czwartek, 9 stycznia 2014

Recenzja: El Orfanato (aka Sierociniec), 2007

Każdy z nas zdaje sobie zapewne sprawę, co mogą przeżywać rodzice, których dziecko właśnie zaginęło. Czują się bezsilni, targają nimi skrajne emocje, być może winią siebie za to, co się stało.  To, co stanowi ich główną motywację do życia to pragnienie odnalezienia swojej pociechy za wszelką cenę, choć z upływem lat szanse na odnalezienie dziecka maleją. Ktoś z pewnością uznałby, że tacy rodzice przeżywają właśnie prawdziwy horror. Przechodzą przez koszmar, którego nikt nikomu by nie życzył. I trudno się z taką tezą nie zgodzić, bo utrata bliskiej osoby stanowi prawdziwy cios w plecy, który odczuwa się jeszcze przez wiele lat, a czasami nawet do końca życia. Sierociniec - hiszpański film grozy, przez wielu krytyków uznany za jedno z najlepszych osiągnięć twórców klimatycznego horroru znad półwyspu iberyjskiego, o takich właśnie przeżyciach opowiada. Choć trudno omawianą tu produkcję uznać za filmowy horror w czystej postaci, to jednak nie można jej odmówić miana gatunkowej hybrydy, która w swojej strukturze sprawnie łączy elementy dramatu, mające skutecznie poruszyć widza i dotrzeć do głębi jego emocji, z pełną napięcia grozą z elementami paranormalnymi. Pytanie tylko: czy film ten zasługuje na miano jednego z najlepszych dzieł ostatnich lat?

Laura spędziła dzieciństwo dorastając w sierocińcu, otoczona troskliwą opieką wychowawców i przyjaźnią dzieci, które były dla niej niczym bracia i siostry. Teraz, jako trzydziestoletnia kobieta, wraca w "rodzinne" strony wraz z mężem Carlosem i siedmioletnim synkiem, Simonem. Jej marzeniem jest ponowne otwarcie porzuconego przytułku i stworzenie ośrodka dla dzieci niepełnosprawnych. 

Dom i tajemnicza okolica pobudzają wyobraźnię Simona – chłopiec zaczyna snuć nieprawdopodobne opowieści i wymyślać nie do końca niewinne zabawy... Sytuacja ta zaczyna bardzo niepokoić Laurę, tym bardziej, że przywołuje echa dawno zapomnianych, dręczących wspomnień z jej własnego dzieciństwa. Jest przekonana, że coś przerażającego kryje się w murach starego domu... *

Należę do grona widzów, którzy uwielbiają różnorakie horrory i jeśli miałbym określić swoje gusta i gatunkowe preferencje, miałbym problem. Jestem wielbicielem niewymagających myślenia slasher'ów, lubię produkcje epatujące dużą dawką makabry oraz filmy, które skupiają się głównie na wykreowaniu odpowiedniej atmosfery, zarażając widza nietypowym klimatem. Sierociniec należy właśnie do ligi tych ostatnich i każdy, kto lubuje się w tego typu nastrojówkach, powinien ten film znać. Jeżeli jest inaczej, wypadałoby nadrobić zaległości, gdyż obok Labiryntu FaunaIstoty, czy zeszłorocznej Mamy, Sierociniec stanowi niejako wizytówkę znanego hiszpańskiego producenta Guillermo del Toro - speca od filmów nastrojowych. Aby film mnie oczarował, niezależnie od podgatunku jaki reprezentuje, musi jednak spełnić jeden warunek: fabuła, nawet mało treściwa i oklepana, musi mieć ręce i nogi, musi być spójna i wciągająca, nawet jeśli po raz kolejny przypadnie mi oglądać film o nawiedzonym domu, czy psychopacie dręczącym nastolatki. A to możliwe jest wówczas, jeśli reżyser potrafi prostą z pozoru treść umiejętnie przedstawić. Bayonowi się to udało, choć "dziecko" tego początkującego reżysera nie jest pozbawione kilku zgrzytów.

Niektórzy twierdzą, że fabularnie Sierociniec nawiązuje do klasycznych horrorów o nawiedzonych domach i być może czerpie z tego gatunku pełnymi garściami, to wydaje mi się jednak, że nazwanie go horrorem o duchach jest nieco przesadzone. Jeżeli przed seansem nastawiamy się na klasyczny horror o nawiedzonym domu, niestety możemy się zawieść, bo film nie skupia się aż za bardzo na wątkach paranormalnych - te oczywiście się pojawiają i będzie ich sporo, ale są dawkowane widzowi umiarkowanie, schodzą na dalszy plan, stanowią jakby tło do dramatycznych wydarzeń, z jakimi przyjdzie zmierzyć się głównym bohaterom. Pierwsze minuty filmu pozwalają widzowi zapoznać się z nowymi mieszkańcami starego sierocińca. Śledzimy więc przeprowadzkę Laury i Carlosa do starej, okazałej posiadłości oraz przyglądamy się bacznie adaptacji małego Simona do nowych warunków. Malec szybko zaprzyjaźnia się z wyimaginowanymi przyjaciółmi, co będzie wskazówką dla widza, że w domu coś jest nie na rzeczy. W międzyczasie dowiadujemy się o nieuleczalnej chorobie Simona oraz o tym, że Laura i Carlos nie są jego biologicznymi rodzicami. Kiedy w czasie uroczystego otwarcia wyremontowanego sierocińca dochodzi do nagłego zniknięcia Simona, na myśl przychodzi nam jedno pytanie: czy powodem zaginięcia dziecka były wizje go dręczące, a może w murach domu czai się jakiś mroczny sekret?

Odpowiedzi nie otrzymamy jednak od razu. Groza i napięcie wykreowane w filmie zbudowane zostały na podwalinach tajemnicy jaką skrywa dom, a jej skrawki będą nam powoli ujawniane praktycznie od samego początku za pomocą ogranych schematów. Dzieci w horrorze z reguły posiadają wyimaginowanych przyjaciół, w nawiedzonych domach pojawiają się manifestacje w postaci stuków i szmerów, samoistnie zamykających się okien i drzwi, bohaterów dręczą wizje, a kiedy za plecami bohaterki pojawia się tajemnicza postać, nagle gasną światła. Można powiedzieć, że to już było. Tyle, że w Sierocińcu manifestacje te mogą odgrywać dwojaką rolę. Psychologiczny aspekt filmu nawiązuje do wspomnień, wizji oraz lęków skrywanych gdzieś w głębi psychiki głównej bohaterki Laury, która jako dziecko miała do czynienia z tym domem i na nowo będzie musiała zmierzyć się z jego nie do końca poznaną historią jako dojrzała już kobieta.Twórcy filmu pozostawiają widzowi otwartą furtkę i swobodę w interpretacji filmu, co uważam jego za spory walor. Śledząc kolejne wydarzenia, zaczynamy się zastanawiać nad tym, czy wizje, jakich doświadcza Laura oraz Simon aby na pewno podyktowane są manifestacją paranormalną, czy może raczej wyobraźnią wywołaną wspomnieniami z przeszłości tudzież bujną wyobraźnią dziecka. Bayona udowadnia, że nie wystarczy zobaczyć ducha, aby w niego uwierzyć. Wręcz przeciwnie. Najpierw trzeba uwierzyć i wtedy dojrzeć to, co wydaje się niedostrzegalne gołym okiem. Kwestia ta wypowiedziana w filmie przez jedną z postaci pozwala nam domniemać, że strefę żywych i umarłych (lub rzeczywistość i fikcję stworzoną przez wspomnienia i wyobraźnię) dzieli cieniutka granica którą - jeśli się tylko chce - w każdej chwili można przekroczyć, zupełnie tracąc nad wszystkim kontrolę. 

