Wampiry i wilkołaki to stworzenia, które możemy spotkać niemalże we wszystkich kulturach na świecie. O tych groźnych, budzących trwogę istotach możemy dowiedzieć się z różnej maści legend, zaczerpniętych z opowieści zapisanych w średniowiecznych kronikach, choć warto zaznaczyć, że historia tychże stworzeń sięga już czasów starożytnych. Współcześnie wampiry i wilkołaki znamy głównie jako postaci fikcyjne ze świata kinematografii czy literatury. Karmieni setkami filmów czy powieści o tematyce wampiryczno-wilkołaczej snujemy własne wyobrażenia na temat tychże niebezpiecznych istot. W zależności od upodobań i gustów literackich wyobrażenia te mogą ulegać licznym modyfikacjom i przekształceniom, niekiedy na niekorzyść zarówno postaci wampira, jak i likantropa. Choć te dwie krwiożercze bestie kojarzą nam się raczej z bezwzględnością, bezdusznością i okrutnością w postępowaniu ze swoją ofiarą, to dziś możemy zauważyć, że coraz częściej przypisuje im się cechy ludzkie, takie jak współczucie, a nawet... empatię. Choć niewątpliwie podwaja to tragizm tejże postaci, bo z jednej strony włada nią żądza krwi, z drugiej miłość do ofiary (motyw pięknej i bestii), to nie zmienia to jednak faktu, że niegdyś okrutne i niebezpieczne, niemalże o zwierzęcych instynktach wampiry i wilkołaki, dziś przerodziły się w lśniące w słońcu istoty zdecydowanie mniej groźne i bardziej powściągliwe od swych pierwotnych, dzikich instynktów. Niezależnie od tego, czy jesteśmy zwolennikami pierwotnej wizji wampira i wilkołaka, czy wolimy bardziej ugrzecznioną wersję jednego i drugiego faktem jest, że od zarania dziejów zajmują one czołowe miejsce w panteonie najbardziej znanych antagonistów literackiego i filmowego horroru. Pozycja książkowa Erberta Petoi, którą pragnę tutaj pokrótce omówić i gorąco polecić, z pewnością przypadnie do gustu koneserom wampirów i wilkołaków w klasycznym wydaniu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mroczne legendy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mroczne legendy. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 kwietnia 2016
Recenzja: Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności (Erberto Petoia)
Wampiry i wilkołaki to stworzenia, które możemy spotkać niemalże we wszystkich kulturach na świecie. O tych groźnych, budzących trwogę istotach możemy dowiedzieć się z różnej maści legend, zaczerpniętych z opowieści zapisanych w średniowiecznych kronikach, choć warto zaznaczyć, że historia tychże stworzeń sięga już czasów starożytnych. Współcześnie wampiry i wilkołaki znamy głównie jako postaci fikcyjne ze świata kinematografii czy literatury. Karmieni setkami filmów czy powieści o tematyce wampiryczno-wilkołaczej snujemy własne wyobrażenia na temat tychże niebezpiecznych istot. W zależności od upodobań i gustów literackich wyobrażenia te mogą ulegać licznym modyfikacjom i przekształceniom, niekiedy na niekorzyść zarówno postaci wampira, jak i likantropa. Choć te dwie krwiożercze bestie kojarzą nam się raczej z bezwzględnością, bezdusznością i okrutnością w postępowaniu ze swoją ofiarą, to dziś możemy zauważyć, że coraz częściej przypisuje im się cechy ludzkie, takie jak współczucie, a nawet... empatię. Choć niewątpliwie podwaja to tragizm tejże postaci, bo z jednej strony włada nią żądza krwi, z drugiej miłość do ofiary (motyw pięknej i bestii), to nie zmienia to jednak faktu, że niegdyś okrutne i niebezpieczne, niemalże o zwierzęcych instynktach wampiry i wilkołaki, dziś przerodziły się w lśniące w słońcu istoty zdecydowanie mniej groźne i bardziej powściągliwe od swych pierwotnych, dzikich instynktów. Niezależnie od tego, czy jesteśmy zwolennikami pierwotnej wizji wampira i wilkołaka, czy wolimy bardziej ugrzecznioną wersję jednego i drugiego faktem jest, że od zarania dziejów zajmują one czołowe miejsce w panteonie najbardziej znanych antagonistów literackiego i filmowego horroru. Pozycja książkowa Erberta Petoi, którą pragnę tutaj pokrótce omówić i gorąco polecić, z pewnością przypadnie do gustu koneserom wampirów i wilkołaków w klasycznym wydaniu. poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Recenzja: Pan na Wisiołach. Mroczne siedlisko (Piotr Kulpa), 2014
