piątek, 28 marca 2014

Recenzja: La Casa Muda (aka Cichy dom), 2010

Nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę miał okazję obejrzeć jakiś horror z kraju Ameryki Południowej. Sprawa jest prosta - produkcje grozy z tej części świata dotąd nie były mi znane i jeżeli takowe powstają, jakoś nigdy nie wpadały mi w ręce. Ameryka Południowa kojarzy mi się raczej z dennymi tasiemcami wenezuelskimi, które namiętnie oglądają zagorzałe fanki (fani?) rozterek miłosnych między pokojówką a właścicielem pokaźnej rezydencji, aniżeli z filmowymi horrorami. Cóż, kiedyś musiał nadejść ten czas, kiedy noc spędzę przy seansie nie horroru azjatyckiego, amerykańskiego, czy europejskiego, a... urugwajskiego! Co więcej - nawet mi się nie śniło, że horror z tej części świata będzie w stanie zadowolić mnie na tyle, bym mógł uznać go za przyzwoity. Co prawda La Casa Muda nie jest horrorem nieskazitelnym, ale nie jest też filmem gniotowatym - przy odpowiednich warunkach jest w stanie dostarczyć porządnych wrażeń.

Okoliczności, które ostatecznie doprowadziły mnie do filmu Gustavo Hernández'a były raczej oczywiste: jako że jestem wielbicielem horrorów stylizowanych na dokument, postanowiłem zapoznać się z jak największą liczbą horrorów reprezentujących tenże podgatunek. Na jednym z forów internetowych pojawiła się wzmianka o urugwajskim horrorze La Casa Muda. Zaciekawiła mnie nie tylko fabuła tego filmu, która z resztą do specjalnie wyszukanych nie należy, ale to, że horror ten został nakręcony w nietypowy sposób. Na film składa się jedno długie, niczym nieprzerywane, osiemdziesięcio minutowe ujęcie! Trudno w to uwierzyć, więc oczywiście nie było innej możliwości, jak tylko wyszukać film w sieci i przekonać się na własne oczy, czy jest to prawdą. Okazało się, że Cichy dom faktycznie został nakręcony w taki sposób, by widz odniósł wrażenie, że ogląda jedną długaśną scenę. Kamerzysta cały czas podąża za śladami głównej bohaterki Laury, nieprzerwanie dokumentując wydarzenia, do jakich doszło w tytułowym "cichym domu". Zabieg ten okazał się imponujący i stanowi jeden z głównych atutów filmu!

Treść horroru Hernández'a pozornie nie należy do oryginalnych i śmiało można ją zaszufladkować do pozycji otagowanych zwrotem "horror o nastolatce dręczonej przez nieznajomego". Młoda dziewczyna o imieniu Laura wybiera się wraz ze swoim ojcem do opuszczonego domu na odludziu, by go uporządkować i przygotować do sprzedaży. Docierają na miejsce przed zmrokiem i następnego dnia mają wziąć się do pracy. Kiedy córka i ojciec kładą się spać po długiej pieszej podróży, nagle z pierwszego piętra docierają do nich podejrzane dźwięki. Przerażona dziewczyna budzi ojca i prosi, by sprawdził, czy przypadkiem nie mają do czynienia ze złodziejem. Kiedy po dłuższej chwili ojciec nie wraca, dziewczyna postanawia przeszukać parter. Po jakimś czasie odnajduje pokrwawione, martwe ciało swojego ojca. Od tej chwili Laura sama będzie musiała stawić czoła tajemniczemu nieznajomemu.

Fabularnie film wydaje się przeciętnym straszakiem, który wykorzystuje wszystkie klasyczne chwyty typowe dla slashera, czy home invasion. Otóż nic bardziej mylnego - La Casa Muda należy do filmów, które pod przykrywką oklepanej historii mają na celu zaskoczyć widza najbardziej nieprzewidywalnym zwrotem akcji. Mogę zagwarantować, że zakręcona fabuła Cichego domu będzie w stanie zaskoczyć niejednego widza, który początkowo będzie spodziewał się typowego home invasion z elementami ghost story, czy horroru verite. Tak tak, pierwsze minuty filmu każą rozmyślać nam nad tym, co reżyser w zasadzie miał na myśli, kręcąc ten film, bo pełno tu nawiązań do różnych, całkiem odmiennych podgatunków horroru. W niektórych scenach pojawia się postać ducha, słychać tajemnicze kroki, drzwi same się zamykają, a chwilę później widzimy mężczyznę z krwi i kości przechadzającego się po domu z nożem w ręku. Trochę to taki misz-masz gatunkowy, ale zastosowany nie bez powodu.

W filmie wykorzystano wszystkie te chwyty po to, by wykreować nietypową, nieco psychodeliczną, nerwową atmosferę strachu i paniki, jaka towarzyszy głównej bohaterce filmu niemalże przez cały czas. Od razu zostajemy przeniesieni do świata wręcz nierealnego, przesiąkniętego tajemnicą, którą chcemy poznać. Nie wiemy, czy dom jest nawiedzony i główną bohaterkę dręczy duch, czy może posiadłość odwiedził morderca, którego głównym celem jest Laura i jej ojciec. Nie mamy pojęcia, czy to, co widzimy, dzieje się naprawdę, czy może są to wybryki wyobraźni głównej bohaterki. Okazuje się, że  zagadka ta nie jest tak oczywista, jak może nam się na początku wydawać, a jej rozwiązanie jest jeszcze bardziej pogmatwane i bardziej złożone. To, co na początku filmu może wydawać nam się głupie, nielogiczne i mało przemyślane, w finałowej części filmu okaże się całkiem intrygujące. Oczywiście zwolennik dosłowności w filmie może poczuć się nieco oszukany i skwituje film słowem: głupi i totalnie pogmatwany, ale osoby bardziej uwrażliwione na konteksty psychologiczne, będą w stanie zrozumieć to, co reżyser miał na myśli, kreując tę nieco dziwną historię.

La Casa Muda jest przykładem horroru, który powinien trafić przede wszystkim w gusta wielbicieli kina klimatycznego. Reżyser, przy dość oszczędnym budżecie, postanowił zrezygnować ze scen pełnych krwi, na rzecz wykreowania niespokojnej i dusznej atmosfery. Przyznam, że mu to wyszło całkiem przyzwoicie. Klimat potęgowany paniką i wszechogarniającym strachem jest tu gęsty jak fasolka po bretońsku. Pole widzenia jest znacznie ograniczone, dzięki zabiegowi charakterystycznemu dla horrorów verite. Wydarzenia śledzimy więc tylko przez obiektyw jednej kamery, a jej niestabilny obraz potęguje wrażenie uczestnictwa w wydarzeniach rozgrywających się w chatce. Niepokój i groza zostały również utrzymane dzięki zminimalizowaniu światła. Pomieszczenia chatki okala nieprzenikniona ciemność, a jedynym źródłem światła okazuje się latarka, którą trzyma w ręku główna bohaterka. Dzięki temu nie możemy przewidzieć, w której chwili zza ściany wyskoczy coś, co podniesie nam ciśnienie i przyprawi o dreszcze. Film ten znacznie różni się jednak od klasycznego horroru paradokumentalnego; kamerzysta nie jest aktywnym uczestnikiem wydarzeń (nie wdaje się w konwersacje z bohaterami filmu), a jego głównym celem jest tylko bierne relacjonowanie wydarzeń.