Ale nie tylko dwuznaczność fabularna oraz swoboda w interpretacji filmu przykuły moją uwagę. Zaimponowała mi przede wszystkim przygnębiająca atmosfera i klimat, nie tylko ze względu na ponure zakończenie. Nastrojowość produkcji zawdzięczać możemy posępnej scenerii, wśród której największą chyba uwagę skupia na sobie budynek sierocińca, wzorowany na starych rezydencjach minionych wieków. Jego wygląd sam w sobie budzi niepokój i potęguje grozę.  Smaczku dodaje również skąpana w deszczu sceneria, malowana bladą i szarą kolorystyką, która kojarzy się ze smutkiem i nieuzasadnionym niepokojem, a z drugiej strony - wspaniałe, nadmorskie krajobrazy, piękne klify i skały zalane ciepłymi, słonecznymi odcieniami, które przywodzą na myśl bezpieczeństwo i ciepło płynące z miłości Laury i Carlosa względem ich adoptowanego dziecka. Ważną rolę w budowaniu odpowiedniego klimatu odgrywa także ścieżka dźwiękowa, doskonale przylegająca do mrocznej i niespokojnej scenerii. Pod względem aktorskim film również wydaje się dopracowany. Nie wyobrażam sobie Laury bez Belen Ruedy, która rewelacyjnie odegrała rolę zdesperowanej matki, poszukującej swojej zaginionej pociechy. Odegrała tragizm tej postaci naprawdę przekonująco. Przemawia do mnie również postać małego Simona, w którego wcielił się dziewięcioletni wówczas Roger Príncep - widać, że kamera mu sprzyja, bowiem nie dostrzegłem w jego roli sztucznych i wymuszonych zachowań. Nieco w cieniu tych dwóch postaci pozostaje Fernando Cayo, który w filmie wcielił się w rolę Carlosa. Z pewnością nie mogę mu odmówić zdolności aktorskich, ale postać, którą zagrał w Sierocińcu uniemożliwiła mu rozwinięcie skrzydeł. Może to wina scenariusza, który skupia się bardziej na odczuciach i rozterkach emocjonalnych Laury, stawiając ją i Simona w centrum uwagi? Prawdopodobnie tak.

W jednym z wywiadów zamieszczonych w dodatkach dvd scenarzysta Sergio G. Sanchez przyznał, że Sierociniec w pierwotnej wersji miał być horrorem, jednak twórcy postanowili przerobić nieco postacie, by nosiły w sobie większe pokłady emocji. Stąd ostatecznie Sierociniec okazał się gatunkową hybrydą, łączącą dramat z horrorem i sądzę, że w takich kategoriach najrozsądniej należałoby go ocenić. Twórcy Sierocińca obrali pewną, ustabilizowaną drogę i ku pokrzepieniu serc milionów widzów łaknących emocjonującego dreszczowca, stworzyli pełen smutku i pesymistycznych wniosków dramat z elementami grozy. Przemyślana i spójna oś fabularna, zaskakujące zakończenie oraz odpowiednio dawkowane napięcie pozwalają uznać ten film za udany. Czy to jeden z najlepszych horrorów o nawiedzonym domu? W takich kategoriach nie chciałbym go oceniać ze względu na większe nasycenie motywami dramatycznymi, aniżeli wątkami charakterystycznymi dla filmowego horroru. Dla mnie Sierociniec pozostanie udanym dramatem sprawnie wykorzystującym elementy charakterystyczne dla horroru nastrojowego.

Tytuł oryginalny: El Orfanato
Tytuł polski: Sierociniec
Rok produkcji: 2007
Gatunek: Dramat/horror nastrojowy
Czas trwania: 1 godz. 45 min.
Reżyseria: Juan Antonio Bayona

* opis dystrybutora

Autor: Konrad

1 komentarz:

  1. Hiszpańska nastrojówka to coś, co bardzo lubię :) Film jest naprawdę niezły. Oglądałam go już dawno dosyć, ale mogę z całą pewnością powiedzieć, że z hiszpańskich hitów ostatnich lat na pewno warto obejrzeć właśnie "Sierociniec". Dziękuję za ciekawą recenzję i przypomnienie o tej produkcji. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń