wtorek, 22 marca 2016

Groza wokół nas, czyli...




"Słyszałaś o pewnym typie, który przyczaja się każdego dnia przed szkołą i..."

"Uwaga! Władze miasta informują mieszkańców Gminy o tym, iż istnieje uzasadnione podejrzenie, że w okolicach lasu grasuje..."

"Nie wiem ile w tym prawdy, ale jestem święcie przekonany, że kolega mojego kolegi..."

"W okolicach pobliskiego cmentarza widziałam dziwnego mężczyznę, który..."

"Z uwagi na liczne zgłoszenia napływające do nas przez wystraszonych rodziców wydajemy ostrzeżenie o..."

"Po tym co stało się koleżance mojej koleżanki, rodzice zakazali mi rozmawiać z nieznajomymi, ponieważ..."

"Kiedyś grasowała Czarna Wołga, a dzisiaj ulice pustoszy..."


Każdy z nas z pewnością otarł się o miejską legendę. Założę się, że wśród czytelników tego bloga znajdzie się grupka osób, która nawet dała się wplątać w którąś z setek niesamowitych, budzących grozę lub podziw opowieści. Czym one są, zapewne każdy wie. O miejskich legendach pisano już bardzo wiele, ba, istnieją nawet strony internetowe w pełni poświęcone temu zjawisku. Dla niezorientowanych w temacie dodam tylko cytując ciocię Wikipedię, że miejską legendą (ang. urban legends) zwykło nazywać się "pozornie prawdopodobną informację rozpowszechnianą w mediach, internecie bądź w kręgach towarzyskich, która budzi wielkie emocje u odbiorców, zazwyczaj nieprawdziwa". Wiele miejskich legend charakteryzuje się sporą dawką czarnego humoru, inne znów potrafią zmrozić krew w żyłach. Prawie każda miejska legenda, z uwagi na jej ogromny zasięg, wraz z upływem czasu ulega licznym modyfikacjom. Wiele osób przekształca zasłyszaną od kogoś historyjkę wedle własnych potrzeb, przekazując ją kolejnym odbiorcom. Mocno wciągające, pobudzające wyobraźnię opowiastki rozpowszechniały się po naszym kraju (i na świecie) w niesamowicie szybkim tempie, niejednokrotnie spędzając sen z powiek wielu ludziom. W tym krótkim artykule pragnę zaprezentować Wam te miejskie legendy, które wywołują ciarki na plecach i stały się najpopularniejszymi miejskimi legendami w Polsce. Zaznaczam jednak, że zestawienie jest czysto subiektywne - wybrałem te moim zdaniem najlepsze i najbardziej interesujące miejskie legendy oraz te, które w regionie, w którym mieszkam, narobiły niemałego zamieszania i okazały się najbardziej popularne :) Zachęcam również do podzielenia się własnymi opiniami na temat zamieszczonych tu miejskich legend, jak również do zaprezentowania swojego zestawienia ulubionych urban legends.


A więc zaczynamy...



# 1. Czarna Wołga.


Listę top 5 polskich miejskich legend wypadałoby rozpocząć od niepodważalnego klasyka - historii o Czarnej Wołdze. Legenda o tym złowieszczym samochodzie nawiedzającym ulice polskich miast i rzekomo porywającym dzieci w bliżej nieokreślonych celach znana jest doskonale osobom, których dzieciństwo przypadało na lata 70. XX w - w tym właśnie okresie popularność tej miejskiej legendy była największa. Na wieść o krążącej na terenie danej miejscowości Czarnej Wołdze niejednemu włos jeżył się na głowie, a dorośli dwoili się i troili, zastanawiając się, w jaki sposób ustrzec swoje pociechy przed limuzyną z piekła rodem. Istnieje wiele teorii mówiących o właścicielu przeklętego samochodu. Czarną Wołgą mieli jeździć księża, zakonnice, Żydzi, członkowie SB, wampiry, a nawet sam diabeł! Istnieją również donosy, że właścicielem samochodu był człowiek-widmo (kierowcy nie można było dostrzec i miało się wrażenie, że samochód porusza się samoistnie). Również cel porwań pozostaje zagadką. Dzieci miano porywać, a następnie przetaczać im krew potrzebną do tajemnych rytuałów, bądź - wedle innej teorii - w celu dostarczenia jej zamożnym bogaczom. Niepotrzebne ciała pozostawiano później w przeróżnych miejscach, gdzie trudno było je znaleźć - najczęściej były to podziemne kanalizacje.

Wraz z upływem czasu zmieniał się wygląd Czarnej Wołgi, a nawet marka samochodu. Przyciemniane szyby, brak tablic rejestracyjnych, względnie tablice z trzema szóstkami, rogi zamiast lusterek, brak klamek w drzwiach - to tylko niektóre ze szczegółowych opisów wyglądu złowieszczego pojazdu. Pod koniec XX wieku porywacze przesiedli się z Czarnej Wołgi do czarnego BMW i Mercedesa. Jedną z nowszych wersji, o której możemy usłyszeć współcześnie jest miejska legenda o nieznajomych mężczyznach poruszających się białym busem, którzy zatrzymują się przed szkołą i robią zdjęcia dzieciakom, te zaś za kilka dni przepadają bez wieści. Opowiastka ta jest popularna zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży szkolnej (ta wersja pojawiła się w latach 90., choć na początku XXI w. również można było usłyszeć o porywaczach poruszających się białym busem i proponujących podwiezienie do domu). Zmienił się również cel porwania. Osobom uprowadzonym miano wycinać nerki lub inne narządy, które następnie wywożono za granicę i sprzedawano. W obawie przed naruszeniem bezpieczeństwa uczniów, niejednokrotnie wydawano komunikaty i ostrzeżenia ze strony dyrekcji szkół (w wielu przypadkach konieczna była interwencja policji), nakazujące dzieciakom zachowanie szczególnej ostrożności względem nieznajomych osób, proponujących podwiezienie do domu.

Jako ciekawostkę należy dodać, że korzenie tej miejskiej legendy nie do końca mają swój początek w latach 70. XX w., a znacznie wcześniej. Zapytajcie swoje babcie, albo prababcie o diabła wożącego się karocą zaprzęgniętą czarnymi końmi - w czasach zamierzchłych, kiedy o żarówce można było pomarzyć, straszono się "diabelskim woźnicą", który miał zatrzymywać przypadkowo spotkanych ludzi, a następnie ich porywać. Jak widać diabeł również uległ rozwojowi cywilizacji i zaczął korzystać z coraz to nowszych pojazdów, chociaż istnieje miejska legenda traktująca o tajemniczym osobniku, który na swoje łowy wybiera się... pieszo. Jak go rozpoznać? To proste: mężczyzna z długimi włosami, z cylindrem na głowie, w czarnym płaszczu, lub - zgodnie z inną wersją - łysy mężczyzna w glanach i skórzanej kurtce z długą bródką. Tajemniczy typ miał rzekomo zatrzymywać przypadkowych przechodniów na ulicy i pytać się o godzinę. Śmiałek, który odpowie na pytanie i poda aktualny czas, otrzyma od nieznajomego odpowiedź, że za siedem dni (bądź następnego dnia - wedle innych wersji), umrze dokładnie o tej godzinie, którą właśnie podał. Aby ustrzec się od odpowiedzi i jednocześnie uniknąć rzucenia klątwy, na pytanie "która jest godzina", należało odpowiedzieć "twoja ostatnia".


