Horrory od zarania dziejów mają pełnić podstawową funkcję: straszyć widzów. Są na to przeróżne sposoby, a większość z nich przewijała się przez filmowe klisze nie raz, nie dwa. Upiorne duchy i jump scenki im towarzyszące, nawiedzone domy, mordercy z wyrafinowanymi narzędziami zbrodni i nietuzinkowym pomysłem na wyrżnięcie grupki nastolatków, wściekłe zwierzęta, obcy z innej planety, czy wreszcie obłęd i psychoza dopadająca głównych bohaterów. Z tym ostatnim będziemy mieli do czynienia w Oculusie. Mike Flanagan - współtwórca scenariusza i reżyser filmu, postanowił odświeżyć kilka znanych motywów, ale skoro jego film okrzyknięto przez krytykę mianem filmu inteligentnego, musiałem go obejrzeć. Kuszącą propozycją okazała się również reklama Oculusa - horror miał wystraszyć samego Stephena Kinga! Odpaliłem więc film w odtwarzaczu DVD, rozsiadłem się wygodnie w fotelu i... kurna, dałem się omamić - w pozytywnym rozumieniu tego słowa.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje horrorów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje horrorów. Pokaż wszystkie posty
środa, 6 kwietnia 2016
niedziela, 12 kwietnia 2015
Recenzja: Wilkołacze sny (aka Når dyrene drømmer), 2014
Motyw likantropii został chyba - pisząc kolokwialnie - doszczętnie zajeżdżony przez współczesne kino grozy i nie potrzeba specjalnie nadwyrężać szarych komórek, by bez problemu wymienić choćby jedną pozycję filmową z wilkołakami w roli głównej. Wokół tej tematyki nieśmiało krąży duński reżyser Jonas Alexander
Arnby w swoim pierwszym pełnometrażowym filmie na podstawie scenariusza
Rasmusa Bircha. Każda nowa propozycja poruszająca tematykę wampiryzmu tudzież wilkołactwa może wywołać mieszane uczucia zwłaszcza u osób cierpiących na tzw. "zmierzchofobię", która objawia się wstrętem na widok wilkołaczej sierści czy wampirzych kłów na ekranie. Również należę do grona osób cierpiących na tę zarazę, więc jak nie trudno się domyślić, z propozycją Arnby'ego nie wiązałem specjalnie wielkich nadziei. Mimo wszystko z chęcią zabrałem się za ten film, nie nastawiając się jednocześnie na fajerwerki i prawdziwy horror z krwi i kości. Miałem to szczęście, że nie dałem się zwieść polskiemu tytułowi oraz złudnym klasyfikacjom tego filmu jako horror.
piątek, 20 lutego 2015
Recenzja: [REC]4 Apocalipsis (aka [REC]4 Apokalipsa), 2014
O tajemniczej zarazie panującej w barcelońskiej kamienicy
dowiedzieliśmy się w 2007 roku, kiedy to za sprawą dwóch panów, Jaume
Balagueró i Paco Plaza, do kin wdarł się z impetem trzymający w napięciu
horror [REC] - film, który według niektórych opinii przetarł szlaki zapoczątkowane przez kultowy dziś The Blair Witch Project.
Sukces duetu Balagueró-Plaza wzmocnił modę na hiszpańskie horrory i
doprowadził do kontynuacji wydarzeń ekipy filmowej uwięzionej w
kamienicy. Z zapartym tchem czekaliśmy na rozwój wydarzeń i uchylenie
rąbka tajemnicy dotyczącej etiologii wirusa odpowiedzialnego za masakrę w
odizolowanym budynku. Doczekaliśmy się teorii nawiązującej do opętania
przez demony w drugiej części wyprodukowanej w 2009 roku, która tym razem również doczekała się przychylnych recenzji. Nic nie zapowiadało jednak rychłego upadku wspaniałej
jak dotąd produkcji. W 2012 roku doszło do rozłamu wśród reżyserów, którzy
postanowili odtąd na własną rękę, samodzielnie odpowiadać za kolejne
dwie odsłony filmu. I tak oto w 2012 roku dostaliśmy mocno skrytykowaną Genezę w wykonaniu Paco Plaza,
w której porzucono (na nieszczęście produkcji) stylistykę found footage
i główny wątek na rzecz horroru komediowego o zabarwieniu "love story", za to z
dobrze zrealizowanymi scenami gore i równie niezłymi bohaterami. Na Apokalipsę, czyli czwartą i ostatnią odsłonę serii
czekaliśmy dość długo. Zapowiadano powrót do korzeni, czego brakowało
"trójce" - czyli m.in. powrotu do konwencji verite oraz kontynuację przygód Angeli
Vidal, dziennikarki uwięzionej w kamienicy. Kiedy już przyszło mi się
zmierzyć z czwartą odsłoną hiszpańskiego straszaka opadła mi kopara.
Bynajmniej nie z zachwytu i zaskoczenia, a z podziwu, jak bezbłędnie
można schrzanić scenariusz, w którym drzemał potencjał.
niedziela, 4 maja 2014
Recenzja: The Poughkeepsie Tapes (aka Taśmy z Poughkeepsie), 2007
Codziennie na całym świecie w niewyjaśnionych okolicznościach giną ludzie. Wracając ze szkoły, z pracy, czy z zakupów zostają uprowadzeni przez psychopatycznych zwyrodnialców, zostawiając swoje zdesperowane rodziny w rozpaczy i cierpieniu na długie lata. Znane powiedzenie, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej traci na wartości w chwili, gdy dowiadujemy się, że nagle uprowadzono dziecko przed jego własnym domem, gdzie bez opieki rodziców, bawiło się beztrosko w piaskownicy, nieświadome ryzyka, na które właśnie zostało wystawione. Być może wielu z was w tej chwili pomyśli sobie, że są to tylko odosobnione przypadki, że was to nigdy nie spotka, bo codziennie na noc zamykacie drzwi swoich posesji na cztery spusty, nie wdajecie się w rozmowy z nieznajomymi, podejrzanymi typami, nie zostawiacie swoich dzieci poza zasięgiem wzroku, czujecie się bezpieczni, bo wasze posesje naszpikowane są najnowocześniejszymi systemami alarmowymi, itp. Być może macie rację, bo nie da się przecież żyć w ciągłym strachu i niepewności. Nie zmienia to jednak faktu, że codziennie jesteśmy narażeni na różnego rodzaju niebezpieczeństwa płynące ze strony ludzi, których codziennie mijamy na ulicy. Być może pod pozorami normalnego zachowania, mają wobec nas całkiem inne, niekoniecznie dobre, zamiary. Mawiają, że "przezorny zawsze ubezpieczony" i lepiej dmuchać na zimne, wtedy choć w minimalnym stopniu unikniemy ryzyka. Myślę, że jest w tym ziarenko prawdy. Kto uważa inaczej, koniecznie musi zapoznać się z paradokumentem "The Poughkeepsie Tapes", który chwilami potrafi autentycznie przerazić, a co najważniejsze - każe widzowi zastanowić się nad kwestiami, o których zwykle nie rozmawia ze znajomymi przy stole podczas obiadu.
środa, 9 kwietnia 2014
Recenzja: Campfire Tales (aka Mroczne Opowieści), 1997
Tajemnicze, niesamowite, budzące grozę miejskie legendy zna chyba każdy z nas. Jako młodzi gniewni, łaknący propagandy, opowiadaliśmy sobie te historyjki nocą przy ognisku lub w czasie domowej imprezki i zawsze, kiedy je słyszeliśmy, na głowie jeżył się włos ze strachu. Opowieść o czarnej wołdze, żyletce w jabłku czy historyjka o kopytniku to tylko pojedyncze przykłady. Miejscowych opowieści jest tak naprawdę cała masa i trudno je zliczyć. Jedne przerażają swoją autentycznością i makabrycznością, inne śmieszą. Raz usłyszana opowieść budząca grodzę, przerażenie lub nacechowana groteskowością i czarnym humorem może trafić do szerokiego grona odbiorców, ulegając licznym modyfikacjom i przekształceniom. Popularność miejskich legend wychwycili niektórzy twórcy horroru, wplatając te proste historie w fabułę filmu. Oczywiście w przypadku filmu grozy bazującego na popularnych miejskich opowieściach nie można liczyć na fajerwerki, bo produkcje te - choć pełne grozy - są z góry skazane na przewidywalność akcji. Campfire Tales to klasyczny przykład dreszczowca, który pomimo że bazuje na popularnych, znanych każdemu miejskich legendach, potrafi również zaskoczyć i chwilami wywołać dreszczyk emocji.
piątek, 28 marca 2014
Recenzja: La Casa Muda (aka Cichy dom), 2010
Nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę miał okazję obejrzeć jakiś horror z kraju Ameryki Południowej. Sprawa jest prosta - produkcje grozy z tej części świata dotąd nie były mi znane i jeżeli takowe powstają, jakoś nigdy nie wpadały mi w ręce. Ameryka Południowa kojarzy mi się raczej z dennymi tasiemcami wenezuelskimi, które namiętnie oglądają zagorzałe fanki (fani?) rozterek miłosnych między pokojówką a właścicielem pokaźnej rezydencji, aniżeli z filmowymi horrorami. Cóż, kiedyś musiał nadejść ten czas, kiedy noc spędzę przy seansie nie horroru azjatyckiego, amerykańskiego, czy europejskiego, a... urugwajskiego! Co więcej - nawet mi się nie śniło, że horror z tej części świata będzie w stanie zadowolić mnie na tyle, bym mógł uznać go za przyzwoity. Co prawda La Casa Muda nie jest horrorem nieskazitelnym, ale nie jest też filmem gniotowatym - przy odpowiednich warunkach jest w stanie dostarczyć porządnych wrażeń.sobota, 22 marca 2014
Recenzja: The Purge (aka Noc Oczyszczenia), 2013
W Ameryce zmuszonej do stawienia czoła nasilającej się przestępczości i przepełnionym więzieniom, rząd wprowadza doroczny 12-godzinny okres, w którym wszelka działalność przestępcza – także morderstwo – staje się legalna. Nie można wezwać policji, szpitale odmawiają pomocy, a obywatele sami wymierzają sprawiedliwość bez obawy przed karą. Właśnie w tę pełną przemocy noc, kiedy do drzwi puka nieznajomy, pewna rodzina musi stanąć przed trudną decyzją.
W thrillerze „Noc oczyszczenia” cztery osoby zostaną poddane próbie, która uzmysłowi im, jak daleko są w stanie się posunąć w obronie przed złem wdzierającym się do ich domu. W chwili, kiedy James i Mary Sandin odkrywają, że na ich zamkniętym osiedlu pojawił się intruz, rozpoczyna się sekwencja zdarzeń, które zagrażają ich rodzinie. Teraz to od nich i ich dzieci – 14-letni Charlie oraz 16-letnia Zoey – zależy czy przetrwają noc nie stając się potworami, przed którymi muszą się bronić. *
piątek, 28 lutego 2014
Recenzja: You're Next (aka Następny Jesteś Ty), 2013
W obliczu takich filmów, jak Następny Jesteś Ty, znane polskie powiedzonko "wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej" zupełnie traci na swojej wartości. Adam Wingard udowadnia, że nawet najbezpieczniejsze zdawałoby się miejsce, jakim jest własny dom, szybko może przerodzić się w arenę krwawej łaźni, której ofiarami okazują się najczęściej jego mieszkańcy. Następny Jesteś Ty pretenduje do miana hybrydy łączącej w sobie znany podgatunek thriller'a jakim jest nurt home invasion, ze scenami typowymi dla krwawego horroru. Nie jest to jednak posunięcie zbyt odkrywcze w historii tego gatunku, bowiem osadzenie bohatera i mordercy w czterech ścianach posiadłości usytuowanej na odludziu kilkakrotnie przewijało się już przez filmową grozę - wystarczy przypomnieć sobie najbardziej rozpoznawalne filmy wykorzystujące nurt home invasion, do których zaliczyć można Nieznajomych, czy film Oni, a nawet popularne slashery, w których morderca atakuje nastolatki w ich własnych mieszkaniach (Krzyk, Halloween). Chcąc jednak przekierować ten utarty zdawałoby się schemat na zupełnie inne tory, Wingard wplata w to dodatkowo elementy komediowe, czyniąc You're Next filmem pastiszowym, co również nie jest niczym odkrywczym, biorąc pod uwagę wspomniany już Krzyk, czy zrealizowany niedawno Dom w głębi lasu. Premiera You're Next w Polsce odbyła się we wrześniu 2013 roku i napotkała na wiele rozbieżnych opinii - film zebrał zarówno sporo pochlebnych ocen, jak i został zrównany z ziemią przez osoby nielubujące się w tego typu stylistyce lub niepotrafiące odczytać i zrozumieć zamysłu, jaki przyświeca tego typu obrazom.sobota, 8 lutego 2014
Recenzja: Insidious (aka Naznaczony), 2010
Ze świecą szukać nam dziś horrorów, które mogłyby przenieść nas w minione czasy, kiedy w filmach stawiano przede wszystkim na klimat, a nie na przesadnie wykorzystywane efekty specjalne, tak często spotykane w niektórych współczesnych produkcjach. Aby poczuć więc powiew klimatu sprzed lat, sięgamy zazwyczaj po stare horrory. Kiedy mamy już w rękach takie cieszące oko "perełki", natychmiast dajemy się oczarować atmosferą staroci z lat osiemdziesiątych. Zasiadamy wygodnie przed telewizorem, na pilocie wciskamy "play" i niczym za pomocą jakiegoś wehikułu czasu przenosimy się w "filmy tamtych czasów" - nieskażone sztucznymi efektami komputerowymi, i choć pachnące gumowatymi, kiczowatymi potworami, to jednak emanujące nastrojową atmosferą dobrze znaną z kultowych horrorów, zapisywanych niegdyś na starych, zakurzonych nośnikach VHS. Okazuje się, że niektóre współczesne produkcje również mają w sobie to "coś". W poczet współczesnych horrorów noszących zadatki starych, znanych produkcji minionych lat wpisać można niektóre filmy Jamesa Wana, w tym horror Naznaczony, który powinien spodobać się niejednemu wielbicielowi nastrojowych horrorów utrzymanych w duchu starych produkcji lat osiemdziesiątych.poniedziałek, 27 stycznia 2014
Recenzja: Rest Stop (aka Ostatni postój), 2006
Twórcy lekkich horrorów z psychopatami w roli głównej podążają zazwyczaj utartymi schematami. Ilekroć mamy do czynienia z takim filmem, możemy być pewni, że otrzymamy mniej więcej taki zestaw: grupka młodych, zbuntowanych nastolatków skłóconych z rodzicami oraz wariat, który będzie ostrzył maczetę, siekierę bądź inne narzędzie zbrodni i przyczai się gdzieś w oddalonej od cywilizowanego świata o jakieś kilkaset kilometrów, zarośniętej chaszczami pipidówie czekając, aż któreś z protagonistów samo nadzieje mu się na nóż. Wszystko rozgrywa się na terenie długaśnych, opustoszałych autostrad, dawno nieużywanych budynków umiejscowionych nieopodal lasów lub na szczerym polu. Miejsce wydarzeń przemawia więc na niekorzyść naszych protagonistów i zmniejsza szanse na wydostanie się z rąk oprawcy. Ograny schemat, no nie? Jednak nie radziłbym skreślać na wstępie filmu tylko przez wzgląd na jego miałkość fabularną, bo sztuką nie jest wymyślenie oryginalnego scenariusza, a przerobienie znanych motywów tak, by prezentowały się nad wyraz atrakcyjnie. Szkoda, że akurat scenariusz Rest Stop wyglądem przypomina żółty ser z dziurami.czwartek, 9 stycznia 2014
Recenzja: El Orfanato (aka Sierociniec), 2007
Każdy z nas zdaje sobie zapewne sprawę, co mogą przeżywać rodzice, których dziecko właśnie zaginęło. Czują się bezsilni, targają nimi skrajne emocje, być może winią siebie za to, co się stało. To, co stanowi ich główną motywację do życia to pragnienie odnalezienia swojej pociechy za wszelką cenę, choć z upływem lat szanse na odnalezienie dziecka maleją. Ktoś z pewnością uznałby, że tacy rodzice przeżywają właśnie prawdziwy horror. Przechodzą przez koszmar, którego nikt nikomu by nie życzył. I trudno się z taką tezą nie zgodzić, bo utrata bliskiej osoby stanowi prawdziwy cios w plecy, który odczuwa się jeszcze przez wiele lat, a czasami nawet do końca życia. Sierociniec - hiszpański film grozy, przez wielu krytyków uznany za jedno z najlepszych osiągnięć twórców klimatycznego horroru znad półwyspu iberyjskiego, o takich właśnie przeżyciach opowiada. Choć trudno omawianą tu produkcję uznać za filmowy horror w czystej postaci, to jednak nie można jej odmówić miana gatunkowej hybrydy, która w swojej strukturze sprawnie łączy elementy dramatu, mające skutecznie poruszyć widza i dotrzeć do głębi jego emocji, z pełną napięcia grozą z elementami paranormalnymi. Pytanie tylko: czy film ten zasługuje na miano jednego z najlepszych dzieł ostatnich lat?czwartek, 26 grudnia 2013
Recenzja: Silent Night, Deadly Night (aka Cicha Noc, Śmierci Noc), 1984
No i mamy święta. Czas, kiedy w wolnej chwili - zmęczeni świątecznym obżarstwem i gośćmi - siadamy przed telewizorem, by odprężyć się przy dobrym filmie. Naturalnie omijamy szerokim łukiem popularne stacje telewizyjne, by uniknąć odgrzewanych kotletów pokroju Kevina samego w domu, tudzież Kevina samego w Nowym Jorku i wybieramy coś, co chętnie zaspokoi nasze horrorowe gusta. Zastanawiamy się, jaki horror świąteczny można by sobie zaserwować na długi, zimowy wieczór. Lista - wbrew pozorom - wcale nie jest taka krótka, o czym można by się przekonać sięgając po niektóre zestawienia horrorów utrzymanych w świątecznym klimacie (polecam choćby zestawienie, które niedawno ukazało się w serwisie Horror Reviews czy na blogu Buffy). Wśród nich znajduje się klasyk świątecznego kina grozy - slasher Charles'a Sellier'a Jr, który potrafi zachwycić nie tylko wzruszającą historią, ale również dobrze wykreowanymi postaciami, jak i krwawymi scenami mordów, które nie ścierają się z pamięci.wtorek, 12 listopada 2013
Recenzja: Suspiria (aka Odgłosy), 1977.
Czasami zastanawiam się, jaki film można by sobie zaserwować na długie, deszczowe, jesienne wieczory. Przeglądam swoją filmową biblioteczkę w poszukiwaniu czegoś, co nie tylko sprawi mi przednią rozrywkę, ale i zostanie w pamięci na dłużej. Coś, co mnie zachwyci i jednocześnie przerazi. W takiej sytuacji waham się pomiędzy horrorami współczesnymi, a tymi starszymi. Zazwyczaj wybór pada jednak na kultowe horrory lat 70. i 80., które swym nietypowym klimatem potrafią urzec niejednego konesera starych, dobrych dreszczowców. Jednym z tytułów, który wart jest polecenia właśnie na ponure, listopadowe wieczory jest Suspiria włoskiego mistrza makabry Dario Argento. Suspiria to bez wątpienia horror, którego fabuła co prawda szybko wyleci nam z głowy, ale w pamięci pozostanie coś innego: niezapomniane sceny przesiąknięte pastelowymi kolorami, które po ekranie szaleją niczym zwariowane tornado, wprowadzając nas w złowieszczy i epicki zarazem świat Akademii Tańca, za murami której kryje się mroczna tajemnica.wtorek, 27 sierpnia 2013
Recenzja: The Conjuring (aka Obecność), 2013.
James Wan wyrobił sobie całkiem dobrą opinię jako reżyser przyzwoitych nastrojówek i zapewne niejeden wielbiciel filmowej grozy, który lubuje się w klimatycznych horrorach z ghost story w tle, nazwisko to skojarzy zapewne z całkiem udanym horrorem Dead Silence (2007), czy równie dobrym Naznaczonym (2010). W kolejnym jego filmie, czyli w The Conjuring, Wan po raz kolejny sięga po znane i sprawdzone schematy, w których z resztą czuje się jak ryba w wodzie. Tym razem dodatkowo sięga po chwyt znany doskonale każdemu wielbicielowi filmów grozy i swojemu nowemu dziełu dodaje etykietkę "oparte na faktach". Zabieg ten stanowi całkiem przyzwoitą przynętę, by skupić wokół siebie ogromne rzesze odbiorów, o czym przekonaliśmy się choćby przy okazji horroru Amityville Rosenberga, czy w jego późniejszym remake'u z 2005 roku. Chęć obejrzenia filmu opartego na autentycznej historii nasila się zwłaszcza, jeśli w grę wchodzą siły nadprzyrodzone, bo duchy, nawiedzone posiadłości, czy egzorcyzmy, od lat stanowiły źródło lęku i strachu, a jak wiemy, człowiek z natury lubi się bać i lgnie do tego, co tajemnicze, nieznane i budzące grozę. Niestety sama etykietka "based of true story" nie gwarantuje, że będziemy mieli do czynienia z filmem godnym polecenia. Horror musi przecież zaoferować coś więcej, o czym James Wan doskonale zdaje sobie sprawę i po raz kolejny nie zawodzi. Co więcej, Obecnością udowadnia, że pomimo pewnej szablonowości, jaka ostatnio wkrada się we współczesne produkcje, filmowa groza potrafi jeszcze mile zaskoczyć.niedziela, 18 sierpnia 2013
Recenzja: Evil Dead (aka Martwe Zło), 2013
Współczesne kino grozy w ostatnim czasie ma nam do zaoferowania bogaty wybór odświeżanych kotletów, do których śmiało można zaliczyć również remake'i. Moda na kolejne adaptacje i przeróbki dosięga dzieł kultowych, które w filmowym horrorze wyznaczały nowe trendy i przez lata zyskały sobie rzeszę sympatyków i wiernych fanów. Sięganie po chwytliwe tytuły, takie jak Carrie, Teksańska masakra piłą mechaniczną, Piątek Trzynastego, Halloween, czy choćby doskonale znane każdemu wyjadaczowi makabry Martwe Zło Raimiego to z jednej strony dowód na deficyt pomysłów na oryginalną fabułę, z drugiej sygnał, że kino grozy minionych lat posiada swój niesamowity urok i wciąż ma branie. Czasami jednak przeróbki kultowych filmów grozy wydają się posunięciem zgoła ryzykownym, bo ilekroć słyszymy o kolejnej adaptacji, czy n-tym remake'u, na usta ciśnie się pytanie: po jaką cholerę? Takie właśnie pytanie nasunęło mi się w momencie, kiedy po raz pierwszy ujrzałem newsa dotyczącego nowej wersji Martwego Zła z 1981 roku w wykonaniu Fede Alvarez'a. Na seans postanowiłem wybrać się z nastawieniem na brak jakichkolwiek fajerwerków. Kiedy już wygodnie rozsiadłem się w fotelu, a na ekranie pojawiły się pierwsze sekwencje filmu, szybko zmieniłem zdanie i doszedłem do wniosku, że remake czasami ma nam do zaoferowania więcej, niż mogłoby się z pozoru wydawać.poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Recenzja: V/H/S/ 2 (2013)
Doczekaliśmy się kilku kontynuacji słynnego horroru Paranormal Activity, twórcy hiszpańskiego horroru [REC] również postanowili po raz kolejny uderzyć w znane i sprawdzone rejony prezentując kolejne części masakry zombie w otoczce paradokumentalnej. Powstają nowe filmy czerpiące całymi garściami z nurtu, który wydawałoby się, nie jest w stanie już niczym zaskoczyć. Moda na horror dokumentalizowany trwa więc nieustannie od dobrych kilkunastu lat i pomimo rozbieżnych opinii, tego typu kino ma się całkiem nieźle. Syndrom sequela dopadł również amerykańską produkcję V/H/S, która w 2012 roku miała swoją światową premierę. Horror ten stał się dowodem na to, że z podgatunku horror verite można jeszcze wycisnąć kroplę oryginalności i pomysłowości. Czy i tym razem twórcom udało się przeskoczyć poprzeczkę i udowodnić, że z horroru dokumentalizowanego można wydobyć coś jeszcze?niedziela, 28 kwietnia 2013
Recenzja: Piła mechaniczna 3D (2013)
Czy współczesne kino grozy może nas jeszcze czymś zaskoczyć? Na to pytanie można by udzielić w zasadzie jednoznacznej odpowiedzi: poza paroma wyjątkami, nie jest w stanie zaskoczyć nas niczym innowacyjnym. Coraz częściej twórcy sięgają po sprawdzone przepisy i wybierają raczej te nie byle jakie, bo dobrze znane każdemu wielbicielowi horroru. Tym sposobem sezon na filmową grozę w 2013 roku otwarł nam nie kto inny, jak Leatherface ze swoją piłą mechaniczną, niedawno była okazja do obejrzenia odświeżonego Martwego Zła, a pod koniec roku po raz wtóry przyjdzie nam zmierzyć się z upapraną w świńskiej krwi Carrie. O tych dwóch horrorach pewnie jeszcze coś napiszę w swoim czasie, a tym razem pod lupę weźmy legendarną piłę mechaniczną i kolejną opowieść o znanym każdemu wielbicielowi posoki psychopacie w masce z ludzkiej skóry, którą wskrzesił tym razem John Luessenhop.niedziela, 7 kwietnia 2013
Recenzja: The Haunting in Connecticut 2: Ghost of Georgia (2013)
Seans horroru, który chciałbym omówić po dłuższej przerwie, do udanych nie należał. Film Toma Elkinsa nie spełnił moich oczekiwań, choć te też nie były jakieś wygórowane. Po prostu liczyłem na pospolity, szablonowy, acz ciekawie przedstawiony horror o duchach. Nawet tego nie otrzymałem. Bynajmniej nie w satysfakcjonującym stopniu. Przez cały czas wpatrywałem się w ekran monitora w celu wyszukania jakichś ciekawych elementów fabuły, interesujących zwrotów akcji, czegokolwiek na czym można by zawiesić oko. Poza kilkoma ciekawszymi momentami, seans przeleciał mi jednak koło nosa z prędkością światła całkowicie niezauważalnie, nie pozostawiając po sobie praktycznie żadnych pozytywnych wrażeń.wtorek, 19 marca 2013
Recenzja: Egzorcysta (1973)
Egzorcyzmy to obrzędy, które od wszech czasów budzą niegasnące zainteresowanie ludzkości. Nie ma się co dziwić: ludzi kręci to co nieznane, tajemnicze, budzące jednocześnie lęk i trwogę. Rytuał ten przywodzi na myśl zło wdzierające się w ludzką duszę, manipulujące ciałem człowieka. Zło, którego należy się natychmiast pozbyć. Tematyka opętania nie może więc zostać potraktowana przez horror jako gatunek filmowy i literacki zwyczajnie po macoszemu, stanowi przecież doskonałą podstawę do stworzenia ciekawego, mrożącego krew w żyłach filmu, który w świadomości ludzi pozostanie na długo. Takim jest niewątpliwie dzieło Williama Friedkina i Williama Petera Blatty'ego zatytułowane Egzorcysta, powstałe w oparciu o powieść, której autorem jest ten drugi. Z takimi klasykami jak Dziecko Rosemary Polańskiego i The Omen Donnera tworzy razem triadę najbardziej znanych i cenionych na świecie horrorów o zabarwieniu satanistycznym.niedziela, 3 marca 2013
Recenzja: Mama (2013)
Nazwisko debiutującego reżysera Andresa Muschietti'ego powinno być znane choćby w wąskim kręgu wielbicieli horroru krótkometrażowego, a przynajmniej w ostatnim czasie każdy miał okazję o nim co nieco usłyszeć. W 2008 r. eksperymentował w krótkim metrażu i tym sposobem powstała krótkometrażowa wersja horroru Mama- film niespełna czterominutowy, naszpikowany solidną dawką napięcia i rewelacyjną ścieżką dźwiękową. Materiał ten okazał się doskonały do stworzenia pełnometrażowej wersji za produkcję której odpowiada spec od nastrojówek- Guillermo del Toro. Mając na względzie talent, jaki Muschietti potrafił pokazać w krótkometrażowym horrorze, premiera pełnej wersji Mamy nie mogła mi tak po prostu przelecieć koło nosa. Wybrałem się więc na seans z nadziejami, że nie będzie to film mocno przereklamowany i pomijając tych kilka drobnych mankamentów, otrzymałem całkiem przyzwoity horror nastrojowy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




