czwartek, 31 października 2013

Żniwa białych wdów (opowiadanie)

UWAGA!
Treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich lub nadwrażliwych.
Zaginione opowiadanie Reginy, stworzone latem 2009 dla Konrada.
Odnalezione i przepisane z rękopisu jesienią 2013.
Z dedykacją dla Arkadiusza i Izabeli, oraz z podziękowaniami dla Dawida i groźbami karalnymi pod adresem Konrada, a przynajmniej z żądaniem jakiejś drobnej łapówki (nie ukrywajmy tego, myślę tu o alkoholu).
Не ведьма, не колдунья
Явилась в дом ко мне,
А летним днем испить воды
Зашла случайно смерть
- Czy wy nie umiecie się na chwilę zamknąć. – Powiedział Maciek, wyraźnie zmęczony i zdenerwowany.
- O co ci chodzi? – Odpowiedziała spokojnie Marysia. – Masz kaca? – Podała mu butelkę mineralnej i spojrzała na zegarek. Faktycznie, trochę go suszyło, ale nie to było powodem jego stresu. Zastanawiał się czy na pewno dobrze zrobił rozstając się z nią i zaczynając związek z Anką.
Marysię znał od zawsze, była taka zwyczajna i nudna przy zawsze wesołej i radosnej Ani. Teraz im bliżej poznawał Anię tym mniej go interesowała i nawet brzydsza się zaczęła wydawać, a Marysia w tej czerwonej cieniutkiej sukience była taka śliczna.
 Ania pojawiła się gdy Marysia była w drugiej klasie liceum. Nie miała nikogo, nowa w mieście, przeprowadziła się z Klimontowa. Zaczęła gadać z Marysią i wszędzie za nią chodzić. Na samym początku, kiedy Marysia ich sobie przedstawiła zdawało mu się, że jej nie lubi, że wcale nie podoba jej się towarzystwo Ani, ale ta nie rozumie aluzji, że ma się odczepić. Wiedział, że od razu wpadła Ani w oko. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale przed tym jak zaczęli ze sobą chodzić była inna. Teraz cały czas gadała, obgadywała Marysię, gdy ta tylko się odwróciła. Podobno widziała ją z jakimś nowym facetem, podobno bardzo przystojnym, całowali się, obejmowali… Nie wierzył w to. Przecież za dobrze ją znał. Mówiła mu o wszystkim, a już na pewno powiedziałaby mu gdyby kogoś miała.
Marysia wcale się nie wściekła, kiedy powiedział jej, że chce być z Anią, że ją zdradził. Myślał, że to dlatego, że tak mało dla niej znaczył, że to tak jak mówiła Ania, czują do siebie tylko przyjaźń i są ze sobą z przyzwyczajenia, nie miłości. Nawet jeśli było między nimi jakieś uczucie, to już dawno się wypaliło. Znali się od podstawówki, chodzili ze sobą od gimnazjum, chociaż ona poszła do najlepszego liceum w mieście, on do zawodówki. Nigdy nie dała mu odczuć, że to jej przeszkadza. Nie przeszkadzało jej też to, co ludzie mówią o jego rodzinie. Wiedział, że czego by nie zrobił, wszyscy zawsze będą tak na niego patrzeć. Matka, lekko upośledzona alkoholiczka, on i trójka jego młodszego rodzeństwa. Wszyscy z tym samym wpisem w akcie urodzenia „Ojciec N.N.”. Maciek był zdolny i dostałby się do liceum, ale musiał przecież pracować. Ania jakby tego nie rozumiała, chciała by poszedł do zaocznego liceum i z nią na dzienne studia, do Warszawy. A jego rodzinę znów eksmitowali. Całe życie z baraku, w którym biegały wielkie szczury, do baraku, w którym szczury zdechły już z głodu. Nawet nie marzył o studiach, a co dopiero w stolicy. Marysia miała zamiar iść na studia do miasta oddalonego o niecałe sto kilometrów, wyjeżdżać i wracać do niego w każdy weekend. On zawsze czuł, ze kiedyś nie wróci, pokocha życie w dużym mieście, pozna kogoś bardziej interesującego, kto będzie mógł jej postawić kino i kolację, a nie wyżerał kanapki do szkoły. Teraz rozumiał, że tak by się nigdy nie stało. Zrozumiał, że Marysia nie wściekła się na niego, bo nie chciała go całkiem stracić. Kochała go tak mocno, że nawet jako przyjaciel był jej niezbędny do życia. Czekała aż zmądrzeje i chyba właśnie zmądrzał.
            Spojrzał na nią i chciał przeprosić. Powiedzieć jak strasznie żałuje, że się pomylił. Przez te chwile nie obchodziło go, że jest tam Ania, jej przygłupia przyjaciółeczka Martynka ze swoim milczącym facetem Jankiem i nawet przyjaciółka Marysi, Weronika, ze swoim chłopakiem Mateuszem. Zresztą, to wszystko był pomysł Marysi, cały ten weekendowy biwak. Wyobrażał sobie, z jaką niechęcią musiała ich tam przyprowadzić, zwłaszcza Anię i tę drugą. Każdy z kimś był, a ona sama. Ale w ten sposób taniej to wyszło niż to co zaproponowała Ania. Wielka impreza, by wszyscy jej znajomi poznali Martynkę, jej najlepszą przyjaciółeczkę z rodzinnego miasta, która przyjechała do niej na tydzień. Wydarzenie wielkie i doniosłe, a w sumie nie było czego poznawać. Kiedy słuchał tych rozmów miedzy nimi, to jakby słyszał Mariolkę z kabaretu. Jeszcze ten matoł wpakował się jemu i Ance do namiotu, bo przyjaciółeczki wszystko robią razem. Całą noc gadały o jakimś filmie, „Zmrok” czy „Wieczór”. Aż zapytał o to Weronikę następnego dnia. Odpowiedziała mu, ze to romans dla upośledzonych umysłowo dwunastolatek. Że tam wampirzyca zakochuje się w licealiście, czy coś w ten deseń. Zaczęły to nawet oglądać z Marysią, ale odpuściły, bo to głupsze niż „Moda na sukces”.
            „Błagam, niech ona na mnie spojrzy, niech się uśmiechnie, przecież zawsze wiedzieliśmy, rozumieliśmy się bez słów. Teraz jedno spojrzenie i jeśli zobaczę w nim choć cień szansy na przebaczenie, wszystko naprawię. A jeśli tego cienia nie dojrzę, to będę błagał tak długo, tak długo spał pod jej drzwiami, aż mi wybaczy i wszystko uda się jakoś naprawić.” Marysia spojrzała na zegarek, a potem na niego.
- Co? Mam coś nie tak z włosami?
- Ja… - Wtedy Ania przestała gadać i go objęła, chciał ją odepchnąć krzyknąć, że kocha Marysię, ale jednak Ania była jego dziewczyną i w tym momencie postanowił to załatwić elegancko. Najpierw na osobności powie Ani, że to koniec, potem pójdzie do Marysi z bukietem róż. Nie ważne ile będą kosztować, jego i tak na nie nie stać, ale tak właśnie trzeba. - …tak się zastanawiałem, po co ci te szpilki wbite w sukienkę. – Marysia miała przy dekolcie dwie szpilki.
- A… nie zauważyłam ich. Wiesz, przerabiałam ją trochę i tak zostały. – Wtedy odezwała się Ania, niby żartem, ale pobrzmiewało w tym coś na kształt ostrzeżenia.
- A gdzie ty jej się patrzysz? Pamiętaj, że już jesteś tylko mój. – Powiedziała Ania zalotnie trzepiąc rzęsami.
- Taa… pamiętam. Marysia, za ile mamy ten PKS? – Znów spojrzała na zegarek.
- Przecież przed chwilą patrzyłaś. – Prychnęła Ania. Maciek wiedział, że Marysia często patrzy na zegarek, ale nie wie, która jest godzina, taki jej odruch, kiedy się denerwowała. Znał ją na pamięć. – Zresztą, kto w dzisiejszych czasach nosi zegarek, skoro wszyscy mają komórki? – Marysia ją zignorowała.
- Za godzinę. Jest za dwadzieścia dwunasta. Weronika, masz pająka na ramieniu. – Strzepnęła go z niej. Biwak był udany, Marysia wybrała świetne miejsce. Las, niecały kilometr dalej jezioro. Tylko Ani cały czas coś nie pasowało. Teraz od rana płakała, że tak daleko do przystanku. Wcześniej, że to zadupie, że ona się w tym bagnie nie będzie kąpać, bo zamulone, że ona jeśli już to tylko na basen chodzi, że komary ją pogryzły, ale się nie popsika sprayem, bo on śmierdzi… teraz, kiedy wyszli z lasu, zaczęła marudzić, że jest gorąco. Faktycznie był straszny upał, Marysia podała jej swoją butelkę mineralnej.
- Co, chcesz mnie otruć?
- Niekoniecznie, tylko zostaw mi trochę, bo to moja ostatnia. – Ania wypiła całą butelkę. Półtora litra wody na raz.
- Hej, miałaś mi zostawić.
- O rety, nie pomyślałam, serio tak mi się pić chciało.
- Ty z reguły bierzesz to, na co masz ochotę, niezależnie czy wolno czy nie. – Powiedziała Weronika. Miała już dosyć Ani i Martyny. Zwłaszcza, że Martyna cały czas gadała o tym, jak ją boli pępek, bo go sobie przekłuła i wdało się zakażenie. Na rady w stylu wyjmij to i przemyj spirytusem, była jednak głucha.
- Daj spokój, to przecież tylko woda. – Powiedziała Marysia spokojnie.
- Sęk w tym, że nie tylko. – mruknęła Wera pod nosem.
- Siku mi się chce! – Ogłosiła Ania światu. – Jest tu gdzieś jakaś toaleta?
- No i ja też muszę. – Dlatego Ania tak ją lubiła. Martyna robiła dosłownie wszystko tak jak ona. Wierny klon, wierny cień.
- A jak ci się zdaje? Jesteśmy na polanej drodze, tu nie ma nic, tylko te pola. – Weronika, była tak bojowa, że aż trudno uwierzyć. Zawsze taka spokojna. To Marysia, zawsze była impulsywna. Była, bo od rozstania z Maćkiem stała się cicha i spokojna. Nie zauważył tego, ale bez słowa skargi znosiła wszystkie zaczepki ze strony Anki.
- To co ja mam zrobić.
- Zlej się w gacie, Paris.
- Wera, zachowujmy się jak dorośli. Zresztą i mnie się chce. – Wyglądało raczej na to, że Marysia próbuje załagodzić sytuację niż naprawdę czuje potrzebę.
- No i ja bym odcedził kartofelki. – Dodał chłopak Weroniki. – A ty Wera? Chcesz popatrzeć? Widok mojego sprzętu zawsze poprawiał ci humor. – Weronika na chwilę się uśmiechnęła. Ona i Mateusz to była taka dobrana para, choć z niego wychodził czasem kawał chama i miejskiego dupka, to jej się raczej podobało.
- To wszystkim nam się chce?
- Na to wychodzi. – Martynka zachichotała.
- Rety, to jak z ziewaniem. Jak jedno zacznie to potem wszyscy.
- Ta to potrafi walnąć mądrością życiową, że ja pierdolę. – Tym razem to był Janek jej chłopak, Wera uśmiechnęła się do niego, szczerząc zęby, a Mateusz wyglądał jakby chciał skoczyć do bicia.
- To może chodźmy się wreszcie odlać, a nie pierdolmy o tym jak jakieś pojeby.
- Ale gdzie jest toaleta?
- W dupie. Idziemy w to pole, w pszenicę.
- W takie chaszcze?
- Chcesz to zostań, nie ja wychlałam Maryśce całą muszyniankę.
           Wszyscy weszli w pole, oczywiście w pewnych odległościach od siebie. Marysia stanęła po pas w zbożu. Ktoś do niej podszedł, odwróciła się i zobaczyła Maćka.
- Co chcesz?
- Słuchaj… ja…
- Co jest skarbie? Jeśli chcesz, żeby ci potrzymać to masz mnie, nie musisz jej prosić o pomoc. – Nie zauważył kiedy Ania podeszła. Westchnął.
- Pogadamy później. – Powiedział, spuścił wzrok i odszedł.
- Co? Zatęskniło się za starymi czasami? Trzymaj się z daleka, to mój facet.
- Sam coś ode mnie chciał.
- Niby co?
- Nie wiem, nie zdążył powiedzieć.
- I tak ma być. Idę się odlać, choć może być mi trudno, w nocy było tak ostro, że jeszcze mnie tam wszystko boli.
- Dlaczego mi to robisz? Przecież wiesz, że mi na nim dalej zależy. Dostałaś to co chciałaś, czemu jeszcze się nade mną znęcasz.
- Bo cię nie lubię. Ne lubię takich świętojebliwych, cnotliwych, dobrych dziewczynek, które są takie niby przyjacielskie, a naprawdę patrzą na wszystkich z pogardą i wyższością. I co? Taka jesteś teraz mocna? Miałaś mnóstwo przyjaciół, faceta który cię kochał, a mnie zajęło zaledwie kilka miesięcy i teraz to moi przyjaciele, teraz to mój facet. Została ci tylko ta wredna wieśniara Weronika. Zostałaś sama. Leć się wypłakać księdzu w konfesjonale, podkul ogon i skomlej u stóp tego obszczymurka, to może nawet pozwolę mu do ciebie wrócić, ale kiedy tylko zechcę znów ci go zabiorę. Ja zawsze dostaje to co chcę, a jeśli taki śmieć stanie mi na drodze to go zniszczę. Zrozumiałaś?
- Tak.
