niedziela, 4 maja 2014

Recenzja: The Poughkeepsie Tapes (aka Taśmy z Poughkeepsie), 2007

Codziennie na całym świecie w niewyjaśnionych okolicznościach giną ludzie. Wracając ze szkoły, z pracy, czy z zakupów zostają uprowadzeni przez psychopatycznych zwyrodnialców, zostawiając swoje zdesperowane rodziny w rozpaczy i cierpieniu na długie lata. Znane powiedzenie, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej traci na wartości w chwili, gdy dowiadujemy się, że nagle uprowadzono dziecko przed jego własnym domem, gdzie bez opieki rodziców, bawiło się beztrosko w piaskownicy, nieświadome ryzyka, na które właśnie zostało wystawione. Być może wielu z was w tej chwili pomyśli sobie, że są to tylko odosobnione przypadki, że was to nigdy nie spotka, bo codziennie na noc zamykacie drzwi swoich posesji na cztery spusty, nie wdajecie się w rozmowy z nieznajomymi, podejrzanymi typami, nie zostawiacie swoich dzieci poza zasięgiem wzroku, czujecie się bezpieczni, bo wasze posesje naszpikowane są najnowocześniejszymi systemami alarmowymi, itp. Być może macie rację, bo nie da się przecież żyć w ciągłym strachu i niepewności. Nie zmienia to jednak faktu, że codziennie jesteśmy narażeni na różnego rodzaju niebezpieczeństwa płynące ze strony ludzi, których codziennie mijamy na ulicy. Być może pod pozorami normalnego zachowania, mają wobec nas całkiem inne, niekoniecznie dobre, zamiary. Mawiają, że "przezorny zawsze ubezpieczony" i lepiej dmuchać na zimne, wtedy choć w minimalnym stopniu unikniemy ryzyka. Myślę, że jest w tym ziarenko prawdy. Kto uważa inaczej, koniecznie musi zapoznać się z paradokumentem "The Poughkeepsie Tapes", który chwilami potrafi autentycznie przerazić, a co najważniejsze - każe widzowi zastanowić się nad kwestiami, o których zwykle nie rozmawia ze znajomymi przy stole podczas obiadu.


Wielu twórców filmowych horrorów nie raz zastanawia się, jak skutecznie przerazić współczesnego widza, który zdążył już przyzwyczaić się do znanych chwytów mających przyprawić go o dreszcze lub spowodować, że po seansie horroru przez kolejnych kilka nocy nie zmruży oka ze strachu. Jak więc autentycznie wykrzesać z filmu to "coś", co wprawi widza w osłupienie? Jaki jest najlepszy przepis na prawdziwy horror? Oto pytania odwiecznie frustrujące niejednego reżysera i chyba nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Każdy z nas, horroromaniaków, lubi przecież coś innego - jednego wystraszy rozkładający się żywy trup, drugiego wilkołak lub wampir, a trzeciego przerazi prosta historyjka o psychopatycznym mordercy z nożem w ręku. Są wielbiciele nastrojowych horrorów o duchach, są i fanatycy opowieści przesiąkniętych makabrycznymi scenami gore. Gdzie, w gąszczu tylu rozmaitych podgatunków horroru, znajdzie się miejsce dla "Taśm z Poughkeepsie"?

Twórca "Taśm...", John Eric Dowdle, zanim wziął się za podrabianie hiszpańskiego horroru REC realizując jego niezbyt przekonujący remake "Kwarantanna", już wcześniej eksperymentował w modnej ostatnio konwencji found footage, realizując film, który miał wstrząsnąć widzem kontrowersyjnym ujęciem tematu psychopatycznych maniaków, pałaszujących ulice miast i siejących postrach wśród amerykańskiej społeczności. Udało mu się wykreować ponury i duszny klimat w filmie, względem którego nie można przejść obojętnie i który wywołał mieszane uczucia w gronie fanatyków horroru. Fabuła filmu skupia się na działalności niebezpiecznego seryjnego mordercy, który rejestruje wszystkie porwania i zabójstwa na taśmach video. Kiedy po latach detektywi odnajdują w jego opuszczonym domu pudła z nagranymi materiałami, postanawiają wykorzystać je do nakręcenia dokumentu obrazującego funkcjonowanie psychopaty oraz służb bezpieczeństwa zajmujących się sprawą tajemniczych uprowadzeń i morderstw z jego udziałem. "The Poughkeepsie Tapes" jest zbiorem przeróżnych materiałów ze śledztwa - od fragmentów z wypowiedzi reporterów relacjonujących przebieg śledztwa, przez wywiady z ekspertami i rodzicami uprowadzonych ofiar, po wspomniane nagrania psychopaty, odkrywające jego okrutną i makabryczną działalność. 

"Taśmy z Poughkeepscie" w mojej opinii należą do najbardziej realistycznych i wpadających w pamięć obrazów spośród dziesiątków pozostałych horrorów stylizowanych na dokument, jakie dane mi było ujrzeć do tej pory, a dodam tylko, że jako wielbiciel stylistyki found footage, mam za sobą seans niemalże wszystkich produkcji reprezentujących podgatunek horror verite. Omawiany film o tyle różni się od swoich bliźniaczych produkcji, że nie składa się z jednego ciągu wydarzeń rejestrowanych przez jedną lub dwie kamery, jak to było w przypadku kultowego "Blair Witch Project", czy równie znanego horroru "REC". Pod względem konstrukcyjnym horror Dowdla zbliżony jest do popularnych programów dokumentalnych wyświetlanych na znanych i rozpoznawalnych stacjach pokroju Discovery World, czy Polsat Crime (podobną konwencję wykorzystano później w thrillerze/dramacie "Lake Mungo" z 2008 roku czy w mocnym thrillerze "Megan is Missing" z roku 2011). Stąd też oprócz emisji materiałów znalezionych w posiadłości psychopaty, będziemy mieli okazję przysłuchać się mniej lub bardziej interesującym wywodom ekspertów, którzy mają coś więcej do powiedzenia w sprawie śledztwa "rzeźnika znad rzeki".

Zabieg ten jest o tyle ryzykowny, że w pewnym momencie te naukowe, psychologiczne rozważania nad psychiką i motywami gagatka z piekła rodem mogą w końcu znudzić mniej wytrwałego widza, który zwyczajnie nie cierpi produkcji stylizowanych na wspomniane programy o seryjnych mordercach, emitowane w telewizji po godzinie 22.00, a oczekuje całej masy brutalnych scen gore. Od razu zaznaczam, że oprócz tych kilku naprawdę udanych i sugestywnych, makabrycznych momentów, w których cokolwiek będzie można ujrzeć bez przesadnego wytężania wzroku, "Taśmy..." wbrew oczekiwaniom niektórych widzów, nie należą do grona filmów typowych dla kina snuff, przepełnionych scenami dokładnie ukazującymi akty bestialskiego mordowania ofiar. Te oczywiście się pojawią, ale nie będą stanowić zasadniczego elementu fabuły. Dowdle wymaga od widza czegoś więcej, niż przeciętni twórcy masakrycznych rąbanek pokroju horrorów reprezentujących krwawe kino snuff. Reżyser "Taśm..." wymaga od widza przede wszystkim pełnego zaangażowania w przedstawione wydarzenia, dlatego nie zawsze umożliwi mu ujrzenie pełnych brutalności scen - najgorsze momenty pozostawia naszej wyobraźni; w momencie zadawania ran ofierze, obraz kamery czasami nagle zostaje urwany, a widz pozostaje sam z obrazami, jakie podsunie mu wyobraźnia. Pomimo braku przesadnej ekspansji brutalnością, film mocno oddziałuje na widza ogromem scen, w których zamaskowany psychopata znęca się psychicznie nad swoimi ofiarami, dosłownie delektując się ich cierpieniem oraz lękiem przed dalszym losem. Wydaje mi się, że psychologiczne oddziaływanie na widza scenami poniżania ofiar i napędzania ich strachem, potrafi zdecydowanie bardziej poruszyć na tyle, by film utkwił w pamięci zdecydowanie na dłużej.

Filmy pokroju "Taśm z Poughkeepsie" bardzo często wywołują liczne dyskusje wśród zagorzałych wielbicieli cinema veirte, dotyczące autentyczności ukazanych wydarzeń. Często na forach internetowych pojawiają się pytania o to, czy ten film przedstawia autentyczne nagrania, czy może mamy do czynienia z kolejną machlojką, doskonale napędzoną dzięki dobrze rozegranej kampanii reklamowej filmu. Narastające kontrowersje wokół pierwszego horroru Dowdle'a można uzasadnić realistycznie wykreowaną historią. Dowdle sięgnął nie tylko po sprawdzoną technikę kręcenia kamerą z ręki, która współcześnie już nie wystarczy, by przekonać widza, że właśnie ma do czynienia z autentycznymi materiałami filmowymi. Wykorzystuje więc cały wachlarz innych chwytów, które ostatecznie przesądzają o wykreowaniu historii na tyle przekonującej, by potencjalny widz połknął haczyk i ostatecznie uwierzył w to, co właśnie ogląda. Dowdle wzbogaca fabułę o przekonujące relacje rzekomych świadków, fragmenty z programów telewizyjnych na bieżąco relacjonujących o postępie w śledztwie tzw. "mordercy znad rzeki", wprowadza wywiady z rodziną ofiar, czy zamieszcza fragmenty artykułów z gazet. Ogromną rolę w budowaniu rzekomej autentyczności filmu zawdzięczać możemy również dobrze odegranym rolom, choć nie zawsze aktorom udaje się dotrzymać poziomu niektórych wysokobudżetowych produkcji. Zdarzają się również drobne wpadki w scenariuszu, ujmujące nieco rzekomej prawdziwości wydarzeń ukazanych w filmie, ale nie wpływające zasadniczo na jego ogólny odbiór. SPOILER: Ciężko np. uwierzyć w to, że policja przez tyle lat dała się wodzić za nos psychopacie, który poruszał się tą samą marką samochodu, zawsze nosił ze sobą kamerę, a organom państwowym udało się zdobyć jego rysopis dzięki zarejestrowaniu mężczyzny przez kamerę umiejscowioną na stacji benzynowej. KONIEC SPOILERA.

Pomimo tych kilku niewielkich wpadek, "Taśmy z Poughkeepsie" wybijają się jednak ponad przeciętność przede wszystkim rażącą autentycznością, jaką mimo wszystko udało się twórcom zachować, a w przypadku horrorów verite jest to chyba atrybut najważniejszy. Ciężko bowiem uwierzyć w coś, co od początku do końca zawiewa sztucznością. Dowdle zaraził mnie przekonującą i co chyba najistotniejsze - wstrząsającą historią, której przygnębiające zakończenie każde wysunąć wniosek, że pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się wymazać z pamięci ofiary traktowanej w bestialski, okrutny sposób. Widzowie, którzy wyłączają film zaraz po pojawieniu się napisów końcowych, koniecznie niech się powstrzymają, bowiem zaraz po nich pojawia się wymowna scena, której z wiadomych powodów, nie będę tutaj zdradzał. "The Poughkeepsie Tapes" to propozycja dla wytrwałych widzów, którzy oprócz krwawej jatki chcą przede wszystkim filmu, który poruszy ich szare komórki i każe zastanowić się nad kilkoma ważnymi kwestiami.

Tytuł oryginalny: The Poughkeepsie Tapes
Tytuł polski: Taśmy z Poughkeepsie
Rok produkcji: 2007
Gatunek: horror verite / thriller / dramat
Czas trwania:  1 godz. 26 min.
Reżyseria: John Eric Dowdle

Autor: Konrad

1 komentarz: