Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Strefa opowiadań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Strefa opowiadań. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 stycznia 2014

Uczta (opowiadanie)

UWAGA!
Treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich lub nadwrażliwych!
Zanim otworzyła oczy, najpierw poczuła w brzuchu potężny, uciążliwy ucisk, a potem niewyobrażalny ból. Jakby ktoś dosłownie rozpłatał ją na pół i gołymi rękoma wyrywał wnętrzności. Dopiero chwilę później poczuła, że z pomiędzy jej nóg wydobywa się lepka, galaretowata ciecz.
Bóle porodowe. Już czas na rozwiązanie. Pomyślała przez chwilę.
Wtedy się ocknęła i spojrzała dookoła. Leżała na gołej ziemi oparta głową o ścianę wokół jakichś starych, zardzewiałych maszyn. Niski sufit oraz betonowe ściany przypominały ochronny bunkier. Po drugiej stronie pokoju dojrzała schody wiodące na górę. Na środku stał kociołek umiejscowiony na dużym, niskim palniku gazowym. Wrzał. Para wodna buchała i eksplodowała na wszystkie strony, co sprawiło, że w całym pomieszczeniu było niewyobrażalnie gorąco i duszno. Z przerażeniem stwierdziła, że jej włosy całe ulepione są we krwi. Skąd się tu, do diabła, wzięła?
I wtedy weszli do środka.
Mężczyzna i kobieta przypominali razem parę brudnych, obskurnych australopiteków. Oboje mieli długie, ulepione błotem włosy. Twarz mężczyzny upstrzona była dodatkowo dużym, przynajmniej półrocznym zarostem. Ich twarze były nienaturalnie blade i kontrastowały z czarnymi, długimi płaszczami, jakie mieli na sobie. Wyglądali jak jacyś dziwacy z odrealnionego horroru. Ale to w porównaniu do wyglądu ich nóg, wcale nie było najgorsze. To właśnie ich wygląd od pasa w dół zaprzeczał wszelkim wyobrażeniom dziewczyny i doprowadził ją do przeraźliwego krzyku.
Zarówno kobieta, jak i mężczyzna mieli nogi porośnięte czarną, błyszczącą, króciutką sierścią. Nie mogła w to uwierzyć, ale w bladym świetle żarówki dojrzała, że nogi zakończone są kopytami. Była tego pewna.
Krzyczała i wierzgała nogami, ale nie mogła się ruszyć. Nogi i ręce miała ze sobą związane grubym sznurem. Dopiero teraz zauważyła, że ma na sobie tylko zwiewną, delikatną bluzkę.
Obcy coś do siebie mówili i wskazywali na nią. Nie była w stanie zrozumieć ich bełkotliwego gadania, ale najwyraźniej chodziło im o stan, w jakim się obecnie znajduje.
Mężczyzna podszedł do niej i wyszczerzył bielutkie zęby, wśród których największą uwagę przykuwały długie, ostre kły. Cuchnął zwierzęcą padliną. Teraz dostrzegła, że wcale nie jest umorusany w błocie. To była ciemna, brunatna, skrzepnięta krew. Wymierzył jej mocny policzek i półprzytomna opadła na ziemię.
Właśnie zaczynał się poród.
***
Marcia spojrzała na zegarek i stwierdziła, że są mocno spóźnieni. U rodziców Daniego powinni być o wpół do ósmej, a jej zegarek wskazywał na dziewiętnastą. Za nic na świecie nie dojadą do nich w pół godziny. Tym bardziej, że właśnie na dworze zaczął padać gęsty śnieg, co znacznie utrudni im dojazd. Trudno, z wieczerzą wigilijną będą musieli na nich zaczekać. Kiedy Marcia poprawiała namiętnie makijaż przed lustrem, do łazienki wszedł Daniel i tuż przy progu zaczął do niej wymachiwać kluczykami od auta.
- znalazłem kluczyki. Dosyć tego pindrzenia się. I tak wyglądasz bosko – skłamał. Osobiście wolał Marcię w wytapetowanej wersji. Była seksowniejsza i o wiele bardziej pociągająca – no jesteśmy już spóźnieni…
- skarbie, jeszcze sekundkę. Wepnę sobie tylko kilka różyczek we włosy i możemy jechać – spojrzała na niego, zatrzepotała sztucznymi rzęsami i zrobiła żenującą, typowo facebookową minkę. Facebookowe dziubki zawsze robiły na nim wrażenie, ale tym razem naprawdę byli już spóźnieni.
- włóż sobie jeszcze kilka gałązek sosnowych we włosy i będziesz wyglądała jak wigilijna choinka – odcedził jej, wiedząc, że przez resztę drogi nie odezwie się do niego. Możliwe, że będzie nadąsana również przy stole wigilijnym u jego rodziców. Tyle, że on wcale nie zamierzał jechać do starych na wigilię. Bynajmniej nie od razu. Postanowił, że najpierw zajadą do jego starego kumpla, który dwa dni temu wrócił z Ukrainy z nowym towarem marihuany i LSD. Dopiero później mieli odwiedzić rodziców. Kto wie? Może nawet zapuszczą się razem na pasterkę?
- To będzie zajebista wieczerza wigilijna – uśmiechnął się na samą myśl o jaraniu i żarciu, jakie zagości w tym roku na ich wigilijnym stole. Był nieco głodny. A jeśli on jest głodny, to jest i cholernie zły.
- tyyy… eee… mówiłeś coś? – teraz Marcia zrobiła skrzywioną minę głupiutkiej lolitki, która nie odróżnia koła od kwadratu.
- nic, jak się pośpieszysz, to zobaczysz – wyszczerzył zęby i znów pomachał jej przed nosem kluczykami.
Kiedy skończyła nakładać ostatnie warstwy grubej tapety na twarz, wyszli z domu, zamknęli drzwi na klucz, rozejrzeli się, czy przypadkiem nikt ich nie widzi, po czym wsiedli do auta i odjechali.
Na dworze zaczął wiać coraz silniejszy wiatr.
Zanosiło się na porządną śnieżycę.
***
Krzyczała i wierzgała nogami, ile tylko starczyło jej sił. Za nic nie mogła się uwolnić. Zarówno nogi, jak i ręce miała teraz przywiązane do metalowej poręczy łóżka, na które ją przenieśli. Czuła niesamowity ból w podbrzuszu. Czasami traciła przytomność, ale kobieta poiła ją zimną wodą i robiła okłady na czole. Gestykulacją nakazywała jej robić głębokie, intensywne wdechy i wydechy.
Tymczasem skupiony na porodzie mężczyzna zanurzył ręce w jej kroczu, próbując uchwycić główkę noworodka, która w tym momencie wyłaniała się z pochwy. Powoli, z wprawioną ostrożnością, uwolnił nowo narodzone dziecko z ciasnych i obślizgłych narządów płciowych, po czym zębami odgryzł pępowinę. Widząc to, jego towarzyszka zostawiła półprzytomną dziewczynę samą na łóżku i podeszła do noworodka, wymierzając mu klapsa w pupę.
W bunkrze rozległ się przeraźliwy krzyk nowo narodzonego dziecka.
Żyło.
Zadowolona zabrała się za konsumpcję krwistego łożyska.
Słysząc to, skonana na łóżku dziewczyna podniosła instynktownie głowę w kierunku płaczu noworodka i zobaczyła, że dziwacy kładą je na stole oświetlonym przez dyndającą na kablu żarówkę, umocowaną na suficie. Czuła, jak gula stanęła jej w gardle.
Słyszała szepty.
Coś na kształt tajemniczej, tylko im znanej modlitwy.
Widziała, jak mężczyzna wskazuje kobiecie na zestaw rzeźnickich narzędzi, które leżały na jednej z metalowych półek.
Gula przeraźliwego strachu wciąż rosła.
Dziwaczka podeszła do niej, sięgnęła po nóż i półmisek ubrudzony we krwi, leżący obok.
Paniczny strach spowodował, że ciałem dziewczyny zaczęły władać drgawki nad którymi nie mogła zapanować. Krzyczała.
Obcy wyraźnie ją ignorowali.
Nóż podała mężczyźnie i z pełną gotowością czekała, aż rozpocznie swoją robotę.
Widząc to, zaczęła krzyczeć donośniej i płakać. Robiła hałas, by skupić ich uwagę na sobie i uniemożliwić im zabicie jej jedynego dziecka, którego nie miała nawet szans przytulić i dowiedzieć się, jakiej jest płci.
Nie miała żadnych szans, by ujrzeć twarz małej, niewinnej kruszynki, na którą czekała przecież tyle lat.
Wierzgała rękami i nogami, raniąc tylko swoje ciało, w które wrzynał się gruby sznur.
Nie czuła bólu. Była sparaliżowana obsceniczną sceną, która właśnie rozgrywała się na jej oczach.
Krzyki matki i dziecka połączyły się ze sobą w bestialskim akcie przerażenia. Swoistej pępowinie życia, która za chwilę miała zostać przerwana.
Nagle płacz noworodka ucichł. Jego miejsce zastąpił dźwięk skapującej do półmiska świeżutkiej, gęstej krwi…
***
Jechali w milczeniu aż do momentu, kiedy wjechali w skąpaną we śniegu gęstwinę lasu, która otaczała drogę z obu stron. To właśnie wtedy wpadli w poślizg i zaliczyli jedno, solidne drzewo, które zmasakrowało przednią część ich auta. I przerwało milczenie.
Tylko Dany doznał niewielkich uszkodzeń. W trakcie stłuczki przednia szyba samochodu rozprysła się na tysiące małych kawałków. Większy okaz utkwił mu w lewym policzku. Marci nie spadła ani jedna różyczka z głowy. Miała farta.
- no i pięknie – syknęła Marcia – jak sobie teraz wyobrażasz dalszą podróż pierdolona atrapo Kubicy?
Dany chwycił za kawałek szkła, które utwierdziło się w jego policzku i z całej siły uwolnił je z ciała, pozostawiając na twarzy paskudną ranę, z której dyndał niewielki skrawek mięsa.
- jak to jak? – spojrzał na nią spode łba i z uśmiechem na twarzy dokończył - idziemy z buta. Pomijając fakt, że twoje różyczki w głowie oklapną pod wpływem mrozu i będą wyglądały jak czerwone gówno, nam nic się nie stanie. To już niedaleko – na samą myśl o tym, że nie zajadą do kumpla po „wigilijne sianko” poczuł skurcz w żołądku. Będą musieli najpierw zajść do rodziców na wigilię.
- ty szujo – jęknęła Marcia wpychając mu palca w świeżą ranę na policzku. Dany uwielbiał masochistyczne zabawy z Marcią, więc mu się to nawet podobało – mam nadzieję, że wykorzystasz szansę i po drodze do twoich starych zapuścimy się gdzieś w krzaczki. Pamiętaj: zimą jeszcze ich nie zaliczyliśmy.
Zastanowił się przez chwilę nad propozycją Marci, jednak górę wzięło zupełnie inne pragnienie.
Czuł coraz większy głód.
- całkiem znośna propozycja, ale wiesz co? Jestem zajebiście głodny, więc bierz tę gównianą latarkę, leży w schowku po stronie pasażera, ruszaj dziursko i spadajmy stąd.
Marcia wygramoliła się z wraku, ruszając za Danielem i siarcząc gęsto łaciną podwórkową. Wiązanka przekleństw naturalnie skierowana była w kierunku jej chamskiego ostatnio ciacha. Mimo wszystko lubiła go za to. Jego chamskość była prologiem do ostrych igraszek w łóżku. Wrak samochodu zostawili w rowie, pośród gęstego lasu, nie zważając na szkody i straty. Samochód już ich nie obchodził. W końcu go ukradli. I nie obchodziło ich to, że w każdej chwili gliny mogą go odnaleźć.
Wiedzieli, że prawo i tak ich nie dosięgnie.
- wiesz co? Też jestem zajebiście głodna – wymamrotała Marcia, spoglądając przed siebie.
Dalej czekała na nich długa, kręta, zaśnieżona droga, która wiła się pomiędzy gęstą puszczą.
***
Na niebie dawno już rozbłysła pierwsza gwiazdka. Wielu mieszkańców Wąpierza Dolnego zasiadało właśnie do wieczerzy wigilijnej, nie wypatrując jednak nieba w poszukiwaniu pierwszej gwiazdki. To akurat usłane było ciężkimi chmurami, z których obficie padał śnieg. Rozpętała się też wichura.
Najpierw będzie opłatek. Później konsumpcja. Na stołach obowiązkowo dwanaście potraw. Taka tradycja. Później będą kolędy i koniecznie seansik Kevina samego w domu przed telewizorem w towarzystwie świątecznych smakołyków i butelki wódki. A potem pasterka. Tak. Pasterka o północy była w tych okolicach bardzo pielęgnowanym zwyczajem. Sama droga do kościoła stanowiła niesamowite przeżycie. Gdyby nie trudne warunki pogodowe, grupka mieszkańców tej niewielkiej pipidówki wybrałaby się pewnie na pasterkę wspólnie, wybierając pieszą wędrówkę. Kościół usytuowany był po drugiej stronie lasu, a żeby się do niego dostać, należało dwa kilometry przejść drogą wiodącą przez las. Kiedy było pogodnie, ludzie zabierali ze sobą lampiony i dwie godziny wcześniej ruszali w drogę pieszo, śpiewając kolędy.
Piękny zwyczaj.
Po drodze opowiadano sobie również niesamowite historie, wśród których największą uwagę wszystkich przykuwała legenda o ludziach-demonach, którzy tysiące lat temu mieliby w tutejszej puszczy zasiedlić się i w każdą wigilię Bożego Narodzenia atakować mieszkańców udających się do kościoła na pasterkę, wypijając z nich krew. Jedyną ochroną przed nimi był nie tylko czosnek i krucyfiks. Istoty, wyglądem przypominające człowieka-konia, ponoć strasznie bały się kościelnych pieśni. Tradycja ta przetrwała do dziś i oprócz specyficznej nazwy miejscowości, w tę wyjątkową noc wszyscy mieszkańcy Wąpierza Dolnego zbierali się wspólnie w podróż do kościoła usytuowanego po drugiej stronie lasu, wyśpiewując właśnie kolędy.
Ale przecież wampiry nie istnieją. Nie ma strzyg, upiorów, lamii. Nie ma likantropów i larw. I nikt się ich już nie boi. W końcu era zakochanych wampirków o brokatowym obliczu przyćmiła wyobrażenie wampira jako istoty nie tyle romantycznej, co niebezpiecznej.
Dziś wampiry kojarzą się tylko z cukierkowatymi historyjkami miłosnymi.
Coraz częściej zdarzało się nawet, że w tych okolicach horda zdebilałych nastolatek udawała się na pasterkę tylko dlatego, by móc doczekać chwili, kiedy w ten wyjątkowy, magiczny, wigilijny wieczór z pobliskiego lasu wyskoczy Edward Cullen i zaciągnie którąś w krzaki.
Póki co Edward Cullen nie zapuszczał się w te rejony.
***
Wszystko wskazywało na to, że w tym roku Mateusz wieczór wigilijny spędzi samotnie w domu. Jak zwykle w wigilię musiał pokłócić się z Anną, która tym razem udała się honorem i postanowiła spędzić święta u matki. Wzięła samochód i bez chwili zastanowienia odjechała, zostawiając go samego z masą niedokończonych, świątecznych przygotowań. Mógł udać się za nią, ale istniało ryzyko, że jego duma zostanie bardzo zszargana. Nie był typem lizydupka i pantoflarza.
Ale, do jasnej cholery, puścił w podróż kobietę ciężarną, która – zgodnie z terminem – za dwa tygodnie miała rodzić.
Dopiero godzinę później trafił po rozum do głowy. Sięgnął po telefon i zadzwonił do niej na komórkę. Nie odbierała. Stwierdził, że zadzwoni na domowy do rodziców Anny. Być może nie zdąży do nich dojechać (bo i nie miałby czym), ale chociaż upewni się, że bezpiecznie dotarła na miejsce.
Wybił numer. Brak sygnału. Wyjrzał przez okno i zobaczył, że na liny zwalił się potężny konar drzewa, uniemożliwiając mu wykonanie połączenia.
Pięknie. Po prostu zajebiście. Pomyślał.
Wiatr się zmagał.
Pozostała tylko jedna opcja.
Dzwonić do niej na komórkę.
Być może za którymś razem w końcu odbierze…
***
Kiedy wypili świeżą krew, zabrali się za dziewczynę. Leżała półprzytomna z wycieńczenia i zdawało się, że zobojętniała na zaistniałą sytuację. Z jej twarzy dało się wyczytać rezygnację i pogodzenie z losem. Wiedziała, że będzie następna i nikt już jej nie pomoże. Mężczyzna poluzował sznury u rąk i nóg swojej zdobyczy, a jego towarzyszka zajęła się wlewaniem resztek świeżo upuszczonej krwi do jakichś niewielkich fiolek.
Ciało niemowlęcia wylądowało w kociołku.
Sięgnął po nóż, który włożył pomiędzy jej piersi. Jednym zamachem przeciął delikatną, niebieską bluzkę na pół, następnie rozerwał stanik. Kiedy odwrócił się do swojej towarzyszki, ona otworzyła oczy i zdążyła wyrwać mężczyźnie nóż, który szybko wbiła w jego kark. Narzędzie napotkało na przeszkodę w postaci delikatnych kości kręgosłupa, łamiąc je na drobne elementy.
Od tej chwili musiała działać szybko.
Kiedy zaskoczony mężczyzna z nożem w karku opadł na ziemię, zeskoczyła z łóżka i w błyskawicznym tempie sięgnęła po rękojeść noża. Lewą nogą przytrzymała głowę charszczącego i dławiącego się mężczyzny i obiema rękami wyciągnęła ostrze.
W tym czasie kobieta-demon odskoczyła od kociołka i rzuciła się na dziewczynę. Ta zaś wprawnym ruchem zrobiła unik w bok i z nożem w ręku uciekła w kierunku schodów wiodących na górę.
Ku jej zdziwieniu, dziwaczka nie podążyła za nią. Uciekając na dwór, usłyszała gulgoczący głos mężczyzny. Jednak przeżył. Odwróciła się bokiem, by ocenić sytuację. Ujrzała, że kobieta podnosi mężczyznę, który trzymał się za szyję. Nie dojrzała krwi, co było według niej bardzo dziwne. Mężczyzna wskazał na nią i oboje z kobietą udali się w pościg za uciekającą właśnie zdobyczą.
Ile sił w nogach musiała stąd uciekać.
Przez głowę przelatywała teraz horda nieskoordynowanych myśli.
O ile dobrze pamięta, potrąciła sarnę mniej więcej w połowie drogi wiodącej przez las. Następnie zjechała na bok, uderzając w znak drogowy. Wtedy straciła przytomność.
Potem znalazła się tutaj. Nie wie jak daleko od głównej trasy się teraz znajduje.
Miała dwie możliwości.
Szybko przedostać się na drogę i uciekać.
Albo w stronę kościoła, albo w kierunku miasteczka.
***
Przez całą drogę Marcia pluła jadem w kierunku Daniego, co było jedynie pretekstem do wszczęcia komicznej dyskusji dwojga młodych, głupich, nadąsanych kochanków. Konwersacja ta ciągnęłaby się dalej, gdyby nie dzwonek telefonu, który właśnie usłyszeli.
- odbierzesz wreszcie tę cegłę, czy mam ci ją wyjąć z kieszeni i pierdolnąć ci nią w głowę – Marcia była zadowolona z tego co powiedziała. Najwidoczniej uznała to zdanie za najzabawniejsze, jakie kiedykolwiek zdołała wymyślić.
Na Danielu jak zwykle nie zrobiło to żadnego wrażenia.
- a nie wydaje ci się, imitacjo inteligencji, że odgłos tego telefonu nie dochodzi z moich gaci?
Faktycznie, to nie był telefon Daniego. Cichy dźwięk utworu Snow is falling Shakin’a Stevens'a dochodził ze stłuczonego auta, do którego właśnie dochodzili. Wcześniej go nie zauważyli, bo wciąż obficie padał śnieg. A ich latarka nie miała dużego zasięgu.
- o kurwa, przeżywam deja vu – wycedziła Marcia widząc przed sobą wrak nowiutkiego porsche, rozbitego o znak drogowy.
- a ja doświadczam orgazmu – przygryzł jej Daniel – nie zauważyłaś, że po pierwsze to zupełnie inna marka samochodu, a po drugie, my zderzyliśmy się z drzewem?
- dobra nie sraj żarem, tylko chodźmy sprawdzić, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. – Marcia ruszyła w stronę auta.
Przednia część samochodu przypominała harmonijkę. Podobnie, jak w przypadku ich vana, tu również nie było przedniej szyby. W środku, na przednim siedzeniu po stronie pasażera błyszczał ekran telefonu komórkowego, który sygnalizował nieodebrane połączenie. Zanim Marcia po niego sięgnęła, na ekraniku pojawiła się wiadomość o krytycznym stanie baterii, po czym telefon się wyłączył.
- widzisz? Spierdoliłaś sprawę. Telefon zdechł na twój widok. – Dany robił się coraz bardziej głodny, o czym świadczyło jego prostackie zachowanie.
Ale Marcia nie zwracała już na niego uwagi. Kiedy oddała komórkę Daniemu, wyszła na środek drogi i czemuś się przyglądała.
- Dany…
- pierdol się, nie ma tu nikogo, więc spadamy.
- Daniel…
- czego? Znowu masz zwidy? Przecież nic nie brałaś.
- spójrz przed siebie.
Stanął obok niej i wpatrywał się w punkt słabo oświetlany przez latarkę. Co chwila światło migotało, uniemożliwiając mu dostrzeżenie tego, co przed chwilą ujrzała Marta. Widział jedynie asfaltową drogę, zasypaną śniegiem i drzewa po obu stronach. Nic więcej.
- przypatrz się, ktoś schodzi z tamtej skarpy, widzisz? – Marcia wskazała na niewielką skałkę po lewej stronie drogi, oddaloną od nich o jakieś cztery, może pięć metrów.
Światło latarki zgasło. Potrząsnęła nią. Światło wróciło, ale było jeszcze bardziej mdłe, niż przedtem.
- ja pierdzielę, tracimy oświetlenie Dany…
Śnieżyca nieco się uspokoiła, jednak wciąż praktycznie nic nie było widać.
Na moment zza grubej warstwy chmur, wyjrzała okrąglutka tarcza księżyca.
- o kurwa… - warknął Dany.
Ich oczom ukazała się naga, roztrzęsiona i cholernie wystraszona kobieta.
***
Biegła, ile miała sił w nogach. Pomiędzy drzewami nie było to wcale takie łatwe. Ale jakoś sobie radziła. Przeszkodą był dodatkowo uporczywy śnieg padający obficie z nieba, który ciągle smagał jej nagie ciało. Biegnąc po puszystej, zimnej tafli białego puchu czuła, jakby stąpała po cieniutkich, lodowatych igiełkach, wbijających się prosto w jej przemarznięte stopy.
Mimo wszystko dawała radę. Motywacją była patologiczna chęć przetrwania tego koszmaru. W głowie brzęczała teraz tylko jedna myśl: nie daj się tym skurwysynom.
Nie słyszała żadnych dźwięków zdradzających ich obecność w pobliżu.
Słyszała tylko wiatr, który gdzieś u góry próbował przedrzeć się przez korony drzew.
Ale wiatr dokuczał również na dole. Przy większych porywach traciła dech w piersiach.
Biegła dalej. Przed siebie.
Mati, jak ja cię teraz potrzebuję. Pomyślała przez chwilę o wigilii, którą być może właśnie spędzałaby u boku swojego ukochanego, w ciepłym, przytulnym domku. Wspólnie przygotowywaliby posiłki, ustawili talerze na stole, ułożyli prezenty pod choinką. Wszystko potoczyłoby się zapewne inaczej, gdyby nie udała się honorem i po kłótni - której przyczyną okazały się jak zwykle naiwne i bezpodstawne podejrzenia o jego romans z sekretarką – pojechała do rodziców (stwierdziła, że powinna ograniczyć popularne tasiemce wenezuelskie, emitowane niemalże na każdym kanale telewizyjnym – to rozwija chorą wyobraźnię i może okazać się przyczyną rozpadu wielu związków).
Później, w oczekiwaniu na pasterkę, zajęliby się przygotowaniami do szpitala. Spakowaliby szlafrok, ręcznik i kapcie. W każdej chwili mogłyby złapać ją bóle porodowe i zacząłby się poród. Musiała się przygotować na najgorsze.
Myśl ta bardzo ją dobiła. Doczekała porodu niczym z jakiegoś pokurwionego horroru.
Nie takiego obrotu spraw się spodziewała.
Nagle usłyszała głosy jakichś ludzi. Głosy dochodziły z przodu. Już miała wołać o pomoc, ale doszła do wniosku, że lepiej nie zdradzać póki co swojej obecności. W każdej chwili mogli gdzieś się na nią zaczaić i zaatakować. Aż strach pomyśleć, co mogliby z nią zrobić.
Wciąż nie mogła uwierzyć w ich istnienie. Przecież, do jasnej cholery, oni nie mieli ludzkich nóg!
Ze skałki, przed którą właśnie stanęła, zejdzie po cichu. Spojrzała na drogę oświetloną bledziutkim światłem latarki.
Poczuła, że iskierka nadziei powróciła. Miała cholernego farta.
Na chwilę za ciężkich chmur wyjrzał księżyc.
Znalazła się dokładnie w tym miejscu, w którym przejechała sarnę.
Dostrzegła wrak swojego porsche.
Obok rozbitego auta stali jacyś ludzie.
***
- myślisz, że powinna dołączyć do nas? – zapytał cichym głosem.
- nie wiem – odpowiedziała mu – a co na to twoi rodzice?
- kochanie, przecież przy wigilijnym stole zawsze znajdzie się dodatkowe miejsce dla niespodziewanego gościa – spojrzał na nią – na pewno będą zadowoleni. Lubią nowe towarzystwo.
- A więc gotowy?
- jak najbardziej – odpowiedział.
Ruszyli z kopyta w jej stronę.
***
Zejście ze skałki okazało się dla niej bardzo uciążliwe. Było cholernie ślisko i musiała uważać, by się nie porozbijać. W końcu udało jej się zejść na główną drogę. Stanęła przed nimi, czując ich wzrok na sobie.
Czuła się podle. Była naga, ubrudzona we krwi i resztkach wód płodowych. Mogli wziąć ją za wariatkę.
Nie obchodziło ją to. Ważne, że teraz nie jest sama. W kupie raźniej.
Już miała się odezwać, ostrzec ich przed tym czymś, co w bunkrze wyrządziło jej krzywdę. Już miała prosić o pomoc, błagać, by zadzwonili po policję, zrobili cokolwiek, byleby To ich nie dopadło.
Już otwierała usta, kiedy oni z impetem rzucili się na nią.
I zaczęli gryźć.
***
Dzwonił chyba z pięćdziesiąt razy. Każda próba okazała się totalną klapą.
W końcu wyłączyła telefon.
A mogło być inaczej. Pomyślał.
Wielu ludzi łączy się teraz przy wspólnym stole i składa sobie najserdeczniejsze życzenia.
W większości są to fałszywe obietnice, których i tak nikt nie będzie się trzymał.
Ale, do jasnej cholery, w takiej chwili, jedynej w całym roku, nawet najbardziej zakłamane życzenia nie stają w gardle jak ość karpia. Nie kłują w gardło. I nie ranią. Nawet, jeśli jest się świadomym, że to kupa bzdur, które nigdy nie będą miały racji bytu.
To jedyna taka noc, kiedy bez względu na okoliczności powinni być razem.
Spieprzył sprawę.
Ale ona również.
Naważyli sobie piwa wspólnie i teraz oboje muszą je wypić.
Jutro pewnie wróci. Na pewno. Za dwa dni będziemy się z tego śmiać.
Wszedł do kuchni, otworzył lodówkę i sięgnął po schłodzoną Finlandię 0.7.
Olej to. Przecież świat się nie kończy o byle jakie sprzeczki.
Jak się przyjrzeć temu bliżej, to nie była nawet twoja wina.
To ona zaczęła, nie ty.
Przecież wiesz, że nigdy jej nie zdradziłeś.
Wszedł do salonu, rozsiadł się wygodnie na sofie i włączył telewizor.
Zamierzał tę noc spędzić przy butelce wódki, zalewając robaka.
***
Dziewczyna z różyczkami we włosach spiętych w kok, na oko ze dwadzieścia lat, nie więcej, była silna jak cholera. Dopadła do jej piersi i zaczęła je gryźć, aż z sutków zaczęła spływać krew wymieszana z sączącym się mlekiem. Najwyraźniej sprawiało to jej zabawę, skoro co chwila przerywała i spoglądała na nią z zabawną miną głupiutkiej idiotki. Jej towarzysz – brunet, krótko ostrzyżony, mniej więcej w tym samym wieku – trzymał ją z tyłu za ręce i próbował wgryźć się w jej szyję.
Co się tu, do kurwy nędzy dzieje? Nie mogła uwierzyć w to wszystko. Przez chwilę pomyślała nawet, że jej się to śni. Że zaraz obudzi się w swojej nowo kupionej chatce, w której spędzi pierwsze święta razem z jej ukochanym. W oczekiwaniu na dziecko, które będzie żyło i będzie czuło się bezpiecznie.
Niestety wyobrażenia te szybko wyleciały z jej głowy, kiedy usłyszała donośny głos kobiety i mężczyzny, którzy przetrzymywali ją w bunkrze. Stali zaraz za nimi.
A jednak ruszyli w pogoń. I ją znaleźli w towarzystwie kolejnych pokurwieńców, którzy najwyraźniej mają chęć na jej mięso.
- Wy debile! Zostawicie ją! Nie możecie doprowadzić do przemiany! To kobieta, która urodziła pierworodnego!
Nie mogła zidentyfikować które z dziwaków z bunkra wydało rozkaz, ale najwidoczniej była to bardzo ważna informacja, bowiem dziewczyna i chłopak natychmiast ją puścili. Upadła z impetem na drogę. Próbując się podnieść dostrzegła, że z jej lewej piersi zwisa kawał mięsa.
Skurwysyny przegryzły mi pierś. Czuła rosnącą nienawiść względem nich. Czuła obrzydzenie do swojego ciała. Chciała umrzeć. Nie miała już siły na próbę przetrwania.
Spojrzała na nich wszystkich i z niedowierzaniem dostrzegła pewne podobieństwo.
Wszyscy mieli cholernie bladą twarz. Nie widziała nóg tych młodych, bo nosili spodnie.
Ale była pewna, że są ze sobą w jakiś sposób spokrewnieni.
Właśnie zdała sobie sprawę, że wpadła w sidła, z których nie ma już wyjścia.
Kobieta podeszła do niej i złapała ją za prawą nogę. Szarpnięcie było mocne, bowiem znów z wielką siłą runęła na ziemię, przegryzając sobie język w chwili, gdy żuchwą otarła o zaśnieżony asfalt. Zaczęła krwawić.
