wtorek, 24 czerwca 2014

Recenzja: Troje (Sarah Lotz)

Znane porzekadło "krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje" spokojnie może odnosić się niektórych kampanii reklamowych. To, co jest mocno promowane w mediach, często okazuje się co najmniej średnie lub w ogóle marnej jakości. Piszę o tym mając za sobą dziesiątki filmów lub powieści, których premiera została poprzedzona pokaźną kampanią reklamową, a sam produkt ostatecznie okazał się zakalcowatym gniotem. "Troje" nieznanej mi dotąd pisarki i scenarzystki filmowej Sarah Lotz to powieść, która utkwiła mi w pamięci właśnie dzięki dobrze przemyślanej, zakrojonej na szeroką skalę promocji. Specjalnie przygotowana strona internetowa, tajemnicze czarne koperty z fragmentem powieści przesyłane do recenzentów, przykuwająca uwagę szata graficzna książki, utrzymana w czarnych barwach, z budzącą niepokój okładką i wreszcie fabuła osnuta mgiełką tajemnicy i kontrowersji. Przyznam, że dałem się w to wszystko wciągnąć po całości, choć nie będę ukrywał, że z początku podchodziłem do samej powieści ze sporą dawką sceptycyzmu. Co więc kryje się za szumnie zrealizowaną promocją "Trojga" - powieści, która w ostatnim czasie stała się popularną książką wśród wielu czytelników w Polsce i na świecie?


Czarny Czwartek. Dzień, którego nie sposób zapomnieć. Dzień, w którym niemal równocześnie w czterech miejscach na świecie dochodzi do katastrof wielkich samolotów pasażerskich. Giną setki ludzi, przeżywa tylko czworo. Jedną z nich jest Pamela May Donald. Leżąc w pogorzelisku, wśród poskręcanych fragmentów kadłuba i zmasakrowanych szczątków współpasażerów, nagrywa na komórkę wiadomość, która wstrząśnie światem. Wkrótce potem umiera.

Zostaje ich tylko TROJE.

To dzieci, jakimś cudem pawie niedraśnięte, co nie znaczy, że niezmienione. Wokół nich i z nimi zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Nie uchodzi to uwagi religijnych fanatyków na całym świecie. Pojawiają się domysły, podejrzenia i teorie. Wreszcie komuś przychodzi do głowy myśl, że musi być jeszcze jeden ocalony. Jeszcze jedno cudowne dziecko. Rozpoczynają się poszukiwania, a raczej polowanie.

I wtedy świat zmienia się do końca.*

Ciężko uwierzyć, że za cztery katastrofy lotnicze mogliby odpowiadać Obcy. Jeszcze trudniej strawić teorię o Jeźdźcach Apokalipsy, o których pisał św. Jan, którzy mieliby rzekomo wcielić się w trójkę ocalałych dzieci. A jednak Sarah Lotz przekazuje nam to wszystko w taki sposób, że czytając kolejne rozdziały, zaczynamy w to wszystko naprawdę wierzyć. Lotz postanowiła chwycić za bardzo ryzykowny zabieg, kreując powieść na typową literaturę faktu. Konstrukcyjnie "Troje" jest więc książką posiadającą znamiona dokumentu-reportażu, czy raczej "paradokumentu" (pamiętajmy, że to przecież fikcja literacka). Kiedy po raz pierwszy otworzyłem kopertę z fragmentem powieści i zapoznałem się z treścią, od razu ucieszyłem się na wieść, że będzie to powieść w stylu mockumentary, jest to bowiem podgatunek bardzo mi bliski. Obawiałem się tylko, by Lotz nie przedobrzyła. Aby to sprawdzić, musiałem zapoznać się z całością. Teraz, kiedy pochłonąłem to opasłe tomisko muszę przyznać, że podołała wyzwaniu i stworzyła historię ukazaną w wyjątkowo oryginalny sposób. Ale i nie uniknęła kilku niewybaczalnych błędów. Ale o tym za moment.

"Troje" jest zapiskiem wydarzeń mających przybliżyć czytelnikowi zarówno samą katastrofę czterech samolotów pasażerskich oraz proces adaptacji trójki ocalałych dzieciaków, jak i przedstawić teorie spiskowe, które jak grzyby po deszczu wyrosły zaraz po tragedii. Sposób narracji jest nietypowy - autorka wciela się w różne postaci i opisuje wydarzenia z różnych punktów widzenia. Na powieść składają się wywiady przeprowadzone ze świadkami oraz osobami mającymi związek z katastrofą, jak i wycinki z gazet, czy transkrypcje nagrań. Powieść podzielona została na kilkanaście części, gdzie na przemian raz przedstawiane są wydarzenia dotyczące ocalonych, a raz rodzący się wokół nich spisek. W rozdziałach poświęconych trójce dzieci, autorka skupia się nie tylko na cudownie ocalonych, ale i na problemach, z jakimi muszą radzić sobie rodziny, które przyjęły je pod opiekę. Najbardziej uciążliwe okazują medialne hieny, które walczą o to, by zdobyć jak najwięcej informacji i jeszcze bardziej podgrzać napiętą atmosferę. Ale Lotz nie skupia się tylko i wyłącznie na dzieciach i szumie medialnym, jaki wokół nich powstaje. Pokazuje, że rodziny ocalonych muszą zmagać się również z innymi problemami dnia codziennego, jak życie z osobą chorą na Alzheimera, czy zmaganie się z nałogiem i ponurą przeszłością. Pojawia się również wątek miłosny pomiędzy dwojgiem młodych ludzi, Ryu i Chiyoko, którzy przypadkowo poznają się w sieci. Powieść nie jest więc prostolinijna - zawiera kilka wątków pobocznych, które w mniejszym lub większym stopniu łączą się jednak z wątkiem głównym, czyli katastrofą i spiskiem.

O ile rozdziały poświęcone ocalonym przykuły moją uwagę - z wielką ciekawością śledziłem dalsze losy bohaterów - o tyle rozdziały mające na celu nakreślić czytelnikowi rodzący się spisek okazały się nieco nudne. Zdecydowanie mniej skupiono się na teorii o Obcych (czego oczekiwałem najbardziej), a większą uwagę poświęcono na opisanie działalności fanatyków religijnych i rozwijającej się teorii o Jeźdźcach Apokalipsy, którzy mieliby rzekomo wcielić się w trójkę ocalałych dzieci. Nie brakło również nawiązań do aktualnych kwestii, z którymi boryka się współczesny kościół katolicki, jak homoseksualizm, aborcja, czy zagrożenia płynące ze współczesnych osiągnięć techniki. Lotz, kreując fikcyjny, ale jakże realistyczny scenariusz udowadnia, że w obliczu katastrofy o znaczeniu globalnym, świat napędzany jest kulturą strachu, a fakty są czasami zniekształcone na własny użytek, by wywołać na ludziach presję i spowodować, że będą przez cały czas żyć w obawie o lepsze jutro. Ma to oczywiście swój cel: przywłaszczyć sobie jak największą rzeszę ludzi, którzy zrobią wszystko, by zostać zbawionymi i uratowanymi przed nadchodzącym armagedonem, co oczywiście ma swój przelicznik na osiągnięcie jakichś zysków. Autorka pozostawia nam jednak otwartą furtkę do interpretacji tego, z czym przyjdzie nam zmierzyć się w książce - okazuje się bowiem, że w każdym spisku kryje się ziarenko prawdy.

Według mnie najważniejszym wyróżnikiem dobrego "paradokumentu" jest zadbanie o wiarygodność opisywanej historii. Czytelnik, wgłębiając się w treść musi uwierzyć we wszystko, co czyta. Jest to trudne do osiągnięcia, ale możliwe. Lotz udało się stworzyć kontrowersyjną, niepokojącą opowieść i mógłbym napisać, że jest to powieść spełniająca ten wymóg, ale nie mogę tego zrobić ze względu na kilka poważnych błędów. To, co najbardziej ujmuje na wiarygodności historii przedstawionej przez Lotz to poważne błędy w kreacji jednego z bohaterów "Trojga". Wiarygodność, którą autorka skutecznie budowała przez większość powieści, pryska w momencie, gdy dochodzimy do ostatnich kilkunastu stron. Nie mam pojęcia, czy postać Ace Kelso z Narodowego Biura Bezpieczeństwa Transportu to kobieta, czy mężczyzna. Na stronie 49 Sarah Lotz wypowiada się o niej jako o kobiecie, stosując rodzaj żeński, później - dokładnie na stronie 446 - opisuje tę postać jako mężczyznę i oprócz tego, że stosuje rodzaj męski, to również nawiązuje do typowo męskiego wyglądu i tu cytuję: "po raz ostatni widziałam go w kancelarii prawnej obsługującej mojego wydawcę, kiedy powiedziano mu, że nie ma najmniejszych szans na wygranie sprawy. Miał obwisłe policzki, przekrwione oczy i kilkudniowy zarost"** Myślę, że wina nie leży tu po stronie tłumacza, a po stornie autorki. Wybaczyłbym pomyłkę w pisowni, gdzie zamiast "ona" przez przypadek zjadło się "a" na końcu i powstał "on", ale tu ewidentnie widać, że autorka nie mogła się zdecydować, kim będzie Ace Kelso - kobietą, czy mężczyzną. Nie wiem, a może po prostu postać ta miała być transwestytą, a ja niepotrzebnie się czepiam? Kolejnym mankamentem powieści jest to, że niektóre wydarzenia, o których autorka pisze wcześniej, w późniejszym czasie nie będą miały miejsca. Są to błędy dość istotne, w końcu mamy do czynienia z powieścią stylizowaną na reportaż, więc tego typu fabularne wpadki nie powinny w ogóle mieć miejsca. Niemniej jednak powieść potrafi obronić się kontrowersyjnym ujęciem tematu, przedstawionym w ciekawy i innowacyjny sposób, a to nie lada wyczyn mając na względzie wspomniane przeze mnie zgrzyty, których Lotz nie udało się ominąć.

Na koniec recenzji wróćmy do pytania ze wstępu: co więc kryje się za szumnie przeprowadzaną kampanią "Trojga"? Czy ta powieść w końcu jest warta polecenia, czy nie? Pomijając błędy tej powieści trzeba przyznać, że "Troje" to jednak pozycja, po którą warto sięgnąć. Lotz opowiada w niej o wydarzeniach, którymi jesteśmy świadkami w życiu codziennym - wystarczy przypomnieć sobie najbardziej głośne katastrofy lotnicze, by przekonać się, że i ich nie ominęły rozmaite spekulacje i teorie spiskowe. Niemalże w przypadku każdej katastrofy o światowym zasięgu pojawią się pytania o atak terrorystyczny, ingerencję UFO, a nawet interpretacje noszące znamiona apokalipsy. Najważniejszym atutem "Trojga" jest to, że trzyma czytelnika w niepewności do ostatniej strony. Sarah Lotz potęguję napięcie, potrafi nieźle zagmatwać w fabule i choć dotrwamy do końca, to pozostawia nam możliwość do własnej interpretacji, co również uważam za duży atut powieści. Książka Sarah Lotz z doskonałą precyzją odzwierciedla paranoję, w jaką mogą wpaść ludzie w obliczu katastrofy, której okoliczności wydają się co najmniej dziwne. Masowa panika, jak nietrudno się domyśleć, podsycana jest masą niedorzecznych teorii wyjętych rodem z rasowego science fiction. No właśnie. Czy aby na pewno?


Autor: Sarah Lotz
Oryginalny tytuł: The Three
Polski tytuł: Troje
Gatunek: thriller/groza/science fiction
Wydawnictwo:Akurat
Liczba stron: 479
Rok wydania w Polsce: 2014

Autor: Konrad

* opis wydawcy
** s. 446

Dziękuję Wydawnictwu Akurat oraz  Business i Culture za przesłanie egzemplarza do recenzji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz