niedziela, 7 kwietnia 2013

Recenzja: The Haunting in Connecticut 2: Ghost of Georgia (2013)

Seans horroru, który chciałbym omówić po dłuższej przerwie, do udanych nie należał. Film Toma Elkinsa nie spełnił moich oczekiwań, choć te też nie były jakieś wygórowane. Po prostu liczyłem na pospolity, szablonowy, acz ciekawie przedstawiony horror o duchach. Nawet tego nie otrzymałem. Bynajmniej nie w satysfakcjonującym stopniu. Przez cały czas wpatrywałem się w ekran monitora w celu wyszukania jakichś ciekawych elementów fabuły, interesujących zwrotów akcji, czegokolwiek na czym można by zawiesić oko. Poza kilkoma ciekawszymi momentami, seans przeleciał mi jednak koło nosa z prędkością światła całkowicie niezauważalnie, nie pozostawiając po sobie praktycznie żadnych pozytywnych wrażeń.

Historia, jak wiadomo z pierwszych napisów pojawiających się na początku filmu, rzekomo została oparta na faktach. Powoli zaczynają mnie już bawić napisy pokroju "baset on the true story", a jeszcze zabawniejsze okazują się reakcje naiwnych widzów, którzy po obejrzeniu filmu szturmują wszelakiej maści fora internetowe w celu poznania prawdy i rozwikłania zagadki, która nie daje im spać po nocach. "Czy ten film faktycznie jest na faktach autentycznych?"- zapytała mnie kiedyś znajoma. Oczywiście moja reakcja na ten jakże poplątany i beznadziejny wyrazowy twór była dokładnie taka, jakiej pożąda się w przypadku kontaktu z osobą o wątpliwych zdolnościach do racjonalnego myślenia: "a wiesz, że mój ogródek zamieszkują świętokrzyskie skrzaty? Serio, takie z bródkami i spiczastymi, czerwonymi czapeczkami". Dałem jej do zrozumienia, że czas najwyższy by wziąć się za fraki, mocno sobą potrząsnąć i się wreszcie ogarnąć, bo czasy dzieciństwa, kiedy człowiek myślał, że buka i Gargamel istnieją w rzeczywistości, bezpowrotnie minęły. Jak widać nie każdy jest w stanie oddzielić "faktów" od fikcji przedstawionej na szklanym ekranie, ubarwionej przecież wybujałą wyobraźnią scenarzystów, reżyserów, czy choćby speców od efektów specjalnych. Nie neguję "prawdziwości" tego, co zostało pokazane w tym filmie, ale nie dajmy się też zwariować. Słowa "oparte na faktach" lepiej rozumieć jako "zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami". I wtedy wszystko będzie jasne.
Wracając do fabuły. Nikogo nie powinno zdziwić to, że film nie reprezentuje już sobą niczego nowego. Wyciska i czerpie soki z najpopularniejszych produkcji o duchach, nawiedzonych posiadłościach i niewinnej rodzinie zmagającej się z siłami niematerialnymi. To już było, ale nie zachowujmy się też jak jakiś niewyżyty profesor maglujący wykończonego po imprezie studenta w trakcie egzaminu z logiki- nic nie poradzimy na to, że szablonowość niektórych produkcji kaleczy gałki oczne. Tak to już jest z tą naszą współczesną filmową grozą, że dziś trudno osiągnąć jakiś pierwiastek innowacyjności a zwłaszcza w filmach pokroju ghost story. Choć jak na to nie patrzeć, schematyczność filmu nie zawsze musi iść w parze pod rączkę z nieudacznictwem i totalną klapą całej produkcji. Wystarczy trochę pomyśleć, potrząsnąć makówką i szablonową fabułę przyozdobić ciekawymi, intrygującymi wątkami oraz scenami, które nie dadzą później w nocy spać nie tyle już wiernym fanom wspomnianej buki, ale również widzom wymagającym czegoś więcej od filmu. Jak widać nie każdego na to stać...
Tutaj postanowiono zmienić rodzinną tragedię, z jaką borykają się nowi mieszkańcy posiadłości usytuowanej w gęstych lasach stanu Georgia (przy okazji: tytuł filmu jest tak cholernie pokręcony jak zacytowana tutaj wypowiedź mojej znajomej. Po polsku oznacza tyle co "nawiedzenie w Connecticut. Duchy w Georgii"- ręce opadają...). W jedynce (The Haunting In Connecticut, 2009) była choroba nowotworowa Matta i alkoholizm jego ojca, co w fabułę wplatało wątki dramatyczne, przyciągające uwagę i stanowiące jakiś ciekawy dodatek do głównej tematyki filmu- czyli nawiedzenia. W drugiej części historia rodziny Wyricków w ogóle nas nie interesuje- nie wiemy o nich tak naprawdę niczego konkretnego i widać gołym okiem, że twórcy postanowili olać ciepłym moczem wątki które w jakiś sposób mogłyby przykuć uwagę widza, jakoś go zainteresować, nie wiem- dać z liścia, obudzić z sennego letargu i powiedzieć "zobacz, teraz na ekranie dzieje się coś wywrotowego i przełomowego dla akcji filmu". No tak, niby rodzina boryka się z problemami natury psychicznej Lisy, która widuje dziwne rzeczy, co według niej trzeba leczyć, ale już w pierwszych minutach filmu widać, że to nie jest do końca prawdą. Początkowe sceny filmu przewijające się przez ekran, pełne wizjonerskich wiraży, w których widzimy podejrzane cienie i tajemnicze postaci każą domniemać, że wizje nie do końca będą efektem ludzkiej wyobraźni. Poza tym, jak się okaże chwilę później, zdolności do postrzegania pewnych niematerialnych bytów są w rodzinie przekazywane z pokolenia na pokolenie i dręczą również córkę (małą Heidi) i siostrę kobiety (Joyce). No, myślę, że więcej nie należy opisywać, bo nie chodzi tu o spojlerowanie, a o ogarnięcie filmu i odpowiedzenie na pytanie: czy warto sięgnąć po tę produkcję, czy trzymać się od niej z daleka. Odpowiedź, póki co, wciąż brzmi negatywnie: nie warto.
Kolejny argument, dlaczego nie warto? Ano, na wywrotowe akcje przyjdzie nam trochę poczekać (taa, jednak kilka się znajdzie), ale kiedy już się pojawią, to znikają momentalnie i nie zrobią na widzu większego wrażenia. Strach i napięcie budowane jest za pomocą jump scenek, jednak groza ulatnia się z nich szybko niczym para wodna. Głównymi sprawcami takiego stanu rzeczy są główni bohaterowie i ich idiotyczne momentami zachowania- kiedy coś w końcu zaczyna się dziać, my łapiemy głęboki oddech i kurczowo trzymamy się fotela w oczekiwaniu na ciekawą scenkę, i wtedy natychmiast u naszych protagonistów uaktywnia się debilizm, a z nas uchodzi powietrze i ostatecznie opadamy na fotel niczym zużyty balon, zwieszając głowę na ręce... To psuje atmosferę, napięcie szlag trafia i górę biorą debilne zachowania bohaterów, nie groza. Przykładowo: kto z Was siadłby za kierownicą i wjechał w gęsty las w poszukiwaniu własnej córki? Pamiętajmy, że wszędzie panuje nieprzenikniony mrok, dookoła dzieją się niewytłumaczalne zjawiska, a my trzęsiemy portkami ze strachu. No tak, zachowanie takie można wytłumaczyć bakiem rozumu w obliczu zagrożenia, ale czy tak trudno sobie przekalkulować na szybko, że próba wjechania w głąb lasu szybko skończy się pierdzielnięciem w pierwsze lepsze drzewo?
Wiele do życzenia pozostawia aktorstwo, odgrywane trochę na siłę, nie do końca przekonująco. Abigail Spencer mogłaby spokojnie robić za sosnę w lesie, odegrała tę rolę zbyt drętwo jak na jedną z kluczowych postaci w filmie, choć widać, że momentami próbowała jednak walczyć z tą swoją aktorską kreacją- jak dla mnie jednak bezskutecznie. Katee Sackhoff odgrywająca siostrę Lisy też wypadła blado, podobnie z resztą jak rola Chada Michaela Murray'a- mimo, że pojawiają się często, to na dobrą sprawę nie wnoszą nic nowego w fabułę, latają sobie po prostu w tę i we w tę, by okazać jakiekolwiek oznaki aktywności. Emily Alyn Lind jako mała Heidi również jakoś do mnie nie przemawia. Z drugiej strony trudno dziwić się aktorom, skoro daje się zauważyć braki i niedociągnięcia w scenariuszu, któremu brakuje werwy, jakiegoś polotu, czy potencjału, który można by z powodzeniem wykorzystać. Momentami denerwuje również wyrwana jakby z innego filmu ścieżka dźwiękowa (pomijając sceny kluczowe dla horroru), ale to tak na marginesie.
Czy jest w ogóle cokolwiek w tym filmie, na co można by zwrócić uwagę? Oj ciężko, naprawdę ciężko. Za dużo tutaj niedociągnięć, wszystko jest jakieś takie bezpłciowe, rozmyte i bez polotu. Być może kogoś zainteresuje historia nawiedzonego miejsca (sama w sobie dość ciekawa), kilka scenek, w których robale, karaluchy i tłuste, żółte larwy wysypują się z ust niczym sypki ryż, czy tych kilka nastrojowych momentów utrzymanych w odcieniach czarno-białych lub w sepii, ale to jednak za mało, by móc uznać ten horror za dobry. Ot, to taki kolejny amerykański film grozy o duchach, który summa summarum łba nie urywa. W porównaniu z pierwszą, udaną częścią, dwójka nadaje się na jeden seans, a następnie do odstawki. Żywię nadzieję, że nikomu nie przyjdzie na myśl stworzenie kolejnych części, gdzie tym razem będziemy mieli do czynienia z "nawiedzeniem  w Connecticut, a duchami w Honolulu"...

Tytuł oryginalny: The Haunting in Connecticut 2: Ghost Of Georgia
Tytuł polski: -
Rok produkcji: 2013
Gatunek: Horror nastrojowy
Czas trwania: 1 godz. 40 min.
Reżyseria: Tom Elkins
Autor: Konrad

3 komentarze:

  1. Dalej będę powtarzać swoje - schematyczność wcale nie musi być wadą, ba, czasem w schematyczności tkwi cały urok. Trik polega na tym, żeby schemat wykorzystać, nie bezmyślnie powielić.

    Zresztą nieszczególnie łapię nazywanie tej produkcji częścią drugą i sugerowanie, że ma się to jakoś do "Udręczonych". Ot, wprowadzanie widza w błąd.

    W przypadku "jedynki" oryginalna historia była znacznie ciekawsza i poza fajerwerkową końcówką, scenarzyści nie musieli wnosić wielu poprawek (rak Matta, alkoholizm ojca - true story). Wyrickowie byli zupełnie przeciętni i poza historią domu nie mieli absolutnie nic ciekawego do zaproponowania, co też Coggeshall próbował nieudolnie naprawić dorzucając wątek paranormalnych zdolności Lisy. Wyszedł absurd, co poradzić.

    Ale widzę, że zastrzeżenia mamy takie same ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. No niewiele ma to wspólnego z pierwszą częścią, poza pierwszym trzonem tytułu. Myślę, że to taki chwyt marketingowy. Nawiązanie do pierwszej części poprzez tytuł miałoby rzekomo obiecywać podobną, albo nawet lepszą jakość, co jak widać nie wypaliło. No i masz rację- szablonowość nie wadzi i tak jak napisałem, nie musi oznaczać totalnej klapy. Jeżeli jest przedstawiona w ciekawy sposób. W efekcie otrzymaliśmy film dość przeciętny z dziwnym tytułem i niezbyt przekonującą rodziną. Chociaż są tacy, którzy uważają ten film za lepszy w porównaniu do poprzednika. Cóż, są gusta i guściki a o gustach się nie dyskutuje :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się z Wami. Uwielbiam ghost story, ale na tym filmie naprawdę się wynudziłam. Jest jakiś taki nijaki zupełnie. Jakby nakręcony na siłę, aby zbić kasę na sukcesie części pierwszej.

    OdpowiedzUsuń