- I dobrze, suko. – Odeszła, Marysia przez moment stała jak wryta. Bała się. Znów spojrzała na zegarek. Było równo południe. Gdzieś w oddali dzwon na wieży kościoła wybił dwanaście razy. Poczuła powiew letniego wiatru. Niesamowicie gorący i suchy, rozwiał jej włosy. Widziała jak zboże się pod nim ugina, widziała, że stworzył nawet mały wir. Odrobina kurzu zawirowała w obłędnym tańcu i opadła. Wiatr przestał wiać, zrobiło się cicho i potwornie gorąco. Ruszyła przed siebie, ale poczuła, że w coś kopnęła. Coś leżało w trawie. Podniosła to i zrozumiała, że to była ludzka czaszka. Biała i wysuszona, leżała wśród pszenicy. Do Marysi nie zdążyło jeszcze w pełni dotrzeć to, co widzi, gdy za nią rozległ się krzyk. Rzuciła czaszkę i pobiegła w kierunku z którego dobiegał.  Nagle zboże zaczęło jej się wydawać inne, jakby wyższe i gęstsze, mimo to udało jej się dobiec. To Martyna krzyczała.
-Wąż! Wąż! Tu był wąż!
- Nie ma tu żadnego węża. A nawet jak był to już sobie poszedł. To na pewno był zwykły zaskroniec.
- To była żmija! Ugryzła mnie! Ja umrę! – Weronika trzepnęła ją z otwartej ręki w twarz, wyglądało na to, że z całej siły. Marysia czuła, że Wera modliła się o taką okazję od początku biwaku, ale postanowiła zainterweniować, na wypadek gdyby jej się za bardzo spodobało.
- Pokaż to ugryzienie. – Martyna pokazała jej ślad na nodze. – To ślad po komarze, świeżo rozdrapany, ale po komarze.
- Na pewno?
- Tak.
- Mam jeszcze jedno pytanie.
- Czego jeszcze matole chcesz? – Warknęła Weronika.
- Gdzie Janek? – Kiedy zaczęła krzyczeć wszyscy przybiegli, ale Janka z nimi nie było. To było dziwne, bo w końcu to jego dziewczyna i powinien przyjść pierwszy.
            Jednak Janek poznał wtedy zupełnie inną dziewczynę. Stał w polu z rozpiętymi spodniami, gdy usłyszał za sobą szelest. Odwrócił się i zobaczył przed sobą najpiękniejszą istotę jaką kiedykolwiek widział. Ubrana w dziwną białą sukienkę do kostek z delikatnego, lnianego płótna. Spod sukni widać było bose stopy. Jej włosy były tak jasne, że prawie białe, falowane, długie do pasa. Nie miała makijażu, lecz taka piękność go nie potrzebowała. Rysy jej twarzy były delikatne, a oczy duże, błękitne. Przez tę chwilę zachwytu sądził, że stoi przed nim anioł. Że to nie możliwe, by takie piękno istniało naprawdę. Lecz ona tam była całkowicie realna.
- Hej piękna, co tu robisz? – Nic nie odpowiedziała. Pokazała mu błyszczący sierp, który trzymała w ręce.  – Jeszcze takich używacie na wsi? Myślałem, że teraz są kombajny, traktory i inne elektryczne pastuchy. – Wskazała sierpem na rozporek. – Sorry. – Chciał zapiąć spodnie, lecz ona skaleczyła go w rękę. – Pojebało cię? – Gdzieś w oddali krzyknęła Martyna, ale on jakby tego nie słyszał. Dziewczyna, którą właśnie spotkał była ważniejsza. Uśmiechnęła się i skaleczyła go w szyję. – Lubisz ostro? – Pokiwała głową. – Fajny masz ten sierp, ale schowaj go, bo się w końcu przestraszę. – Rozcięła mu koszulę od kołnierzyka do końca. – Dobra, jeżeli chcesz się pobawić, to okej, ale szybko i cicho, bo gdzieś tam łazi moja dziewczyna. Pokazałaś mi sierp, teraz ja ci kosę pokażę. – Wyjął z kieszeni nóż sprężynowy. Ona spojrzała jakby ze strachem i cofnęła się o krok. – Już nie jesteś taka ostra. – Podszedł do niej i rozciął jej sukienkę. Nie miała pod nią bielizny, najpierw zobaczył idealne, kształtne piersi, płaski brzuch i jaśniutkie włosy łonowe. Brutalnie pchnął dziewczynę na ziemię. Położył się na niej, jedną ręką złapał jej pierś, drugą wsunął między jej uda. – Gorąca i mokra, ależ jesteś napalona. – Dyszał. – Całował ją, gryzł jej piersi i szyję  prawie do krwi. Wchodził w nią palcami, Martyna zawsze jęczała, że boli, że za mocno, a tej się wyraźnie podobało. W pewnym momencie wyszeptała.
- Krew czerwona splami to zboże…
- Co mówisz? – Spytał i nagle podniecenie zniknęło z jego twarzy, przemienione w nieme zaskoczenie. Nawet  nie krzyknął, tylko jęknął. Pokazała mu sierp. Był cały we krwi. W drugiej ręce trzymała jego odcięte jądra. Ścisnęła je, widział jak krwawa miazga przepływa między jej palcami. Z trudem pojął, że piękna nieznajoma właśnie go wykastrowała. Wbiła sierp w ranę między udami, wstała i podniosła go na ostrzu, jak na haku. Trzymała rękojeść w jednej ręce, była nieludzko silna. On wisiał z nogami zawieszonymi w powietrzu, a jego krew spływała na pszenicę. – Błagam nie. – Wykonała jeden ruch ręką, jakby to nie był żaden wysiłek, rzuciła nim na odległość około dwudziestu metrów. Jakimś cudem on wciąż był przytomny, zachował resztki świadomości. Wykrwawiał się, leżąc z nienaturalnie powykrzywianymi, połamanymi kończynami, wśród pszenicy, czując jak powolutku uchodzi z niego życie. Znów ją zobaczył. W południowym słońcu, piękną jak anioł. Jej suknia znów była cała, lecz sierp w jej dłoni lśnił od krwi, jak jedyny dowód, że to naprawdę się stało. – Proszę… nie… - Spojrzała na niego i się uśmiechnęła. Rozchyliła wargi, delikatne niczym płatki róż. Wtedy dopiero zobaczył jej zęby. Wyglądały jak kły dzikiego zwierzęcia. Miała ich znacznie więcej niż człowiek. Podeszła bliżej, przystawiła sierp do jego szyi i odcięła głowę, jednym ruchem. Uniosła ją i pocałowała w usta. Po chwili ją odrzuciła i wypluła jego zakrwawiony język. Uklękła i zaczęła zębami rozszarpywać ciało. Wtedy pojawili się pozostali. Ona wstała, z jej ust kapała krew. Oni stali jak sparaliżowani. Demon krzyknął. Był to najbardziej przeszywający, potworny głos, jaki słyszeli. Niczym wrzaski okaleczonych umierających zwierząt, a jednak inny. Krzyk dawno zapomnianych bestii z czasów pogan, które mimo że dla większości ludzi były już tylko mitem, to jednak nadal istniały. Musiały istnieć, bo przecież oni właśnie jedną z takich istot widzieli przed sobą. A ona jakby nic się nie stało zaczęła powoli odchodzić. Po chwili zmieniła się w wir powietrza.
- O Boże. – Pierwszy otrząsnął się Maciek.
- Co to do kurwy nędzy było?! – Krzyknęła Weronika. Mateusz zwymiotował, Ania i Martyna zaczęły wrzeszczeć.
- Południca. – Powiedziała Marysia, głosem drżącym, ale jednocześnie prawie spokojnym. Jednak ten spokój był jakiś inny. Nie oznaczał on wcale, że wszystko będzie dobrze. Raczej brzmiało to tak, jakby nie było już nadziei i należało się pogodzić z losem.
- Co?! – Spytali wszyscy.
- Kim ona była!? Gadaj! – Ania rzuciła się na nią.
- Ty ją puść, a ty gadaj, co to ta złudnica? - Weronika z Mateuszem odciągnęli Anię od Marysi.
- Południca. Demon. Myślałam, że to legenda. Znam jednego chłopaka, jego babcia tu mieszka, opowiadał mi o niej. Południce to duchy młodych dziewczyn, które zmarły tuż przed, lub tuż po własnym weselu. Ta to duch siostry prababki tego kolesia, co mi to opowiadał. Dziewczyna wyszła za mąż, ale wtedy dziedzic upomniał się o prawo pierwszej nocy. No to dostał. Tylko wcale mu się oddawać nie chciało. Po pierwszej nocy, ani po drugiej, trzymał ją tam kilkanaście tygodni. Znudziła się to oddał, ale w ciąży. Wróciła do męża, a on na to „Jak ci się tak kurwo we dworze podobało, to wracaj tam!” Ona wzięła sierp, poszła w pole i sobie żyły podcięła. Znaleźli ją dopiero jak przyszły żniwa. Poszarpały ją ptaki i dzikie zwierzęta, ale i tak było wiadomo, że to samobójczyni. To było dawno, nie chowali takiej w poświęconej ziemi, nie było księdza. Jej dusza nie mogła zaznać spokoju. Podobno do tej pory tu jest. Poluje na ludzi, którzy zboczyli z drogi i weszli w pole, na którym umarła. Na rolników, którzy zasiedzieli się w nim do południa. Znajduje ich i zabija.
- Wiedziałaś o tym! Wiedziałaś o tym od początku! – Weronika rzuciła się na Marysię.
- Dlatego nas tu wyciągnęła, na ten pierdolony biwak, na to zadupie! – Krzyczała Ania. – Marysia broniła się przed Weroniką, ale ta była silniejsza. Dopiero Maciek je rozdzielił. Wtedy Ania zaczęła się drzeć.
- Czemu jej bronisz! – Jeśli tak ci zależy na tej psychopatce to się z nią baw, aż przyjdzie tu ta wywłoka i was wszystkich pozabija ja stąd spierdalam.
- Uspokójcie się, powinniśmy się trzymać razem, a to nie jest jej wina. – Odezwał się Maciek.- Skąd miała wiedzieć, że wchodzimy akurat w to pole? A nawet jakby wiedziała, jakbyśmy wszyscy znali tę historię to czy byśmy w coś takiego wierzyli? – Weronika westchnęła.
- Maciek ma rację. Przecież i u nas są te miejskie legendy. Czarna ręka, mercedes z rogatym kierowcą, który pyta, która jest godzina, a potem znajdują twojego trupa o tej samej godzinie, następnego dnia. Albo pierdolona karetka śmierci. No i w końcu to nie Maryśce zachciało się szczać.
- A kierowca miał rogi, a nie kopyta?
- Stul pizdę, Mateusz. – Warknęła Weronika.
- Martyna! – Ania szukała wsparcia choćby u niej. Martyna blada i przestraszona powiedziała tylko.
- Myślę, że nie powinniśmy się rozdzielać.
- Ty nie myślisz. Ja mam twój mózg.
- Przynajmniej ćwierć racji ma. – Mruknęła Weronika, Ania tylko prychnęła z pogardą i ruszyła przed siebie.
- Anka, czekaj! – Maciek czuł, że powinien za nią biec, ale jakoś nie potrafił.
- Zostaw. – Powiedziała Weronika.
- Musimy iść do drogi. – Dodał Mateusz.
- Ale… gdzie ona jest? – Pisnęła Martyna. Rozejrzeli się.
- Nie widać drogi, ani lasu… niczego nie widać. – Pole rozciągało się po horyzont niczym bezbrzeżne morze, falujące w letnim wietrze. Ani też nie było widać, a przecież nie zdążyłaby odejść daleko, a zboże nie było tak wysokie.
- Co się tu kurwa dzieje?!
- Jesteśmy w jej mocy. Myli nam drogi, okłamuje nasze oczy. Spójrzcie na słońce. Jest pionowo nad nami, nie rzucamy cieni. To nie możliwe, znaczy możliwe tylko na równiku.
- Co mamy robić? – Martyna spojrzała na Marysię.
- Możemy tylko czekać, aż magia przestanie działać. Nie rozdzielać się, bo potem już się nie odnajdziemy, tu nie działają prawa rządzące naszym światem. Pięć metrów może się ciągnąć jak setki kilometrów. Unikajcie też wirów powietrza, taki wir to naprawdę ona. Jeśli w niego wejdziecie może was przetrącić.
- Co to znaczy? – Spytał Mateusz.
- Nie mam pojęcia, ale wolę nie sprawdzać.
 - A kiedy jej magia przestanie działać?
- Nie wiem, pewnie o trzeciej po południu, kiedy siły nieczyste są najsłabsze, ale to tylko teoria.
- Wiesz to od tego kolesia?
- Nie, z jakiegoś horroru.
- A w ogóle która jest godzina. – Marysia spojrzała na zegarek.
- Dwunasta… od jakichś czterdziestu minut. Zegarek mi stanął. Spójrzcie na komórki.- Wszyscy wyjęli telefony.
- Mnie padła bateria.
- Mnie też.
- I mi.
- Zajekurwabiście! Martwa strefa. Tego nam brakowało do szczęścia.
- A nie można jej jakoś zabić? Osikowy kołek, czy coś?
- Ona już nie żyje. Poza tym to nie wampir. – Ich rozmowę przerwał krzyk, Ania krzyczała.
- Stamtąd słychać. – Pobiegli w kierunku, wskazanym przez Mateusza.
            Ania szła w wysokim zbożu wściekła na nich wszystkich. Jeśli chcą niech tam zdechną, ona nie miała zamiaru. Wiedziała, z której strony przyszli. Ciągle szła i szła, ale była pewna, że idzie do drogi. Poczuła za sobą jakiś ruch powietrza, usłyszała szelest. Liczyła, ze Martyna poszła za nią. Albo chociaż ten Maciuś. Jednak za nią nikogo nie było. Nigdzie nikogo nie było, zrozumiała, że jest sama, a wokół niej było tylko bezkresne pole pszenicy.
- Hej! Gdzie jesteście! – Znów usłyszała za sobą szum. Znów się odwróciła, ale nadal nikogo nie widziała. – To nie jest śmieszne! Wyjdźcie! – Ania prawie płakała ze strachu. Znów szum, znów się odwróciła. Teraz już nie była sama. Południca stała przed nią. – Nie! Błagam! Ja nic ci nie zrobiłam! – Zaczęła uciekać. Gdy się odwróciła zobaczyła, że Południca stoi w miejscu, nie goni jej. Zmęczona drogim biegiem, zatrzymała się i zgięła w pół ciężko oddychając. Zacisnęła powieki, gdy je otworzyła zobaczyła bose stopy wystające spod białej sukni. Wyprostowała się i spojrzała w błękitne oczy pięknej dziewczyny. Południca stała przed nią. Ania wydała z siebie ostatni krzyk i poczuła ból pod żebrami. Sierp wbijał się w jej ciało, wchodził coraz głębiej, aż wyszedł tuż pod prawą piersią. A ust Ani zaczęła płynąć jasna, spieniona krew. Południca ją podniosła i rzuciła nią, tak jak wcześniej Jankiem. Sierp wyrwany z ciała rozszarpał jej klatkę piersiową i połamał prawie wszystkie żebra po prawej stronie. Ania leżała nienaturalnie pokrzywiona. Miała połamany kręgosłup, rozerwane płuco, krew płynęła z jej ust, nosa i rany na piersi. Konała, sama nie wiedziała czy się dusiła, czy wykrwawiała, wiedziała tylko, że umiera i nie może nic z tym zrobić. Całe życie robiła wszystko by mieć kontrolę nad sobą samą, nad wszystkimi innymi. A teraz ostatnia iskierka życia w niej gasła i ona nie mogła nic zrobić, żeby ją podtrzymać. Czuła to czego najbardziej się bała. Dokładnie to samo co kiedy miała dziesięć lat. Jej ojciec upił się wtedy, wszedł do jej pokoju i ją zgwałcił. Potworny ból i strach tak ją sparaliżował, że nie mogła wydusić wtedy z siebie nawet słowa. Nie krzyczała gdy jej to robił. Nigdy nikomu nie powiedziała. Całe lata walczyła ze wspomnieniem, nie tyle tego co ją spotkało, ale tego co wtedy czuła. A teraz, gdy jej życie się kończyło, umierając, czuła to samo. Znów nie mogła się ruszyć, uciekać, ani krzyczeć. Nie czuła nic od pasa w dół, nie czuła nawet, że jej spódniczka podwinęła się obnażając nie tylko piękne, opalone długie nogi, ale i czerwone majteczki.
            Południca stała nad nią. Chciała ją zabić, Ania to czuła, ale jednak upiór się zatrzymał.
- Krew czerwona splami to zboże… - Ania chciała coś powiedzieć. Ale jedyne co była w stanie siebie wydusić, to jakieś rzężenie, zduszony bulgot. Wtedy pojawili się pozostali. Południca się odwróciła, szeroko uśmiechnęła szczerząc swoje potworne zębiska.
- Już po tobie, kurwo! – Krzyknął Mateusz i chciał się na nią rzucić.
- Mateusz nie! – Wrzasnęła Weronika. Południca roześmiała się obłąkańczym śmiechem i zmieniła się w wir, a Mateusz wpadł w sam jego środek. Obrócił się w miejscu i upadł. Weronika pierwsza do niego podbiegła. Przez chwilę stała bez słowa, jakby nie rozumiała tego co widzi, potem wydała z siebie przerażający wrzask i upadła na kolana obok niego. – Nie! – Chłopak leżał wśród pszenicy. Wyglądał prawie normalnie. Leżał z twarzą do góry, z wyrazem niemego zaskoczenia wypisanym w szeroko otwartych, niewidzących już szarych oczach wbitych w niebo. Wszystko było normalnie. Słońce odbijało się w czubkach jego butów, w klamrze paska od spodni, tylko tam gdzie powinna być jego klatka piersiowa były plecy. Wir przekręcił jego tors o sto osiemdziesiąt, a nogi o trzysta sześćdziesiąt stopni w stosunku do głowy. Weronika wrzeszcząc miotała się jak szalona, Marysia ją objęła. Wtedy usłyszeli bulgoczący kaszel. Ania jeszcze żyła. Maciek zdjął jej koszulkę i przycisnął do rany na jej piersi.
- Maryśka pomóż, zrób coś! Ty się na tym znasz!
- Pokaż, chyba zapadło jej się płuco. Potrzebuję gazę, folię i plaster.
- Mam woreczek po kanapkach i taśmę klejącą. Może być? – Spytała Weronika.
- Musi. Maciek dawaj jeszcze jakąś koszulkę, czy cokolwiek. – Maciek wysypał wszystkie swoje ciuchy z plecaka. – Martyna trzymaj tu! – Ta jednak nie zareagowała. – Martyna! Wera, ty to trzymaj! – Martyna była blada, z wyrazu jej twarzy widać było, że nie ma za bardzo kontaktu ze światem. Marysia skończyła opatrywać Anię, opatrunek delikatnie się unosił i opadał. Maciek zamknął oczy Mateuszowi i trzymał za rękę Anię, Weronika płakała, Marysia otarła czoło ręką, zostawiając na nim smugę krwi.
- Jesteśmy w piekle, nie wydostaniemy się stąd. – Jęknęła Martyna.
- Nie mów tak, damy radę. Marysia uratowała Anię, zobaczysz wyjdziemy z tego, tylko trzymajmy się razem. – Maciek mówił łagodnie, ale już nikt mu nie wierzył, nawet on sam. Marysia nie chciała nic mówić, ale jej wiedza medyczna wyniesiona od mamy pielęgniarki, z serialu „Doktor House” i lekcji P.O. mogła najwyżej przedłużyć życie Ani, ale na pewno nie je uratować. Taka rana wymagała natychmiastowej pomocy lekarskiej.
Upał był nienaturalny, potworny, przynajmniej pięćdziesiąt stopni Celsjusza. Wszyscy mieli suche, popękane usta, bolały ich głowy i było im niedobrze. Ubrania kleiły się do ciał, skóra piekła. Wiedzieli, że niezależnie czy będą razem czy nie, Południca może ich zabić w każdej chwili. Pozwalała im żyć tak długo, tylko by przedłużyć agonię, ich strach był dla niej zabawą. – No i tym razem się udało, uratowaliśmy Anię.
- Nie. – Powiedziała Weronika cicho.
- Co?
- Nie, ty debilu! Przyszliśmy tu dokładnie kiedy ona tego chciała, tak jak z Jankiem. Nie zauważyłeś tego? Ona tu kontroluje wszystko, czas, miejsce, odległości, nas. Nawet to co widzimy i słyszymy. Jesteśmy jak muchy w sieci, wydaje wam się, że im bardziej się szarpiecie tym większe szanse na wolność macie. A to nie prawda, my tylko poprawiamy pająkowi apetyt i coraz bardziej wplątujemy się w jego sieć. Maryśka, ile ona jeszcze pożyje?
- Nie wiem, raczej nie długo.
- Nawet jeśli ten koszmar rzeczywiście skończy się o trzeciej, to co z tego? Nie jesteśmy już w normalnym świecie. Tu czas nie płynie, słońce nie porusza się po niebie, cały czas jest w zenicie. Pierwszy raz się zgodzę z Martyną, jesteśmy w piekle.
- Cicho! – Martyna jej przerwała i wstała. – Przez chwilę wszyscy nasłuchiwali.
- To brzmi jak…
- Dzwon! Jak tu szliśmy widać było wieżę kościoła! – Krzyknęła Marysia.
- Uderzył dwa razy, jest druga po południu! Jeszcze tylko godzina! – Jednak Martyna nie Patrzyła w kierunku z którego dochodziło bicie dzwonu.
- Droga, widzę drogę!
- Gdzie?
- Tam jest! Nie widzicie!?
- Tam nic nie ma, masz zwidy.
- Wiem co widzę. Ona tam jest!
- Martyna, nie! – Zanim zdążyli ją zatrzymać już ruszyła przed siebie. Weronika i Marysia za nią pobiegły, ale Maciek został. Czuł, ze musi być z Anią, nawet jeśli wiedział, że jej nie kocha, to jednak nie mógł jej zostawić, pozwolić by umierała samotnie.
            W pewnym momencie Martyna zrozumiała, że biegnie sama, wciąż widziała przed sobą drogę, lecz mimo iż biegła już bardzo długo to wcale się do niej nie zbliżała. Nagle poczuła silny ból w nodze i upadła na twarz. Odwróciła się, widziała krew, zarówno na zdartych kolanach jak i dekolcie bluzki. Ta krew kapała jej z nosa, który rozbiła sobie upadając. Jednak nie to wywołało w niej takie przerażenie, jak to co okazało się przyczyną jej upadku. W jej lewej nodze tkwił wbity sierp. Po chwili ujrzała nad sobą jego właścicielkę. Południca powoli i spokojnie do niej podeszła i wyrwała jej ostrze z ciała, przy okazji przecinając więzadła. Martyna nie mogła wstać, ani uciekać.
- Krew czerwona splami to zboże… - Martyna otworzyła usta, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć. Po chwili w polu rozległ się jej krzyk.
            Również Weronika zdała sobie sprawę, że jest sama.
- Nosz kurwa. – Powiedziała. Usłyszała za sobą szelest. Zacisnęła powieki, odwróciła się i otworzyła oczy. Zobaczyła przed sobą Południcę. – Może się jakoś dogadamy? – Upiór wydał z siebie ten sam potworny wrzask co poprzednio. Weronika spojrzała w jej paszczę, na te wielkie, ostre zęby. – Spoko, to ja ci dam telefon do mojego dentysty, a ty mnie nie zabijesz, może być taki dil? – Południca podniosła sierp, wciąż jeszcze lśniący czerwienią krwi Martyny. – Czyli nie? – Weronika zasłoniła twarz dłonią. W ten sposób straciła tylko dwa palce, a nie oczy. Jakoś uskoczyła.
- Krew czerwona splami to zboże…
            Maciek słyszał ich krzyki. Najpierw Martyna, potem Weronika. Prawdopodobnie już obie martwe. Modlił się tylko by nie usłyszeć krzyku Marysi. Żeby nawet jeśli miałby umrzeć to nie przed tym jak jej powie. Musiał jej powiedzieć, to czego nigdy nie potrafił, nawet gdy byli razem. Przeżył tyle zła, tyle razy był sam, wtedy kiedy powinni być przy nim najbliżsi. Ojciec, którego nie znał, a którym mógł być każdy pijaczek w jego wsi, wiecznie zapijaczona matka. Tyle razy kiedy kogoś potrzebował, a był sam, że myślał, że nie potrafi kochać. A teraz, kiedy to wszystko miało się skończyć tak wcześnie, niespodziewanie i niesprawiedliwie, on zrozumiał, że wcale nie był sam. Marysia była z nim zawsze, nawet jeśli on nie był z nią. Tak bardzo się skupił na swoim nieszczęściu, że nie potrafił już dostrzec niczego dobrego, nawet tak wielkiej i szczerej miłości, jaką go darzyła. A teraz znów zrobił głupotę. Nie powinien był zostawać, ale przecież miał obowiązki wobec Ani. Spojrzał w twarz dziewczyny, która jeszcze kilka tygodni wcześniej wydawała się tak niesamowita. Na jej ustach i włosach zakrzepła krew, wiedział, że najpewniej nie odzyska już przytomności. I nie czuł nic. Było mu jej szkoda, dlatego, że umiera w ten sposób, ale nic poza tym. W tym momencie zakasłała, trochę świeżej krwi wypłynęło z jej ust, otworzyła oczy.
-  Maciek… - Bardziej wycharczała niż powiedziała.
-  Jestem tu, skarbie.
- …Maciek, chciałabym… ci tyle powiedzieć…
- Jeszcze będzie okazja. Odpoczywaj.
- Maciek… ten facet… Maryśki…
- Wiem, że kłamałaś, to nieważne.
- …ja… ja znam to miejsce… moja… przyjaciółka… Monika…
- Martyna jest tu niedaleko, zaraz przyjdzie.
- Nie… Ona nie żyje… Boję się.
- Nic ci nie będzie, ten koszmar się niedługo skończy. Obiecuję.
- Powiedz, że mnie kochasz… jeszcze nikt… mi tego… nie powiedział…
- Jeszcze zdążysz to ode mnie tysiąc razy usłyszeć.
- Ja chcę… teraz. Nie musisz… tak myśleć, tylko… to… powiedz…
- Kocham cię, Aniu. – W tym momencie zobaczył przed sobą postać. Spodziewał się, ze to południca, ale ta dziewczyna nie była piękną blondynką w bieli. Była cała brudna, we krwi i kurzu. Miała skórę poparzoną słońcem, pokaleczone nogi, ciemne włosy w nieładzie, a w nich i na brudnej, mokrej od potu sukience jakieś pajęczyny. Na czole i rękach miała wciąż krew Ani. Maciek spojrzał na nią, nie wiedział ile słyszała, ale wiedział, że jeśli to wszystko jakimś cudem dobrze się skończy to wszystko jej wytłumaczy i wynagrodzi, a ona mu wybaczy, tak jak zawsze.
- Maciek… pocałuj… mnie… - Wyszeptała Ania. On nie chciał, brzydził się krwi i nie chciał przy Marysi, czuł jednak, że musi to zrobić, Ania przecież umiera. Spojrzał na Marysię i odwrócił się do Ani. Nachylił się i delikatnie ją pocałował. Czuł w ustach słonawy smak potu, kurzu i przede wszystkim słodkawo-metaliczny smak krwi. „Tak smakuje śmierć”, pomyślał. Było mu niedobrze, chciało mu się wymiotować. Po chwili nieco się podniósł, całe jego usta i ich okolice były czerwone. Marysia płakała. Ania otwarła usta, chciała coś jeszcze powiedzieć. W ułamku sekundy coś błysnęło i sierp wbił się w jej usta. Uderzenie miało taką siłę, że aż wyszedł z drugiej strony jej głowy i wbił się w ziemię. Południca wyszarpnęła go, rozłupując czaszkę dziewczyny na pół. Maciek uskoczył.
- Marysia! Uciekaj! – Ona jednak dalej stała w miejscu. Łzy płynęły jej z oczu, zostawiając jaśniejsze smugi na policzkach. Maciek wstał i złapał ją za rękę, biegli razem, był pewien, że zdążą, że wybije trzecia i wrócą do normalnego świata.
            Tuż przed nimi pojawił się wir. Zdążyli się zatrzymać zanim w niego wpadli. Po chwili stała przed nimi Południca. Uderzyła Marysię, tak, że ta przeleciała kilka metrów. Nic jej się nie stało, była tylko potłuczona, wstała i zobaczyła jak upiór trzyma Maćka za gardło w górze. Widziała jak go torturuje, wydłubuje mu oko. To oko jeszcze przez chwilę wisiało na nerwie, ale ona je odcięła. Wciąż krzyczał, był przytomny, południca przystawiła mu sierp do gardła. Marysia myślała, że mu je poderżnie, ale ona tego nie zrobiła. Wbiła ostrze w jego ciało, nawet nie głęboko, rozcięła jego skórę, od szyi do krocza. Krwawił, ale nadal krzyczał, nadal żył. Bawiła się nim. Zupełnie tak jakby wiedziała, że Marysia już nie ucieknie, że ma czas, bo ona już się poddała. Zrozumiała, że ucieczka nie ma sensu, bo i tak zginie. A może nie chce zostawić ukochanego, nawet jeśli będzie musiała umrzeć.
Południca tymczasem wsunęła palce jednej ręki i ostrze sierpa w ranę na brzuchu Maćka i mocno szarpnęła. Rozerwała go nieomal na pół, krew płynęła strumieniami, a jelita i inne wnętrzności upadły na ziemię, parując w upale. Z zadziwiającą lekkością skóra oddzieliła się od mięśni, odsłoniły się żebra i Marysia zobaczyła ostatnie uderzenie jego serca. Patrzyła na ten makabryczny spektakl bez śladu emocji. Już nie płakała, tylko patrzyła jak Południca wyszarpuje z resztek Maćka jego kręgosłup i łamie go jak gałązkę. Znów wydała z siebie ten potworny wrzask, niczym okrzyk triumfu i spojrzała na Marysię. Wyszczerzyła zęby i zmieniła się w wir, po chwili znów się pojawiła tuż przed nią. Wrzasnęła prosto w jej twarz, tak, że Marysia zobaczyła wszystkie jej potworne zębiska w całej okazałości, ale wciąż się nie ruszyła. Południca na nią spojrzała. Błękitne oczy potwora spotkały brązowe oczy dziewczyny. Nie znalazła w nich strachu. Coś lśniło na piersi Marysi. Jedna szpilka, wbita w czerwony materiał jej sukienki.
- Krew czerwona splami to zboże…
- …z krzywdy zrodzonej, przebacz o Boże.
- Znasz mnie?
- Tak.
- Moje imię…
- Marianna, wołali cię Maryś.
- A ty?
- Marianna, ale mówią na mnie Marysia. – Południca się uśmiechnęła, a dzwon na wieży kościoła wybił trzy razy. Południca zmieniła się w wir powietrza. I wszystko wróciło do normy. Marysia widziała już wieżę kościoła, w oddali widziała las i drogę. Kiedy wszystko się skończyło zaczęła biec, czuła, że musi jak najszybciej stąd odejść. Kilka razy się przewracała, w końcu upadła i czuła, że nie ma już sił, że zaraz umrze z wyczerpania i odwodnienia. Czuła, że ma coś w nosie, że nie leży na pszenicy, a na gołej, suchej ziemi.
            Otworzyła oczy i się popłakała, leżała na drodze. Udało się, nadzieja dodała jej sił, na tyle, że mogła usiąść. Objęła głowę rękami, więc tylko jej się udało. Po chwili pojawiła się przy niej Weronika, podała jej butelkę z wodą mineralną.
- Weź mi to odkręć, mam problem z tą ręką. – Marysia wykonała polecenie.
- Obcięła ci palce?
- No, ale co tam, przynajmniej tego skurwiela już nie ma.
- Nie mogłaś go normalnie rzucić?
- Pobił mi skurwiel matkę i pociął kolegę nożem, tylko dlatego, że widział jak gadaliśmy na przystanku. „Albo będziesz ze mną, albo z nikim!”, Macho w dupę jebany. Może powinnam tu przywieźć te wszystkie dziwki, z którymi mnie zdradził? Ale to bym musiała pierdolony autokar wynająć. A ty jak tam? Pozbyłaś, się swoich śmieci?
- Taa… daj tej wody.
- Ciepła.
- To nic. – Marysia wypiła za jednym zamachem pół butelki. Weronika tymczasem zapaliła papierosa, trzymając go w pozostałych palcach.
- Opatrzysz mi toto? Chujowo wygląda, Mam apteczkę w plecaku.
- Nieźle się przygotowałaś.
- Mhm… wiesz, jak się planuje wypad do piekła na trzy godziny… - Marysia wzięła się za jej rękę.
- Dlaczego nie dałaś tego, jak opatrywałam Anię?
- Chciałam, ale ona i tak była do odstrzału, wolałam zostawić dla nas. Swoją drogą niezła z Ciebie doktor Quinn, nie wiedziałam, że coś takiego umiesz.
- Samotna kobieta musi sobie radzić.
- No teraz obie jesteśmy samotne. Na szczęście.
- Mów za siebie.
- No proszę, nie płaczesz już w poduszkę, po tym obwiesiu? – Weronika podała jej wygniecionego papierosa z jeszcze bardziej zgniecionej paczki. – Chcesz?
- Jasne, zresztą ja nigdy nie płaczę.
- Ale w ogóle jakie poświęcenie, jak w „Na dobre i na złe”.
- Dzięki, ale i ty ładnie przyaktorzyłaś, jak się na mnie rzuciłaś, to aż się wystraszyłam.
- Dzięki, dzięki, ale pomysł z wodą był twój, to też majstersztyk po prostu.
- Wiadomo było, że ta dziwka całą wychleje, jak tylko usłyszy, że moja ostatnia. Od razu jej się lać zachciało, nie moja wina.
- Właśnie, to jej się zachciało szczać. Ale ten mój, też niezły debil. „Co to znaczy przetrącić?” To żeś się dowiedział palancie. – Coś zaszumiało w pszenicy. Obie dziewczyny wstały gotowe do ucieczki, ale to była tylko Martyna.
- Pomóżcie mi.
- Co tak długo?
- Nie mogę chodzić, przecięła mi nogę.
- Chodź tu, to Maryśka cię połata.
- Sęk w tym, że nie mogę. – Dziewczyny jej pomogły. – Dajcie wody.
- Mało mamy.
- Wera, nie bądź cipą, daj jej. Zrobiła swoje, gdyby nie zaczęła się drzeć, że zobaczyła węża Anka zeszłaby z pola za wcześnie. – Powiedziała Marysia rozwijając bandaże.
- Ciesz się, ze Maryśka jest miłosierna. Właśnie, dzięki za te szpilkę. Ja swoją zgubiłam. Czemu to musi być coś czerwonego, albo ostrego? – Marysia wbiła jej szpilkę w rękaw, gdy udawała, że strąca pająka.
- Nie wiem, to część przesądu. Zadała wam zagadkę?
- No i zapytała o imię.
- Nie za bardzo się przejęłyście, że mnie nie ma. – Powiedziała Martyna. Weronika wzruszyła ramionami.
- Akceptowalne straty. Zresztą już byś nie żyła, gdybyś nie podsłuchała naszej rozmowy i nie powiedziała, że chcesz się przyłączyć.
- Właśnie, a za co Jasiu wylądował na wieczność z pogrzebaczem w dupie?
- Nie…
- Daj spokój, razem w tym siedzimy.
- No dobra. Byłam z nim w ciąży, jakiś czas temu. Jak się dowiedział to mnie pobił. Potem przepraszał, udawał, że się z tym pogodził. Zaprosił mnie do domu, żebyśmy powiedzieli jego ojcu. Tylko, że on już wiedział. Tatuś jest lekarzem, poczułam ukłucie na udzie. Jak odzyskałam przytomność było po wszystkim. Jeszcze zrobił mi zdjęcia, takie… nie ważne, zagroził, że jak komuś powiem, to wszyscy je zobaczą.
- Należało się chujowi.
- Jak mało komu. A Anki ci nie szkoda? Przyjaźniłyście się.
- Ona nie miała przyjaciółek, tylko służące. Dziękowałam Bogu, jak się ta szajbuska wyniosła z Klimontowa i dala mi spokój. Cały czas musiałam się z nią bezwzględnie zgadzać, robić wszystko jak ona, a jak próbowałam się buntować zmieniała moje życie w piekło. Z Jaśkiem też się ruchała. Ile ona ludzi zniszczyła. A pierdolony kolczyk! – Martyna wyjęła sobie kolczyk z ropiejącej rany na brzuchu i wyrzuciła go za siebie. – Ania wpadła na pomysł, że przekłuje mi pępek, bo ona też nosi tu kolczyk. Traktowała mnie jak lalkę. Ubrania, fryzura, muzyka, filmy, znajomi, wszystko mi wybierała. Wiecie, że ktoś ją tam kiedyś zgwałcił i podobno od tego się z niej zrobiła taka psychopatka. Opowiedziała mi kiedyś po pijaku, następnego dnia nawet nie pamiętała. Nie wiem czy to prawda, czy tylko tak się tłumaczyła z tego, że zachowuje się jak szmata. We własnym mniemaniu zawsze była niewinną ofiarą.
- Jasne, bo tylko ją na świecie tragedia spotkała. Maryśka, kiedy ten koleś przyjedzie?
- Już powinien tu być.
- A co powiemy policji?
- Tak jak się umawiałyśmy, prawdę. Psychopatka z sierpem. Tutejsze psy wiedzą o tych polach i zawsze jest umorzone.
- Dużo osób tu zginęło?
- Nie, miejscowi znają legendę, a obcy u nie chodzą, bo mało kto wie o tej drodze. Chyba jedzie. – Zatrzymało się przy nich czarne audi. Wysiadł z niego wysoki bardzo przystojny blondyn, jego włosy były równie jasne jak u Południcy, miał takie same niebieskie oczy.
- Cześć Witek.
- Matko, wyglądacie okropnie.
- Ciebie też kurewsko miło widzieć, co tak długo, już dwadzieścia po trzeciej.
- Gumę złapałem. Zaraz miała być jedna.
- Ale są dwie. Wera, Martyna to jest Witek.
- Miło mi. Nic ci się nie stało?
- Nie, ale one muszą jechać do szpitala.
- Jasne, już was zawożę, a co z Anką?
- Gnije w piekle, zgodnie z planem.
- Ja cię znam. – Powiedziała Martyna. – Jesteś bratem tej dziewczyny, która była przyjaciółką Ani, zanim mnie dorwała. Tej która się zabiła.
- Nie chcę o tym mówić.
- Słuchaj skarbie, ryzykowałyśmy tam życie, dziewczyny odniosły obrażenia, więc należy nam się prawda. – Witek westchnął.
- Dobra. Anka zniszczyła moją rodzinę. To ona zabiła mi siostrę. Monika urodziła się z obojnactwem, miała operację jak była mała. A ta mała dziwka jakoś się o tym dowiedziała, nie wiem jak, bo nawet Monice nie powiedzieliśmy. I rozgadała wszystkim. Zamęczyli mi siostrę. Ania najbardziej się z niej śmiała, szczuła na nią innych. Odjebała taką nagonkę, że ja pierdolę, a miała zaledwie dwanaście lat. Po śmierci Moniki ojciec się rozpił, matka odeszła, wyjechała za granicę, a ja wylądowałem pod opieką babci, to ona opowiedziała mi legendę. Ten upiór to siostra jej matki. A teraz wsiadajcie, jedziemy do szpitala. – Przez chwilę jechali w ciszy, Martyna na przednim siedzeniu z powodu tej nogi, a Marysia i Weronika z tyłu.
- Te, czarnoksiężnik z Oz, mogę ci zadać pytanie? – Odezwała się Weronika.
- Skoro musisz.
- Dlaczego sam nie wywlokłeś tu Anki, skoro tak bardzo jej nienawidzisz.
- Gdybym mógł, to uwierz już dawno bym to zrobił. Ale Południca nie zawsze się pokazuje. Nie ukaże się jeżeli w polu jest ktoś z naszej rodziny, albo młoda mężatka, albo dziecko, albo ktoś komu dziecko niedawno się urodziło.
- Ej Maryśka, a tobie mogę?
- Strzelaj.
- Nie szkoda Ci trochę tego Maćka, przecież tyle lat się znaliście.
- W ogóle, takiego węża na własnej piersi wyhodowałam. Zawsze byłam przy nim. Od podstawówki wszystko dla niego robiłam. Pomagałam w lekcjach, pożyczałam sprzęt na plastykę, bo jego nawet na jebane farbki stać nie było, prace też za niego robiłam, bo nie umiał, dawałam mu swoje kanapki, jadł obiady u mojej mamy, a jak po jednej eksmisji wylądował bez bieżącej wody to nawet się u mnie kąpał. I ciągle było mało i źle. Kiedyś byliśmy na stawach to prawie się utopił, ja go wyciągnęłam, ja go nauczyłam pływać. Kiedyś prawie wpadł pod samochód, ja go sprzed maski ściągnęłam. Jak u niego były pijatyki to siedział u mnie, czasem całymi tygodniami, jak mamusia poszła w tango. A potem mu się znudziłam i wywalił mnie jak szmatę. Tej kurwie powiedział, że ją kocha. Nie ważne, że była umierająca. Ze mną był przez pięć lat, znaliśmy się trzynaście. Nigdy mi tego nie powiedział. Nie Wera, nie żałuję. Jeśli mimo tego wszystkiego byłam dla niego śmieciem, którego można bez żalu wyrzucić z życia i serca, to ma na co zasłużył. Niech się pierdoli i zdycha w piekle. Chociaż…
- No co?
- Odniosłam takie wrażenie… nie wiem… Jakby chciał mi coś dziś powiedzieć. Kilka razy. Zauważyłyście to?
- Ja nie.
- Też nie.
- No cóż. Pewnie mi się wydawało.
Autor: Regina

2 komentarze:

  1. Dzięks Konrad :) A co do tego opowiadania to pochwalę się, że moja współlokatorka i koleżanka z pracy w jednym miała taki mały pokaz przedpremierowy, a zaraz potem pojechałyśmy w teren. Pod Klimontów :) latała podjarana i kombinowała, jak tu wepchnąć naszą koordynatorkę w jakieś pole. Kij, że nie ma już pszenicy, może w kartoflach też tam coś siedzi :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Opowiadanie zostawiam sobie na noc :) Zwłaszcza, że dzisiaj taka wspaniała okazja... Wesołego Halloween Konrad :) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń