środa, 2 lipca 2014

Recenzja: Devil's Due (aka Diabelskie Nasienie), 2014

Mówi się, że sukces filmu Blair Witch Project (1999) oraz jego pomysłowa kampania reklamowa przyczyniły się do powstania kolejnych filmów aranżowanych na dokument. Nietrudno się nie zgodzić: Paranormal Activity stał się już niemalże serialem, hiszpański horror REC również dwoi się i troi, gubiąc gdzieś po drodze swoją świetność, powstały pojedyncze horrory stylizowane na dokument, których wyliczanie mija się jednak z celem - wystarczy wklepać "horror paradokumentalny" w wyszukiwarce, a wujek google pomoże odnaleźć to i owo. Era found footage, czyli tzw. znalezionych taśm przeżywa istny renesans. Do coraz pokaźniejszego grona horrorów verite dołączyła amerykańska produkcja Devil's Due (aka Diabelskie Nasienie), która niestety nie powala ani wykonaniem, ani nawet pomysłowym przedstawieniem starego jak świat motywu antychrysta w łonie matki.

Poznajemy świeżo upieczoną parę młodą - Zach i Samantha to wzorzec idealnych, szczęśliwych i zakochanych w sobie po uszy nowożeńców. W podróż poślubną udają się na Dominikanę, gdzie tam postanawiają spędzić swoje upojne chwile. Przez cały czas towarzyszy im kamera - Zach postanowił uwiecznić najważniejsze chwile ich życia, by za kilkanaście lat pokazać je swojemu potomstwu. Para świetnie się bawi, do czasu, kiedy postanawia odwiedzić miejscową wróżkę. Przepowiednia dotycząca Samanthy bynajmniej nie napawa optymizmem, jednak nowożeńcy nie traktują jej zbyt poważnie. Później - za namową taksówkarza - udają się na zabawę. Od tej pory życie młodych ulegnie przemianie. Po powrocie z miesiąca miodowego okazuje się, że dziewczyna jest w ciąży. Rozwijające się w jej łonie dziecko zmienia ją nie do poznania. Kobieta robi się agresywna i dziwnie się zachowuje. Tymczasem Zach, przeglądając materiały z podróży, odkrywa przypadkowo dziwne zajście, do którego doszło podczas tajemniczej imprezy. Okazuje się, że pierwsze kości zostały już rzucone, a szatańska gra dopiero się rozpoczyna.
 
Nie będę ukrywał, że akcja filmu rozwija się bardzo powoli, co bardziej opornych może zmęczyć, ale dzięki temu mamy okazję bliżej przyjrzeć się głównym bohaterom i się z nimi zaprzyjaźnić. Obserwujemy więc przygotowania do ślubu, później samą ceremonię i wesele, następnie wraz z oblubieńcami przenosimy się na Dominikanę i stajemy się uczestnikami miesiąca miodowego. W tym czasie uświadamiamy sobie, że Zach i Samantha to najszczęśliwsza para na świecie, jednak doskonale zdajemy sobie również sprawę z tego, że za chwilę wydarzy się coś, co przerwie tę sielską idyllę. Mógłbym w tym miejscu napisać, że to najnudniejsza część filmu, ale tego nie zrobię. Przywykłem już do konstrukcji fabularnej, gdzie na początku twórcy umożliwiają widzowi zapoznanie się z protagonistami, a w drugiej połowie seansu stawiają na dynamiczny rozwój akcji właściwej, w której wreszcie coś zaczyna się dziać. Zazwyczaj nudna okazuje się ta pierwsza połowa filmu, a najlepsze twórcy zostawiają nam na końcu. W "Diabelskim Nasieniu" mamy do czynienia z odwrotną sytuacją: o ile znośnie ogląda się sielankowe życie młodej parki, o tyle sceny kluczowe dla horroru w drugiej części seansu zawodzą po całej linii.

Problem "Diabelskiego Nasienia" polega na tym, że twórcy nie za bardzo wiedzieli, jak rozgryźć wątek satanistyczny oraz w jaki sposób przedstawić go widzowi, by ten ze strachu narobił w gacie, poobgryzał sobie paznokcie z nerwów, lub - przy najmniejszej linii oporu - w ogóle zainteresował się filmem. Tak zwane "straszne momenty" sprowadzają się tutaj do dziwnych zachowań głównej bohaterki: nagle staje się drażliwa, agresywna, szybko popada w paranoję, a wkrótce zaczyna manifestować nadprzyrodzonymi zdolnościami. Oczywiście pojawią się również sceny kluczowe, na które czekaliśmy od samego początku, ale one również nie zrobią na nas większego wrażenia, chyba, że jesteśmy w stanie przymknąć oko na niezbyt przekonujące, zawiewające sztucznością efekty specjalne. Kroplą, która ostatecznie przelała czarę goryczy i pogrzebała całkowicie ten film jest fakt, że twórcy wzięli się za przedstawienie historii od zupełnie niewłaściwej strony. Film rozpoczyna się od sceny końcowej, pozbawiając tym samym widza najważniejszego elementu: zaskoczenia. Twórcy już w pierwszych minutach odkrywają przed nami karty, przez co seans staje się przewidywalny do granic możliwości. Gorzej już być nie mogło? A jednak...

Panowie odpowiedzialni za reżyserię "Diabelskiego Nasienia", Matt Bettinelli-Olpin oraz Tyler Gillett, tworząc satanistyczny horror w modnej ostatnio konwencji found footage rzucili się na głęboką wodę i nie podołali wyzwaniu. Zanurzyli tę produkcję w oceanie nudy, by ostatecznie opaść razem z nią na dno i na stałe ugrzęznąć w mule. Jakieś koła ratunkowe? Dopatrzyłem się jednego. Zdecydowanie najjaśniejszym punktem tego filmu jest kreacja głównych postaci. Zach Gilford i Allison Miller jako para nowożeńców znakomicie wykonali swoje zadanie - wpasowali się we własne role i stworzyli postacie autentyczne, które od samego początku wzbudzają sympatię i co najważniejsze - nie denerwują. Pojawia się również motyw tajemniczego zgromadzenia, coś na kształt sekty satanistycznej, według mnie bardzo interesujący, ale to również nie było w stanie uratować tego filmu przed porażką. Na tym w zasadzie koła ratunkowe dla tej produkcji się kończą. Gdyby nie to, że twórcy budowali napięcie co i rusz sięgając ciągle po te same chwyty, film zdecydowanie uplasowałby się na wyższym poziomie. Ostatecznie otrzymaliśmy kolejną paradokumentalną średniawkę. Wniosek? Radziłbym trzymać się od tego filmu z daleka, chyba, że jakimś cudem wpadnie w nasze ręce - wtedy z braku laku można zapuścić sobie seans, jednocześnie nie nastawiając się na fajerwerki.

Tytuł oryginalny: Devil's Due
Tytuł polski: Diabelskie Nasienie
Rok produkcji: 2014
Gatunek: Horror verite
Czas trwania: 1 godz. 29 min.
Reżyseria: Matt Bettinelli-Olpin, Tyler Gillett

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz