Ostatnio pisałem o pierwszej części powieściowej serii duetu Kirkman-Bonansinga, osadzonej w realiach kultowego uniwersum Żywych Trupów. Powieść reprezentowała wysoki poziom, choć nie szło to w parze z oryginalnym ukazaniem tematu, co z resztą w tematyce żywych trupów jest dziś trudne do osiągnięcia mając na względzie fakt, że zombie to wręcz znak rozpoznawczy towaru, jakim jest horror w różnorakiej postaci. Wiele schematów zdołało już na stałe wpisać się w motyw "powstałych z martwych", a przeciętnego zjadacza horroru w tej materii nie jest w stanie praktycznie już nic zaskoczyć. Przymykając na to oko, z chęcią sięgnąłem po pierwszą część i bez problemu dałem się wciągnąć w niesamowitą podróż do świata oblężonego przez szwędaczy, wykreowanego przez znawcę żywych trupów - Roberta Kirkmana. "Narodziny Gubernatora" umożliwiły mi poznanie genezy jednego z najbardziej rozpoznawalnych czarnych charakterków światowego komiksu - niezłomnego Philipa Blake'a. Zachęcony poznaniem dalszych losów Gubernatora, z ciekawością zabrałem się za kontynuację powieści, oczekując równie dobrze zarysowanej apokalipsy zombie w klasycznym wydaniu. Czy "Droga do Woodbury" spełniła moje oczekiwania?
