnięcia po więcej. A więcej opowiadań nie będzie, bo zaraz po "Engramach..." wkraczamy w strefę kryminału, która przywita nas artykułem poświęconym osobie Borysa Akunina parającego się powieściami detektywistycznymi. Na kolejnych stronach będzie czekał dość obszerny materiał traktujący o  szwedzkim pisarzu powieści kryminalnych Henning'u Mankell'u oraz wciągający wywiad z medykami sądowymi, którzy udowodnią, że fikcja literacka i filmowa niekoniecznie idą w parze z szarą rzeczywistością, a praca na miejscu zbrodni wcale nie jest taka łatwa i szybka, jak to zwykło się pokazywać w popularnych serialach detektywistycznych. Oprócz wyżej wymienionych propozycji otrzymamy również materiały poświęcone nowemu gatunkowi literackiemu, jakim jest bizarro, legendzie wampirzycy Carmilli o lesbijskich popędach czy grozie w anime. Zakończenie pierwszego numeru stanowią dwa felietony- Marcina Wrońskiego oraz Bartosza Czartoryskiego.
Jakie wrażenia? Dostaliśmy czasopismo oscylujące wokół grozy, kryminału oraz niesamowitych opowiadań, dlatego też taka rozszerzona tematyka może trafić w większą pulę odbiorców. Mój początkowy sceptycyzm trochę został zgaszony i lekko musnęło optymizmem. Dostaniemy tutaj wszystkiego po trochu, co sprawia, że po lekturze odczuwamy mimo wszystko głód i niedosyt. Ale z racji tego, że  "Coś na progu" ma w sobie po prostu to "coś", co wciąga, warto jednak zaryzykować i wziąć się za lekturę tego pisma. Dla fanów grozy czy kryminału jest to wręcz pozycja, obok której nie można tak po prostu przejść.
Nazwa magazynu: Coś na progu
Numer: 1 (marzec-kwiecień 2012)
Tematyka: groza, kryminał, opowieści niesamowite
Wydawnictwo: Dobre Historie
Cena: 8.90
Autor: Konrad
Dziękuję Wydawnictwu Dobre Historie za przesłanie egzemplarza do recenzji.

1 komentarz:

  1. Dali radę, oj dali ;) Też byłam sceptyczna, choć z trochę innych powodów - dla mnie Lśnienie z 2009 było kompletnym rozczarowaniem i po pierwszym numerze nie miałam zamiaru kupować kolejnych wydań. Także Cosia zamawiałam z lekkimi obawami. Ale naprawdę warto - znacznie lepszy pomysł, znacznie lepsze wykonanie i więcej polotu w tym wszystkim, po prostu. Już pierwszy numer prezentuje się naprawdę świetnie, więc jestem dobrej myśli, pozostaje czekać, aż redakcja rozkręci się na całego :)

    OdpowiedzUsuń