# 2. Puma.  


"UWAGA NA CZARNĄ PUMĘ!" - głosił jeden z tytułów lokalnego tygodnika ukazanego latem 2010 roku. A w nim obszerny artykuł na temat tajemniczego zwierza, który zagryza zwierzęta gospodarstwa domowego. Na dowód zdjęcia śladów, jakie po sobie pozostawił. Poszkodowani święcie przekonani, że za wszystkie straty odpowiedzialna jest... czarna puma. Paranoja na temat tego niebezpiecznego egzotycznego zwierza ogarnęła Polskę na przełomie 2008-2010 roku. Czarna puma atakowała wówczas niemalże we wszystkich zakątkach kraju - od morza, aż po same Tatry. Choć widzieli ją nieliczni (a jakże..), to jednak panika, jaką wywołała ta historia, okazała się niewyobrażalna w skutkach. Zwiększano czujność patrolów służb leśnych oraz policji, wydawano setki ostrzeżeń, zakazywano ludziom poruszać się na terenie miejsca, w którym czarna puma wykazywała się szczególną aktywnością, a media co i rusz bombardowały nas coraz to nowszymi doniesieniami na temat polowania na niebezpieczną i agresywną pumę. Skąd w ogóle wzięła się czarna puma, lub czarne pumy, bo niektóre doniesienia mówiły o większej liczbie tych niebezpiecznych stworzeń? Niektóre źródła mówią o tym, że czarne pumy wyemigrowały do Polski z... nielegalnej, czeskiej hodowli. Zgodnie z pozostałymi wersjami czarna puma miała uciec z miejskiego ZOO. Podobnie jak w przypadku Czarnej Wołgi, tutaj również mamy do czynienia z rozbieżnymi opisami wyglądu zwierzęcia - choć najczęściej mówiono o dużym, czarnym drapieżniku przypominającym pumę, to jednak zdarzały się opisy mówiące o pumie w kolorze rudym. Zdecydowanie rzadziej podawano inną kolorystykę sierści uciekiniera. Jakkolwiek nasza puma wyglądała, za każdym razem siała strach i przerażenie nie tylko wśród farmerów troszczących się o swoje zwierzęce stado, ale również wśród pozostałych mieszkańców, którzy w obawie przed zetknięciem się z niebezpiecznym zwierzęciem, skrupulatnie przestrzegali zasad wydawanych w ostrzeżeniach.

Jeżeli wydaje Wam się, że czarna puma zawitała tylko do Polski, to jesteście w błędzie. Znane są przypadki, jakoby czarna puma miała pustoszyć lasy w USA. Historia ta ma jednak wiele wspólnego z podobnymi opowieściami, których głównym bohaterem-antagonistą są tym razem niesamowite stworzenia. Człowiek-ćma, wielka stopa i cała masa innych dziwacznych hybryd, podobnie jak czarna puma, są istotami wręcz nieuchwytnymi i ukazującymi się w całej okazałości jedynie nielicznym osobnikom. W internecie znajdziemy setki "dowodów" w postaci zdjęć i krótkich nagrań wideo, rejestrujących rzekomo wyżej wspomniane stworzenia. Jakość większości plików pozostawia jednak wiele do życzenia, co budzi dużą wątpliwość w ich autentyczność.

Pozostaje zadać sobie pytanie: czy czarna puma rzeczywiście istniała? Tego nie wie tak naprawdę nikt. W sieci można jeszcze wygrzebać setki informacji mówiących o tym, jakoby zwierzę ostatecznie zostało schwytane i ubezwłasnowolnione, bądź też zestrzelone przez łowców. Inne źródła jednak zupełnie przeczą tym informacjom, podając kolejne doniesienia o obserwacjach czarnej pumy. Tak czy inaczej wraz z końcem 2010 roku miejska legenda o agresywnym zwierzęciu pałaszującym polskie lasy znikła tak szybko, jak szybko znikła sama czarna puma. 

Jakiekolwiek szczątkowe informacje o aktywności czarnej pumy pojawiły się jeszcze w gminie Gościno w 2012 roku... 

Czy to zatem zapowiedź kolejnego nawiedzenia tego agresywnego wielkiego kota? Czas pokaże...

 

# 3. Autostopowicze widmo i inne przydrożne zjawy.


Wyobraźcie sobie taką oto sytuację: wracacie właśnie samochodem przez gęsty las do domu, kiedy w oddali zauważacie postać wystawiającą rękę z kciukiem w górę. Ktoś usiłuje Was zatrzymać. Zbliżacie się do nieznajomego, zatrzymujecie samochód i uchylacie szybę. Przed Wami staje wystraszona kobieta, która błaga Was o podwózkę do domu. Ma podartą koszulkę i zabłocone spodnie. Zgadzacie się, pomimo strachu, jaki właśnie Was opanował. Kobieta siada z tyłu i nic się nie odzywa mimo, że przez całą drogę usiłowaliście nawiązać z nią kontakt. Kiedy wreszcie podjeżdżacie pod wskazany adres, z niedowierzaniem zauważacie, że w samochodzie nie ma nikogo prócz Was. Wysiadacie zdezorientowani i nieco zszokowani zaistniałą sytuacją. Rozglądacie się wokół. Na ulicy nie ma nikogo. Postanawiacie zapukać do drzwi i poinformować właściciela posesji o kobiecie, która podała ten adres. Otwiera Wam starszy dziadek z laską w ręku i fajką w ustach. Mówicie mu o dziewczynie, opisujecie jej wygląd. Wasz rozmówca nagle Wam przerywa i mówi, że dwanaście lat temu w pobliskim lesie brutalnie zamordowano jego córkę i prawdopodobnie mieliście do czynienia z jej duchem. Ogarnia Was niesamowity, paraliżujący strach i myślicie, że mężczyzna sobie z Was zwyczajnie drwi. Cofacie się przerażeni, niechętnie kiwając głową na pożegnanie. Starszy człowiek uchyla jeszcze drzwi od ganku i dodaje na koniec, że nie byliście pierwszymi i zapewne nie ostatnimi osobami, które miały do czynienia z duchem jego zmarłej córki. Wsiadacie czym prędzej do samochodu. Odruchowo spoglądacie na tył pojazdu. Na tylnym siedzeniu dostrzegacie fragment podartej, zakrwawionej koszulki tajemniczej kobiety...

Zapewne nikt z nas nie chciałby doświadczyć wyżej wymienionego przypadku. Choć sytuacja ta wydaje się mocno naciągana i wyjęta rodem z jakiegoś horroru, na świecie, także i w Polsce, istnieją takie miejsca, w których możecie spotkać autostopowicza widmo. A kim oni w ogóle są? Zapytacie. Na ten temat pojawiła się już wzmianka w krótkim artykule opublikowanym na blogu w jego wczesnej fazie rozwoju (do poczytania TUTAJ) oraz materiale promującym niezależny film "Nawiedzona szosa" (do poczytania TUTAJ), jednakże topka nie byłaby kompletna, gdyby nie zamieścić w tym zestawieniu choćby krótkiej informacji na temat tej przedziwnej i zatrważającej zarazem historii. Opowieści o przydrożnych zjawach zatrzymujących pojazdy i proszących o podwózkę są niemal identyczne. W przypadku każdej historyjki przewija się motyw deszczowej, pochmurnej pogody, a miejscem spotkania z widmem są najczęściej opustoszałe odcinki dróg. Autostopowicze widmo - wedle jednej z wersji - są duszami osób zmarłych w tragicznych okolicznościach, najczęściej podczas wypadku na drodze lub - według mniej znanej wersji - w czasie morderstwa. W każdym przypadku jest to śmierć nieoczekiwana, dlatego dusze zmarłych nawiedzają miejsce swojej śmierci, ponieważ albo nie są świadome tego, że już nie żyją, albo nie mogą się pogodzić z faktem, że ich życie właśnie się skończyło. Zgodnie z opowieściami, dusze te zatrzymują samochody, ponieważ chcą za wszelką cenę dostać się do swoich domów, do swojej rodziny, by przekazać im jakąś ważną wiadomość lub po prostu zawieszone pomiędzy światem żywych, a światem zmarłych wciąż egzystują, nie zdając sobie sprawy z własnej śmierci. Istotnym elementem tej historii jest również przedmiot należący do autostopowicza pozostawiony na tyłach samochodu. Najczęściej przewija się motyw wisiorka lub innych elementów biżuterii, które rodzina zmarłego natychmiast rozpoznaje. Rzadziej mamy tu do czynienia z fragmentem ubioru, który również szybko zostaje zidentyfikowany jako przedmiot należący do zmarłego - w tym przypadku chodzi zwykle o odzież, którą osoba nosiła w dniu tragicznej śmierci lub strój, w którym pochowano.

Czy opowieści o autostopowiczach widmo są prawdziwe? Trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Zgodnie z tezą, że "póki nie przekonam się na własne oczy, to nie uwierzę" należy traktować je jako miejskie legendy, których celem jest nas wystraszyć i wywołać dreszcze. Niemniej jednak w sieci możemy obejrzeć setki zdjęć i nagrań wideo, które miałyby przedstawiać zjawy regularnie nawiedzające konkretne odcinki dróg... Pytanie tylko, czy są to zdjęcia autentyczne, a może podróbki? I w tym miejscu znów zataczamy koło, a sprawa przydrożnych widm znów pozostaje kwestią otwartą...

Chyba, że pewnego pochmurnego, deszczowego dnia zatrzyma Was na drodze małomówna osoba...
 
Poprosi o podwózkę do domu...

I rozpłynie się w powietrzu, kiedy tylko zaparkujecie przed posesją z adresem, który podał nieznajomy, zasiewając w Was strach i przerażenie... 

# 4. Z wizytą w dyskotece...


Kolejna, znana w Polsce miejska legenda, dziś zdecydowanie mniej rozpowszechniana i nieco zapomniana. Kiedy w dzisiejszych czasach słyszymy o dilerach narkotykowych, czy o handlarzach ludzkimi narządami, pałaszujących miejskie dyskoteki w poszukiwaniu potencjalnych ofiar, w zamierzchłych czasach słynna stała się legenda o diable z kopytami, który miał nawiedzać dyskoteki w niemalże każdym zakątku Polski. Zapytajcie swoje babcie i dziadków o tancerza z kopytami, a z pewnością opowiedzą Wam tę opowiastkę z wypiekami na twarzy. Miejska legenda traktuje o dziewczynie, która będąc na jednej z dyskotek zapoznała przystojnego nieznajomego, z którym porwała się do tańca. Para budziła niesamowity podziw wśród innych bywalców imprezy, z racji na umiejętności taneczne tajemniczego mężczyzny. Kiedy wszyscy zatoczyli koło wokół pary, ze zdziwieniem dostrzegli, że towarzysz dziewczyny posiada kopyta zamiast nóg. Według bardziej rozpowszechnionej wersji, w tym momencie ku zaskoczeniu gapiów mężczyzna rozpływa się w powietrzu, lub - według innej wersji - ucieka niosąc za sobą dźwięk końskich kopyt. Jeszcze inna wersja głosi, że tylko dziewczyna dostrzega kopyta, po czym natychmiast zaczyna krzyczeć, zwracając na siebie uwagę pozostałych. Tancerza z kopytami opisuje się zwykle jako młodego, wysokiego mężczyznę z charakterystyczną bródką i długimi włosami. Od tej pory wszystkie dziewczyny, zanim udały się na parkiet z nieznajomym, najpierw sprawdzały, czy ich towarzysz nie posiada przypadkiem kopyt;)

Dlaczego więc współcześnie nie słyszy się już tej historyjki? Czyżby samemu diabłu znudziły się nasze dyskoteki i przeniósł się poza granice Polski? Odpowiedź na to pytanie jest znacznie prostsza i zdecydowanie bardziej sensowna - wystarczy przypomnieć sobie skąd biorą się tak naprawdę miejskie legendy. Jedna z tez dotyczących powstawania miejskich plotek głosi, że są one odzwierciedleniem naszych lęków i obaw. Choć istnieją takie, które towarzyszą nam nieprzerwanie, jak choćby strach przed śmiercią i chorobami, to jest również taka grupa lęków, która zmienia się wraz z rozwojem cywilizacji. Dawniej ludzie bali się wyimaginowanych stworów - diabłów, upiorów i strzyg, dziś boimy się przestępców, wandali, czy wspomnianych wcześniej handlarzy ludzkimi narządami. Choć współcześnie nie usłyszymy już raczej stwierdzenia, że "koleżanka mojej koleżanki była na dyskotece i tańczyła z facetem z kopytami zamiast nóg w rytm muzyki techno", to czasami można jeszcze usłyszeć tę historyjkę wśród młodzieży szkolnej lub podczas biesiadowania przy ognisku, z tym, że obecnie traktowana jest raczej jako opowiastka naszych dziadków, aniżeli wydarzenie noszące znamiona autentycznego.  

# 5. Pochowana żywcem. I inne cmentarne opowieści...

Cmentarz - miejsce pochówku zmarłych. Pełne zabytkowych pomników, ciszy i wiecznego spokoju. Miejsce, które kojarzy nam się ze smutkiem, nostalgią, minionym czasem. Ale za sprawą kilku zatrważających opowieści, cmentarz kojarzy nam się również z grozą. Najbardziej znaną i rozpowszechnioną nie tylko w Polsce, ale również na całym świecie miejską legendą dotyczącą cmentarza jest pochówek żywej osoby uznanej przez lekarzy za zmarłą. Źród tej miejskiej legendy możemy dopatrywać się w autentycznych historiach osób, które zostały uznane za martwe i wkrótce pochowane żywcem. Przytoczę tutaj dwa znane mi przypadki. W 2003 roku włoski emeryt Roberto de Simone zostaje uznany za zmarłego po tym, jak mężczyzna nagle stracił przytomność. Lekarz wezwany na miejsce zdarzenia natychmiast uznaje go za zmarłego. W trakcie przygotowań rodziny do pogrzebu nagle okazuje się, że starszy pan staje na nogi i ma się całkiem dobrze. Rok 1915, Południowa Karolina. 30-letnia Essie Dunbar doznaje śmiertelnego ataku padaczki i zostaje natychmiast pochowana na pobliskim cmentarzu z racji ogromnych upałów nawiedzających Amerykę w tym roku. Siostra zmarłej spóźnia się na pogrzeb i za wszelką cenę chce po raz ostatni zobaczyć się z denatką. Po odkryciu wieka trumny Essie Dunbar wstaje z grobu i zdezorientowana sytuacją przeciera oczy ze zdumienia. Wedle informacji, kobieta przeżyła kolejne 47 lat.

Historie o pochowanych żywcem przerażają. Wizja klaustrofobicznej, ciemnej i wilgotnej trumny oraz brak dostępu do tlenu, nie napawają optymizmem. Osoba, która budzi się we własnej trumnie z góry skazana jest na powolne tortury, których końcowym etapem jest śmierć. Jeszcze bardziej przerażające wydają się opowieści, których głównymi bohaterami stają się "znajomi naszych znajomych". Czasami wiele rozmów towarzyskich podczas imprezki ostro zakrapianej alkoholem schodzi na tematy związane z niesamowitymi opowieściami. Jedną z nich jest właśnie opowieść o osobie pochowanej żywcem. By zabłysnąć w towarzystwie ktoś opowie nam zmyśloną historyjkę, która rzekomo miała przydarzyć się jakiejś bliskiej osobie. I wtedy słyszymy: "a wiesz, że babcia koleżanki mojej koleżanki została pochowana żywcem?". Praktycznie w każdej wersji pojawia się wzmianka, jakoby "zmarły" zaraz po pogrzebie miał informować, dawać znaki osobom z rodziny, że żyje. Najczęściej przewijającą się wersją jest ta, w której nieboszczyk zaraz po pochówku pojawia się w snach i prosi o uwolnienie z grobu. Po kilku nocach członek rodziny dręczony koszmarami prosi o ekshumację zwłok. Po rozkopaniu grobu i otworzeniu wieka trumny okazuje się, że zmarły leży w zupełnie innej pozycji, a jego paznokcie są połamane i pokrwawione, co miałoby wskazywać na to, iż chciał za wszelką cenę wydostać się z własnego grobu. Istnieje mniej znana wzmianka o przypadkowych ludziach, którzy przechodząc obok grobu osoby pochowanej dzień wcześniej, słyszą drapanie o drewno lub przeraźliwe krzyki dochodzące spod ziemi, następnie uciekają z miejsca zdarzenia.

Z pewnością każdy z nas doskonale kojarzy miejską legendę o trzech młodych mężczyznach, którzy na pewnej imprezie wypili za dużo i postanowili założyć się, który z nich pójdzie na cmentarz sam dokładnie o północy i wbije gwóźdź do kaplicy na dowód tego, że rzeczywiście tam był. Kiedy jeden ze śmiałków udał się na cmentarz późnym wieczorem, dostrzegł przekrzywiony, drewniany krzyż. Wziął go i z rozmachem wbił w ziemię. Kiedy chciał udać się w kierunku kaplicy, poczuł, że coś ciągnie go za kurtkę. Z przerażenia zmarł na zawał. Rankiem zmartwieni koledzy udali się na cmentarz i zastali tam swojego martwego kompana z przybitym wraz z krzyżem fragmentem kurtki. Inne wersje tej popularnej miejskiej legendy mówią o tym, że śmiałek wbija gwóźdź do drzwi kaplicy razem z rękawkiem i umiera po tym, jak coś szarpie go za rękę. 

Istnieje jeszcze jedna popularna miejska legenda, ściśle związana z cmentarzem i opowiadana jest zwykle jako żart. Otóż pewien chłopak widząc kobietę samotnie spacerującą po alejkach cmentarza tuż po zmierzchu, postanawia spłatać jej figla. Zatrzymuje ją i pyta, czy nie boi się chodzić o tej porze po cmentarzu. Kobieta odpowiada mu, że faktycznie czasami się boi, na co chłopak ma odpowiedzieć, że jak żył, również się bał. W tym momencie przerażona kobieta ucieka myśląc, że właśnie rozmawiała z duchem. Inna wersja tejże miejskiej legendy traktuje na poważnie całą tę sytuację i mówi o tym, że kobieta autentycznie miała do czynienia z duszą zmarłej osoby.

Każdy z nas przyzna, że lubi się bać. Zasiadamy więc czasem wspólnie ze znajomymi przy ciekawym horrorze, czytamy literaturę grozy i... opowiadamy sobie straszne historie, które rzekomo przydarzyły się "krewnej mojej znajomej". Wyżej przytoczone miejskie legendy to tylko kilka przykładów. Internet - współczesny nośnik tego typu historii rzekomo opartych na faktach, przepełniony jest setkami podobnych opowieści budzących grozę i podziw. Handlarze ludzkimi narządami, rakotwórcze gumy Turbo, pies w piekarniku, suknia ślubna zatruta trupim jadem... tytuły można by wymieniać w nieskończoność ;) A Wy jakie znacie miejskie legendy? A może słyszeliście jeszcze inne wersje przytoczonych tutaj?

1 komentarz:

  1. Ech... u mnie kierowca czarnego auta był całkiem normalny, tylko miał kopyta. Pytał tylko o godzinę, a następnego dnia znajdowali trupa osoby zapytanej o tej godzinie. Jeszcze mieliśmy karetkę śmierci. Z pozoru zwykła karetka pogotowia, porywała ludzi i potem ich znajdowali bez nerki czy czegoś tam.

    OdpowiedzUsuń