W notce biograficznej umieszczonej na końcu książki możemy przeczytać, że Piotr Kulpa to człowiek orkiestra. Rzeczywiście określenie to doskonale pasuje do osoby, która oprócz pisania wierszy, powieści, czy dramatów, jest również frontmenem zespołu "meakulpa" oraz prowadzi amatorski teatr Trupa Propaganda. Wcześniej nie miałem okazji zetknąć się z żadną powieścią tego autora, ponieważ do tej pory poruszał się w stylistyce powieści familijnych, która zwyczajnie mi nie po drodze. Pisarz z Bełchatowa postanowił jednak spróbować własnych sił w zupełnie innym gatunku, publikując swoją pierwszą powieść grozy zatytułowaną Pan na Wisiołach. Mroczne siedlisko. Jest to pierwsza część cyklu o nowych mieszkańcach wsi Wisioły - odludnej miejscowości usytuowanej w górach, którą zamieszkują sami starcy. Zaciekawiony fabułą powieści, z wielkim zainteresowaniem postanowiłem odwiedzić Wisioły i na własnej skórze przekonać się, co spowodowało, że w tym odludnym miejscu bytują sami staruszkowie i jaka tajemnica się za tym kryje.
środa, 9 kwietnia 2014
Recenzja: Campfire Tales (aka Mroczne Opowieści), 1997
Tajemnicze, niesamowite, budzące grozę miejskie legendy zna chyba każdy z nas. Jako młodzi gniewni, łaknący propagandy, opowiadaliśmy sobie te historyjki nocą przy ognisku lub w czasie domowej imprezki i zawsze, kiedy je słyszeliśmy, na głowie jeżył się włos ze strachu. Opowieść o czarnej wołdze, żyletce w jabłku czy historyjka o kopytniku to tylko pojedyncze przykłady. Miejscowych opowieści jest tak naprawdę cała masa i trudno je zliczyć. Jedne przerażają swoją autentycznością i makabrycznością, inne śmieszą. Raz usłyszana opowieść budząca grodzę, przerażenie lub nacechowana groteskowością i czarnym humorem może trafić do szerokiego grona odbiorców, ulegając licznym modyfikacjom i przekształceniom. Popularność miejskich legend wychwycili niektórzy twórcy horroru, wplatając te proste historie w fabułę filmu. Oczywiście w przypadku filmu grozy bazującego na popularnych miejskich opowieściach nie można liczyć na fajerwerki, bo produkcje te - choć pełne grozy - są z góry skazane na przewidywalność akcji. Campfire Tales to klasyczny przykład dreszczowca, który pomimo że bazuje na popularnych, znanych każdemu miejskich legendach, potrafi również zaskoczyć i chwilami wywołać dreszczyk emocji.
wtorek, 7 stycznia 2014
Uczta (opowiadanie)
Treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich lub nadwrażliwych!
Zanim otworzyła oczy, najpierw poczuła w brzuchu potężny, uciążliwy ucisk, a potem niewyobrażalny ból. Jakby ktoś dosłownie rozpłatał ją na pół i gołymi rękoma wyrywał wnętrzności. Dopiero chwilę później poczuła, że z pomiędzy jej nóg wydobywa się lepka, galaretowata ciecz.
Bóle porodowe. Już czas na rozwiązanie. Pomyślała przez chwilę.
Wtedy się ocknęła i spojrzała dookoła. Leżała na gołej ziemi oparta głową o ścianę wokół jakichś starych, zardzewiałych maszyn. Niski sufit oraz betonowe ściany przypominały ochronny bunkier. Po drugiej stronie pokoju dojrzała schody wiodące na górę. Na środku stał kociołek umiejscowiony na dużym, niskim palniku gazowym. Wrzał. Para wodna buchała i eksplodowała na wszystkie strony, co sprawiło, że w całym pomieszczeniu było niewyobrażalnie gorąco i duszno. Z przerażeniem stwierdziła, że jej włosy całe ulepione są we krwi. Skąd się tu, do diabła, wzięła?I wtedy weszli do środka.
Mężczyzna i kobieta przypominali razem parę brudnych, obskurnych australopiteków. Oboje mieli długie, ulepione błotem włosy. Twarz mężczyzny upstrzona była dodatkowo dużym, przynajmniej półrocznym zarostem. Ich twarze były nienaturalnie blade i kontrastowały z czarnymi, długimi płaszczami, jakie mieli na sobie. Wyglądali jak jacyś dziwacy z odrealnionego horroru. Ale to w porównaniu do wyglądu ich nóg, wcale nie było najgorsze. To właśnie ich wygląd od pasa w dół zaprzeczał wszelkim wyobrażeniom dziewczyny i doprowadził ją do przeraźliwego krzyku.
Zarówno kobieta, jak i mężczyzna mieli nogi porośnięte czarną, błyszczącą, króciutką sierścią. Nie mogła w to uwierzyć, ale w bladym świetle żarówki dojrzała, że nogi zakończone są kopytami. Była tego pewna.
Krzyczała i wierzgała nogami, ale nie mogła się ruszyć. Nogi i ręce miała ze sobą związane grubym sznurem. Dopiero teraz zauważyła, że ma na sobie tylko zwiewną, delikatną bluzkę.
Obcy coś do siebie mówili i wskazywali na nią. Nie była w stanie zrozumieć ich bełkotliwego gadania, ale najwyraźniej chodziło im o stan, w jakim się obecnie znajduje.
Mężczyzna podszedł do niej i wyszczerzył bielutkie zęby, wśród których największą uwagę przykuwały długie, ostre kły. Cuchnął zwierzęcą padliną. Teraz dostrzegła, że wcale nie jest umorusany w błocie. To była ciemna, brunatna, skrzepnięta krew. Wymierzył jej mocny policzek i półprzytomna opadła na ziemię.
Właśnie zaczynał się poród.
***
Marcia spojrzała na zegarek i stwierdziła, że są mocno spóźnieni. U rodziców Daniego powinni być o wpół do ósmej, a jej zegarek wskazywał na dziewiętnastą. Za nic na świecie nie dojadą do nich w pół godziny. Tym bardziej, że właśnie na dworze zaczął padać gęsty śnieg, co znacznie utrudni im dojazd. Trudno, z wieczerzą wigilijną będą musieli na nich zaczekać. Kiedy Marcia poprawiała namiętnie makijaż przed lustrem, do łazienki wszedł Daniel i tuż przy progu zaczął do niej wymachiwać kluczykami od auta.
- znalazłem kluczyki. Dosyć tego pindrzenia się. I tak wyglądasz bosko – skłamał. Osobiście wolał Marcię w wytapetowanej wersji. Była seksowniejsza i o wiele bardziej pociągająca – no jesteśmy już spóźnieni…
- skarbie, jeszcze sekundkę. Wepnę sobie tylko kilka różyczek we włosy i możemy jechać – spojrzała na niego, zatrzepotała sztucznymi rzęsami i zrobiła żenującą, typowo facebookową minkę. Facebookowe dziubki zawsze robiły na nim wrażenie, ale tym razem naprawdę byli już spóźnieni.
- włóż sobie jeszcze kilka gałązek sosnowych we włosy i będziesz wyglądała jak wigilijna choinka – odcedził jej, wiedząc, że przez resztę drogi nie odezwie się do niego. Możliwe, że będzie nadąsana również przy stole wigilijnym u jego rodziców. Tyle, że on wcale nie zamierzał jechać do starych na wigilię. Bynajmniej nie od razu. Postanowił, że najpierw zajadą do jego starego kumpla, który dwa dni temu wrócił z Ukrainy z nowym towarem marihuany i LSD. Dopiero później mieli odwiedzić rodziców. Kto wie? Może nawet zapuszczą się razem na pasterkę?
- To będzie zajebista wieczerza wigilijna – uśmiechnął się na samą myśl o jaraniu i żarciu, jakie zagości w tym roku na ich wigilijnym stole. Był nieco głodny. A jeśli on jest głodny, to jest i cholernie zły.
- tyyy… eee… mówiłeś coś? – teraz Marcia zrobiła skrzywioną minę głupiutkiej lolitki, która nie odróżnia koła od kwadratu.
- nic, jak się pośpieszysz, to zobaczysz – wyszczerzył zęby i znów pomachał jej przed nosem kluczykami.
Kiedy skończyła nakładać ostatnie warstwy grubej tapety na twarz, wyszli z domu, zamknęli drzwi na klucz, rozejrzeli się, czy przypadkiem nikt ich nie widzi, po czym wsiedli do auta i odjechali.
Na dworze zaczął wiać coraz silniejszy wiatr.
Zanosiło się na porządną śnieżycę.