Kobieta sięgnęła po nóż i pewnym ruchem przecięła jej ścięgno Achillesa.
To samo zrobiła z drugą nogą.
- Już nigdzie nam nie ucieknie – wypowiedziała te słowa z gracją, jakby była myśliwym, któremu właśnie udało się dopaść najbardziej okazałego jelenia.
Puściła ją i podeszła do grupki przyglądającej się temu, co właśnie zrobiła.
Czuła niesamowity ból w okolicy świeżo zadanych ran. Po cichu łkała, zaciskając zęby. Przetrwa ten ból.
Czuła, że niedługo to wszystko się skończy.  
- Dany, ty jełopie, ile razy mówiłam ci, żebyś nie wdawał się w tarapaty. Mogli cię nakryć! – kobieta z bunkra wydawała się dyrygować całą tą zgrają. Była ich przełożoną. Stróżem, który musiał wszystkiego dopilnować.
- mamusiu, ale my z Marcią wszystko załatwiliśmy sprawnie. Zapolowaliśmy na dwoje staruszków mieszkających jakieś dwieście kilometrów stąd, zarżnęliśmy ich tak, by wyglądało to na zabójstwo zwykłego śmiertelnika, a potem zwędziliśmy ich auto – spojrzał na matkę. Lustrowała go z uwagą – ale przypierdoliliśmy w pierwsze lepsze drzewo, kiedy wjechaliśmy na teren puszczy. Wiesz, jak jest cholernie ślisko? Przecież piechotą nie zdążylibyśmy na wieczerzę – jego mowa nie wydawała się dla kobiety zbyt przekonująca. Była żenująca i dziecinna.
- czasami wydaje mi się, że powinieneś robić za małpiszona w cyrku. Jesteś żałosny. – chłopak opuścił głowę – my tu z ojcem staramy się, by przepowiednia naszych Ojców została zrealizowana, a ty razem z nią – wskazała na Marcię, która była przejęta powagą sytuacji – rozrabiacie w mieście!
Próbowała doczołgać się w krzaki, choć wiedziała, że i tak ją dopadną. Była przemarznięta i wykończona. Słyszała ich głosy, ale im bardziej się od nich oddalała, tym głosy milkły w wietrze, który przybrał teraz na sile. Złapała się na tym, że jej instynkt przetrwania nadal sprawnie funkcjonował. Wciąż próbowała się bronić.
- dzisiejsza noc jest najważniejsza, synu – rozpoczął mężczyzna – to czas, kiedy przepowiednia musi się ziścić.
Dziewczyna i chłopak spoważnieli.
- to jest świeża, niczym nie skażona krew pierworodnego – wyjęła zza pazuchy fiolki z czerwonym, gęstym płynem i podała im – pijcie.
Otworzyli i zaczęli się delektować.
Pierwsza część rytuału zaliczona.
Aby ziściła się druga, muszą skonsumować matkę pierworodnego.
I wtedy będą odporni na wszystko.
Będą wolni.
Nic z tego nie zrozumiała. Ona i dziecko stanowili jakąś nieodłączną cześć chorego rytuału. Łokciami odpychała się od ziemi, próbując doczołgać się jak najdalej od nich. Nie wiedziała, która jest godzina, ale pewnie już niedługo mieszkańcy Wąpierza Dolnego będą tędy przejeżdżać na pasterkę do kościoła po drugiej stronie lasu.
Dzięki Bogu wybiorą się samochodem. Pogoda znów zaczynała się psuć.
Ma nadzieję, że te pierdolone strzygi się wystraszą i uciekną.
No i nie zdążą jej zabrać ze sobą.
Ale to były tylko złudne przypuszczenia i gdzieś w środku czuła, że ta wersja wydarzeń nie będzie miała racji bytu.
- spójrzcie, ofiara nam ucieka – zaśmiała się Marcia – nasz krwisty kąsek spierdala – podeszła do niej i kopnęła ją w klatkę piersiową. Coś wewnątrz jej ciała chrupnęło. – nie ma szans, że dasz radę! – wybuchła histerycznym śmiechem i znów uderzyła – jedno złamane żebro wylazło na wierzch przecinając skórę w okolicach klatki piersiowej.
Cios był okropny, z pewnością żaden człowiek nie miałby w sobie tyle siły. Byli zwierzętami, jakimiś nierealnymi stworami, których nie powinno tu być. Które nie istnieją. Przynajmniej nie powinny istnieć. Czuła pieczenie w okolicach płuc. Ledwo łapała oddech. Wiła się z bólu niczym dżdżownica na ziemi, którą właśnie skrócono o połowę.
W oddali słychać było ryk nadjeżdżającego samochodu.
Wszyscy galopem udali się w stronę lasu.
Mężczyzna z chłopakiem wzięli ją za ramiona i zaczołgali w głąb puszczy.
***
Niebo na powrót zasłoniło się ciężkimi, śnieżnymi chmurami, z których znów zaczął prószyć gęsty śnieg.
Rozpętała się wichura.
23.30
Czas na pasterkę.
***
Rozłożyli swoją ofiarę na środku ośnieżonej polany i po kolei zaczynali na nią szczyć. Najpierw dziewczyna i kobieta. Później mężczyźni.
Została naznaczona ich uryną.
Byli usatysfakcjonowani, bo udało im się ziścić przepowiednię przodków. Teraz będą mogli udać się na żer, nie bacząc na wszelkie bariery.
Już nie będą musieli ukrywać się w puszczy.
Strzygi, lamie i upiory z najkoszmarniejszych snów wypełzną na ulice miast.
Mężczyzna sięgnął po nóż, który podała mu kobieta. Dwoje młodych stało obok i nie mogło się doczekać kolacji. Ofiara próbowała się bronić, ale nie miała już zbyt wielu sił. Zanurzył nóż w okolicach pępka i rozpłatał ją aż do mostka.
Słyszała, jak wypowiadają jakieś słowa.
Nic z tego nie rozumiała. Powoli traciła przytomność.
W oddali słychać było bicie kościelnego dzwonu, który zwiastował północ. Pasterka.
Na znak mężczyzny, podeszli do ofiary. Z jamy brzusznej zaczęli wyciągać jelita, wątrobę, dokopali się do nerek. Zaczęli ucztę.
Zamknęła oczy. Straciła kontakt z rzeczywistością.
Już nic nie czuła.
Grudzień 2013.
Autor: Konrad

czwartek, 31 października 2013

Automatic lover (opowiadanie)

UWAGA!
Treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich lub nadwrażliwych.
„Nadzieja to najgorsze skurwysyństwo jakie wyszło z puszki Pandory”
Stephen King.
*
Uspokój się, wszystko będzie dobrze.
Codziennie wmawiała sobie, że wszystko będzie dobrze.
A nie było.
I straciła nadzieję, że kiedyś w ogóle będzie.
Ale mimo wszystko codziennie, jak amen w pacierzu, powtarzała sobie, że wszystko będzie dobrze.
Stwierdziła, że to już chyba taki nawyk.
Wstała o godzinie 7.30 w ten piękny, czwartkowy poranek i spojrzała w okno na pozbawiony życia ogród tuż za domem. Kolorowe drzewa zrzucały jesienne liście, czyniąc z trawnika piękny, pastelowy dywan o ciepłych, przyjaznych barwach. Huśtawka gdzieś tam w oddali dyndała raz do przodu, raz do tyłu, leniwie poddając się wiatrowi. Jej uporczywe skrzypienie przypominało, że od lat nie była używana. Przez wijącą się wokół żółtych i czerwonych klonów poranną mgłę przedzierały się promienie słońca. Podeszła do kalendarza ściennego i zmieniła datę na 31 października. Przy dacie widniała informacja, że dzisiaj jej córka obchodzi siedemnaste urodziny. Spojrzała na kalendarz obojętnie, następnie podeszła do czajnika bezprzewodowego i zalała go wodą. Podłączyła do kontaktu, w międzyczasie wsypała trzy czubate łyżeczki kawy do swojego kubka z napisem „ciesz się każdą chwilą”, który codziennie miał przypominać jej o tym, że zawsze ma być optymistycznie nastawiona do świata bez względu na okoliczności. Kiedyś, jak była jeszcze młoda i zbuntowana, takie motto na nią działało. Kiedy ma się już więcej niż osiemnaście lat, o wiele więcej, ma się świadomość, że czasem nie wypada cieszyć się z byle czego w obliczu tragedii.
Ona o tym doskonale wiedziała.
Wstawiła mleko na kuchence gazowej. Sięgnęła po płatki cynamonowe, wsypała do zielonej miseczki – ulubionego zestawu śniadaniowego jej córki i poczekała, aż mleko się zagotuje. Zawsze robiła to o tej porze, kiedy szykowała ją do szkoły, kiedy jeszcze miała ją u boku, przy sobie. Przez moment, po raz kolejny zastanowiła się, dlaczego właściwie nie miałaby robić tego teraz? Kiedy od przeszło dziesięciu lat mieszka sama w tym pierdolonym, pięknym, drewnianym domku marzeń – gniazdku, które miało przynieść szczęście i radość, a przyniosło samotność, rozpacz, ból i cierpienie.
Gdy mleko się zagotowało, wlała je do miski.
Zapach cynamonu zaczął snuć batalię z zapachem gorącego mleka. Razem tworzyli niepowtarzalny aromat, idealną kompozycję, która miała zachęcać do konsumpcji.
Dziś, podobnie jak od dziesięciu z resztą lat, przy porcji płatków śniadaniowych siedziała sama. Wpatrywała się w okno, zastanawiając się, dlaczego właściwie zasłużyła sobie na takie cierpienie. Od wielu lat stara się o tym nie myśleć, ale wspomnienia robią swoje. Od wczoraj przygniotły ją ze zdwojoną mocą, kiedy sprzątając półki z książkami w salonie, znalazła kopertę. Wyleciała z jednej z tych tanich, kiepskich romansideł, którymi się zaczytywała lata temu. Dziś nie robiły już na niej żadnego wrażenia. Doskonale zdawała sobie sprawę, co kryło się w środku, ale bała się ją otworzyć. Zwlekała z decyzją aż do teraz. Koperta leżała przed miską płatków i wciąż kusiła swoją zawartością. Zalała kawę wrzątkiem i znów wróciła do stołu. Przyglądała się kopercie i przez moment wahała się, czy w ogóle ją otworzyć. Powoli jednak wzięła ją do ręki, otworzyła i wyjęła trzy zdjęcia. Serce szalenie łomotało w klatce piersiowej, w oczach napłynęły łzy.
Wiedziała, że tak będzie.
Nie mogła jednak się powstrzymać.
Na pierwszej fotografii ujrzała postać rumianej dziewczynki z warkoczykami koloru słomiany blond. Trzymała w rączkach małego pieska, który lizał ją w policzek. Doskonale pamięta dzień, w którym robiła to zdjęcie. Kasia obchodziła wówczas swoje czwarte urodziny i wtedy oboje z Markiem postanowili po raz pierwszy podarować małej zwierzątko. Decyzja padła na jamnika szorstkowłosego, którego dziewczynka podpatrzyła u sąsiadów i za wszelką cenę chciała dostać takiego samego.
Stwierdziła, że to był okres w ich życiu, który śmiało mogłaby uznać za udany. Ona pracowała wówczas jako dziennikarka w znanym magazynie mody, on jako przedstawiciel w prężnie rozwijającej się firmie budowlanej. I choć przyjście na świat Kasi stanowiło koniec jej kariery zawodowej, z wielką euforią przyjęła do świadomości, że w końcu zostanie szczęśliwą matką. Później przeprowadzili się tu – do spokojnej małej wioski, do tego pięknego, drewnianego domku marzeń z reprezentatywnym salonem i kominkiem. O byt materialny się nie martwiła – kiedy Kasia przyszła na świat, los przygotował dla nich kolejną niespodziankę – Marek został kierownikiem firmy, co oznaczało zdecydowanie większe zarobki.
Byli udanym małżeństwem. Takim, które przetrwa najtrudniejsze chwile życia.
Tak przynajmniej wtedy jej się wydawało.
Od urodzenia Kasi, los sypał szczęściem i obfitością jeszcze przez siedem lat.
Ale wkrótce karta miała się odwrócić.
Drugie zdjęcie przedstawiało szkolny portret dziewczynki. Na kolorowym tle widniała okrągła, uśmiechnięta twarzyczka z dwoma kucykami przyozdobionymi czerwoną kokardą. To właśnie zdjęcie trafiło na pierwsze strony gazet 15 września 2003 roku z nagłówkiem obwieszczającym całemu światu, że siedmioletnia Kasia Małecka została porwana przez psychopatę tuż przed szkolną bramą w piękny, poniedziałkowy poranek.
Od tego momentu wszystko się zawaliło.
*
Stał przy wejściu do pokoju i bacznie się jej przyglądał. Wydawało mu się, że tym razem będzie inaczej, że akurat ta nie jest naznaczona grzechem.
Że będzie inna niż pozostałe.
Zawiódł się, kiedy ujrzał pomieszczenie całe we krwi i przerażoną minę dziewczyny.
Czytał gdzieś o tym, że krwawienie pojawia się pomiędzy dziesiątym a czternastym rokiem życia.
Ponoć zdarzają się przypadki, że krwawienie może się opóźnić.
Ona miała siedemnaście lat, kiedy zaczęła krwawić. Więził ją dziesięć lat i czekał aż odsłoni swój grzech.
To zbyt długo.
Pomieszczenie, w którym ją przechowywał, było ciemne, puste i brudne. Teraz dodatkowo poplamione krwią. Nienawidził tego. Jedyne promienie światła dostawały się przez szpary od drewnianych drzwi i mimo wszystko doskonale widział, że to jest świeża krew i skąd się wydobywa. Siedziała teraz skulona w kącie i spoglądała na niego pytającym wzrokiem. Piękne, puszyste niegdyś jasne włosy, od dawna przypominały posklejane dredy ubrudzone błotem i skrzepniętą krwią. Puszysta, okrągła niegdyś buzia przeobraziła się w smukłą, kościstą twarz z zapadniętymi policzkami. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Nigdy przecież nie próbowała się okaleczać i ranić. Skąd więc ta krew? Nie miała do tego prawa. Tylko on mógł ją ranić, kiedy go nie słuchała i sprzeciwiała się na każdym kroku.
To on mógł ją codziennie chłostać aż do krwi po plecach, głowie, rękach i nogach.
Tylko on mógł ją szczypać, gryźć, bić pięściami po brzuchu i wyrywać włosy, kiedy mu się spodobało.
Tylko on wiedział, kiedy ją nakarmić i napoić.
To on, jej Pan i Władca wiedział, kiedy ona może opuścić swój pokój i zjeść z nim kolację w salonie, czy spędzić jedną noc w jego sypialni. Razem z nim.
Ona nie mogła nic zrobić.
Wszystko to dla szczytnego celu – nie pozwolić, by przesiąkła brudem współczesnego świata. Groziło jej przecież tyle niebezpieczeństw. Mogła stać się jedną z nich. Prostytutką, narkomanką, złodziejką, psychopatką. Nie uratował przed tym swojej żony Marioli – była wszystkim tym po trochu.
Kanalią, która zniszczyła mu życie.
Nie może więc pozostać obojętny. Musi ratować inne.
Choćby od najmłodszych lat.
Doskonale pamięta dzień, w którym przy gronie znajomych, jego żona publicznie przyznała, że on nic dla niej nie znaczy, że tak naprawdę nie jest dla niej mężem, a głupim i naiwnym automatycznym kochankiem, który spełnia każde jej zachcianki i że trzyma go pod jednym dachem tylko dlatego, żeby zarabiał na nią pieniądze i ją utrzymywał. Że gdyby nie kasa, dawno by go zostawiła. Co za upokorzenie. Miał tylko zarabiać, oddawać jej pieniądze, pieprzyć ją kiedy złapie ją chcica i nie zwracać uwagi, że go poniża i przyprawia mu rogi, puszczając się w międzyczasie z innymi. Miał być jak maszyna do zaspokojenia jej wszelkich potrzeb.
Nie zapomni też nigdy w życiu chwili, kiedy jego konająca na łóżku matka, zanim rak śmiertelnie uszczypnął ją w płuca, powiedziała mu, że ma się przed takimi bronić, że ma wziąć sprawę w swoje ręce i nie dać się. Nie może pozwolić, by cierpiał on, czy ktokolwiek inny.
Zasiała w nim ziarenko goryczy. Nienawiści.
Mariola była pierwszą, którą zbawił poprzez śmierć.
Nie będziesz cierpiał ty, czy ktokolwiek inny. Musisz wziąć sprawę w swoje ręce. Zniszczyła ci reputację. Była kurwą, puszczała się na prawo i lewo, ciągnęła druta twojemu najlepszemu koledze, podczas gdy ty zapierdalałeś jak bury osioł, robiła to za pieniądze z każdym, biła cię, wyzywała. Musisz zacząć działać.  Wszystkie takie są. Nie pozwól, by inne zeszły na złą drogę, ratuj je. Ratuj innych. Wypowiadał słowa matki mechanicznym, szybkim tonem.
Spojrzał na dziewczynę, spojrzał jak krwawi.
Już czas.
Stwierdził, że wreszcie, po dziesięciu latach, przyszła chwila, by ją uwolnić.
Mama byłaby zadowolona. Pomyślał.
*
Doskonale pamięta dzień, w którym to się stało.
W każdym przypadku sprawa wygląda niemal identycznie.
Najpierw przeżywasz szok i niedowierzanie. To czas, w którym za wszelką cenę zaprzeczasz faktom. Łudzisz się, że to nie twoje dziecko padło ofiarą porwania, masz jeszcze nadzieję, że ono zaraz wróci do domu, a ty podbiegniesz do niego i tuż przy progu obejmiesz w swe zatroskane ramiona. Kiedy jednak wiadomość o tym, że właśnie uprowadzono twoje dziecko w końcu dotrze do świadomości, przychodzi czas na fazę drugą.
Twoje życie zaczyna przypominać ruinę. To, co kiedyś przychodziło ci z łatwością, teraz stanowi wielkie obciążenie. Najprostsze obowiązki stanowią dla ciebie problem. Stajesz się nieporadnym człowiekiem, swoistym śmieciem, któremu wszystko wylatuje z rąk i który nie nadaje się do niczego. Masa pytań bez odpowiedzi. Policja. Sąd. Dochodzenie. Poszukiwania. W trudnych, krytycznych chwilach, kiedy organy państwowe zawodzą – jasnowidz. Odrętwienie przemienia się wkrótce w bunt i złość. Zaczynasz winić najpierw siebie, potem najbliższą rodzinę za to, co się stało. Obwiniasz Boga, sąsiadów, nauczycieli, wszystkich. Zaczynasz zazdrościć innym, że są szczęśliwi, a tobie życie skopało właśnie dupę.
Potem przychodzi czas na załamanie psychiczne. Pojawia się depresja, próby samobójcze.
Jeżeli dostajesz wsparcie od najbliższych, możesz liczyć na to, że przyjdzie czas na fazę ostatnią – w końcu pogodzisz się z zaistniałą sytuacją i postarasz się żyć z tym dalej. Przez cały czas czekasz jednak na odpowiedź: co się stało z moim dzieckiem? Czy kiedyś wróci?
Jakoś nie mogła sobie przypomnieć, by doświadczyła tego ostatniego okresu na własnej skórze.
Poza tym, że codziennie zadaje sobie te pytania.
Trzeciej fotografii nie chciała już widzieć. Za dużo przykrych wspomnień. Za dużo wylanych łez. Nie miała już siły. I odwagi, by znów spojrzeć w oczy bezbronnego dziecka, które za wszelką cenę nie zasłużyło sobie na taki los. Tyle lat czekała na wieści, jakiekolwiek tropy, które mogłyby chociaż potwierdzić, że jej mała jednak żyje i ma się dobrze. Na nic zdały się poszukiwania, wynajmowanie prywatnych detektywów. Jasnowidz również nie pomógł. Mała po prostu wsiąkła. Przepadła dokładnie tak, jak Marek, który nie mógł znosić jej kaprysów, ciągłego użalania się nad sobą, depresyjnych dni i nocy. Najpierw wyjeżdżał za granicę – takie tam załatwienia, niedługo wrócę. Góra dwa, no może trzy dni. Tylko podpiszę kontrakt. Wrócę. Nie wiedziała, że tak naprawdę ją wtedy zdradzał. Dowiedziała się o tym przypadkowo. Kiedy potrzebowała jego wsparcia, dzwoniła. Tak się umawiali. Tego dnia jego telefon odebrała pijana, rozbawiona kobieta. Więcej dowodów nie potrzebowała. Została zupełnie sama. Ostatecznie los przygotował jej rozwód i życie w samotności.
Wszyscy się od niej odwrócili, mając ją za wariatkę. Stała się niepotrzebnym odpadem, którym pozostanie do samego końca tego piekła. 
*
Najpierw zaprowadził ją do łazienki. Zdjął białą niegdyś halkę nocną z jej drobniutkiego, poobijanego ciała, teraz poplamioną w jej własnej krwi i pozwolił, by wanna napełniła się gorącą wodą. Rzadko pozwalał jej się kąpać, głównie ze względu na ciało, które naznaczone było licznymi ranami i bliznami. Wiedział, że gorąca kąpiel może przysporzyć jej bólu.
Teraz nie miała wyjścia, musiała się umyć.
Bez względu na wszystko.
Dla niej było to zupełnie obojętne, przywykła do jeszcze gorszego cierpienia.
Kiedy weszła do wanny, on sięgnął po gąbkę i żel do kąpieli. Wmasowywał w jej ciało pianę ostrożnie jak tylko potrafił, pieszcząc i całując jej delikatne, subtelne ramiona. Odgarnął włosy, które zakrywały smutną twarz. Spojrzał na nią przez moment. Twarz dziewczyny, choć mocno wychudzona i zniszczona, nadal posiadała w sobie coś pięknego. Namoczył gąbkę i znów zaczął robić swoje.
Kiedy wzięła gorącą kąpiel, zaprowadził ją do salonu i usadził po jednej stronie stołu, on zajął miejsce po przeciwnej.
Siedzieli razem przy stole i jedli śniadanie. Postanowił, że tym razem przyrządzi jej coś wyjątkowego. Lasagne z kurczakiem i szpinakiem, z lampką czerwonego wina. Być może danie to nie nadawało się na poranne konsumpcje, jednak stwierdził, że jej ostatni posiłek powinien być przyzwoity. Dziewczyna wyraźnie zdziwiła się na taki zestaw i spojrzała na niego z niedowierzaniem. Zwykle dostawała suchą kromkę chleba i garnuszek wody na dzień. Albo w ogóle nic. Kiedy już urządza jej takie coś, musi być do tego jakaś stosowna okazja.
O ile dobrze pamięta, takich okazji nie było zbyt wiele.
Kiedy pozwolił jej jeść, niemal rzuciła się na pożywienie. Obserwował ją przez dłuższą chwilę i stwierdził, że stanowczo przesadził z głodzeniem dziewczyny. Jadła szybko i nerwowo, jakby ktoś miał za moment zabrać jej wszystko spod nosa i wyrzucić do kosza.
Stwierdził, że nadeszła wreszcie chwila, by jej to powiedzieć.
- dzisiaj będziesz wolna – w pierwszym momencie dziewczyna nie zorientowała się o co chodzi. Była za bardzo zaabsorbowana jedzeniem. Trzasnął pięścią o stół, aż z ręki wyleciał jej widelec.
- do ciebie mówię, zdziro. Dzisiaj zostaniesz uwolniona.
Oczy dziewczyny rozszerzyły się. Zaczęła się trząść. Gapiła się na niego i nie wiedziała, co powiedzieć. Od kiedy kilkanaście lat temu po raz pierwszy zetknęła się z nim przed szkołą i postanowiła skusić się na małe wagary do wesołego miasteczka, nigdy nie przeszło jej nawet przez myśl, że kiedyś w końcu puści ją na wolność. Kilka lat temu, kiedy jeszcze się buntowała, próbowała uciec. Kiedy przyszedł z pracy ostro wstawiony, zapomniał zamknąć jej pokoju na kłódkę. Pomyślała wtedy, że to doskonała chwila na ucieczkę. Kiedy powłóczył nogami do sypialni i zamknął za sobą drzwi, postanowiła wyjść powoli ze swojej nory i udać się do drzwi wyjściowych. Wtedy on wyłonił się z sypialni, zaczaił się za nią i postrzelił w prawą łydkę. Kulę postrzałową wyjmował jej żywcem, rozgrzanym prętem. Później przywiązał ją do drewnianego filaru i zakneblował jej twarz. Siedziała tak przez tydzień w swoim brudnym, ciemnym pokoju.
Więcej nie próbowała uciekać.
A teraz to. Chce puścić ją na wolność. Tak zwyczajnie, po prostu.
Musi być w tym coś podejrzanego.
- Panie, chcesz puścić mnie na wolność? Przecież zawsze tłumaczyłeś mi, że świat na zewnątrz jest zły i że tylko tu będę czuła się najbezpieczniej. Dokąd pójdę, skoro moją  jedyną rodziną jesteś ty…
- Już postanowione. Nie ma dyskusji. Znudziłaś mi się. To już definitywny koniec.
Jego słowa wydawały się puste i bez jakiegokolwiek wyrazu skruchy.
Nie rozumiała o co mu chodzi. Rozpłakała się. Każda tak robiła. Wiele lat tresował ją tylko po to, by scenariusz nigdy się nie zmieniał. Wszystkie bały się wolności. Nauczyły się, jak żyć z tyranem. Ich Panem i Władcą. Kochankiem, który jak maszyna będzie zaspakajał tym razem nie ich zachcianki, tylko swoje.
Uzależnienie, pomyślał.
Od niego.
Zawsze podniecały go takie dramaturgiczne sceny. Wstał i uderzył ją w twarz. Dziewczyna osunęła się na ziemię, a kiedy próbowała doczołgać się do kąta, kopnął ją jeszcze kilka razy w twarz, a później w brzuch. Skuliła się w kącie, a on podszedł do niej i mocno chwycił za włosy, przewracając na bok. Dziewczyna wydobyła z siebie zduszony odgłos i zaczęła prosić, by przestał. On jednak zaczął szybko zdzierać z niej bieliznę i po chwili czuła już, jak fala znajomego bólu rozrywa jej podbrzusze. Początkowo pchnięcia były delikatne, powolne. Z upływem każdej chwili stawały się jednak coraz bardziej gwałtowne.
Nienawidziła, kiedy budziły się w nim zwierzęce instynkty w czasie, gdy ją gwałcił.
To było upokarzające.
I bolesne.
Kiedy z nią skończył, podciągnął spodnie i zasunął rozporek, następnie podszedł do kredensu i wyjął spluwę oraz nóż. Dziewczyna leżała półprzytomna na podłodze w kałuży własnej krwi i wymiocin. Kiedy naładował broń, podszedł do niej i kopnął ją w lewe kolano.
- Wstań.
Nie zareagowała.
- Wstań, bo ci nogi z dupy powyrywam.
Ocknęła się, ale nie miała sił, by się podnieść.
Złapał ją za włosy i zaczął ciągnąć w kierunku wyjściowych drzwi. Dziewczyna obudziła się na dobre i resztkami sił zaczęła się bronić. Z czoła zaczęła siarczyć krew. Każdy ruch powodował jednak uciążliwy ból, zwłaszcza w okolicach głowy. Mężczyzna mocno szarpał ją za włosy i zaciągnął do drewnianej szopy. Kiedy byli już na miejscu, dziękowała Bogu, że to już koniec. Mężczyzna zapalił światło i jej oczom ukazały się ogromne, drewniane półki umiejscowione na wszystkich ścianach pomieszczenia. Początkowo nie mogła dojrzeć, co na nich leży. Kiedy na jego polecenie stanęła na równe nogi, chwiejąc się to na lewo, to na prawo, dojrzała ustawione na nich czaszki. Jedne z nich były malutkie, jakby należały do kilkuletnich dzieci. Była tego pewna. Inne były większe, prawdopodobnie należały do kogoś starszego. Wszystkie patrzyły na nią pustymi oczodołami, jakby chciały opowiedzieć swoją odrębną historię, a nie mogły. Każda pewnie byłaby inna, jednak zakończenie w każdym przypadku było takie samo. Była to bezsensowna śmierć, naznaczona cierpieniem i upokorzeniem.
Zanim zdążyła wydobyć z siebie okrzyk przerażenia, poczuła, jak tuż pod jej łopatką wbija się zimny, metalowy przedmiot. Wygięła się do tyłu i poczuła, jak ból zalewa i tak już obolałe ciało. Powieki powoli opadały, a ona pozwoliła ciału osunąć się bezwiednie na ziemię.
Wyjęcie noża z jej ciała sprawiało mu problemy, więc ścisnął rękojeść mocniej i spróbował jeszcze raz. Kiedy się udało, pozwolił sobie na jeszcze kilka dźgnięć w plecy oraz w brzuch. Jej ciało wiło się i skręcało z bólu.
Przez pięć minut dziewczyna nie okazywała oznak życia. Przychylił się do niej i szepnął, że wreszcie została uwolniona. Nie będzie już zdzirą, złodziejką, ani psychopatką. Już miał wychodzić z szopy, kiedy się ocknęła i resztkami sił próbowała coś powiedzieć. Prosiła, by jej pomógł. Przepraszała sama nie wiedząc za co. Sięgnął po spluwę, odwrócił się do niej i wycelował w głowę. Zobaczył, jak powoli podnosi roztrzęsione ręce w jego kierunku. Błagała o pomoc, ledwo wydobywając z siebie słowa. Prosiła. Była to najbardziej obsceniczna scena przepełniona próbą uratowania swojego i tak już zmarnowanego żywota, jaką kiedykolwiek widział na oczy.
Wystrzelił.
Ręce bezwiednie opadły na ziemię.
Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę domu. Musi jeszcze wziąć kąpiel i wybrać jakiś elegancki strój. Dziś wieczorem ma romantyczne spotkanie.
Tym razem zapoluje na starszą.
Następnym zbawionym istnieniem, z którego uszło właśnie życie, zajmie się później. Teraz stanowi trofeum, które musi zostać poddane kolejnym czynnościom. Swoistemu aktowi, który traktował niemal jak jakiś święty rytuał. Najpierw odetnie głowę. Później wsadzi na chwilę do wielkiego parnika z wrzącą wodą, by po namoczeniu skóra łatwiej odchodziła od kości. Następnie wyjmie i wypatroszy z wnętrzności, a czaszkę postawi na półce. Dołączy do pozostałych ofiar ze swoją własną historią, o której zapewne nikt nigdy się nie dowie. Będzie spoglądać swoimi pustymi oczodołami na kolejne ofiary przewijające się przez jego ręce.
Mama na pewno byłaby zadowolona. Pomyślał.
*
Z uprowadzeniem jest dokładnie tak, jak ze śmiercią bliskiej ci osoby. Kogoś tracisz. Różnica polega jedynie na tym, że w przypadku śmierci masz stu procentową pewność, że ten ktoś nigdy już do ciebie nie wróci. Po uprowadzeniu dziecka masz jeszcze nadzieję, że kiedyś zapuka do Twoich drzwi policja z dobrą nowiną.