Cichy dom zdecydowanie uplasowałby się na wyższej pozycji w rankingu moich ulubionych filmów, gdyby nie fakt, że obraz Hernández'a posiada jednak kilka niedociągnięć, które mocno mogą wpłynąć na jego ogólny odbiór. Największym mankamentem filmu jest to, że po kilkunastu minutach zaczyna zwyczajnie nudzić. Momentami w tę produkcję wkradła się monotonność nie do zniesienia, która zmęczy nawet najbardziej wytrwałego widza. Akcja rozgrywa się praktycznie w jednym miejscu, stąd czasami można odnieść wrażenie, że niektóre sceny się powtarzają i okropnie dłużą. Tak naprawdę chcąc skrócić te niepotrzebne momenty (w trakcie których bohaterka bez celu błąka się po pokojach), film byłby krótszy o jakieś czterdzieści minut. Drażni również aktorstwo. Główna bohaterka - Laura - jest sztywna jak słup wysokiego napięcia i chwilami mocno denerwuje swoim absurdalnym zachowaniem, które co prawda pod koniec filmu można wytłumaczyć. Trudno mi jednak zrozumieć niektóre sytuacje, jak np. tę, w której dziewczyna przegląda półki z książkami, mamrocząc pod nosem słowa "tato, gdzie jesteś?". Czyżby spodziewała się, że tam właśnie schował się jej ojciec? Takich absurdalnych sytuacji możemy dopatrzeć się znacznie więcej. Niestety w kwestii odegrania emocji, aktorce wcielającej się w postać Laury również nic nie wychodzi, a trzeba mieć na względzie, że budowanie atmosfery osaczenia, w dużej mierze zależy od mimiki aktora. Twarz Laury momentami przypomina teatralną maskę. Jest sztuczna i jakby pozbawiona życia.

Pomimo tych kilku niedociągnięć, warto sięgnąć po La Casa Muda. Z pewnością nie jest to typowy dreszczowiec o nastolatce dręczonej przez psychopatę, choć na początku może tak się wydawać. La Casa Muda wydaje się również filmem pozbawionym logiki, jednak bardziej wytrwali widzowie którzy dotrwają do końca, dowiedzą się, że tak naprawdę logika w tym filmie nie odgrywa najistotniejszej roli, a nieprawdopodobna i głupia z pozoru fabuła, na końcu zdradza tajemnicę, która zmienia spojrzenie widza na całą tę historię. W 2011 roku Amerykanie (a jakże) podchwycili pomysł od Gustavo Hernández'a  i postanowili nakręcić remake tego urugwajskiego horroru. Nie miałem jeszcze okazji zapoznać się z amerykańską wersją, więc uniknę porównań. Kolejną wartością dodatnią filmu, zachęcającą do seansu, może okazać się to, że został on stworzony w oparciu o prawdziwe wydarzenia, do jakich doszło w jednej z urugwajskich wiosek w latach 40. Trudno ocenić mi "prawdziwość" wydarzeń ukazanych w tej produkcji, niemniej jednak warto zapoznać się z filmem choćby ze względu na utrzymanie widza w niepewności oraz umiejętne operowanie gęstym klimatem przerażenia, paniki i osaczenia. Przed seansem polecam więc wygonić wszystkich z domu, zasiąść w zaciszu pokoju ogarniętego mrokiem, nałożyć słuchawki na uszy i dać się wciągnąć w ten niesamowicie wykreowany, niespokojny nastrój. Możemy wówczas liczyć na dreszczyk emocji, pod warunkiem, że przymkniemy oko na niedociągnięcia tej produkcji, ale ostrzegam - z tym może być trudno.

Tytuł oryginalny: La Casa Muda
Tytuł polski: Cichy dom
Rok produkcji: 2010
Gatunek: horror verite/home invasion/horror nastrojowy/dramat
Czas trwania:  1 godz. 19 min.
Reżyseria: Gustavo Hernández


Autor: Konrad

2 komentarze:

  1. Jeszcze nie widziałam, ale zachęciłeś mnie, więc na pewno obczaję. A z wenezuelskich horrorów polecam ten http://www.filmweb.pl/film/La+Casa+del+fin+de+los+tiempos-2013-684714
    Gwarantuję, że nie ma nic wspólnego z telenowelami:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki Buffy, z pewnością obejrzę:)

    OdpowiedzUsuń