***
Krzyczała i wierzgała nogami, ile tylko starczyło jej sił. Za nic nie mogła się uwolnić. Zarówno nogi, jak i ręce miała teraz przywiązane do metalowej poręczy łóżka, na które ją przenieśli. Czuła niesamowity ból w podbrzuszu. Czasami traciła przytomność, ale kobieta poiła ją zimną wodą i robiła okłady na czole. Gestykulacją nakazywała jej robić głębokie, intensywne wdechy i wydechy.
Tymczasem skupiony na porodzie mężczyzna zanurzył ręce w jej kroczu, próbując uchwycić główkę noworodka, która w tym momencie wyłaniała się z pochwy. Powoli, z wprawioną ostrożnością, uwolnił nowo narodzone dziecko z ciasnych i obślizgłych narządów płciowych, po czym zębami odgryzł pępowinę. Widząc to, jego towarzyszka zostawiła półprzytomną dziewczynę samą na łóżku i podeszła do noworodka, wymierzając mu klapsa w pupę.
W bunkrze rozległ się przeraźliwy krzyk nowo narodzonego dziecka.
Żyło.
Zadowolona zabrała się za konsumpcję krwistego łożyska.
Słysząc to, skonana na łóżku dziewczyna podniosła instynktownie głowę w kierunku płaczu noworodka i zobaczyła, że dziwacy kładą je na stole oświetlonym przez dyndającą na kablu żarówkę, umocowaną na suficie. Czuła, jak gula stanęła jej w gardle.
Słyszała szepty.
Coś na kształt tajemniczej, tylko im znanej modlitwy.
Widziała, jak mężczyzna wskazuje kobiecie na zestaw rzeźnickich narzędzi, które leżały na jednej z metalowych półek.
Gula przeraźliwego strachu wciąż rosła.
Dziwaczka podeszła do niej, sięgnęła po nóż i półmisek ubrudzony we krwi, leżący obok.
Paniczny strach spowodował, że ciałem dziewczyny zaczęły władać drgawki nad którymi nie mogła zapanować. Krzyczała.
Obcy wyraźnie ją ignorowali.
Nóż podała mężczyźnie i z pełną gotowością czekała, aż rozpocznie swoją robotę.
Widząc to, zaczęła krzyczeć donośniej i płakać. Robiła hałas, by skupić ich uwagę na sobie i uniemożliwić im zabicie jej jedynego dziecka, którego nie miała nawet szans przytulić i dowiedzieć się, jakiej jest płci.
Nie miała żadnych szans, by ujrzeć twarz małej, niewinnej kruszynki, na którą czekała przecież tyle lat.
Wierzgała rękami i nogami, raniąc tylko swoje ciało, w które wrzynał się gruby sznur.
Nie czuła bólu. Była sparaliżowana obsceniczną sceną, która właśnie rozgrywała się na jej oczach.
Krzyki matki i dziecka połączyły się ze sobą w bestialskim akcie przerażenia. Swoistej pępowinie życia, która za chwilę miała zostać przerwana.
Nagle płacz noworodka ucichł. Jego miejsce zastąpił dźwięk skapującej do półmiska świeżutkiej, gęstej krwi…
***
Jechali w milczeniu aż do momentu, kiedy wjechali w skąpaną we śniegu gęstwinę lasu, która otaczała drogę z obu stron. To właśnie wtedy wpadli w poślizg i zaliczyli jedno, solidne drzewo, które zmasakrowało przednią część ich auta. I przerwało milczenie.
Tylko Dany doznał niewielkich uszkodzeń. W trakcie stłuczki przednia szyba samochodu rozprysła się na tysiące małych kawałków. Większy okaz utkwił mu w lewym policzku. Marci nie spadła ani jedna różyczka z głowy. Miała farta.
- no i pięknie – syknęła Marcia – jak sobie teraz wyobrażasz dalszą podróż pierdolona atrapo Kubicy?
Dany chwycił za kawałek szkła, które utwierdziło się w jego policzku i z całej siły uwolnił je z ciała, pozostawiając na twarzy paskudną ranę, z której dyndał niewielki skrawek mięsa.
- jak to jak? – spojrzał na nią spode łba i z uśmiechem na twarzy dokończył - idziemy z buta. Pomijając fakt, że twoje różyczki w głowie oklapną pod wpływem mrozu i będą wyglądały jak czerwone gówno, nam nic się nie stanie. To już niedaleko – na samą myśl o tym, że nie zajadą do kumpla po „wigilijne sianko” poczuł skurcz w żołądku. Będą musieli najpierw zajść do rodziców na wigilię.
