Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gore. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 listopada 2016

NEWS: Nowe wydawnictwo - nowy zbiór opowiadań Edwarda Lee.

Osoby Tomasza Czarnego nie trzeba raczej nikomu przedstawiać. To jeden z głównych przedstawicieli horroru ekstremalnego w Polsce, propagator tego gatunku oraz autor wielu opowiadań spod znaku harcdore horroru. Od teraz także założyciel nowego wydawnictwa związanego z grozą. Dom Horroru - bo tak dumnie brzmi nazwa tego wydawnictwa - będzie wydawał powieści i zbiory opowiadań autorów reprezentujących literacki horror. Bardzo cieszy fakt, że powstają tego rodzaju przedsięwzięcia, które niejako będą zapełniały luki w wydawaniu literatury grozy w Polsce. Pierwszym, debiutanckim wydaniem Domu Horroru jest zbiór opowiadań Edwarda Lee, zatytułowany "Wypuść mnie, proszę", którego patronat objęła również GROZOmania. Trzeba przyznać, że to debiut wybuchowy, bowiem Edward Lee to jeden z najbardziej hardorowych pisarzy i niejako monumentalny przedstawiciel horroru ekstremalnego na świecie. Autor ma swoich wiernych fanów w Polsce, ale jak dotąd na naszym rodzimym podwórku wydano zaledwie trzy jego powieści oraz kilka opowiadań w ramach antologii. Zbiorek "Wypuść mnie proszę" powinien więc zadowolić niejednego wielbiciela makabry w ekstremalnym stylu.

czwartek, 15 maja 2014

Strzeżcie się! Nadchodzi DEMONONICON! - zapowiedź antologii

Już w czerwcu, nakładem wydawnictwa Horror Masakra swoją premierę będzie miała bluźniercza antologia DEMONONICON, a w niej sześć opowiadań polskich twórców horroru i grozy, które spowodują, że "powstanie piekło i zadrżą niebiosa".

"Piekielne moce towarzyszyły człowiekowi od początku istnienia ludzkości.

Diabły, demony i siły nieczyste toczą nieustanną walkę, w której jesteśmy zaledwie narzędziem ostatecznej, morderczej rozgrywki. 

DEMONONICON - mroczna księga, gdzie w sześciu odsłonach poznamy przerażające oblicze demonów !!!"

KREW, BLUŹNIERSTWO, ŚMIERĆ I PŁACZ 
POWSTANIE PIEKŁO I ZADRŻĄ NIEBIOSA !!!

W rozwinięciu lista autorów oraz zwiastun antologii. The Dark Zone Project obejmuje patronat nad zbiorem.

środa, 14 maja 2014

As Above, So Below (aka Jako w piekle, tak i na ziemi) - zapowiedźkinowa

Twórca "The Poughkeepsie Tapes" (2007) oraz  "Kwarantanny" (2008) John Eric Dowdle zaprasza widzów na przerażającą podróż po paryskich katakumbach w nowym thrillerze/horrorze stylizowanym na dokument As Above, So Below (aka Jako w piekle, tak i na ziemi), który w Polsce będziemy mogli obejrzeć prawdopodobnie już od 5 września 2014 r. Film będzie opowiadał o grupce badaczy eksplorujących podziemne cmentarzysko w Paryżu, gdzie przypadkowo odkrywają potworną, zatrważającą tajemnicę. Poniżej zwiastun i plakat filmu:

wtorek, 13 maja 2014

Recenzja: The Walking Dead. Narodziny Gubernatora (Robert Kirkman, Jay Bonansinga)


Kilkanaście lat temu, jeszcze jako młodziak dopiero rozpoczynający przygodę z horrorem, często sięgałem po przeróżne filmy z gatunku zombie movies, głodny wrażeń, jakie mogły zaoferować post-apokaliptyczne obrazy, zatopione w fekaliach żywych trupów. Początki przygody z nieumarłymi, rozkładającymi się truchłami rozpoczynałem tradycyjnie od kultowych filmów takich reżyserów, jak George A. Romero, czy Lucio Fluci, z czasem sięgając po nowsze produkcje żerujące na popularnej post-apokaliptycznej tematyce z nieumarłymi w roli głównej. Nie będę ukrywał, że z czasem tematyka zombie mi się przejadła, głównie przez wzgląd na miałkość fabularną tego typu produkcji. W końcu dałem sobie z zombiakami spokój, aż do momentu, kiedy w moje ręce wpadł horror [REC], który dosłownie mnie oczarował nie tyle fabułą, co rewelacyjnym wykonaniem. Wtedy na powrót zaprzyjaźniłem się z tematyką gnijących truposzy, wertując sieć w poszukiwaniu produkcji luźno nawiązujących do żywych trupów. Wtedy trafiłem na fenomenalny serial "The Walking Dead", oparty na równie zjawiskowych komiksach Roberta Kirkmana. Później przyszła pora na oryginalną i wciągającą jak mało co powieść FEED Miry Grant. I stało się. Wszystkie te sploty wydarzeń znowu przekonały mnie do świata, w którym żądzą zainfekowane zombiaki. Nic więc dziwnego, że kiedy dowiedziałem o wydanej w 2011 roku powieści osadzonej w realiach uniwersum TWD stwierdziłem, że koniecznie muszę ją pochłonąć!

niedziela, 4 maja 2014

Recenzja: The Poughkeepsie Tapes (aka Taśmy z Poughkeepsie), 2007

Codziennie na całym świecie w niewyjaśnionych okolicznościach giną ludzie. Wracając ze szkoły, z pracy, czy z zakupów zostają uprowadzeni przez psychopatycznych zwyrodnialców, zostawiając swoje zdesperowane rodziny w rozpaczy i cierpieniu na długie lata. Znane powiedzenie, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej traci na wartości w chwili, gdy dowiadujemy się, że nagle uprowadzono dziecko przed jego własnym domem, gdzie bez opieki rodziców, bawiło się beztrosko w piaskownicy, nieświadome ryzyka, na które właśnie zostało wystawione. Być może wielu z was w tej chwili pomyśli sobie, że są to tylko odosobnione przypadki, że was to nigdy nie spotka, bo codziennie na noc zamykacie drzwi swoich posesji na cztery spusty, nie wdajecie się w rozmowy z nieznajomymi, podejrzanymi typami, nie zostawiacie swoich dzieci poza zasięgiem wzroku, czujecie się bezpieczni, bo wasze posesje naszpikowane są najnowocześniejszymi systemami alarmowymi, itp. Być może macie rację, bo nie da się przecież żyć w ciągłym strachu i niepewności. Nie zmienia to jednak faktu, że codziennie jesteśmy narażeni na różnego rodzaju niebezpieczeństwa płynące ze strony ludzi, których codziennie mijamy na ulicy. Być może pod pozorami normalnego zachowania, mają wobec nas całkiem inne, niekoniecznie dobre, zamiary. Mawiają, że "przezorny zawsze ubezpieczony" i lepiej dmuchać na zimne, wtedy choć w minimalnym stopniu unikniemy ryzyka. Myślę, że jest w tym ziarenko prawdy. Kto uważa inaczej, koniecznie musi zapoznać się z paradokumentem "The Poughkeepsie Tapes", który chwilami potrafi autentycznie przerazić, a co najważniejsze - każe widzowi zastanowić się nad kwestiami, o których zwykle nie rozmawia ze znajomymi przy stole podczas obiadu.

sobota, 15 marca 2014

Recenzja: Gorefikacje II. Tom I (antologia ekstremalnego horroru)

Zeszłoroczne Gorefikacje narobiły szumu tu i ówdzie. Pierwsza polska antologia gore miała w swoim zamierzeniu wyprowadzić polski horror na zupełnie inne tereny. Wiadomo, że chodziło o próbę wprowadzenia do Polski najbardziej ekstremalnej odmiany horroru - dotąd znanej jedynie choćby w powieściach Edwarda Lee. Do tego momentu ekstremalna groza w Polsce praktycznie nie istniała, albo inaczej - czaiła się gdzieś w podziemiach naszego kraju, czekając na właściwy moment, by w końcu zaatakować. No i rok temu wypełzła w całej swej obrzydliwie-obślizgłej otoczce. Dziś można powiedzieć, że to już historia, a projekt Tomasza Czarnego i jego kompanów zapisał się na kartach literackiego horroru jako coś, co śmiało można uznać za kamień milowy rodzimego hardcore horroru. Ale złe licho nie śpi. I póki co nie ma zamiaru odpuścić. W tym roku postanowiło dobrać się do gardeł i żołądków czytelników raz jeszcze i po raz drugi zmusić ich do zwrócenia kolacji. Zestawiając zeszłoroczny atak muszę przyznać, że tym razem obślizły czart uderza zdecydowanie mocniej!

piątek, 28 lutego 2014

Recenzja: You're Next (aka Następny Jesteś Ty), 2013

W obliczu takich filmów, jak Następny Jesteś Ty, znane polskie powiedzonko "wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej" zupełnie traci na swojej wartości. Adam Wingard udowadnia, że nawet najbezpieczniejsze zdawałoby się miejsce, jakim jest własny dom, szybko może przerodzić się w arenę krwawej łaźni, której ofiarami okazują się najczęściej jego mieszkańcy. Następny Jesteś Ty pretenduje do miana hybrydy łączącej w sobie znany podgatunek thriller'a jakim jest nurt home invasion, ze scenami typowymi dla krwawego horroru. Nie jest to jednak posunięcie zbyt odkrywcze w historii tego gatunku, bowiem osadzenie bohatera i mordercy w czterech ścianach posiadłości usytuowanej na odludziu kilkakrotnie przewijało się już przez filmową grozę - wystarczy przypomnieć sobie najbardziej rozpoznawalne filmy wykorzystujące nurt home invasion, do których zaliczyć można Nieznajomych, czy film Oni, a nawet popularne slashery, w których morderca atakuje nastolatki w ich własnych mieszkaniach (Krzyk, Halloween). Chcąc jednak przekierować ten utarty zdawałoby się schemat na zupełnie inne tory, Wingard wplata w to dodatkowo elementy komediowe, czyniąc You're Next filmem pastiszowym, co również nie jest niczym odkrywczym, biorąc pod uwagę wspomniany już Krzyk, czy zrealizowany niedawno Dom w głębi lasu. Premiera You're Next w Polsce odbyła się we wrześniu 2013 roku i napotkała na wiele rozbieżnych opinii - film zebrał zarówno sporo pochlebnych ocen, jak i został zrównany z ziemią przez osoby nielubujące się w tego typu stylistyce lub niepotrafiące odczytać i zrozumieć zamysłu, jaki przyświeca tego typu obrazom.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Recenzja: Rest Stop (aka Ostatni postój), 2006

Twórcy lekkich horrorów z psychopatami w roli głównej podążają zazwyczaj utartymi schematami. Ilekroć mamy do czynienia z takim filmem, możemy być pewni, że otrzymamy mniej więcej taki zestaw: grupka młodych, zbuntowanych nastolatków skłóconych z rodzicami oraz wariat, który będzie ostrzył maczetę, siekierę bądź inne narzędzie zbrodni i przyczai się gdzieś w oddalonej od cywilizowanego świata o jakieś kilkaset kilometrów, zarośniętej chaszczami pipidówie czekając, aż któreś z protagonistów samo nadzieje mu się na nóż. Wszystko rozgrywa się na terenie długaśnych, opustoszałych autostrad, dawno nieużywanych budynków umiejscowionych nieopodal lasów lub na szczerym polu. Miejsce wydarzeń przemawia więc na niekorzyść naszych protagonistów i zmniejsza szanse na wydostanie się z rąk oprawcy. Ograny schemat, no nie? Jednak nie radziłbym skreślać na wstępie filmu tylko przez wzgląd na jego miałkość fabularną, bo sztuką nie jest wymyślenie oryginalnego scenariusza, a przerobienie znanych motywów tak, by prezentowały się nad wyraz atrakcyjnie. Szkoda, że akurat scenariusz Rest Stop wyglądem przypomina żółty ser z dziurami.

czwartek, 23 stycznia 2014

Gorefikacje II nadchodzą!

Miła informacja dla wielbicieli posoki i makabry w najbardziej ekstremalnej odmianie! W tym roku do rąk czytelników trafi kolejna część Gorefikacji - pierwszej polskiej antologii gore. Podobnie jak w przypadku pierwszej części, dwójka również będzie do pobrania całkowicie za darmo z portalu wydaje.pl i dostępna w formacie PDF, EPUB i MOBI. Tym razem druga część antologii podzielona zostanie na dwa tomy. Premiera pierwszego tomu zaplanowana została na 1 marca 2014The Dark Zone Project obejmuje patronat nad antologią.
Poniżej prezentuję okładkę do pierwszego tomu autorstwa Kornela Kwiecińskiego:
"Gorefikacje", pierwsza próba wprowadzenia do Polski horroru w najbardziej ekstremalnej postaci, pokazała, że nasi rodzimi autorzy są w stanie przesunąć granice tego, co można przelać na papier w najbardziej krwawe, groteskowe i przerażające rejony ludzkiej wyobraźni. Ale to był dopiero początek. Śmietanka polskiej grozy, tym razem ze wsparciem największych sław amerykańskiej literackiej ekstremy, powraca, by dotrzeć do najbardziej zwyrodniałych scenariuszy kryjących się w ludzkich sercach i umysłach – przekopując się po drodze przez całe stosy wnętrzności! "Gorefikacje II", dwutomowa kontynuacja wypełniona po brzegi najmocniejszymi i najbardziej zaskakującymi opowieściami spod znaku hardcore horroru, to atak grozy, o jakiej wam się nie śniło – i słusznie, bo takie sny doprowadzają tylko do szaleństwa...
W pierwszym tomie "Gorefikacji II" zszokują was m.in.:
Edward Lee, John Everson, Ryan Harding, Charlee Jacob, Łukasz Radecki, Krzysztof T. Dąbrowski, Dawid Kain, Krzysztof Maciejewski, Rafał Kuleta, Sywia Błach, Tomasz Siwiec, Paweł Mateja, Marek Grzywacz i Tomasz Czarny.
Więcej informacji na temat Gorefikacji II znajdziecie na oficjalnym fanpage'u Tomasza Czarnego - pomysłodawcy projektu (KLIK).
Osoby, które nie miały okazji zapoznać się z pierwszą częścią Gorefikacji mogą pobrać ją z portalu wydaje.pl (KLIK). Zachęcam również do zapoznania się z Trylogią Gniewu autorstwa Tomasza Czarnego do ściągnięcia za jedyne 3,50 również ze strony wydaje.pl (KLIK).
Źródło: Materiały prasowe

niedziela, 19 stycznia 2014

Recenzja: Potomstwo (Jack Ketchum)

Pisarstwo Ketchuma można śmiało przyrównać do jazdy rollercoasterem:  z jednej strony jest na swój sposób ekscytujące, a z drugiej niebezpieczne. Wzbudza w czytelniku ekstremalne odczucia i targa nim na lewo i prawo. Jego książki powodują, że kiedy zasiądziemy wygodnie w fotelu i sięgniemy po którąś z powieści, możemy być niemalże w stu procentach przekonani, że otrzymamy coś, co na zawsze utkwi nam w pamięci. Wzruszy, przerazi i zmusi do refleksji nad naturą człowieczeństwa i prawami, jakimi się ono rządzi. Swoją karierę Jack Ketchum rozpoczął z grubej rury, puszczając w eter swoje najbardziej chyba znane i kontrowersyjne dzieło - Poza sezonem - które przysporzyło mu wiele problemów z niektórymi wydawnictwami. Liczne cięcia i poprawki w tekście miały stępić nieco brutalny wydźwięk powieści, choć i tak książka została ostatecznie wycofana z produkcji. Z upływem czasu w końcu udało mu się wydać książkę w swojej pierwotnej, najbardziej brutalnej wersji. Kilka lat później "najbardziej przerażający facet w Ameryce" postanowił wrócić do wydarzeń w Dead River, prezentując wielbicielom historyjki o dzikusach-kanibalach Potomstwo - powieść równie przerażającą, choć nie tak doskonałą i dopracowaną, jak pierwsza część.

wtorek, 7 stycznia 2014

Uczta (opowiadanie)

UWAGA!
Treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich lub nadwrażliwych!
Zanim otworzyła oczy, najpierw poczuła w brzuchu potężny, uciążliwy ucisk, a potem niewyobrażalny ból. Jakby ktoś dosłownie rozpłatał ją na pół i gołymi rękoma wyrywał wnętrzności. Dopiero chwilę później poczuła, że z pomiędzy jej nóg wydobywa się lepka, galaretowata ciecz.
Bóle porodowe. Już czas na rozwiązanie. Pomyślała przez chwilę.
Wtedy się ocknęła i spojrzała dookoła. Leżała na gołej ziemi oparta głową o ścianę wokół jakichś starych, zardzewiałych maszyn. Niski sufit oraz betonowe ściany przypominały ochronny bunkier. Po drugiej stronie pokoju dojrzała schody wiodące na górę. Na środku stał kociołek umiejscowiony na dużym, niskim palniku gazowym. Wrzał. Para wodna buchała i eksplodowała na wszystkie strony, co sprawiło, że w całym pomieszczeniu było niewyobrażalnie gorąco i duszno. Z przerażeniem stwierdziła, że jej włosy całe ulepione są we krwi. Skąd się tu, do diabła, wzięła?
I wtedy weszli do środka.
Mężczyzna i kobieta przypominali razem parę brudnych, obskurnych australopiteków. Oboje mieli długie, ulepione błotem włosy. Twarz mężczyzny upstrzona była dodatkowo dużym, przynajmniej półrocznym zarostem. Ich twarze były nienaturalnie blade i kontrastowały z czarnymi, długimi płaszczami, jakie mieli na sobie. Wyglądali jak jacyś dziwacy z odrealnionego horroru. Ale to w porównaniu do wyglądu ich nóg, wcale nie było najgorsze. To właśnie ich wygląd od pasa w dół zaprzeczał wszelkim wyobrażeniom dziewczyny i doprowadził ją do przeraźliwego krzyku.
Zarówno kobieta, jak i mężczyzna mieli nogi porośnięte czarną, błyszczącą, króciutką sierścią. Nie mogła w to uwierzyć, ale w bladym świetle żarówki dojrzała, że nogi zakończone są kopytami. Była tego pewna.
Krzyczała i wierzgała nogami, ale nie mogła się ruszyć. Nogi i ręce miała ze sobą związane grubym sznurem. Dopiero teraz zauważyła, że ma na sobie tylko zwiewną, delikatną bluzkę.
Obcy coś do siebie mówili i wskazywali na nią. Nie była w stanie zrozumieć ich bełkotliwego gadania, ale najwyraźniej chodziło im o stan, w jakim się obecnie znajduje.
Mężczyzna podszedł do niej i wyszczerzył bielutkie zęby, wśród których największą uwagę przykuwały długie, ostre kły. Cuchnął zwierzęcą padliną. Teraz dostrzegła, że wcale nie jest umorusany w błocie. To była ciemna, brunatna, skrzepnięta krew. Wymierzył jej mocny policzek i półprzytomna opadła na ziemię.
Właśnie zaczynał się poród.
***
Marcia spojrzała na zegarek i stwierdziła, że są mocno spóźnieni. U rodziców Daniego powinni być o wpół do ósmej, a jej zegarek wskazywał na dziewiętnastą. Za nic na świecie nie dojadą do nich w pół godziny. Tym bardziej, że właśnie na dworze zaczął padać gęsty śnieg, co znacznie utrudni im dojazd. Trudno, z wieczerzą wigilijną będą musieli na nich zaczekać. Kiedy Marcia poprawiała namiętnie makijaż przed lustrem, do łazienki wszedł Daniel i tuż przy progu zaczął do niej wymachiwać kluczykami od auta.
- znalazłem kluczyki. Dosyć tego pindrzenia się. I tak wyglądasz bosko – skłamał. Osobiście wolał Marcię w wytapetowanej wersji. Była seksowniejsza i o wiele bardziej pociągająca – no jesteśmy już spóźnieni…
- skarbie, jeszcze sekundkę. Wepnę sobie tylko kilka różyczek we włosy i możemy jechać – spojrzała na niego, zatrzepotała sztucznymi rzęsami i zrobiła żenującą, typowo facebookową minkę. Facebookowe dziubki zawsze robiły na nim wrażenie, ale tym razem naprawdę byli już spóźnieni.
- włóż sobie jeszcze kilka gałązek sosnowych we włosy i będziesz wyglądała jak wigilijna choinka – odcedził jej, wiedząc, że przez resztę drogi nie odezwie się do niego. Możliwe, że będzie nadąsana również przy stole wigilijnym u jego rodziców. Tyle, że on wcale nie zamierzał jechać do starych na wigilię. Bynajmniej nie od razu. Postanowił, że najpierw zajadą do jego starego kumpla, który dwa dni temu wrócił z Ukrainy z nowym towarem marihuany i LSD. Dopiero później mieli odwiedzić rodziców. Kto wie? Może nawet zapuszczą się razem na pasterkę?
- To będzie zajebista wieczerza wigilijna – uśmiechnął się na samą myśl o jaraniu i żarciu, jakie zagości w tym roku na ich wigilijnym stole. Był nieco głodny. A jeśli on jest głodny, to jest i cholernie zły.
- tyyy… eee… mówiłeś coś? – teraz Marcia zrobiła skrzywioną minę głupiutkiej lolitki, która nie odróżnia koła od kwadratu.
- nic, jak się pośpieszysz, to zobaczysz – wyszczerzył zęby i znów pomachał jej przed nosem kluczykami.
Kiedy skończyła nakładać ostatnie warstwy grubej tapety na twarz, wyszli z domu, zamknęli drzwi na klucz, rozejrzeli się, czy przypadkiem nikt ich nie widzi, po czym wsiedli do auta i odjechali.
Na dworze zaczął wiać coraz silniejszy wiatr.
Zanosiło się na porządną śnieżycę.
***
Krzyczała i wierzgała nogami, ile tylko starczyło jej sił. Za nic nie mogła się uwolnić. Zarówno nogi, jak i ręce miała teraz przywiązane do metalowej poręczy łóżka, na które ją przenieśli. Czuła niesamowity ból w podbrzuszu. Czasami traciła przytomność, ale kobieta poiła ją zimną wodą i robiła okłady na czole. Gestykulacją nakazywała jej robić głębokie, intensywne wdechy i wydechy.
Tymczasem skupiony na porodzie mężczyzna zanurzył ręce w jej kroczu, próbując uchwycić główkę noworodka, która w tym momencie wyłaniała się z pochwy. Powoli, z wprawioną ostrożnością, uwolnił nowo narodzone dziecko z ciasnych i obślizgłych narządów płciowych, po czym zębami odgryzł pępowinę. Widząc to, jego towarzyszka zostawiła półprzytomną dziewczynę samą na łóżku i podeszła do noworodka, wymierzając mu klapsa w pupę.
W bunkrze rozległ się przeraźliwy krzyk nowo narodzonego dziecka.
Żyło.
Zadowolona zabrała się za konsumpcję krwistego łożyska.
Słysząc to, skonana na łóżku dziewczyna podniosła instynktownie głowę w kierunku płaczu noworodka i zobaczyła, że dziwacy kładą je na stole oświetlonym przez dyndającą na kablu żarówkę, umocowaną na suficie. Czuła, jak gula stanęła jej w gardle.
Słyszała szepty.
Coś na kształt tajemniczej, tylko im znanej modlitwy.
Widziała, jak mężczyzna wskazuje kobiecie na zestaw rzeźnickich narzędzi, które leżały na jednej z metalowych półek.
Gula przeraźliwego strachu wciąż rosła.
Dziwaczka podeszła do niej, sięgnęła po nóż i półmisek ubrudzony we krwi, leżący obok.
Paniczny strach spowodował, że ciałem dziewczyny zaczęły władać drgawki nad którymi nie mogła zapanować. Krzyczała.
Obcy wyraźnie ją ignorowali.
Nóż podała mężczyźnie i z pełną gotowością czekała, aż rozpocznie swoją robotę.
Widząc to, zaczęła krzyczeć donośniej i płakać. Robiła hałas, by skupić ich uwagę na sobie i uniemożliwić im zabicie jej jedynego dziecka, którego nie miała nawet szans przytulić i dowiedzieć się, jakiej jest płci.
Nie miała żadnych szans, by ujrzeć twarz małej, niewinnej kruszynki, na którą czekała przecież tyle lat.
Wierzgała rękami i nogami, raniąc tylko swoje ciało, w które wrzynał się gruby sznur.
Nie czuła bólu. Była sparaliżowana obsceniczną sceną, która właśnie rozgrywała się na jej oczach.
Krzyki matki i dziecka połączyły się ze sobą w bestialskim akcie przerażenia. Swoistej pępowinie życia, która za chwilę miała zostać przerwana.
Nagle płacz noworodka ucichł. Jego miejsce zastąpił dźwięk skapującej do półmiska świeżutkiej, gęstej krwi…
***
Jechali w milczeniu aż do momentu, kiedy wjechali w skąpaną we śniegu gęstwinę lasu, która otaczała drogę z obu stron. To właśnie wtedy wpadli w poślizg i zaliczyli jedno, solidne drzewo, które zmasakrowało przednią część ich auta. I przerwało milczenie.
Tylko Dany doznał niewielkich uszkodzeń. W trakcie stłuczki przednia szyba samochodu rozprysła się na tysiące małych kawałków. Większy okaz utkwił mu w lewym policzku. Marci nie spadła ani jedna różyczka z głowy. Miała farta.
- no i pięknie – syknęła Marcia – jak sobie teraz wyobrażasz dalszą podróż pierdolona atrapo Kubicy?
Dany chwycił za kawałek szkła, które utwierdziło się w jego policzku i z całej siły uwolnił je z ciała, pozostawiając na twarzy paskudną ranę, z której dyndał niewielki skrawek mięsa.
- jak to jak? – spojrzał na nią spode łba i z uśmiechem na twarzy dokończył - idziemy z buta. Pomijając fakt, że twoje różyczki w głowie oklapną pod wpływem mrozu i będą wyglądały jak czerwone gówno, nam nic się nie stanie. To już niedaleko – na samą myśl o tym, że nie zajadą do kumpla po „wigilijne sianko” poczuł skurcz w żołądku. Będą musieli najpierw zajść do rodziców na wigilię.
- ty szujo – jęknęła Marcia wpychając mu palca w świeżą ranę na policzku. Dany uwielbiał masochistyczne zabawy z Marcią, więc mu się to nawet podobało – mam nadzieję, że wykorzystasz szansę i po drodze do twoich starych zapuścimy się gdzieś w krzaczki. Pamiętaj: zimą jeszcze ich nie zaliczyliśmy.
Zastanowił się przez chwilę nad propozycją Marci, jednak górę wzięło zupełnie inne pragnienie.
Czuł coraz większy głód.
- całkiem znośna propozycja, ale wiesz co? Jestem zajebiście głodny, więc bierz tę gównianą latarkę, leży w schowku po stronie pasażera, ruszaj dziursko i spadajmy stąd.
Marcia wygramoliła się z wraku, ruszając za Danielem i siarcząc gęsto łaciną podwórkową. Wiązanka przekleństw naturalnie skierowana była w kierunku jej chamskiego ostatnio ciacha. Mimo wszystko lubiła go za to. Jego chamskość była prologiem do ostrych igraszek w łóżku. Wrak samochodu zostawili w rowie, pośród gęstego lasu, nie zważając na szkody i straty. Samochód już ich nie obchodził. W końcu go ukradli. I nie obchodziło ich to, że w każdej chwili gliny mogą go odnaleźć.
Wiedzieli, że prawo i tak ich nie dosięgnie.
- wiesz co? Też jestem zajebiście głodna – wymamrotała Marcia, spoglądając przed siebie.
Dalej czekała na nich długa, kręta, zaśnieżona droga, która wiła się pomiędzy gęstą puszczą.
***
Na niebie dawno już rozbłysła pierwsza gwiazdka. Wielu mieszkańców Wąpierza Dolnego zasiadało właśnie do wieczerzy wigilijnej, nie wypatrując jednak nieba w poszukiwaniu pierwszej gwiazdki. To akurat usłane było ciężkimi chmurami, z których obficie padał śnieg. Rozpętała się też wichura.
Najpierw będzie opłatek. Później konsumpcja. Na stołach obowiązkowo dwanaście potraw. Taka tradycja. Później będą kolędy i koniecznie seansik Kevina samego w domu przed telewizorem w towarzystwie świątecznych smakołyków i butelki wódki. A potem pasterka. Tak. Pasterka o północy była w tych okolicach bardzo pielęgnowanym zwyczajem. Sama droga do kościoła stanowiła niesamowite przeżycie. Gdyby nie trudne warunki pogodowe, grupka mieszkańców tej niewielkiej pipidówki wybrałaby się pewnie na pasterkę wspólnie, wybierając pieszą wędrówkę. Kościół usytuowany był po drugiej stronie lasu, a żeby się do niego dostać, należało dwa kilometry przejść drogą wiodącą przez las. Kiedy było pogodnie, ludzie zabierali ze sobą lampiony i dwie godziny wcześniej ruszali w drogę pieszo, śpiewając kolędy.
Piękny zwyczaj.
Po drodze opowiadano sobie również niesamowite historie, wśród których największą uwagę wszystkich przykuwała legenda o ludziach-demonach, którzy tysiące lat temu mieliby w tutejszej puszczy zasiedlić się i w każdą wigilię Bożego Narodzenia atakować mieszkańców udających się do kościoła na pasterkę, wypijając z nich krew. Jedyną ochroną przed nimi był nie tylko czosnek i krucyfiks. Istoty, wyglądem przypominające człowieka-konia, ponoć strasznie bały się kościelnych pieśni. Tradycja ta przetrwała do dziś i oprócz specyficznej nazwy miejscowości, w tę wyjątkową noc wszyscy mieszkańcy Wąpierza Dolnego zbierali się wspólnie w podróż do kościoła usytuowanego po drugiej stronie lasu, wyśpiewując właśnie kolędy.
Ale przecież wampiry nie istnieją. Nie ma strzyg, upiorów, lamii. Nie ma likantropów i larw. I nikt się ich już nie boi. W końcu era zakochanych wampirków o brokatowym obliczu przyćmiła wyobrażenie wampira jako istoty nie tyle romantycznej, co niebezpiecznej.
Dziś wampiry kojarzą się tylko z cukierkowatymi historyjkami miłosnymi.
Coraz częściej zdarzało się nawet, że w tych okolicach horda zdebilałych nastolatek udawała się na pasterkę tylko dlatego, by móc doczekać chwili, kiedy w ten wyjątkowy, magiczny, wigilijny wieczór z pobliskiego lasu wyskoczy Edward Cullen i zaciągnie którąś w krzaki.
Póki co Edward Cullen nie zapuszczał się w te rejony.
***
Wszystko wskazywało na to, że w tym roku Mateusz wieczór wigilijny spędzi samotnie w domu. Jak zwykle w wigilię musiał pokłócić się z Anną, która tym razem udała się honorem i postanowiła spędzić święta u matki. Wzięła samochód i bez chwili zastanowienia odjechała, zostawiając go samego z masą niedokończonych, świątecznych przygotowań. Mógł udać się za nią, ale istniało ryzyko, że jego duma zostanie bardzo zszargana. Nie był typem lizydupka i pantoflarza.
Ale, do jasnej cholery, puścił w podróż kobietę ciężarną, która – zgodnie z terminem – za dwa tygodnie miała rodzić.
Dopiero godzinę później trafił po rozum do głowy. Sięgnął po telefon i zadzwonił do niej na komórkę. Nie odbierała. Stwierdził, że zadzwoni na domowy do rodziców Anny. Być może nie zdąży do nich dojechać (bo i nie miałby czym), ale chociaż upewni się, że bezpiecznie dotarła na miejsce.
Wybił numer. Brak sygnału. Wyjrzał przez okno i zobaczył, że na liny zwalił się potężny konar drzewa, uniemożliwiając mu wykonanie połączenia.
Pięknie. Po prostu zajebiście. Pomyślał.
Wiatr się zmagał.
Pozostała tylko jedna opcja.
Dzwonić do niej na komórkę.
Być może za którymś razem w końcu odbierze…
***
Kiedy wypili świeżą krew, zabrali się za dziewczynę. Leżała półprzytomna z wycieńczenia i zdawało się, że zobojętniała na zaistniałą sytuację. Z jej twarzy dało się wyczytać rezygnację i pogodzenie z losem. Wiedziała, że będzie następna i nikt już jej nie pomoże. Mężczyzna poluzował sznury u rąk i nóg swojej zdobyczy, a jego towarzyszka zajęła się wlewaniem resztek świeżo upuszczonej krwi do jakichś niewielkich fiolek.
Ciało niemowlęcia wylądowało w kociołku.
Sięgnął po nóż, który włożył pomiędzy jej piersi. Jednym zamachem przeciął delikatną, niebieską bluzkę na pół, następnie rozerwał stanik. Kiedy odwrócił się do swojej towarzyszki, ona otworzyła oczy i zdążyła wyrwać mężczyźnie nóż, który szybko wbiła w jego kark. Narzędzie napotkało na przeszkodę w postaci delikatnych kości kręgosłupa, łamiąc je na drobne elementy.
Od tej chwili musiała działać szybko.
Kiedy zaskoczony mężczyzna z nożem w karku opadł na ziemię, zeskoczyła z łóżka i w błyskawicznym tempie sięgnęła po rękojeść noża. Lewą nogą przytrzymała głowę charszczącego i dławiącego się mężczyzny i obiema rękami wyciągnęła ostrze.
W tym czasie kobieta-demon odskoczyła od kociołka i rzuciła się na dziewczynę. Ta zaś wprawnym ruchem zrobiła unik w bok i z nożem w ręku uciekła w kierunku schodów wiodących na górę.
Ku jej zdziwieniu, dziwaczka nie podążyła za nią. Uciekając na dwór, usłyszała gulgoczący głos mężczyzny. Jednak przeżył. Odwróciła się bokiem, by ocenić sytuację. Ujrzała, że kobieta podnosi mężczyznę, który trzymał się za szyję. Nie dojrzała krwi, co było według niej bardzo dziwne. Mężczyzna wskazał na nią i oboje z kobietą udali się w pościg za uciekającą właśnie zdobyczą.
Ile sił w nogach musiała stąd uciekać.
Przez głowę przelatywała teraz horda nieskoordynowanych myśli.
O ile dobrze pamięta, potrąciła sarnę mniej więcej w połowie drogi wiodącej przez las. Następnie zjechała na bok, uderzając w znak drogowy. Wtedy straciła przytomność.
Potem znalazła się tutaj. Nie wie jak daleko od głównej trasy się teraz znajduje.
Miała dwie możliwości.
Szybko przedostać się na drogę i uciekać.
Albo w stronę kościoła, albo w kierunku miasteczka.
***
Przez całą drogę Marcia pluła jadem w kierunku Daniego, co było jedynie pretekstem do wszczęcia komicznej dyskusji dwojga młodych, głupich, nadąsanych kochanków. Konwersacja ta ciągnęłaby się dalej, gdyby nie dzwonek telefonu, który właśnie usłyszeli.
- odbierzesz wreszcie tę cegłę, czy mam ci ją wyjąć z kieszeni i pierdolnąć ci nią w głowę – Marcia była zadowolona z tego co powiedziała. Najwidoczniej uznała to zdanie za najzabawniejsze, jakie kiedykolwiek zdołała wymyślić.
Na Danielu jak zwykle nie zrobiło to żadnego wrażenia.
- a nie wydaje ci się, imitacjo inteligencji, że odgłos tego telefonu nie dochodzi z moich gaci?
Faktycznie, to nie był telefon Daniego. Cichy dźwięk utworu Snow is falling Shakin’a Stevens'a dochodził ze stłuczonego auta, do którego właśnie dochodzili. Wcześniej go nie zauważyli, bo wciąż obficie padał śnieg. A ich latarka nie miała dużego zasięgu.
- o kurwa, przeżywam deja vu – wycedziła Marcia widząc przed sobą wrak nowiutkiego porsche, rozbitego o znak drogowy.
- a ja doświadczam orgazmu – przygryzł jej Daniel – nie zauważyłaś, że po pierwsze to zupełnie inna marka samochodu, a po drugie, my zderzyliśmy się z drzewem?
- dobra nie sraj żarem, tylko chodźmy sprawdzić, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. – Marcia ruszyła w stronę auta.
Przednia część samochodu przypominała harmonijkę. Podobnie, jak w przypadku ich vana, tu również nie było przedniej szyby. W środku, na przednim siedzeniu po stronie pasażera błyszczał ekran telefonu komórkowego, który sygnalizował nieodebrane połączenie. Zanim Marcia po niego sięgnęła, na ekraniku pojawiła się wiadomość o krytycznym stanie baterii, po czym telefon się wyłączył.
- widzisz? Spierdoliłaś sprawę. Telefon zdechł na twój widok. – Dany robił się coraz bardziej głodny, o czym świadczyło jego prostackie zachowanie.
Ale Marcia nie zwracała już na niego uwagi. Kiedy oddała komórkę Daniemu, wyszła na środek drogi i czemuś się przyglądała.
- Dany…
- pierdol się, nie ma tu nikogo, więc spadamy.
- Daniel…
- czego? Znowu masz zwidy? Przecież nic nie brałaś.
- spójrz przed siebie.
Stanął obok niej i wpatrywał się w punkt słabo oświetlany przez latarkę. Co chwila światło migotało, uniemożliwiając mu dostrzeżenie tego, co przed chwilą ujrzała Marta. Widział jedynie asfaltową drogę, zasypaną śniegiem i drzewa po obu stronach. Nic więcej.
- przypatrz się, ktoś schodzi z tamtej skarpy, widzisz? – Marcia wskazała na niewielką skałkę po lewej stronie drogi, oddaloną od nich o jakieś cztery, może pięć metrów.
Światło latarki zgasło. Potrząsnęła nią. Światło wróciło, ale było jeszcze bardziej mdłe, niż przedtem.
- ja pierdzielę, tracimy oświetlenie Dany…
Śnieżyca nieco się uspokoiła, jednak wciąż praktycznie nic nie było widać.
Na moment zza grubej warstwy chmur, wyjrzała okrąglutka tarcza księżyca.
- o kurwa… - warknął Dany.
Ich oczom ukazała się naga, roztrzęsiona i cholernie wystraszona kobieta.
***
Biegła, ile miała sił w nogach. Pomiędzy drzewami nie było to wcale takie łatwe. Ale jakoś sobie radziła. Przeszkodą był dodatkowo uporczywy śnieg padający obficie z nieba, który ciągle smagał jej nagie ciało. Biegnąc po puszystej, zimnej tafli białego puchu czuła, jakby stąpała po cieniutkich, lodowatych igiełkach, wbijających się prosto w jej przemarznięte stopy.
Mimo wszystko dawała radę. Motywacją była patologiczna chęć przetrwania tego koszmaru. W głowie brzęczała teraz tylko jedna myśl: nie daj się tym skurwysynom.
Nie słyszała żadnych dźwięków zdradzających ich obecność w pobliżu.
Słyszała tylko wiatr, który gdzieś u góry próbował przedrzeć się przez korony drzew.
Ale wiatr dokuczał również na dole. Przy większych porywach traciła dech w piersiach.
Biegła dalej. Przed siebie.
Mati, jak ja cię teraz potrzebuję. Pomyślała przez chwilę o wigilii, którą być może właśnie spędzałaby u boku swojego ukochanego, w ciepłym, przytulnym domku. Wspólnie przygotowywaliby posiłki, ustawili talerze na stole, ułożyli prezenty pod choinką. Wszystko potoczyłoby się zapewne inaczej, gdyby nie udała się honorem i po kłótni - której przyczyną okazały się jak zwykle naiwne i bezpodstawne podejrzenia o jego romans z sekretarką – pojechała do rodziców (stwierdziła, że powinna ograniczyć popularne tasiemce wenezuelskie, emitowane niemalże na każdym kanale telewizyjnym – to rozwija chorą wyobraźnię i może okazać się przyczyną rozpadu wielu związków).
Później, w oczekiwaniu na pasterkę, zajęliby się przygotowaniami do szpitala. Spakowaliby szlafrok, ręcznik i kapcie. W każdej chwili mogłyby złapać ją bóle porodowe i zacząłby się poród. Musiała się przygotować na najgorsze.
Myśl ta bardzo ją dobiła. Doczekała porodu niczym z jakiegoś pokurwionego horroru.
Nie takiego obrotu spraw się spodziewała.
Nagle usłyszała głosy jakichś ludzi. Głosy dochodziły z przodu. Już miała wołać o pomoc, ale doszła do wniosku, że lepiej nie zdradzać póki co swojej obecności. W każdej chwili mogli gdzieś się na nią zaczaić i zaatakować. Aż strach pomyśleć, co mogliby z nią zrobić.
Wciąż nie mogła uwierzyć w ich istnienie. Przecież, do jasnej cholery, oni nie mieli ludzkich nóg!
Ze skałki, przed którą właśnie stanęła, zejdzie po cichu. Spojrzała na drogę oświetloną bledziutkim światłem latarki.
Poczuła, że iskierka nadziei powróciła. Miała cholernego farta.
Na chwilę za ciężkich chmur wyjrzał księżyc.
Znalazła się dokładnie w tym miejscu, w którym przejechała sarnę.
Dostrzegła wrak swojego porsche.
Obok rozbitego auta stali jacyś ludzie.
***
- myślisz, że powinna dołączyć do nas? – zapytał cichym głosem.
- nie wiem – odpowiedziała mu – a co na to twoi rodzice?
- kochanie, przecież przy wigilijnym stole zawsze znajdzie się dodatkowe miejsce dla niespodziewanego gościa – spojrzał na nią – na pewno będą zadowoleni. Lubią nowe towarzystwo.
- A więc gotowy?
- jak najbardziej – odpowiedział.
Ruszyli z kopyta w jej stronę.
***
Zejście ze skałki okazało się dla niej bardzo uciążliwe. Było cholernie ślisko i musiała uważać, by się nie porozbijać. W końcu udało jej się zejść na główną drogę. Stanęła przed nimi, czując ich wzrok na sobie.
Czuła się podle. Była naga, ubrudzona we krwi i resztkach wód płodowych. Mogli wziąć ją za wariatkę.
Nie obchodziło ją to. Ważne, że teraz nie jest sama. W kupie raźniej.
Już miała się odezwać, ostrzec ich przed tym czymś, co w bunkrze wyrządziło jej krzywdę. Już miała prosić o pomoc, błagać, by zadzwonili po policję, zrobili cokolwiek, byleby To ich nie dopadło.
Już otwierała usta, kiedy oni z impetem rzucili się na nią.
I zaczęli gryźć.
***
Dzwonił chyba z pięćdziesiąt razy. Każda próba okazała się totalną klapą.
W końcu wyłączyła telefon.
A mogło być inaczej. Pomyślał.
Wielu ludzi łączy się teraz przy wspólnym stole i składa sobie najserdeczniejsze życzenia.
W większości są to fałszywe obietnice, których i tak nikt nie będzie się trzymał.
Ale, do jasnej cholery, w takiej chwili, jedynej w całym roku, nawet najbardziej zakłamane życzenia nie stają w gardle jak ość karpia. Nie kłują w gardło. I nie ranią. Nawet, jeśli jest się świadomym, że to kupa bzdur, które nigdy nie będą miały racji bytu.
To jedyna taka noc, kiedy bez względu na okoliczności powinni być razem.
Spieprzył sprawę.
Ale ona również.
Naważyli sobie piwa wspólnie i teraz oboje muszą je wypić.
Jutro pewnie wróci. Na pewno. Za dwa dni będziemy się z tego śmiać.
Wszedł do kuchni, otworzył lodówkę i sięgnął po schłodzoną Finlandię 0.7.
Olej to. Przecież świat się nie kończy o byle jakie sprzeczki.
Jak się przyjrzeć temu bliżej, to nie była nawet twoja wina.
To ona zaczęła, nie ty.
Przecież wiesz, że nigdy jej nie zdradziłeś.
Wszedł do salonu, rozsiadł się wygodnie na sofie i włączył telewizor.
Zamierzał tę noc spędzić przy butelce wódki, zalewając robaka.
***
Dziewczyna z różyczkami we włosach spiętych w kok, na oko ze dwadzieścia lat, nie więcej, była silna jak cholera. Dopadła do jej piersi i zaczęła je gryźć, aż z sutków zaczęła spływać krew wymieszana z sączącym się mlekiem. Najwyraźniej sprawiało to jej zabawę, skoro co chwila przerywała i spoglądała na nią z zabawną miną głupiutkiej idiotki. Jej towarzysz – brunet, krótko ostrzyżony, mniej więcej w tym samym wieku – trzymał ją z tyłu za ręce i próbował wgryźć się w jej szyję.
Co się tu, do kurwy nędzy dzieje? Nie mogła uwierzyć w to wszystko. Przez chwilę pomyślała nawet, że jej się to śni. Że zaraz obudzi się w swojej nowo kupionej chatce, w której spędzi pierwsze święta razem z jej ukochanym. W oczekiwaniu na dziecko, które będzie żyło i będzie czuło się bezpiecznie.
Niestety wyobrażenia te szybko wyleciały z jej głowy, kiedy usłyszała donośny głos kobiety i mężczyzny, którzy przetrzymywali ją w bunkrze. Stali zaraz za nimi.
A jednak ruszyli w pogoń. I ją znaleźli w towarzystwie kolejnych pokurwieńców, którzy najwyraźniej mają chęć na jej mięso.
- Wy debile! Zostawicie ją! Nie możecie doprowadzić do przemiany! To kobieta, która urodziła pierworodnego!
Nie mogła zidentyfikować które z dziwaków z bunkra wydało rozkaz, ale najwidoczniej była to bardzo ważna informacja, bowiem dziewczyna i chłopak natychmiast ją puścili. Upadła z impetem na drogę. Próbując się podnieść dostrzegła, że z jej lewej piersi zwisa kawał mięsa.
Skurwysyny przegryzły mi pierś. Czuła rosnącą nienawiść względem nich. Czuła obrzydzenie do swojego ciała. Chciała umrzeć. Nie miała już siły na próbę przetrwania.
Spojrzała na nich wszystkich i z niedowierzaniem dostrzegła pewne podobieństwo.
Wszyscy mieli cholernie bladą twarz. Nie widziała nóg tych młodych, bo nosili spodnie.
Ale była pewna, że są ze sobą w jakiś sposób spokrewnieni.
Właśnie zdała sobie sprawę, że wpadła w sidła, z których nie ma już wyjścia.
Kobieta podeszła do niej i złapała ją za prawą nogę. Szarpnięcie było mocne, bowiem znów z wielką siłą runęła na ziemię, przegryzając sobie język w chwili, gdy żuchwą otarła o zaśnieżony asfalt. Zaczęła krwawić.
Kobieta sięgnęła po nóż i pewnym ruchem przecięła jej ścięgno Achillesa.
To samo zrobiła z drugą nogą.
- Już nigdzie nam nie ucieknie – wypowiedziała te słowa z gracją, jakby była myśliwym, któremu właśnie udało się dopaść najbardziej okazałego jelenia.
Puściła ją i podeszła do grupki przyglądającej się temu, co właśnie zrobiła.
Czuła niesamowity ból w okolicy świeżo zadanych ran. Po cichu łkała, zaciskając zęby. Przetrwa ten ból.
Czuła, że niedługo to wszystko się skończy.  
- Dany, ty jełopie, ile razy mówiłam ci, żebyś nie wdawał się w tarapaty. Mogli cię nakryć! – kobieta z bunkra wydawała się dyrygować całą tą zgrają. Była ich przełożoną. Stróżem, który musiał wszystkiego dopilnować.
- mamusiu, ale my z Marcią wszystko załatwiliśmy sprawnie. Zapolowaliśmy na dwoje staruszków mieszkających jakieś dwieście kilometrów stąd, zarżnęliśmy ich tak, by wyglądało to na zabójstwo zwykłego śmiertelnika, a potem zwędziliśmy ich auto – spojrzał na matkę. Lustrowała go z uwagą – ale przypierdoliliśmy w pierwsze lepsze drzewo, kiedy wjechaliśmy na teren puszczy. Wiesz, jak jest cholernie ślisko? Przecież piechotą nie zdążylibyśmy na wieczerzę – jego mowa nie wydawała się dla kobiety zbyt przekonująca. Była żenująca i dziecinna.
- czasami wydaje mi się, że powinieneś robić za małpiszona w cyrku. Jesteś żałosny. – chłopak opuścił głowę – my tu z ojcem staramy się, by przepowiednia naszych Ojców została zrealizowana, a ty razem z nią – wskazała na Marcię, która była przejęta powagą sytuacji – rozrabiacie w mieście!
Próbowała doczołgać się w krzaki, choć wiedziała, że i tak ją dopadną. Była przemarznięta i wykończona. Słyszała ich głosy, ale im bardziej się od nich oddalała, tym głosy milkły w wietrze, który przybrał teraz na sile. Złapała się na tym, że jej instynkt przetrwania nadal sprawnie funkcjonował. Wciąż próbowała się bronić.
- dzisiejsza noc jest najważniejsza, synu – rozpoczął mężczyzna – to czas, kiedy przepowiednia musi się ziścić.
Dziewczyna i chłopak spoważnieli.
- to jest świeża, niczym nie skażona krew pierworodnego – wyjęła zza pazuchy fiolki z czerwonym, gęstym płynem i podała im – pijcie.
Otworzyli i zaczęli się delektować.
Pierwsza część rytuału zaliczona.
Aby ziściła się druga, muszą skonsumować matkę pierworodnego.
I wtedy będą odporni na wszystko.
Będą wolni.
Nic z tego nie zrozumiała. Ona i dziecko stanowili jakąś nieodłączną cześć chorego rytuału. Łokciami odpychała się od ziemi, próbując doczołgać się jak najdalej od nich. Nie wiedziała, która jest godzina, ale pewnie już niedługo mieszkańcy Wąpierza Dolnego będą tędy przejeżdżać na pasterkę do kościoła po drugiej stronie lasu.
Dzięki Bogu wybiorą się samochodem. Pogoda znów zaczynała się psuć.
Ma nadzieję, że te pierdolone strzygi się wystraszą i uciekną.
No i nie zdążą jej zabrać ze sobą.
Ale to były tylko złudne przypuszczenia i gdzieś w środku czuła, że ta wersja wydarzeń nie będzie miała racji bytu.
- spójrzcie, ofiara nam ucieka – zaśmiała się Marcia – nasz krwisty kąsek spierdala – podeszła do niej i kopnęła ją w klatkę piersiową. Coś wewnątrz jej ciała chrupnęło. – nie ma szans, że dasz radę! – wybuchła histerycznym śmiechem i znów uderzyła – jedno złamane żebro wylazło na wierzch przecinając skórę w okolicach klatki piersiowej.
Cios był okropny, z pewnością żaden człowiek nie miałby w sobie tyle siły. Byli zwierzętami, jakimiś nierealnymi stworami, których nie powinno tu być. Które nie istnieją. Przynajmniej nie powinny istnieć. Czuła pieczenie w okolicach płuc. Ledwo łapała oddech. Wiła się z bólu niczym dżdżownica na ziemi, którą właśnie skrócono o połowę.
W oddali słychać było ryk nadjeżdżającego samochodu.
Wszyscy galopem udali się w stronę lasu.
Mężczyzna z chłopakiem wzięli ją za ramiona i zaczołgali w głąb puszczy.
***
Niebo na powrót zasłoniło się ciężkimi, śnieżnymi chmurami, z których znów zaczął prószyć gęsty śnieg.
Rozpętała się wichura.
23.30
Czas na pasterkę.
***
Rozłożyli swoją ofiarę na środku ośnieżonej polany i po kolei zaczynali na nią szczyć. Najpierw dziewczyna i kobieta. Później mężczyźni.
Została naznaczona ich uryną.
Byli usatysfakcjonowani, bo udało im się ziścić przepowiednię przodków. Teraz będą mogli udać się na żer, nie bacząc na wszelkie bariery.
Już nie będą musieli ukrywać się w puszczy.
Strzygi, lamie i upiory z najkoszmarniejszych snów wypełzną na ulice miast.
Mężczyzna sięgnął po nóż, który podała mu kobieta. Dwoje młodych stało obok i nie mogło się doczekać kolacji. Ofiara próbowała się bronić, ale nie miała już zbyt wielu sił. Zanurzył nóż w okolicach pępka i rozpłatał ją aż do mostka.
Słyszała, jak wypowiadają jakieś słowa.
Nic z tego nie rozumiała. Powoli traciła przytomność.
W oddali słychać było bicie kościelnego dzwonu, który zwiastował północ. Pasterka.
Na znak mężczyzny, podeszli do ofiary. Z jamy brzusznej zaczęli wyciągać jelita, wątrobę, dokopali się do nerek. Zaczęli ucztę.
Zamknęła oczy. Straciła kontakt z rzeczywistością.
Już nic nie czuła.
Grudzień 2013.
Autor: Konrad

czwartek, 19 grudnia 2013

Recenzja: Horror Masakra, nr 1 (czasopismo)

Lubicie mrożące krew w żyłach opowiadania? Chcecie poznać nowe osobliwości polskiego horroru? A może jesteście żądni ciekawych informacji na temat tego gatunku? Przed wami Horror Masakra, jedyny w Polsce (póki co) magazyn, w pełni poświęcony horrorowi i grozie, a co najlepsze - wydawany w wersji papierowej! Przedsięwzięcie jak najbardziej trafione, wszak magazynów na tradycyjnym nośniku papierowym, skierowanym do wielbicieli horroru w naszym kraju brakuje. Co nie oznacza, że takowe kiedyś w ogóle nie istniały. Oczywiście każdy kojarzy zapewne m.in. magazyn Lśnienie, czy Czachopismo, ale jak wiemy, przedsięwzięcia te nie przetrwały próby czasu. Pojawiła się luka, którą trzeba było w końcu zalepić jakimś porządnym materiałem. Takim, które spełni oczekiwania wygłodniałych fanów horroru. I stało się. Dzięki determinacji oddanych pasjonatów grozy, w tym naczelnego redaktora Tomasza "MordumX" Siwca luka została zalepiona. A co najważniejsze - materiałem solidnym, który - jestem niemalże pewien w stu procentach - zaspokoi czytelnicze gusta niejednego polskiego wielbiciela horroru w czystej postaci.

wtorek, 17 grudnia 2013

Treevenge (aka Odwet drzew), 2008

Uwaga! Film przeznaczony dla widzów pełnoletnich!
Święta tuż tuż, dlatego zapewne niektórzy wielbiciele makabry powoli rozglądają się za jakimiś ciekawymi propozycjami horrorów o świątecznej stylistyce. Wkrótce na blogu pojawi się recenzja pełnometrażowego horroru świątecznego, a tymczasem na rozgrzewkę krótkometrażówka Treevenge, której reżyserem jest Jason Eisener, znany choćby z takich filmów jak V/H/S2 (reżyser segmentu Slumber Party Alien Abduction), czy The ABCs Of Death (segment Y is for Youngbuck). Odwet drzew to około szesnastominutowy horror z przymrużeniem oka - trochę trąca o wisielczy humor, ale reżyser postarał się, by w filmie znalazło się również miejsce na bardziej krwawe momenty, co powinno zadowolić fanatyków gore. Poniżej krótki opis fabuły, jak i film.
Każdego roku, w okresie przedświątecznym, grupa drwali udaje się do lasu po żywe choinki, które po ścięciu zostaną przewiezione do punktów sprzedaży, by ostatecznie zagościć w rodzinnych domach. Tym razem zbuntowane drzewa nie dadzą za wygraną i w odwecie szykują ludziom krwawą niespodziankę ...

czwartek, 31 października 2013

Automatic lover (opowiadanie)

UWAGA!
Treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich lub nadwrażliwych.
„Nadzieja to najgorsze skurwysyństwo jakie wyszło z puszki Pandory”
Stephen King.
*
Uspokój się, wszystko będzie dobrze.
Codziennie wmawiała sobie, że wszystko będzie dobrze.
A nie było.
I straciła nadzieję, że kiedyś w ogóle będzie.
Ale mimo wszystko codziennie, jak amen w pacierzu, powtarzała sobie, że wszystko będzie dobrze.
Stwierdziła, że to już chyba taki nawyk.
Wstała o godzinie 7.30 w ten piękny, czwartkowy poranek i spojrzała w okno na pozbawiony życia ogród tuż za domem. Kolorowe drzewa zrzucały jesienne liście, czyniąc z trawnika piękny, pastelowy dywan o ciepłych, przyjaznych barwach. Huśtawka gdzieś tam w oddali dyndała raz do przodu, raz do tyłu, leniwie poddając się wiatrowi. Jej uporczywe skrzypienie przypominało, że od lat nie była używana. Przez wijącą się wokół żółtych i czerwonych klonów poranną mgłę przedzierały się promienie słońca. Podeszła do kalendarza ściennego i zmieniła datę na 31 października. Przy dacie widniała informacja, że dzisiaj jej córka obchodzi siedemnaste urodziny. Spojrzała na kalendarz obojętnie, następnie podeszła do czajnika bezprzewodowego i zalała go wodą. Podłączyła do kontaktu, w międzyczasie wsypała trzy czubate łyżeczki kawy do swojego kubka z napisem „ciesz się każdą chwilą”, który codziennie miał przypominać jej o tym, że zawsze ma być optymistycznie nastawiona do świata bez względu na okoliczności. Kiedyś, jak była jeszcze młoda i zbuntowana, takie motto na nią działało. Kiedy ma się już więcej niż osiemnaście lat, o wiele więcej, ma się świadomość, że czasem nie wypada cieszyć się z byle czego w obliczu tragedii.
Ona o tym doskonale wiedziała.
Wstawiła mleko na kuchence gazowej. Sięgnęła po płatki cynamonowe, wsypała do zielonej miseczki – ulubionego zestawu śniadaniowego jej córki i poczekała, aż mleko się zagotuje. Zawsze robiła to o tej porze, kiedy szykowała ją do szkoły, kiedy jeszcze miała ją u boku, przy sobie. Przez moment, po raz kolejny zastanowiła się, dlaczego właściwie nie miałaby robić tego teraz? Kiedy od przeszło dziesięciu lat mieszka sama w tym pierdolonym, pięknym, drewnianym domku marzeń – gniazdku, które miało przynieść szczęście i radość, a przyniosło samotność, rozpacz, ból i cierpienie.
Gdy mleko się zagotowało, wlała je do miski.
Zapach cynamonu zaczął snuć batalię z zapachem gorącego mleka. Razem tworzyli niepowtarzalny aromat, idealną kompozycję, która miała zachęcać do konsumpcji.
Dziś, podobnie jak od dziesięciu z resztą lat, przy porcji płatków śniadaniowych siedziała sama. Wpatrywała się w okno, zastanawiając się, dlaczego właściwie zasłużyła sobie na takie cierpienie. Od wielu lat stara się o tym nie myśleć, ale wspomnienia robią swoje. Od wczoraj przygniotły ją ze zdwojoną mocą, kiedy sprzątając półki z książkami w salonie, znalazła kopertę. Wyleciała z jednej z tych tanich, kiepskich romansideł, którymi się zaczytywała lata temu. Dziś nie robiły już na niej żadnego wrażenia. Doskonale zdawała sobie sprawę, co kryło się w środku, ale bała się ją otworzyć. Zwlekała z decyzją aż do teraz. Koperta leżała przed miską płatków i wciąż kusiła swoją zawartością. Zalała kawę wrzątkiem i znów wróciła do stołu. Przyglądała się kopercie i przez moment wahała się, czy w ogóle ją otworzyć. Powoli jednak wzięła ją do ręki, otworzyła i wyjęła trzy zdjęcia. Serce szalenie łomotało w klatce piersiowej, w oczach napłynęły łzy.
Wiedziała, że tak będzie.
Nie mogła jednak się powstrzymać.
Na pierwszej fotografii ujrzała postać rumianej dziewczynki z warkoczykami koloru słomiany blond. Trzymała w rączkach małego pieska, który lizał ją w policzek. Doskonale pamięta dzień, w którym robiła to zdjęcie. Kasia obchodziła wówczas swoje czwarte urodziny i wtedy oboje z Markiem postanowili po raz pierwszy podarować małej zwierzątko. Decyzja padła na jamnika szorstkowłosego, którego dziewczynka podpatrzyła u sąsiadów i za wszelką cenę chciała dostać takiego samego.
Stwierdziła, że to był okres w ich życiu, który śmiało mogłaby uznać za udany. Ona pracowała wówczas jako dziennikarka w znanym magazynie mody, on jako przedstawiciel w prężnie rozwijającej się firmie budowlanej. I choć przyjście na świat Kasi stanowiło koniec jej kariery zawodowej, z wielką euforią przyjęła do świadomości, że w końcu zostanie szczęśliwą matką. Później przeprowadzili się tu – do spokojnej małej wioski, do tego pięknego, drewnianego domku marzeń z reprezentatywnym salonem i kominkiem. O byt materialny się nie martwiła – kiedy Kasia przyszła na świat, los przygotował dla nich kolejną niespodziankę – Marek został kierownikiem firmy, co oznaczało zdecydowanie większe zarobki.
Byli udanym małżeństwem. Takim, które przetrwa najtrudniejsze chwile życia.
Tak przynajmniej wtedy jej się wydawało.
Od urodzenia Kasi, los sypał szczęściem i obfitością jeszcze przez siedem lat.
Ale wkrótce karta miała się odwrócić.
Drugie zdjęcie przedstawiało szkolny portret dziewczynki. Na kolorowym tle widniała okrągła, uśmiechnięta twarzyczka z dwoma kucykami przyozdobionymi czerwoną kokardą. To właśnie zdjęcie trafiło na pierwsze strony gazet 15 września 2003 roku z nagłówkiem obwieszczającym całemu światu, że siedmioletnia Kasia Małecka została porwana przez psychopatę tuż przed szkolną bramą w piękny, poniedziałkowy poranek.
Od tego momentu wszystko się zawaliło.
*
Stał przy wejściu do pokoju i bacznie się jej przyglądał. Wydawało mu się, że tym razem będzie inaczej, że akurat ta nie jest naznaczona grzechem.
Że będzie inna niż pozostałe.
Zawiódł się, kiedy ujrzał pomieszczenie całe we krwi i przerażoną minę dziewczyny.
Czytał gdzieś o tym, że krwawienie pojawia się pomiędzy dziesiątym a czternastym rokiem życia.
Ponoć zdarzają się przypadki, że krwawienie może się opóźnić.
Ona miała siedemnaście lat, kiedy zaczęła krwawić. Więził ją dziesięć lat i czekał aż odsłoni swój grzech.
To zbyt długo.
Pomieszczenie, w którym ją przechowywał, było ciemne, puste i brudne. Teraz dodatkowo poplamione krwią. Nienawidził tego. Jedyne promienie światła dostawały się przez szpary od drewnianych drzwi i mimo wszystko doskonale widział, że to jest świeża krew i skąd się wydobywa. Siedziała teraz skulona w kącie i spoglądała na niego pytającym wzrokiem. Piękne, puszyste niegdyś jasne włosy, od dawna przypominały posklejane dredy ubrudzone błotem i skrzepniętą krwią. Puszysta, okrągła niegdyś buzia przeobraziła się w smukłą, kościstą twarz z zapadniętymi policzkami. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Nigdy przecież nie próbowała się okaleczać i ranić. Skąd więc ta krew? Nie miała do tego prawa. Tylko on mógł ją ranić, kiedy go nie słuchała i sprzeciwiała się na każdym kroku.
To on mógł ją codziennie chłostać aż do krwi po plecach, głowie, rękach i nogach.
Tylko on mógł ją szczypać, gryźć, bić pięściami po brzuchu i wyrywać włosy, kiedy mu się spodobało.
Tylko on wiedział, kiedy ją nakarmić i napoić.
To on, jej Pan i Władca wiedział, kiedy ona może opuścić swój pokój i zjeść z nim kolację w salonie, czy spędzić jedną noc w jego sypialni. Razem z nim.
Ona nie mogła nic zrobić.
Wszystko to dla szczytnego celu – nie pozwolić, by przesiąkła brudem współczesnego świata. Groziło jej przecież tyle niebezpieczeństw. Mogła stać się jedną z nich. Prostytutką, narkomanką, złodziejką, psychopatką. Nie uratował przed tym swojej żony Marioli – była wszystkim tym po trochu.
Kanalią, która zniszczyła mu życie.
Nie może więc pozostać obojętny. Musi ratować inne.
Choćby od najmłodszych lat.
Doskonale pamięta dzień, w którym przy gronie znajomych, jego żona publicznie przyznała, że on nic dla niej nie znaczy, że tak naprawdę nie jest dla niej mężem, a głupim i naiwnym automatycznym kochankiem, który spełnia każde jej zachcianki i że trzyma go pod jednym dachem tylko dlatego, żeby zarabiał na nią pieniądze i ją utrzymywał. Że gdyby nie kasa, dawno by go zostawiła. Co za upokorzenie. Miał tylko zarabiać, oddawać jej pieniądze, pieprzyć ją kiedy złapie ją chcica i nie zwracać uwagi, że go poniża i przyprawia mu rogi, puszczając się w międzyczasie z innymi. Miał być jak maszyna do zaspokojenia jej wszelkich potrzeb.
Nie zapomni też nigdy w życiu chwili, kiedy jego konająca na łóżku matka, zanim rak śmiertelnie uszczypnął ją w płuca, powiedziała mu, że ma się przed takimi bronić, że ma wziąć sprawę w swoje ręce i nie dać się. Nie może pozwolić, by cierpiał on, czy ktokolwiek inny.
Zasiała w nim ziarenko goryczy. Nienawiści.
Mariola była pierwszą, którą zbawił poprzez śmierć.
Nie będziesz cierpiał ty, czy ktokolwiek inny. Musisz wziąć sprawę w swoje ręce. Zniszczyła ci reputację. Była kurwą, puszczała się na prawo i lewo, ciągnęła druta twojemu najlepszemu koledze, podczas gdy ty zapierdalałeś jak bury osioł, robiła to za pieniądze z każdym, biła cię, wyzywała. Musisz zacząć działać.  Wszystkie takie są. Nie pozwól, by inne zeszły na złą drogę, ratuj je. Ratuj innych. Wypowiadał słowa matki mechanicznym, szybkim tonem.
Spojrzał na dziewczynę, spojrzał jak krwawi.
Już czas.
Stwierdził, że wreszcie, po dziesięciu latach, przyszła chwila, by ją uwolnić.
Mama byłaby zadowolona. Pomyślał.
*
Doskonale pamięta dzień, w którym to się stało.
W każdym przypadku sprawa wygląda niemal identycznie.
Najpierw przeżywasz szok i niedowierzanie. To czas, w którym za wszelką cenę zaprzeczasz faktom. Łudzisz się, że to nie twoje dziecko padło ofiarą porwania, masz jeszcze nadzieję, że ono zaraz wróci do domu, a ty podbiegniesz do niego i tuż przy progu obejmiesz w swe zatroskane ramiona. Kiedy jednak wiadomość o tym, że właśnie uprowadzono twoje dziecko w końcu dotrze do świadomości, przychodzi czas na fazę drugą.
Twoje życie zaczyna przypominać ruinę. To, co kiedyś przychodziło ci z łatwością, teraz stanowi wielkie obciążenie. Najprostsze obowiązki stanowią dla ciebie problem. Stajesz się nieporadnym człowiekiem, swoistym śmieciem, któremu wszystko wylatuje z rąk i który nie nadaje się do niczego. Masa pytań bez odpowiedzi. Policja. Sąd. Dochodzenie. Poszukiwania. W trudnych, krytycznych chwilach, kiedy organy państwowe zawodzą – jasnowidz. Odrętwienie przemienia się wkrótce w bunt i złość. Zaczynasz winić najpierw siebie, potem najbliższą rodzinę za to, co się stało. Obwiniasz Boga, sąsiadów, nauczycieli, wszystkich. Zaczynasz zazdrościć innym, że są szczęśliwi, a tobie życie skopało właśnie dupę.
Potem przychodzi czas na załamanie psychiczne. Pojawia się depresja, próby samobójcze.
Jeżeli dostajesz wsparcie od najbliższych, możesz liczyć na to, że przyjdzie czas na fazę ostatnią – w końcu pogodzisz się z zaistniałą sytuacją i postarasz się żyć z tym dalej. Przez cały czas czekasz jednak na odpowiedź: co się stało z moim dzieckiem? Czy kiedyś wróci?
Jakoś nie mogła sobie przypomnieć, by doświadczyła tego ostatniego okresu na własnej skórze.
Poza tym, że codziennie zadaje sobie te pytania.
Trzeciej fotografii nie chciała już widzieć. Za dużo przykrych wspomnień. Za dużo wylanych łez. Nie miała już siły. I odwagi, by znów spojrzeć w oczy bezbronnego dziecka, które za wszelką cenę nie zasłużyło sobie na taki los. Tyle lat czekała na wieści, jakiekolwiek tropy, które mogłyby chociaż potwierdzić, że jej mała jednak żyje i ma się dobrze. Na nic zdały się poszukiwania, wynajmowanie prywatnych detektywów. Jasnowidz również nie pomógł. Mała po prostu wsiąkła. Przepadła dokładnie tak, jak Marek, który nie mógł znosić jej kaprysów, ciągłego użalania się nad sobą, depresyjnych dni i nocy. Najpierw wyjeżdżał za granicę – takie tam załatwienia, niedługo wrócę. Góra dwa, no może trzy dni. Tylko podpiszę kontrakt. Wrócę. Nie wiedziała, że tak naprawdę ją wtedy zdradzał. Dowiedziała się o tym przypadkowo. Kiedy potrzebowała jego wsparcia, dzwoniła. Tak się umawiali. Tego dnia jego telefon odebrała pijana, rozbawiona kobieta. Więcej dowodów nie potrzebowała. Została zupełnie sama. Ostatecznie los przygotował jej rozwód i życie w samotności.
Wszyscy się od niej odwrócili, mając ją za wariatkę. Stała się niepotrzebnym odpadem, którym pozostanie do samego końca tego piekła. 
*
Najpierw zaprowadził ją do łazienki. Zdjął białą niegdyś halkę nocną z jej drobniutkiego, poobijanego ciała, teraz poplamioną w jej własnej krwi i pozwolił, by wanna napełniła się gorącą wodą. Rzadko pozwalał jej się kąpać, głównie ze względu na ciało, które naznaczone było licznymi ranami i bliznami. Wiedział, że gorąca kąpiel może przysporzyć jej bólu.
Teraz nie miała wyjścia, musiała się umyć.
Bez względu na wszystko.
Dla niej było to zupełnie obojętne, przywykła do jeszcze gorszego cierpienia.
Kiedy weszła do wanny, on sięgnął po gąbkę i żel do kąpieli. Wmasowywał w jej ciało pianę ostrożnie jak tylko potrafił, pieszcząc i całując jej delikatne, subtelne ramiona. Odgarnął włosy, które zakrywały smutną twarz. Spojrzał na nią przez moment. Twarz dziewczyny, choć mocno wychudzona i zniszczona, nadal posiadała w sobie coś pięknego. Namoczył gąbkę i znów zaczął robić swoje.