Na to cały czas czekała.
Odeszła od stołu i podreptała do salonu. Wyjrzała przez okno i zobaczyła, jak dzieci z naprzeciwka właśnie wychodzą z plecakami do szkoły. Mała, piegata dziewczynka w czerwonej kurteczce i chłopiec, w czarnym skafanderku. Jakaś młoda kobieta uchyliła drzwi i coś do nich mówiła. Jedno z dzieci radośnie podbiegło do niej i wzięło jakiś tobołek – pomyślała, że to na pewno kanapki – następnie pocałowało kobietę w policzek i podreptało wzdłuż chodnika. Przez chwilę zastanawiała się, jak wyglądałaby jej córka teraz. Ostatnio widziała ją w wieku siedmiu lat. Teraz jej córka miałaby siedemnaście. Pewnie byłaby już atrakcyjną, młodą nastolatką z marzeniami i masą pytań, na które znalazłaby pewnie odpowiedź u swojej matki. Los chciał jednak inaczej i jej córki tu nie ma. Nawet nie ma pewności, czy żyje. Usiadła w fotelu i w końcu dała upust zduszonym w głębi psychiki emocjom. Po raz kolejny odkąd doszło do porwania jej jedynej córki, zapłakała nad sobą i losem, który zgotował piekło zarówno jej, jak i dziecku, z którym wiązała wielkie nadzieje.
Mimo wszystko wiedziała jedno.
Zawsze będzie ją kochać.
Gdziekolwiek teraz jest, cokolwiek teraz robi, będzie darzyć ją wielką, matczyną miłością.
Uspokój się, wszystko będzie dobrze.
Skarciła siebie za to, że znów rozdrapuje stare rany.
Schowała zdjęcia do koperty i włożyła do szuflady. Przyrzekła sobie, że już więcej nie weźmie ich do rąk. Dopóki ona się nie odnajdzie.
Następnie udała się do kuchni, by dokończyć śniadanie, które lata temu przygotowywała i konsumowała wspólnie z córką, zanim ta udała się do szkoły.
Później pojedzie do miasta. Ma plan, który rodził się w jej umyśle od dawna. Zdecydowała, że nie może siedzieć w domu bezczynnie. Dziś jest święto Halloween i w niektórych dzielnicach dzieciaki będą chodzić od drzwi do drzwi i prosić o słodkości.
Cukierek albo psikus.
Zaczai się gdzieś i poczeka, aż po zmroku wyjdą ze swoich domów. Zachęci kilka, by wsiadły do jej samochodu. Może pojadą nawet do wesołego miasteczka. Dziś wieczorem są darmowe wejścia. Później zawiezie je w bezpieczniejsze miejsce i odizoluje od świata przepełnionego wokół złem.
Nie pozwoli, by spotkał je taki sam los, jaki spotkał jej córkę.
Coś w jej środku zakorzeniło się i dręczy umysł.
Podpowiada, że musi je chronić.
***
Słowo od autora.
Zanim napisałem to opowiadanie, najpierw zainspirowało mnie kilka rzeczy. Po pierwsze współczesne realia. Wszędzie przemoc, gwałty, dzieciobójstwo, pedofilia. Wystarczy włączyć telewizor i posłuchać wiadomości, by się przekonać, że świat powoli przekręca się do góry dupą... Osobiście zainspirował mnie pewien artykuł, którego tytułu już nie pamiętam. Dotyczył najbardziej kontrowersyjnych uprowadzeń. Stąd też tematyka opowiadania. Porwanie - zwłaszcza małych dzieci - stanowi ogromny cios w plecy dla zdesperowanych rodziców, którzy pozostają z masą pytań bez odpowiedzi. Czekają na powrót swojej pociechy, choć sami nie wiedzą, czy ich dziecko jeszcze żyje. I to według mnie jest największy horror. Nadzieja. Czekanie. Bezczynność. Desperacja. Opowiadanie to zostało zainspirowane również znakomitym zbiorem opowiadań Jacka Ketchuma, pt. Królestwo spokoju - autora, którego twórczość chyba najbardziej sobie cenię. W pewnym stopniu kolejnym motorem napędowym do stworzenia tego opowiadania była również osoba Tomasza Czarnego, a konkretnie - Trylogia Gniewu. Opowiadania zawarte w tym niewielkim zbiorku naprawdę przypadły mi do gustu. Poza tym podoba mi się również styl tego pisarza. I po trzecie - utwór Violence pochodzący z albumu A Natural Disaster znanej, angielskiej kapeli Anathema. Kawałek ten towarzyszył mi przez cały czas podczas tworzenia tego opowiadania i myślę, że jego atmosfera odzwierciedla w pewien sposób klimat tego utworu. Początkowo jest refleksyjnie, nieco melancholijnie, delikatne dźwięki klawiszy przechodzą po chwili do typowo metalowych, ciężkich brzmień. Pod koniec znów jest spokojnie i depresyjnie. Podobnie jest z opowiadaniem - na początku jest miejsce na refleksję, później zaczyna się przemoc i rzeź, by na koniec znów zostawić czytelnika sam na sam z refleksjami zdesperowanej matki, która nie może pogodzić się z losem, jaki ją spotkał. Tytuł opowiadania też nie wziął się od tak sobie - zainspirowałem się też w pewien sposób utworem Automatic Lover norweskiej kapeli Theatre Of Tragedy i stąd też ten tytuł.
Pod żadnym pozorem opowiadanie to nie miało na celu propagowania bezsensownej przemocy i agresji. Jestem daleki od tego typu rzeczy i uważam, że w ciężkich przypadkach psychopatii jedynym zadośćuczynieniem za wyrządzone zło jest śmierć oprawcy. Opowiadanie miało pokazać, że wielu ludzi cierpi z powodu utraty kogoś bliskiego, a czasem, w krytycznych sytuacjach, kiedy brakuje wsparcia - również i oni w akcie desperacji mogą chwycić za dokładnie takie same metody zbrodni i w odwecie czynić to samo. To coś, jak zamknięty krąg bez wyjścia. Iskra zapalna raz powoduje wybuch, który znów gdzieś tam się wznieci i spowoduje kolejny zapłon. I w kółko to samo. W Halloween boimy się potworów różnych maści. Czarownic, wampirów, wilkołaków, zombie. Pamiętajmy jednak, że ponoć każdy z nas nosi w sobie jakiegoś potwora. I lepiej, żeby on sobie spokojnie tam siedział i się nie budził...
31 października 2013 roku. Godzina 17.00
Autor: Konrad

Żniwa białych wdów (opowiadanie)

UWAGA!
Treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich lub nadwrażliwych.
Zaginione opowiadanie Reginy, stworzone latem 2009 dla Konrada.
Odnalezione i przepisane z rękopisu jesienią 2013.
Z dedykacją dla Arkadiusza i Izabeli, oraz z podziękowaniami dla Dawida i groźbami karalnymi pod adresem Konrada, a przynajmniej z żądaniem jakiejś drobnej łapówki (nie ukrywajmy tego, myślę tu o alkoholu).
Не ведьма, не колдунья
Явилась в дом ко мне,
А летним днем испить воды
Зашла случайно смерть
- Czy wy nie umiecie się na chwilę zamknąć. – Powiedział Maciek, wyraźnie zmęczony i zdenerwowany.
- O co ci chodzi? – Odpowiedziała spokojnie Marysia. – Masz kaca? – Podała mu butelkę mineralnej i spojrzała na zegarek. Faktycznie, trochę go suszyło, ale nie to było powodem jego stresu. Zastanawiał się czy na pewno dobrze zrobił rozstając się z nią i zaczynając związek z Anką.
Marysię znał od zawsze, była taka zwyczajna i nudna przy zawsze wesołej i radosnej Ani. Teraz im bliżej poznawał Anię tym mniej go interesowała i nawet brzydsza się zaczęła wydawać, a Marysia w tej czerwonej cieniutkiej sukience była taka śliczna.
 Ania pojawiła się gdy Marysia była w drugiej klasie liceum. Nie miała nikogo, nowa w mieście, przeprowadziła się z Klimontowa. Zaczęła gadać z Marysią i wszędzie za nią chodzić. Na samym początku, kiedy Marysia ich sobie przedstawiła zdawało mu się, że jej nie lubi, że wcale nie podoba jej się towarzystwo Ani, ale ta nie rozumie aluzji, że ma się odczepić. Wiedział, że od razu wpadła Ani w oko. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale przed tym jak zaczęli ze sobą chodzić była inna. Teraz cały czas gadała, obgadywała Marysię, gdy ta tylko się odwróciła. Podobno widziała ją z jakimś nowym facetem, podobno bardzo przystojnym, całowali się, obejmowali… Nie wierzył w to. Przecież za dobrze ją znał. Mówiła mu o wszystkim, a już na pewno powiedziałaby mu gdyby kogoś miała.
Marysia wcale się nie wściekła, kiedy powiedział jej, że chce być z Anią, że ją zdradził. Myślał, że to dlatego, że tak mało dla niej znaczył, że to tak jak mówiła Ania, czują do siebie tylko przyjaźń i są ze sobą z przyzwyczajenia, nie miłości. Nawet jeśli było między nimi jakieś uczucie, to już dawno się wypaliło. Znali się od podstawówki, chodzili ze sobą od gimnazjum, chociaż ona poszła do najlepszego liceum w mieście, on do zawodówki. Nigdy nie dała mu odczuć, że to jej przeszkadza. Nie przeszkadzało jej też to, co ludzie mówią o jego rodzinie. Wiedział, że czego by nie zrobił, wszyscy zawsze będą tak na niego patrzeć. Matka, lekko upośledzona alkoholiczka, on i trójka jego młodszego rodzeństwa. Wszyscy z tym samym wpisem w akcie urodzenia „Ojciec N.N.”. Maciek był zdolny i dostałby się do liceum, ale musiał przecież pracować. Ania jakby tego nie rozumiała, chciała by poszedł do zaocznego liceum i z nią na dzienne studia, do Warszawy. A jego rodzinę znów eksmitowali. Całe życie z baraku, w którym biegały wielkie szczury, do baraku, w którym szczury zdechły już z głodu. Nawet nie marzył o studiach, a co dopiero w stolicy. Marysia miała zamiar iść na studia do miasta oddalonego o niecałe sto kilometrów, wyjeżdżać i wracać do niego w każdy weekend. On zawsze czuł, ze kiedyś nie wróci, pokocha życie w dużym mieście, pozna kogoś bardziej interesującego, kto będzie mógł jej postawić kino i kolację, a nie wyżerał kanapki do szkoły. Teraz rozumiał, że tak by się nigdy nie stało. Zrozumiał, że Marysia nie wściekła się na niego, bo nie chciała go całkiem stracić. Kochała go tak mocno, że nawet jako przyjaciel był jej niezbędny do życia. Czekała aż zmądrzeje i chyba właśnie zmądrzał.
            Spojrzał na nią i chciał przeprosić. Powiedzieć jak strasznie żałuje, że się pomylił. Przez te chwile nie obchodziło go, że jest tam Ania, jej przygłupia przyjaciółeczka Martynka ze swoim milczącym facetem Jankiem i nawet przyjaciółka Marysi, Weronika, ze swoim chłopakiem Mateuszem. Zresztą, to wszystko był pomysł Marysi, cały ten weekendowy biwak. Wyobrażał sobie, z jaką niechęcią musiała ich tam przyprowadzić, zwłaszcza Anię i tę drugą. Każdy z kimś był, a ona sama. Ale w ten sposób taniej to wyszło niż to co zaproponowała Ania. Wielka impreza, by wszyscy jej znajomi poznali Martynkę, jej najlepszą przyjaciółeczkę z rodzinnego miasta, która przyjechała do niej na tydzień. Wydarzenie wielkie i doniosłe, a w sumie nie było czego poznawać. Kiedy słuchał tych rozmów miedzy nimi, to jakby słyszał Mariolkę z kabaretu. Jeszcze ten matoł wpakował się jemu i Ance do namiotu, bo przyjaciółeczki wszystko robią razem. Całą noc gadały o jakimś filmie, „Zmrok” czy „Wieczór”. Aż zapytał o to Weronikę następnego dnia. Odpowiedziała mu, ze to romans dla upośledzonych umysłowo dwunastolatek. Że tam wampirzyca zakochuje się w licealiście, czy coś w ten deseń. Zaczęły to nawet oglądać z Marysią, ale odpuściły, bo to głupsze niż „Moda na sukces”.
            „Błagam, niech ona na mnie spojrzy, niech się uśmiechnie, przecież zawsze wiedzieliśmy, rozumieliśmy się bez słów. Teraz jedno spojrzenie i jeśli zobaczę w nim choć cień szansy na przebaczenie, wszystko naprawię. A jeśli tego cienia nie dojrzę, to będę błagał tak długo, tak długo spał pod jej drzwiami, aż mi wybaczy i wszystko uda się jakoś naprawić.” Marysia spojrzała na zegarek, a potem na niego.
- Co? Mam coś nie tak z włosami?
- Ja… - Wtedy Ania przestała gadać i go objęła, chciał ją odepchnąć krzyknąć, że kocha Marysię, ale jednak Ania była jego dziewczyną i w tym momencie postanowił to załatwić elegancko. Najpierw na osobności powie Ani, że to koniec, potem pójdzie do Marysi z bukietem róż. Nie ważne ile będą kosztować, jego i tak na nie nie stać, ale tak właśnie trzeba. - …tak się zastanawiałem, po co ci te szpilki wbite w sukienkę. – Marysia miała przy dekolcie dwie szpilki.
- A… nie zauważyłam ich. Wiesz, przerabiałam ją trochę i tak zostały. – Wtedy odezwała się Ania, niby żartem, ale pobrzmiewało w tym coś na kształt ostrzeżenia.
- A gdzie ty jej się patrzysz? Pamiętaj, że już jesteś tylko mój. – Powiedziała Ania zalotnie trzepiąc rzęsami.
- Taa… pamiętam. Marysia, za ile mamy ten PKS? – Znów spojrzała na zegarek.
- Przecież przed chwilą patrzyłaś. – Prychnęła Ania. Maciek wiedział, że Marysia często patrzy na zegarek, ale nie wie, która jest godzina, taki jej odruch, kiedy się denerwowała. Znał ją na pamięć. – Zresztą, kto w dzisiejszych czasach nosi zegarek, skoro wszyscy mają komórki? – Marysia ją zignorowała.
- Za godzinę. Jest za dwadzieścia dwunasta. Weronika, masz pająka na ramieniu. – Strzepnęła go z niej. Biwak był udany, Marysia wybrała świetne miejsce. Las, niecały kilometr dalej jezioro. Tylko Ani cały czas coś nie pasowało. Teraz od rana płakała, że tak daleko do przystanku. Wcześniej, że to zadupie, że ona się w tym bagnie nie będzie kąpać, bo zamulone, że ona jeśli już to tylko na basen chodzi, że komary ją pogryzły, ale się nie popsika sprayem, bo on śmierdzi… teraz, kiedy wyszli z lasu, zaczęła marudzić, że jest gorąco. Faktycznie był straszny upał, Marysia podała jej swoją butelkę mineralnej.
- Co, chcesz mnie otruć?
- Niekoniecznie, tylko zostaw mi trochę, bo to moja ostatnia. – Ania wypiła całą butelkę. Półtora litra wody na raz.
- Hej, miałaś mi zostawić.
- O rety, nie pomyślałam, serio tak mi się pić chciało.
- Ty z reguły bierzesz to, na co masz ochotę, niezależnie czy wolno czy nie. – Powiedziała Weronika. Miała już dosyć Ani i Martyny. Zwłaszcza, że Martyna cały czas gadała o tym, jak ją boli pępek, bo go sobie przekłuła i wdało się zakażenie. Na rady w stylu wyjmij to i przemyj spirytusem, była jednak głucha.
- Daj spokój, to przecież tylko woda. – Powiedziała Marysia spokojnie.
- Sęk w tym, że nie tylko. – mruknęła Wera pod nosem.
- Siku mi się chce! – Ogłosiła Ania światu. – Jest tu gdzieś jakaś toaleta?
- No i ja też muszę. – Dlatego Ania tak ją lubiła. Martyna robiła dosłownie wszystko tak jak ona. Wierny klon, wierny cień.
- A jak ci się zdaje? Jesteśmy na polanej drodze, tu nie ma nic, tylko te pola. – Weronika, była tak bojowa, że aż trudno uwierzyć. Zawsze taka spokojna. To Marysia, zawsze była impulsywna. Była, bo od rozstania z Maćkiem stała się cicha i spokojna. Nie zauważył tego, ale bez słowa skargi znosiła wszystkie zaczepki ze strony Anki.
- To co ja mam zrobić.
- Zlej się w gacie, Paris.
- Wera, zachowujmy się jak dorośli. Zresztą i mnie się chce. – Wyglądało raczej na to, że Marysia próbuje załagodzić sytuację niż naprawdę czuje potrzebę.
- No i ja bym odcedził kartofelki. – Dodał chłopak Weroniki. – A ty Wera? Chcesz popatrzeć? Widok mojego sprzętu zawsze poprawiał ci humor. – Weronika na chwilę się uśmiechnęła. Ona i Mateusz to była taka dobrana para, choć z niego wychodził czasem kawał chama i miejskiego dupka, to jej się raczej podobało.
- To wszystkim nam się chce?
- Na to wychodzi. – Martynka zachichotała.
- Rety, to jak z ziewaniem. Jak jedno zacznie to potem wszyscy.
- Ta to potrafi walnąć mądrością życiową, że ja pierdolę. – Tym razem to był Janek jej chłopak, Wera uśmiechnęła się do niego, szczerząc zęby, a Mateusz wyglądał jakby chciał skoczyć do bicia.
- To może chodźmy się wreszcie odlać, a nie pierdolmy o tym jak jakieś pojeby.
- Ale gdzie jest toaleta?
- W dupie. Idziemy w to pole, w pszenicę.
- W takie chaszcze?
- Chcesz to zostań, nie ja wychlałam Maryśce całą muszyniankę.
           Wszyscy weszli w pole, oczywiście w pewnych odległościach od siebie. Marysia stanęła po pas w zbożu. Ktoś do niej podszedł, odwróciła się i zobaczyła Maćka.
- Co chcesz?
- Słuchaj… ja…
- Co jest skarbie? Jeśli chcesz, żeby ci potrzymać to masz mnie, nie musisz jej prosić o pomoc. – Nie zauważył kiedy Ania podeszła. Westchnął.
- Pogadamy później. – Powiedział, spuścił wzrok i odszedł.
- Co? Zatęskniło się za starymi czasami? Trzymaj się z daleka, to mój facet.
- Sam coś ode mnie chciał.
- Niby co?
- Nie wiem, nie zdążył powiedzieć.
- I tak ma być. Idę się odlać, choć może być mi trudno, w nocy było tak ostro, że jeszcze mnie tam wszystko boli.
- Dlaczego mi to robisz? Przecież wiesz, że mi na nim dalej zależy. Dostałaś to co chciałaś, czemu jeszcze się nade mną znęcasz.
- Bo cię nie lubię. Ne lubię takich świętojebliwych, cnotliwych, dobrych dziewczynek, które są takie niby przyjacielskie, a naprawdę patrzą na wszystkich z pogardą i wyższością. I co? Taka jesteś teraz mocna? Miałaś mnóstwo przyjaciół, faceta który cię kochał, a mnie zajęło zaledwie kilka miesięcy i teraz to moi przyjaciele, teraz to mój facet. Została ci tylko ta wredna wieśniara Weronika. Zostałaś sama. Leć się wypłakać księdzu w konfesjonale, podkul ogon i skomlej u stóp tego obszczymurka, to może nawet pozwolę mu do ciebie wrócić, ale kiedy tylko zechcę znów ci go zabiorę. Ja zawsze dostaje to co chcę, a jeśli taki śmieć stanie mi na drodze to go zniszczę. Zrozumiałaś?
- Tak.
- I dobrze, suko. – Odeszła, Marysia przez moment stała jak wryta. Bała się. Znów spojrzała na zegarek. Było równo południe. Gdzieś w oddali dzwon na wieży kościoła wybił dwanaście razy. Poczuła powiew letniego wiatru. Niesamowicie gorący i suchy, rozwiał jej włosy. Widziała jak zboże się pod nim ugina, widziała, że stworzył nawet mały wir. Odrobina kurzu zawirowała w obłędnym tańcu i opadła. Wiatr przestał wiać, zrobiło się cicho i potwornie gorąco. Ruszyła przed siebie, ale poczuła, że w coś kopnęła. Coś leżało w trawie. Podniosła to i zrozumiała, że to była ludzka czaszka. Biała i wysuszona, leżała wśród pszenicy. Do Marysi nie zdążyło jeszcze w pełni dotrzeć to, co widzi, gdy za nią rozległ się krzyk. Rzuciła czaszkę i pobiegła w kierunku z którego dobiegał.  Nagle zboże zaczęło jej się wydawać inne, jakby wyższe i gęstsze, mimo to udało jej się dobiec. To Martyna krzyczała.
-Wąż! Wąż! Tu był wąż!
- Nie ma tu żadnego węża. A nawet jak był to już sobie poszedł. To na pewno był zwykły zaskroniec.
- To była żmija! Ugryzła mnie! Ja umrę! – Weronika trzepnęła ją z otwartej ręki w twarz, wyglądało na to, że z całej siły. Marysia czuła, że Wera modliła się o taką okazję od początku biwaku, ale postanowiła zainterweniować, na wypadek gdyby jej się za bardzo spodobało.
- Pokaż to ugryzienie. – Martyna pokazała jej ślad na nodze. – To ślad po komarze, świeżo rozdrapany, ale po komarze.
- Na pewno?
- Tak.
- Mam jeszcze jedno pytanie.
- Czego jeszcze matole chcesz? – Warknęła Weronika.
- Gdzie Janek? – Kiedy zaczęła krzyczeć wszyscy przybiegli, ale Janka z nimi nie było. To było dziwne, bo w końcu to jego dziewczyna i powinien przyjść pierwszy.
            Jednak Janek poznał wtedy zupełnie inną dziewczynę. Stał w polu z rozpiętymi spodniami, gdy usłyszał za sobą szelest. Odwrócił się i zobaczył przed sobą najpiękniejszą istotę jaką kiedykolwiek widział. Ubrana w dziwną białą sukienkę do kostek z delikatnego, lnianego płótna. Spod sukni widać było bose stopy. Jej włosy były tak jasne, że prawie białe, falowane, długie do pasa. Nie miała makijażu, lecz taka piękność go nie potrzebowała. Rysy jej twarzy były delikatne, a oczy duże, błękitne. Przez tę chwilę zachwytu sądził, że stoi przed nim anioł. Że to nie możliwe, by takie piękno istniało naprawdę. Lecz ona tam była całkowicie realna.
- Hej piękna, co tu robisz? – Nic nie odpowiedziała. Pokazała mu błyszczący sierp, który trzymała w ręce.  – Jeszcze takich używacie na wsi? Myślałem, że teraz są kombajny, traktory i inne elektryczne pastuchy. – Wskazała sierpem na rozporek. – Sorry. – Chciał zapiąć spodnie, lecz ona skaleczyła go w rękę. – Pojebało cię? – Gdzieś w oddali krzyknęła Martyna, ale on jakby tego nie słyszał. Dziewczyna, którą właśnie spotkał była ważniejsza. Uśmiechnęła się i skaleczyła go w szyję. – Lubisz ostro? – Pokiwała głową. – Fajny masz ten sierp, ale schowaj go, bo się w końcu przestraszę. – Rozcięła mu koszulę od kołnierzyka do końca. – Dobra, jeżeli chcesz się pobawić, to okej, ale szybko i cicho, bo gdzieś tam łazi moja dziewczyna. Pokazałaś mi sierp, teraz ja ci kosę pokażę. – Wyjął z kieszeni nóż sprężynowy. Ona spojrzała jakby ze strachem i cofnęła się o krok. – Już nie jesteś taka ostra. – Podszedł do niej i rozciął jej sukienkę. Nie miała pod nią bielizny, najpierw zobaczył idealne, kształtne piersi, płaski brzuch i jaśniutkie włosy łonowe. Brutalnie pchnął dziewczynę na ziemię. Położył się na niej, jedną ręką złapał jej pierś, drugą wsunął między jej uda. – Gorąca i mokra, ależ jesteś napalona. – Dyszał. – Całował ją, gryzł jej piersi i szyję  prawie do krwi. Wchodził w nią palcami, Martyna zawsze jęczała, że boli, że za mocno, a tej się wyraźnie podobało. W pewnym momencie wyszeptała.
- Krew czerwona splami to zboże…
- Co mówisz? – Spytał i nagle podniecenie zniknęło z jego twarzy, przemienione w nieme zaskoczenie. Nawet  nie krzyknął, tylko jęknął. Pokazała mu sierp. Był cały we krwi. W drugiej ręce trzymała jego odcięte jądra. Ścisnęła je, widział jak krwawa miazga przepływa między jej palcami. Z trudem pojął, że piękna nieznajoma właśnie go wykastrowała. Wbiła sierp w ranę między udami, wstała i podniosła go na ostrzu, jak na haku. Trzymała rękojeść w jednej ręce, była nieludzko silna. On wisiał z nogami zawieszonymi w powietrzu, a jego krew spływała na pszenicę. – Błagam nie. – Wykonała jeden ruch ręką, jakby to nie był żaden wysiłek, rzuciła nim na odległość około dwudziestu metrów. Jakimś cudem on wciąż był przytomny, zachował resztki świadomości. Wykrwawiał się, leżąc z nienaturalnie powykrzywianymi, połamanymi kończynami, wśród pszenicy, czując jak powolutku uchodzi z niego życie. Znów ją zobaczył. W południowym słońcu, piękną jak anioł. Jej suknia znów była cała, lecz sierp w jej dłoni lśnił od krwi, jak jedyny dowód, że to naprawdę się stało. – Proszę… nie… - Spojrzała na niego i się uśmiechnęła. Rozchyliła wargi, delikatne niczym płatki róż. Wtedy dopiero zobaczył jej zęby. Wyglądały jak kły dzikiego zwierzęcia. Miała ich znacznie więcej niż człowiek. Podeszła bliżej, przystawiła sierp do jego szyi i odcięła głowę, jednym ruchem. Uniosła ją i pocałowała w usta. Po chwili ją odrzuciła i wypluła jego zakrwawiony język. Uklękła i zaczęła zębami rozszarpywać ciało. Wtedy pojawili się pozostali. Ona wstała, z jej ust kapała krew. Oni stali jak sparaliżowani. Demon krzyknął. Był to najbardziej przeszywający, potworny głos, jaki słyszeli. Niczym wrzaski okaleczonych umierających zwierząt, a jednak inny. Krzyk dawno zapomnianych bestii z czasów pogan, które mimo że dla większości ludzi były już tylko mitem, to jednak nadal istniały. Musiały istnieć, bo przecież oni właśnie jedną z takich istot widzieli przed sobą. A ona jakby nic się nie stało zaczęła powoli odchodzić. Po chwili zmieniła się w wir powietrza.
- O Boże. – Pierwszy otrząsnął się Maciek.
- Co to do kurwy nędzy było?! – Krzyknęła Weronika. Mateusz zwymiotował, Ania i Martyna zaczęły wrzeszczeć.
- Południca. – Powiedziała Marysia, głosem drżącym, ale jednocześnie prawie spokojnym. Jednak ten spokój był jakiś inny. Nie oznaczał on wcale, że wszystko będzie dobrze. Raczej brzmiało to tak, jakby nie było już nadziei i należało się pogodzić z losem.
- Co?! – Spytali wszyscy.
- Kim ona była!? Gadaj! – Ania rzuciła się na nią.
- Ty ją puść, a ty gadaj, co to ta złudnica? - Weronika z Mateuszem odciągnęli Anię od Marysi.
- Południca. Demon. Myślałam, że to legenda. Znam jednego chłopaka, jego babcia tu mieszka, opowiadał mi o niej. Południce to duchy młodych dziewczyn, które zmarły tuż przed, lub tuż po własnym weselu. Ta to duch siostry prababki tego kolesia, co mi to opowiadał. Dziewczyna wyszła za mąż, ale wtedy dziedzic upomniał się o prawo pierwszej nocy. No to dostał. Tylko wcale mu się oddawać nie chciało. Po pierwszej nocy, ani po drugiej, trzymał ją tam kilkanaście tygodni. Znudziła się to oddał, ale w ciąży. Wróciła do męża, a on na to „Jak ci się tak kurwo we dworze podobało, to wracaj tam!” Ona wzięła sierp, poszła w pole i sobie żyły podcięła. Znaleźli ją dopiero jak przyszły żniwa. Poszarpały ją ptaki i dzikie zwierzęta, ale i tak było wiadomo, że to samobójczyni. To było dawno, nie chowali takiej w poświęconej ziemi, nie było księdza. Jej dusza nie mogła zaznać spokoju. Podobno do tej pory tu jest. Poluje na ludzi, którzy zboczyli z drogi i weszli w pole, na którym umarła. Na rolników, którzy zasiedzieli się w nim do południa. Znajduje ich i zabija.
- Wiedziałaś o tym! Wiedziałaś o tym od początku! – Weronika rzuciła się na Marysię.
- Dlatego nas tu wyciągnęła, na ten pierdolony biwak, na to zadupie! – Krzyczała Ania. – Marysia broniła się przed Weroniką, ale ta była silniejsza. Dopiero Maciek je rozdzielił. Wtedy Ania zaczęła się drzeć.
- Czemu jej bronisz! – Jeśli tak ci zależy na tej psychopatce to się z nią baw, aż przyjdzie tu ta wywłoka i was wszystkich pozabija ja stąd spierdalam.
- Uspokójcie się, powinniśmy się trzymać razem, a to nie jest jej wina. – Odezwał się Maciek.- Skąd miała wiedzieć, że wchodzimy akurat w to pole? A nawet jakby wiedziała, jakbyśmy wszyscy znali tę historię to czy byśmy w coś takiego wierzyli? – Weronika westchnęła.
- Maciek ma rację. Przecież i u nas są te miejskie legendy. Czarna ręka, mercedes z rogatym kierowcą, który pyta, która jest godzina, a potem znajdują twojego trupa o tej samej godzinie, następnego dnia. Albo pierdolona karetka śmierci. No i w końcu to nie Maryśce zachciało się szczać.
- A kierowca miał rogi, a nie kopyta?
- Stul pizdę, Mateusz. – Warknęła Weronika.
- Martyna! – Ania szukała wsparcia choćby u niej. Martyna blada i przestraszona powiedziała tylko.
- Myślę, że nie powinniśmy się rozdzielać.
- Ty nie myślisz. Ja mam twój mózg.
- Przynajmniej ćwierć racji ma. – Mruknęła Weronika, Ania tylko prychnęła z pogardą i ruszyła przed siebie.
- Anka, czekaj! – Maciek czuł, że powinien za nią biec, ale jakoś nie potrafił.
- Zostaw. – Powiedziała Weronika.
- Musimy iść do drogi. – Dodał Mateusz.
- Ale… gdzie ona jest? – Pisnęła Martyna. Rozejrzeli się.
- Nie widać drogi, ani lasu… niczego nie widać. – Pole rozciągało się po horyzont niczym bezbrzeżne morze, falujące w letnim wietrze. Ani też nie było widać, a przecież nie zdążyłaby odejść daleko, a zboże nie było tak wysokie.
- Co się tu kurwa dzieje?!
- Jesteśmy w jej mocy. Myli nam drogi, okłamuje nasze oczy. Spójrzcie na słońce. Jest pionowo nad nami, nie rzucamy cieni. To nie możliwe, znaczy możliwe tylko na równiku.
- Co mamy robić? – Martyna spojrzała na Marysię.
- Możemy tylko czekać, aż magia przestanie działać. Nie rozdzielać się, bo potem już się nie odnajdziemy, tu nie działają prawa rządzące naszym światem. Pięć metrów może się ciągnąć jak setki kilometrów. Unikajcie też wirów powietrza, taki wir to naprawdę ona. Jeśli w niego wejdziecie może was przetrącić.
- Co to znaczy? – Spytał Mateusz.
- Nie mam pojęcia, ale wolę nie sprawdzać.
 - A kiedy jej magia przestanie działać?
- Nie wiem, pewnie o trzeciej po południu, kiedy siły nieczyste są najsłabsze, ale to tylko teoria.
- Wiesz to od tego kolesia?
- Nie, z jakiegoś horroru.
- A w ogóle która jest godzina. – Marysia spojrzała na zegarek.
- Dwunasta… od jakichś czterdziestu minut. Zegarek mi stanął. Spójrzcie na komórki.- Wszyscy wyjęli telefony.
- Mnie padła bateria.
- Mnie też.
- I mi.
- Zajekurwabiście! Martwa strefa. Tego nam brakowało do szczęścia.
- A nie można jej jakoś zabić? Osikowy kołek, czy coś?
- Ona już nie żyje. Poza tym to nie wampir. – Ich rozmowę przerwał krzyk, Ania krzyczała.
- Stamtąd słychać. – Pobiegli w kierunku, wskazanym przez Mateusza.
            Ania szła w wysokim zbożu wściekła na nich wszystkich. Jeśli chcą niech tam zdechną, ona nie miała zamiaru. Wiedziała, z której strony przyszli. Ciągle szła i szła, ale była pewna, że idzie do drogi. Poczuła za sobą jakiś ruch powietrza, usłyszała szelest. Liczyła, ze Martyna poszła za nią. Albo chociaż ten Maciuś. Jednak za nią nikogo nie było. Nigdzie nikogo nie było, zrozumiała, że jest sama, a wokół niej było tylko bezkresne pole pszenicy.
- Hej! Gdzie jesteście! – Znów usłyszała za sobą szum. Znów się odwróciła, ale nadal nikogo nie widziała. – To nie jest śmieszne! Wyjdźcie! – Ania prawie płakała ze strachu. Znów szum, znów się odwróciła. Teraz już nie była sama. Południca stała przed nią. – Nie! Błagam! Ja nic ci nie zrobiłam! – Zaczęła uciekać. Gdy się odwróciła zobaczyła, że Południca stoi w miejscu, nie goni jej. Zmęczona drogim biegiem, zatrzymała się i zgięła w pół ciężko oddychając. Zacisnęła powieki, gdy je otworzyła zobaczyła bose stopy wystające spod białej sukni. Wyprostowała się i spojrzała w błękitne oczy pięknej dziewczyny. Południca stała przed nią. Ania wydała z siebie ostatni krzyk i poczuła ból pod żebrami. Sierp wbijał się w jej ciało, wchodził coraz głębiej, aż wyszedł tuż pod prawą piersią. A ust Ani zaczęła płynąć jasna, spieniona krew. Południca ją podniosła i rzuciła nią, tak jak wcześniej Jankiem. Sierp wyrwany z ciała rozszarpał jej klatkę piersiową i połamał prawie wszystkie żebra po prawej stronie. Ania leżała nienaturalnie pokrzywiona. Miała połamany kręgosłup, rozerwane płuco, krew płynęła z jej ust, nosa i rany na piersi. Konała, sama nie wiedziała czy się dusiła, czy wykrwawiała, wiedziała tylko, że umiera i nie może nic z tym zrobić. Całe życie robiła wszystko by mieć kontrolę nad sobą samą, nad wszystkimi innymi. A teraz ostatnia iskierka życia w niej gasła i ona nie mogła nic zrobić, żeby ją podtrzymać. Czuła to czego najbardziej się bała. Dokładnie to samo co kiedy miała dziesięć lat. Jej ojciec upił się wtedy, wszedł do jej pokoju i ją zgwałcił. Potworny ból i strach tak ją sparaliżował, że nie mogła wydusić wtedy z siebie nawet słowa. Nie krzyczała gdy jej to robił. Nigdy nikomu nie powiedziała. Całe lata walczyła ze wspomnieniem, nie tyle tego co ją spotkało, ale tego co wtedy czuła. A teraz, gdy jej życie się kończyło, umierając, czuła to samo. Znów nie mogła się ruszyć, uciekać, ani krzyczeć. Nie czuła nic od pasa w dół, nie czuła nawet, że jej spódniczka podwinęła się obnażając nie tylko piękne, opalone długie nogi, ale i czerwone majteczki.
            Południca stała nad nią. Chciała ją zabić, Ania to czuła, ale jednak upiór się zatrzymał.
- Krew czerwona splami to zboże… - Ania chciała coś powiedzieć. Ale jedyne co była w stanie siebie wydusić, to jakieś rzężenie, zduszony bulgot. Wtedy pojawili się pozostali. Południca się odwróciła, szeroko uśmiechnęła szczerząc swoje potworne zębiska.
- Już po tobie, kurwo! – Krzyknął Mateusz i chciał się na nią rzucić.
- Mateusz nie! – Wrzasnęła Weronika. Południca roześmiała się obłąkańczym śmiechem i zmieniła się w wir, a Mateusz wpadł w sam jego środek. Obrócił się w miejscu i upadł. Weronika pierwsza do niego podbiegła. Przez chwilę stała bez słowa, jakby nie rozumiała tego co widzi, potem wydała z siebie przerażający wrzask i upadła na kolana obok niego. – Nie! – Chłopak leżał wśród pszenicy. Wyglądał prawie normalnie. Leżał z twarzą do góry, z wyrazem niemego zaskoczenia wypisanym w szeroko otwartych, niewidzących już szarych oczach wbitych w niebo. Wszystko było normalnie. Słońce odbijało się w czubkach jego butów, w klamrze paska od spodni, tylko tam gdzie powinna być jego klatka piersiowa były plecy. Wir przekręcił jego tors o sto osiemdziesiąt, a nogi o trzysta sześćdziesiąt stopni w stosunku do głowy. Weronika wrzeszcząc miotała się jak szalona, Marysia ją objęła. Wtedy usłyszeli bulgoczący kaszel. Ania jeszcze żyła. Maciek zdjął jej koszulkę i przycisnął do rany na jej piersi.
- Maryśka pomóż, zrób coś! Ty się na tym znasz!
- Pokaż, chyba zapadło jej się płuco. Potrzebuję gazę, folię i plaster.
- Mam woreczek po kanapkach i taśmę klejącą. Może być? – Spytała Weronika.
- Musi. Maciek dawaj jeszcze jakąś koszulkę, czy cokolwiek. – Maciek wysypał wszystkie swoje ciuchy z plecaka. – Martyna trzymaj tu! – Ta jednak nie zareagowała. – Martyna! Wera, ty to trzymaj! – Martyna była blada, z wyrazu jej twarzy widać było, że nie ma za bardzo kontaktu ze światem. Marysia skończyła opatrywać Anię, opatrunek delikatnie się unosił i opadał. Maciek zamknął oczy Mateuszowi i trzymał za rękę Anię, Weronika płakała, Marysia otarła czoło ręką, zostawiając na nim smugę krwi.
- Jesteśmy w piekle, nie wydostaniemy się stąd. – Jęknęła Martyna.
- Nie mów tak, damy radę. Marysia uratowała Anię, zobaczysz wyjdziemy z tego, tylko trzymajmy się razem. – Maciek mówił łagodnie, ale już nikt mu nie wierzył, nawet on sam. Marysia nie chciała nic mówić, ale jej wiedza medyczna wyniesiona od mamy pielęgniarki, z serialu „Doktor House” i lekcji P.O. mogła najwyżej przedłużyć życie Ani, ale na pewno nie je uratować. Taka rana wymagała natychmiastowej pomocy lekarskiej.
Upał był nienaturalny, potworny, przynajmniej pięćdziesiąt stopni Celsjusza. Wszyscy mieli suche, popękane usta, bolały ich głowy i było im niedobrze. Ubrania kleiły się do ciał, skóra piekła. Wiedzieli, że niezależnie czy będą razem czy nie, Południca może ich zabić w każdej chwili. Pozwalała im żyć tak długo, tylko by przedłużyć agonię, ich strach był dla niej zabawą. – No i tym razem się udało, uratowaliśmy Anię.
- Nie. – Powiedziała Weronika cicho.
- Co?
- Nie, ty debilu! Przyszliśmy tu dokładnie kiedy ona tego chciała, tak jak z Jankiem. Nie zauważyłeś tego? Ona tu kontroluje wszystko, czas, miejsce, odległości, nas. Nawet to co widzimy i słyszymy. Jesteśmy jak muchy w sieci, wydaje wam się, że im bardziej się szarpiecie tym większe szanse na wolność macie. A to nie prawda, my tylko poprawiamy pająkowi apetyt i coraz bardziej wplątujemy się w jego sieć. Maryśka, ile ona jeszcze pożyje?
- Nie wiem, raczej nie długo.
- Nawet jeśli ten koszmar rzeczywiście skończy się o trzeciej, to co z tego? Nie jesteśmy już w normalnym świecie. Tu czas nie płynie, słońce nie porusza się po niebie, cały czas jest w zenicie. Pierwszy raz się zgodzę z Martyną, jesteśmy w piekle.
- Cicho! – Martyna jej przerwała i wstała. – Przez chwilę wszyscy nasłuchiwali.
- To brzmi jak…
- Dzwon! Jak tu szliśmy widać było wieżę kościoła! – Krzyknęła Marysia.
- Uderzył dwa razy, jest druga po południu! Jeszcze tylko godzina! – Jednak Martyna nie Patrzyła w kierunku z którego dochodziło bicie dzwonu.
- Droga, widzę drogę!
- Gdzie?
- Tam jest! Nie widzicie!?
- Tam nic nie ma, masz zwidy.
- Wiem co widzę. Ona tam jest!
- Martyna, nie! – Zanim zdążyli ją zatrzymać już ruszyła przed siebie. Weronika i Marysia za nią pobiegły, ale Maciek został. Czuł, ze musi być z Anią, nawet jeśli wiedział, że jej nie kocha, to jednak nie mógł jej zostawić, pozwolić by umierała samotnie.
            W pewnym momencie Martyna zrozumiała, że biegnie sama, wciąż widziała przed sobą drogę, lecz mimo iż biegła już bardzo długo to wcale się do niej nie zbliżała. Nagle poczuła silny ból w nodze i upadła na twarz. Odwróciła się, widziała krew, zarówno na zdartych kolanach jak i dekolcie bluzki. Ta krew kapała jej z nosa, który rozbiła sobie upadając. Jednak nie to wywołało w niej takie przerażenie, jak to co okazało się przyczyną jej upadku. W jej lewej nodze tkwił wbity sierp. Po chwili ujrzała nad sobą jego właścicielkę. Południca powoli i spokojnie do niej podeszła i wyrwała jej ostrze z ciała, przy okazji przecinając więzadła. Martyna nie mogła wstać, ani uciekać.
- Krew czerwona splami to zboże… - Martyna otworzyła usta, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć. Po chwili w polu rozległ się jej krzyk.
            Również Weronika zdała sobie sprawę, że jest sama.
- Nosz kurwa. – Powiedziała. Usłyszała za sobą szelest. Zacisnęła powieki, odwróciła się i otworzyła oczy. Zobaczyła przed sobą Południcę. – Może się jakoś dogadamy? – Upiór wydał z siebie ten sam potworny wrzask co poprzednio. Weronika spojrzała w jej paszczę, na te wielkie, ostre zęby. – Spoko, to ja ci dam telefon do mojego dentysty, a ty mnie nie zabijesz, może być taki dil? – Południca podniosła sierp, wciąż jeszcze lśniący czerwienią krwi Martyny. – Czyli nie? – Weronika zasłoniła twarz dłonią. W ten sposób straciła tylko dwa palce, a nie oczy. Jakoś uskoczyła.
- Krew czerwona splami to zboże…
            Maciek słyszał ich krzyki. Najpierw Martyna, potem Weronika. Prawdopodobnie już obie martwe. Modlił się tylko by nie usłyszeć krzyku Marysi. Żeby nawet jeśli miałby umrzeć to nie przed tym jak jej powie. Musiał jej powiedzieć, to czego nigdy nie potrafił, nawet gdy byli razem. Przeżył tyle zła, tyle razy był sam, wtedy kiedy powinni być przy nim najbliżsi. Ojciec, którego nie znał, a którym mógł być każdy pijaczek w jego wsi, wiecznie zapijaczona matka. Tyle razy kiedy kogoś potrzebował, a był sam, że myślał, że nie potrafi kochać. A teraz, kiedy to wszystko miało się skończyć tak wcześnie, niespodziewanie i niesprawiedliwie, on zrozumiał, że wcale nie był sam. Marysia była z nim zawsze, nawet jeśli on nie był z nią. Tak bardzo się skupił na swoim nieszczęściu, że nie potrafił już dostrzec niczego dobrego, nawet tak wielkiej i szczerej miłości, jaką go darzyła. A teraz znów zrobił głupotę. Nie powinien był zostawać, ale przecież miał obowiązki wobec Ani. Spojrzał w twarz dziewczyny, która jeszcze kilka tygodni wcześniej wydawała się tak niesamowita. Na jej ustach i włosach zakrzepła krew, wiedział, że najpewniej nie odzyska już przytomności. I nie czuł nic. Było mu jej szkoda, dlatego, że umiera w ten sposób, ale nic poza tym. W tym momencie zakasłała, trochę świeżej krwi wypłynęło z jej ust, otworzyła oczy.
-  Maciek… - Bardziej wycharczała niż powiedziała.
-  Jestem tu, skarbie.
- …Maciek, chciałabym… ci tyle powiedzieć…
- Jeszcze będzie okazja. Odpoczywaj.
- Maciek… ten facet… Maryśki…
- Wiem, że kłamałaś, to nieważne.
- …ja… ja znam to miejsce… moja… przyjaciółka… Monika…
- Martyna jest tu niedaleko, zaraz przyjdzie.
- Nie… Ona nie żyje… Boję się.
- Nic ci nie będzie, ten koszmar się niedługo skończy. Obiecuję.
- Powiedz, że mnie kochasz… jeszcze nikt… mi tego… nie powiedział…
- Jeszcze zdążysz to ode mnie tysiąc razy usłyszeć.