Kiedy wzięła gorącą kąpiel, zaprowadził ją do salonu i usadził po jednej stronie stołu, on zajął miejsce po przeciwnej.
Siedzieli razem przy stole i jedli śniadanie. Postanowił, że tym razem przyrządzi jej coś wyjątkowego. Lasagne z kurczakiem i szpinakiem, z lampką czerwonego wina. Być może danie to nie nadawało się na poranne konsumpcje, jednak stwierdził, że jej ostatni posiłek powinien być przyzwoity. Dziewczyna wyraźnie zdziwiła się na taki zestaw i spojrzała na niego z niedowierzaniem. Zwykle dostawała suchą kromkę chleba i garnuszek wody na dzień. Albo w ogóle nic. Kiedy już urządza jej takie coś, musi być do tego jakaś stosowna okazja.
O ile dobrze pamięta, takich okazji nie było zbyt wiele.
Kiedy pozwolił jej jeść, niemal rzuciła się na pożywienie. Obserwował ją przez dłuższą chwilę i stwierdził, że stanowczo przesadził z głodzeniem dziewczyny. Jadła szybko i nerwowo, jakby ktoś miał za moment zabrać jej wszystko spod nosa i wyrzucić do kosza.
Stwierdził, że nadeszła wreszcie chwila, by jej to powiedzieć.
- dzisiaj będziesz wolna – w pierwszym momencie dziewczyna nie zorientowała się o co chodzi. Była za bardzo zaabsorbowana jedzeniem. Trzasnął pięścią o stół, aż z ręki wyleciał jej widelec.
- do ciebie mówię, zdziro. Dzisiaj zostaniesz uwolniona.
Oczy dziewczyny rozszerzyły się. Zaczęła się trząść. Gapiła się na niego i nie wiedziała, co powiedzieć. Od kiedy kilkanaście lat temu po raz pierwszy zetknęła się z nim przed szkołą i postanowiła skusić się na małe wagary do wesołego miasteczka, nigdy nie przeszło jej nawet przez myśl, że kiedyś w końcu puści ją na wolność. Kilka lat temu, kiedy jeszcze się buntowała, próbowała uciec. Kiedy przyszedł z pracy ostro wstawiony, zapomniał zamknąć jej pokoju na kłódkę. Pomyślała wtedy, że to doskonała chwila na ucieczkę. Kiedy powłóczył nogami do sypialni i zamknął za sobą drzwi, postanowiła wyjść powoli ze swojej nory i udać się do drzwi wyjściowych. Wtedy on wyłonił się z sypialni, zaczaił się za nią i postrzelił w prawą łydkę. Kulę postrzałową wyjmował jej żywcem, rozgrzanym prętem. Później przywiązał ją do drewnianego filaru i zakneblował jej twarz. Siedziała tak przez tydzień w swoim brudnym, ciemnym pokoju.
Więcej nie próbowała uciekać.
A teraz to. Chce puścić ją na wolność. Tak zwyczajnie, po prostu.
Musi być w tym coś podejrzanego.
- Panie, chcesz puścić mnie na wolność? Przecież zawsze tłumaczyłeś mi, że świat na zewnątrz jest zły i że tylko tu będę czuła się najbezpieczniej. Dokąd pójdę, skoro moją  jedyną rodziną jesteś ty…
- Już postanowione. Nie ma dyskusji. Znudziłaś mi się. To już definitywny koniec.
Jego słowa wydawały się puste i bez jakiegokolwiek wyrazu skruchy.
Nie rozumiała o co mu chodzi. Rozpłakała się. Każda tak robiła. Wiele lat tresował ją tylko po to, by scenariusz nigdy się nie zmieniał. Wszystkie bały się wolności. Nauczyły się, jak żyć z tyranem. Ich Panem i Władcą. Kochankiem, który jak maszyna będzie zaspakajał tym razem nie ich zachcianki, tylko swoje.
Uzależnienie, pomyślał.
Od niego.
Zawsze podniecały go takie dramaturgiczne sceny. Wstał i uderzył ją w twarz. Dziewczyna osunęła się na ziemię, a kiedy próbowała doczołgać się do kąta, kopnął ją jeszcze kilka razy w twarz, a później w brzuch. Skuliła się w kącie, a on podszedł do niej i mocno chwycił za włosy, przewracając na bok. Dziewczyna wydobyła z siebie zduszony odgłos i zaczęła prosić, by przestał. On jednak zaczął szybko zdzierać z niej bieliznę i po chwili czuła już, jak fala znajomego bólu rozrywa jej podbrzusze. Początkowo pchnięcia były delikatne, powolne. Z upływem każdej chwili stawały się jednak coraz bardziej gwałtowne.
Nienawidziła, kiedy budziły się w nim zwierzęce instynkty w czasie, gdy ją gwałcił.
To było upokarzające.
I bolesne.
Kiedy z nią skończył, podciągnął spodnie i zasunął rozporek, następnie podszedł do kredensu i wyjął spluwę oraz nóż. Dziewczyna leżała półprzytomna na podłodze w kałuży własnej krwi i wymiocin. Kiedy naładował broń, podszedł do niej i kopnął ją w lewe kolano.
- Wstań.
Nie zareagowała.
- Wstań, bo ci nogi z dupy powyrywam.
Ocknęła się, ale nie miała sił, by się podnieść.
Złapał ją za włosy i zaczął ciągnąć w kierunku wyjściowych drzwi. Dziewczyna obudziła się na dobre i resztkami sił zaczęła się bronić. Z czoła zaczęła siarczyć krew. Każdy ruch powodował jednak uciążliwy ból, zwłaszcza w okolicach głowy. Mężczyzna mocno szarpał ją za włosy i zaciągnął do drewnianej szopy. Kiedy byli już na miejscu, dziękowała Bogu, że to już koniec. Mężczyzna zapalił światło i jej oczom ukazały się ogromne, drewniane półki umiejscowione na wszystkich ścianach pomieszczenia. Początkowo nie mogła dojrzeć, co na nich leży. Kiedy na jego polecenie stanęła na równe nogi, chwiejąc się to na lewo, to na prawo, dojrzała ustawione na nich czaszki. Jedne z nich były malutkie, jakby należały do kilkuletnich dzieci. Była tego pewna. Inne były większe, prawdopodobnie należały do kogoś starszego. Wszystkie patrzyły na nią pustymi oczodołami, jakby chciały opowiedzieć swoją odrębną historię, a nie mogły. Każda pewnie byłaby inna, jednak zakończenie w każdym przypadku było takie samo. Była to bezsensowna śmierć, naznaczona cierpieniem i upokorzeniem.
Zanim zdążyła wydobyć z siebie okrzyk przerażenia, poczuła, jak tuż pod jej łopatką wbija się zimny, metalowy przedmiot. Wygięła się do tyłu i poczuła, jak ból zalewa i tak już obolałe ciało. Powieki powoli opadały, a ona pozwoliła ciału osunąć się bezwiednie na ziemię.
Wyjęcie noża z jej ciała sprawiało mu problemy, więc ścisnął rękojeść mocniej i spróbował jeszcze raz. Kiedy się udało, pozwolił sobie na jeszcze kilka dźgnięć w plecy oraz w brzuch. Jej ciało wiło się i skręcało z bólu.
Przez pięć minut dziewczyna nie okazywała oznak życia. Przychylił się do niej i szepnął, że wreszcie została uwolniona. Nie będzie już zdzirą, złodziejką, ani psychopatką. Już miał wychodzić z szopy, kiedy się ocknęła i resztkami sił próbowała coś powiedzieć. Prosiła, by jej pomógł. Przepraszała sama nie wiedząc za co. Sięgnął po spluwę, odwrócił się do niej i wycelował w głowę. Zobaczył, jak powoli podnosi roztrzęsione ręce w jego kierunku. Błagała o pomoc, ledwo wydobywając z siebie słowa. Prosiła. Była to najbardziej obsceniczna scena przepełniona próbą uratowania swojego i tak już zmarnowanego żywota, jaką kiedykolwiek widział na oczy.
Wystrzelił.
Ręce bezwiednie opadły na ziemię.
Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę domu. Musi jeszcze wziąć kąpiel i wybrać jakiś elegancki strój. Dziś wieczorem ma romantyczne spotkanie.
Tym razem zapoluje na starszą.
Następnym zbawionym istnieniem, z którego uszło właśnie życie, zajmie się później. Teraz stanowi trofeum, które musi zostać poddane kolejnym czynnościom. Swoistemu aktowi, który traktował niemal jak jakiś święty rytuał. Najpierw odetnie głowę. Później wsadzi na chwilę do wielkiego parnika z wrzącą wodą, by po namoczeniu skóra łatwiej odchodziła od kości. Następnie wyjmie i wypatroszy z wnętrzności, a czaszkę postawi na półce. Dołączy do pozostałych ofiar ze swoją własną historią, o której zapewne nikt nigdy się nie dowie. Będzie spoglądać swoimi pustymi oczodołami na kolejne ofiary przewijające się przez jego ręce.
Mama na pewno byłaby zadowolona. Pomyślał.
*
Z uprowadzeniem jest dokładnie tak, jak ze śmiercią bliskiej ci osoby. Kogoś tracisz. Różnica polega jedynie na tym, że w przypadku śmierci masz stu procentową pewność, że ten ktoś nigdy już do ciebie nie wróci. Po uprowadzeniu dziecka masz jeszcze nadzieję, że kiedyś zapuka do Twoich drzwi policja z dobrą nowiną.
Na to cały czas czekała.
Odeszła od stołu i podreptała do salonu. Wyjrzała przez okno i zobaczyła, jak dzieci z naprzeciwka właśnie wychodzą z plecakami do szkoły. Mała, piegata dziewczynka w czerwonej kurteczce i chłopiec, w czarnym skafanderku. Jakaś młoda kobieta uchyliła drzwi i coś do nich mówiła. Jedno z dzieci radośnie podbiegło do niej i wzięło jakiś tobołek – pomyślała, że to na pewno kanapki – następnie pocałowało kobietę w policzek i podreptało wzdłuż chodnika. Przez chwilę zastanawiała się, jak wyglądałaby jej córka teraz. Ostatnio widziała ją w wieku siedmiu lat. Teraz jej córka miałaby siedemnaście. Pewnie byłaby już atrakcyjną, młodą nastolatką z marzeniami i masą pytań, na które znalazłaby pewnie odpowiedź u swojej matki. Los chciał jednak inaczej i jej córki tu nie ma. Nawet nie ma pewności, czy żyje. Usiadła w fotelu i w końcu dała upust zduszonym w głębi psychiki emocjom. Po raz kolejny odkąd doszło do porwania jej jedynej córki, zapłakała nad sobą i losem, który zgotował piekło zarówno jej, jak i dziecku, z którym wiązała wielkie nadzieje.
Mimo wszystko wiedziała jedno.
Zawsze będzie ją kochać.
Gdziekolwiek teraz jest, cokolwiek teraz robi, będzie darzyć ją wielką, matczyną miłością.
Uspokój się, wszystko będzie dobrze.
Skarciła siebie za to, że znów rozdrapuje stare rany.
Schowała zdjęcia do koperty i włożyła do szuflady. Przyrzekła sobie, że już więcej nie weźmie ich do rąk. Dopóki ona się nie odnajdzie.
Następnie udała się do kuchni, by dokończyć śniadanie, które lata temu przygotowywała i konsumowała wspólnie z córką, zanim ta udała się do szkoły.
Później pojedzie do miasta. Ma plan, który rodził się w jej umyśle od dawna. Zdecydowała, że nie może siedzieć w domu bezczynnie. Dziś jest święto Halloween i w niektórych dzielnicach dzieciaki będą chodzić od drzwi do drzwi i prosić o słodkości.
Cukierek albo psikus.
Zaczai się gdzieś i poczeka, aż po zmroku wyjdą ze swoich domów. Zachęci kilka, by wsiadły do jej samochodu. Może pojadą nawet do wesołego miasteczka. Dziś wieczorem są darmowe wejścia. Później zawiezie je w bezpieczniejsze miejsce i odizoluje od świata przepełnionego wokół złem.
Nie pozwoli, by spotkał je taki sam los, jaki spotkał jej córkę.
Coś w jej środku zakorzeniło się i dręczy umysł.
Podpowiada, że musi je chronić.
***
Słowo od autora.
Zanim napisałem to opowiadanie, najpierw zainspirowało mnie kilka rzeczy. Po pierwsze współczesne realia. Wszędzie przemoc, gwałty, dzieciobójstwo, pedofilia. Wystarczy włączyć telewizor i posłuchać wiadomości, by się przekonać, że świat powoli przekręca się do góry dupą... Osobiście zainspirował mnie pewien artykuł, którego tytułu już nie pamiętam. Dotyczył najbardziej kontrowersyjnych uprowadzeń. Stąd też tematyka opowiadania. Porwanie - zwłaszcza małych dzieci - stanowi ogromny cios w plecy dla zdesperowanych rodziców, którzy pozostają z masą pytań bez odpowiedzi. Czekają na powrót swojej pociechy, choć sami nie wiedzą, czy ich dziecko jeszcze żyje. I to według mnie jest największy horror. Nadzieja. Czekanie. Bezczynność. Desperacja. Opowiadanie to zostało zainspirowane również znakomitym zbiorem opowiadań Jacka Ketchuma, pt. Królestwo spokoju - autora, którego twórczość chyba najbardziej sobie cenię. W pewnym stopniu kolejnym motorem napędowym do stworzenia tego opowiadania była również osoba Tomasza Czarnego, a konkretnie - Trylogia Gniewu. Opowiadania zawarte w tym niewielkim zbiorku naprawdę przypadły mi do gustu. Poza tym podoba mi się również styl tego pisarza. I po trzecie - utwór Violence pochodzący z albumu A Natural Disaster znanej, angielskiej kapeli Anathema. Kawałek ten towarzyszył mi przez cały czas podczas tworzenia tego opowiadania i myślę, że jego atmosfera odzwierciedla w pewien sposób klimat tego utworu. Początkowo jest refleksyjnie, nieco melancholijnie, delikatne dźwięki klawiszy przechodzą po chwili do typowo metalowych, ciężkich brzmień. Pod koniec znów jest spokojnie i depresyjnie. Podobnie jest z opowiadaniem - na początku jest miejsce na refleksję, później zaczyna się przemoc i rzeź, by na koniec znów zostawić czytelnika sam na sam z refleksjami zdesperowanej matki, która nie może pogodzić się z losem, jaki ją spotkał. Tytuł opowiadania też nie wziął się od tak sobie - zainspirowałem się też w pewien sposób utworem Automatic Lover norweskiej kapeli Theatre Of Tragedy i stąd też ten tytuł.
Pod żadnym pozorem opowiadanie to nie miało na celu propagowania bezsensownej przemocy i agresji. Jestem daleki od tego typu rzeczy i uważam, że w ciężkich przypadkach psychopatii jedynym zadośćuczynieniem za wyrządzone zło jest śmierć oprawcy. Opowiadanie miało pokazać, że wielu ludzi cierpi z powodu utraty kogoś bliskiego, a czasem, w krytycznych sytuacjach, kiedy brakuje wsparcia - również i oni w akcie desperacji mogą chwycić za dokładnie takie same metody zbrodni i w odwecie czynić to samo. To coś, jak zamknięty krąg bez wyjścia. Iskra zapalna raz powoduje wybuch, który znów gdzieś tam się wznieci i spowoduje kolejny zapłon. I w kółko to samo. W Halloween boimy się potworów różnych maści. Czarownic, wampirów, wilkołaków, zombie. Pamiętajmy jednak, że ponoć każdy z nas nosi w sobie jakiegoś potwora. I lepiej, żeby on sobie spokojnie tam siedział i się nie budził...
31 października 2013 roku. Godzina 17.00
Autor: Konrad