- Ja chcę… teraz. Nie musisz… tak myśleć, tylko… to… powiedz…
- Kocham cię, Aniu. – W tym momencie zobaczył przed sobą postać. Spodziewał się, ze to południca, ale ta dziewczyna nie była piękną blondynką w bieli. Była cała brudna, we krwi i kurzu. Miała skórę poparzoną słońcem, pokaleczone nogi, ciemne włosy w nieładzie, a w nich i na brudnej, mokrej od potu sukience jakieś pajęczyny. Na czole i rękach miała wciąż krew Ani. Maciek spojrzał na nią, nie wiedział ile słyszała, ale wiedział, że jeśli to wszystko jakimś cudem dobrze się skończy to wszystko jej wytłumaczy i wynagrodzi, a ona mu wybaczy, tak jak zawsze.
- Maciek… pocałuj… mnie… - Wyszeptała Ania. On nie chciał, brzydził się krwi i nie chciał przy Marysi, czuł jednak, że musi to zrobić, Ania przecież umiera. Spojrzał na Marysię i odwrócił się do Ani. Nachylił się i delikatnie ją pocałował. Czuł w ustach słonawy smak potu, kurzu i przede wszystkim słodkawo-metaliczny smak krwi. „Tak smakuje śmierć”, pomyślał. Było mu niedobrze, chciało mu się wymiotować. Po chwili nieco się podniósł, całe jego usta i ich okolice były czerwone. Marysia płakała. Ania otwarła usta, chciała coś jeszcze powiedzieć. W ułamku sekundy coś błysnęło i sierp wbił się w jej usta. Uderzenie miało taką siłę, że aż wyszedł z drugiej strony jej głowy i wbił się w ziemię. Południca wyszarpnęła go, rozłupując czaszkę dziewczyny na pół. Maciek uskoczył.
- Marysia! Uciekaj! – Ona jednak dalej stała w miejscu. Łzy płynęły jej z oczu, zostawiając jaśniejsze smugi na policzkach. Maciek wstał i złapał ją za rękę, biegli razem, był pewien, że zdążą, że wybije trzecia i wrócą do normalnego świata.
            Tuż przed nimi pojawił się wir. Zdążyli się zatrzymać zanim w niego wpadli. Po chwili stała przed nimi Południca. Uderzyła Marysię, tak, że ta przeleciała kilka metrów. Nic jej się nie stało, była tylko potłuczona, wstała i zobaczyła jak upiór trzyma Maćka za gardło w górze. Widziała jak go torturuje, wydłubuje mu oko. To oko jeszcze przez chwilę wisiało na nerwie, ale ona je odcięła. Wciąż krzyczał, był przytomny, południca przystawiła mu sierp do gardła. Marysia myślała, że mu je poderżnie, ale ona tego nie zrobiła. Wbiła ostrze w jego ciało, nawet nie głęboko, rozcięła jego skórę, od szyi do krocza. Krwawił, ale nadal krzyczał, nadal żył. Bawiła się nim. Zupełnie tak jakby wiedziała, że Marysia już nie ucieknie, że ma czas, bo ona już się poddała. Zrozumiała, że ucieczka nie ma sensu, bo i tak zginie. A może nie chce zostawić ukochanego, nawet jeśli będzie musiała umrzeć.
Południca tymczasem wsunęła palce jednej ręki i ostrze sierpa w ranę na brzuchu Maćka i mocno szarpnęła. Rozerwała go nieomal na pół, krew płynęła strumieniami, a jelita i inne wnętrzności upadły na ziemię, parując w upale. Z zadziwiającą lekkością skóra oddzieliła się od mięśni, odsłoniły się żebra i Marysia zobaczyła ostatnie uderzenie jego serca. Patrzyła na ten makabryczny spektakl bez śladu emocji. Już nie płakała, tylko patrzyła jak Południca wyszarpuje z resztek Maćka jego kręgosłup i łamie go jak gałązkę. Znów wydała z siebie ten potworny wrzask, niczym okrzyk triumfu i spojrzała na Marysię. Wyszczerzyła zęby i zmieniła się w wir, po chwili znów się pojawiła tuż przed nią. Wrzasnęła prosto w jej twarz, tak, że Marysia zobaczyła wszystkie jej potworne zębiska w całej okazałości, ale wciąż się nie ruszyła. Południca na nią spojrzała. Błękitne oczy potwora spotkały brązowe oczy dziewczyny. Nie znalazła w nich strachu. Coś lśniło na piersi Marysi. Jedna szpilka, wbita w czerwony materiał jej sukienki.
- Krew czerwona splami to zboże…
- …z krzywdy zrodzonej, przebacz o Boże.
- Znasz mnie?
- Tak.
- Moje imię…
- Marianna, wołali cię Maryś.
- A ty?
- Marianna, ale mówią na mnie Marysia. – Południca się uśmiechnęła, a dzwon na wieży kościoła wybił trzy razy. Południca zmieniła się w wir powietrza. I wszystko wróciło do normy. Marysia widziała już wieżę kościoła, w oddali widziała las i drogę. Kiedy wszystko się skończyło zaczęła biec, czuła, że musi jak najszybciej stąd odejść. Kilka razy się przewracała, w końcu upadła i czuła, że nie ma już sił, że zaraz umrze z wyczerpania i odwodnienia. Czuła, że ma coś w nosie, że nie leży na pszenicy, a na gołej, suchej ziemi.
            Otworzyła oczy i się popłakała, leżała na drodze. Udało się, nadzieja dodała jej sił, na tyle, że mogła usiąść. Objęła głowę rękami, więc tylko jej się udało. Po chwili pojawiła się przy niej Weronika, podała jej butelkę z wodą mineralną.
- Weź mi to odkręć, mam problem z tą ręką. – Marysia wykonała polecenie.
- Obcięła ci palce?
- No, ale co tam, przynajmniej tego skurwiela już nie ma.
- Nie mogłaś go normalnie rzucić?
- Pobił mi skurwiel matkę i pociął kolegę nożem, tylko dlatego, że widział jak gadaliśmy na przystanku. „Albo będziesz ze mną, albo z nikim!”, Macho w dupę jebany. Może powinnam tu przywieźć te wszystkie dziwki, z którymi mnie zdradził? Ale to bym musiała pierdolony autokar wynająć. A ty jak tam? Pozbyłaś, się swoich śmieci?
- Taa… daj tej wody.
- Ciepła.
- To nic. – Marysia wypiła za jednym zamachem pół butelki. Weronika tymczasem zapaliła papierosa, trzymając go w pozostałych palcach.
- Opatrzysz mi toto? Chujowo wygląda, Mam apteczkę w plecaku.
- Nieźle się przygotowałaś.
- Mhm… wiesz, jak się planuje wypad do piekła na trzy godziny… - Marysia wzięła się za jej rękę.
- Dlaczego nie dałaś tego, jak opatrywałam Anię?
- Chciałam, ale ona i tak była do odstrzału, wolałam zostawić dla nas. Swoją drogą niezła z Ciebie doktor Quinn, nie wiedziałam, że coś takiego umiesz.
- Samotna kobieta musi sobie radzić.
- No teraz obie jesteśmy samotne. Na szczęście.
- Mów za siebie.
- No proszę, nie płaczesz już w poduszkę, po tym obwiesiu? – Weronika podała jej wygniecionego papierosa z jeszcze bardziej zgniecionej paczki. – Chcesz?
- Jasne, zresztą ja nigdy nie płaczę.
- Ale w ogóle jakie poświęcenie, jak w „Na dobre i na złe”.
- Dzięki, ale i ty ładnie przyaktorzyłaś, jak się na mnie rzuciłaś, to aż się wystraszyłam.
- Dzięki, dzięki, ale pomysł z wodą był twój, to też majstersztyk po prostu.
- Wiadomo było, że ta dziwka całą wychleje, jak tylko usłyszy, że moja ostatnia. Od razu jej się lać zachciało, nie moja wina.
- Właśnie, to jej się zachciało szczać. Ale ten mój, też niezły debil. „Co to znaczy przetrącić?” To żeś się dowiedział palancie. – Coś zaszumiało w pszenicy. Obie dziewczyny wstały gotowe do ucieczki, ale to była tylko Martyna.
- Pomóżcie mi.
- Co tak długo?
- Nie mogę chodzić, przecięła mi nogę.
- Chodź tu, to Maryśka cię połata.
- Sęk w tym, że nie mogę. – Dziewczyny jej pomogły. – Dajcie wody.
- Mało mamy.
- Wera, nie bądź cipą, daj jej. Zrobiła swoje, gdyby nie zaczęła się drzeć, że zobaczyła węża Anka zeszłaby z pola za wcześnie. – Powiedziała Marysia rozwijając bandaże.
- Ciesz się, ze Maryśka jest miłosierna. Właśnie, dzięki za te szpilkę. Ja swoją zgubiłam. Czemu to musi być coś czerwonego, albo ostrego? – Marysia wbiła jej szpilkę w rękaw, gdy udawała, że strąca pająka.
- Nie wiem, to część przesądu. Zadała wam zagadkę?
- No i zapytała o imię.
- Nie za bardzo się przejęłyście, że mnie nie ma. – Powiedziała Martyna. Weronika wzruszyła ramionami.
- Akceptowalne straty. Zresztą już byś nie żyła, gdybyś nie podsłuchała naszej rozmowy i nie powiedziała, że chcesz się przyłączyć.
- Właśnie, a za co Jasiu wylądował na wieczność z pogrzebaczem w dupie?
- Nie…
- Daj spokój, razem w tym siedzimy.
- No dobra. Byłam z nim w ciąży, jakiś czas temu. Jak się dowiedział to mnie pobił. Potem przepraszał, udawał, że się z tym pogodził. Zaprosił mnie do domu, żebyśmy powiedzieli jego ojcu. Tylko, że on już wiedział. Tatuś jest lekarzem, poczułam ukłucie na udzie. Jak odzyskałam przytomność było po wszystkim. Jeszcze zrobił mi zdjęcia, takie… nie ważne, zagroził, że jak komuś powiem, to wszyscy je zobaczą.
- Należało się chujowi.
- Jak mało komu. A Anki ci nie szkoda? Przyjaźniłyście się.
- Ona nie miała przyjaciółek, tylko służące. Dziękowałam Bogu, jak się ta szajbuska wyniosła z Klimontowa i dala mi spokój. Cały czas musiałam się z nią bezwzględnie zgadzać, robić wszystko jak ona, a jak próbowałam się buntować zmieniała moje życie w piekło. Z Jaśkiem też się ruchała. Ile ona ludzi zniszczyła. A pierdolony kolczyk! – Martyna wyjęła sobie kolczyk z ropiejącej rany na brzuchu i wyrzuciła go za siebie. – Ania wpadła na pomysł, że przekłuje mi pępek, bo ona też nosi tu kolczyk. Traktowała mnie jak lalkę. Ubrania, fryzura, muzyka, filmy, znajomi, wszystko mi wybierała. Wiecie, że ktoś ją tam kiedyś zgwałcił i podobno od tego się z niej zrobiła taka psychopatka. Opowiedziała mi kiedyś po pijaku, następnego dnia nawet nie pamiętała. Nie wiem czy to prawda, czy tylko tak się tłumaczyła z tego, że zachowuje się jak szmata. We własnym mniemaniu zawsze była niewinną ofiarą.
- Jasne, bo tylko ją na świecie tragedia spotkała. Maryśka, kiedy ten koleś przyjedzie?
- Już powinien tu być.
- A co powiemy policji?
- Tak jak się umawiałyśmy, prawdę. Psychopatka z sierpem. Tutejsze psy wiedzą o tych polach i zawsze jest umorzone.
- Dużo osób tu zginęło?
- Nie, miejscowi znają legendę, a obcy u nie chodzą, bo mało kto wie o tej drodze. Chyba jedzie. – Zatrzymało się przy nich czarne audi. Wysiadł z niego wysoki bardzo przystojny blondyn, jego włosy były równie jasne jak u Południcy, miał takie same niebieskie oczy.
- Cześć Witek.
- Matko, wyglądacie okropnie.
- Ciebie też kurewsko miło widzieć, co tak długo, już dwadzieścia po trzeciej.
- Gumę złapałem. Zaraz miała być jedna.
- Ale są dwie. Wera, Martyna to jest Witek.
- Miło mi. Nic ci się nie stało?
- Nie, ale one muszą jechać do szpitala.
- Jasne, już was zawożę, a co z Anką?
- Gnije w piekle, zgodnie z planem.
- Ja cię znam. – Powiedziała Martyna. – Jesteś bratem tej dziewczyny, która była przyjaciółką Ani, zanim mnie dorwała. Tej która się zabiła.
- Nie chcę o tym mówić.
- Słuchaj skarbie, ryzykowałyśmy tam życie, dziewczyny odniosły obrażenia, więc należy nam się prawda. – Witek westchnął.
- Dobra. Anka zniszczyła moją rodzinę. To ona zabiła mi siostrę. Monika urodziła się z obojnactwem, miała operację jak była mała. A ta mała dziwka jakoś się o tym dowiedziała, nie wiem jak, bo nawet Monice nie powiedzieliśmy. I rozgadała wszystkim. Zamęczyli mi siostrę. Ania najbardziej się z niej śmiała, szczuła na nią innych. Odjebała taką nagonkę, że ja pierdolę, a miała zaledwie dwanaście lat. Po śmierci Moniki ojciec się rozpił, matka odeszła, wyjechała za granicę, a ja wylądowałem pod opieką babci, to ona opowiedziała mi legendę. Ten upiór to siostra jej matki. A teraz wsiadajcie, jedziemy do szpitala. – Przez chwilę jechali w ciszy, Martyna na przednim siedzeniu z powodu tej nogi, a Marysia i Weronika z tyłu.
- Te, czarnoksiężnik z Oz, mogę ci zadać pytanie? – Odezwała się Weronika.
- Skoro musisz.
- Dlaczego sam nie wywlokłeś tu Anki, skoro tak bardzo jej nienawidzisz.
- Gdybym mógł, to uwierz już dawno bym to zrobił. Ale Południca nie zawsze się pokazuje. Nie ukaże się jeżeli w polu jest ktoś z naszej rodziny, albo młoda mężatka, albo dziecko, albo ktoś komu dziecko niedawno się urodziło.
- Ej Maryśka, a tobie mogę?
- Strzelaj.
- Nie szkoda Ci trochę tego Maćka, przecież tyle lat się znaliście.
- W ogóle, takiego węża na własnej piersi wyhodowałam. Zawsze byłam przy nim. Od podstawówki wszystko dla niego robiłam. Pomagałam w lekcjach, pożyczałam sprzęt na plastykę, bo jego nawet na jebane farbki stać nie było, prace też za niego robiłam, bo nie umiał, dawałam mu swoje kanapki, jadł obiady u mojej mamy, a jak po jednej eksmisji wylądował bez bieżącej wody to nawet się u mnie kąpał. I ciągle było mało i źle. Kiedyś byliśmy na stawach to prawie się utopił, ja go wyciągnęłam, ja go nauczyłam pływać. Kiedyś prawie wpadł pod samochód, ja go sprzed maski ściągnęłam. Jak u niego były pijatyki to siedział u mnie, czasem całymi tygodniami, jak mamusia poszła w tango. A potem mu się znudziłam i wywalił mnie jak szmatę. Tej kurwie powiedział, że ją kocha. Nie ważne, że była umierająca. Ze mną był przez pięć lat, znaliśmy się trzynaście. Nigdy mi tego nie powiedział. Nie Wera, nie żałuję. Jeśli mimo tego wszystkiego byłam dla niego śmieciem, którego można bez żalu wyrzucić z życia i serca, to ma na co zasłużył. Niech się pierdoli i zdycha w piekle. Chociaż…
- No co?
- Odniosłam takie wrażenie… nie wiem… Jakby chciał mi coś dziś powiedzieć. Kilka razy. Zauważyłyście to?
- Ja nie.
- Też nie.
- No cóż. Pewnie mi się wydawało.
Autor: Regina