- ty szujo – jęknęła Marcia wpychając mu palca w świeżą ranę na policzku. Dany uwielbiał masochistyczne zabawy z Marcią, więc mu się to nawet podobało – mam nadzieję, że wykorzystasz szansę i po drodze do twoich starych zapuścimy się gdzieś w krzaczki. Pamiętaj: zimą jeszcze ich nie zaliczyliśmy.
Zastanowił się przez chwilę nad propozycją Marci, jednak górę wzięło zupełnie inne pragnienie.
Czuł coraz większy głód.
- całkiem znośna propozycja, ale wiesz co? Jestem zajebiście głodny, więc bierz tę gównianą latarkę, leży w schowku po stronie pasażera, ruszaj dziursko i spadajmy stąd.
Marcia wygramoliła się z wraku, ruszając za Danielem i siarcząc gęsto łaciną podwórkową. Wiązanka przekleństw naturalnie skierowana była w kierunku jej chamskiego ostatnio ciacha. Mimo wszystko lubiła go za to. Jego chamskość była prologiem do ostrych igraszek w łóżku. Wrak samochodu zostawili w rowie, pośród gęstego lasu, nie zważając na szkody i straty. Samochód już ich nie obchodził. W końcu go ukradli. I nie obchodziło ich to, że w każdej chwili gliny mogą go odnaleźć.
Wiedzieli, że prawo i tak ich nie dosięgnie.
- wiesz co? Też jestem zajebiście głodna – wymamrotała Marcia, spoglądając przed siebie.
Dalej czekała na nich długa, kręta, zaśnieżona droga, która wiła się pomiędzy gęstą puszczą.
***
Na niebie dawno już rozbłysła pierwsza gwiazdka. Wielu mieszkańców Wąpierza Dolnego zasiadało właśnie do wieczerzy wigilijnej, nie wypatrując jednak nieba w poszukiwaniu pierwszej gwiazdki. To akurat usłane było ciężkimi chmurami, z których obficie padał śnieg. Rozpętała się też wichura.
Najpierw będzie opłatek. Później konsumpcja. Na stołach obowiązkowo dwanaście potraw. Taka tradycja. Później będą kolędy i koniecznie seansik Kevina samego w domu przed telewizorem w towarzystwie świątecznych smakołyków i butelki wódki. A potem pasterka. Tak. Pasterka o północy była w tych okolicach bardzo pielęgnowanym zwyczajem. Sama droga do kościoła stanowiła niesamowite przeżycie. Gdyby nie trudne warunki pogodowe, grupka mieszkańców tej niewielkiej pipidówki wybrałaby się pewnie na pasterkę wspólnie, wybierając pieszą wędrówkę. Kościół usytuowany był po drugiej stronie lasu, a żeby się do niego dostać, należało dwa kilometry przejść drogą wiodącą przez las. Kiedy było pogodnie, ludzie zabierali ze sobą lampiony i dwie godziny wcześniej ruszali w drogę pieszo, śpiewając kolędy.
Piękny zwyczaj.
Po drodze opowiadano sobie również niesamowite historie, wśród których największą uwagę wszystkich przykuwała legenda o ludziach-demonach, którzy tysiące lat temu mieliby w tutejszej puszczy zasiedlić się i w każdą wigilię Bożego Narodzenia atakować mieszkańców udających się do kościoła na pasterkę, wypijając z nich krew. Jedyną ochroną przed nimi był nie tylko czosnek i krucyfiks. Istoty, wyglądem przypominające człowieka-konia, ponoć strasznie bały się kościelnych pieśni. Tradycja ta przetrwała do dziś i oprócz specyficznej nazwy miejscowości, w tę wyjątkową noc wszyscy mieszkańcy Wąpierza Dolnego zbierali się wspólnie w podróż do kościoła usytuowanego po drugiej stronie lasu, wyśpiewując właśnie kolędy.
Ale przecież wampiry nie istnieją. Nie ma strzyg, upiorów, lamii. Nie ma likantropów i larw. I nikt się ich już nie boi. W końcu era zakochanych wampirków o brokatowym obliczu przyćmiła wyobrażenie wampira jako istoty nie tyle romantycznej, co niebezpiecznej.
Dziś wampiry kojarzą się tylko z cukierkowatymi historyjkami miłosnymi.
Coraz częściej zdarzało się nawet, że w tych okolicach horda zdebilałych nastolatek udawała się na pasterkę tylko dlatego, by móc doczekać chwili, kiedy w ten wyjątkowy, magiczny, wigilijny wieczór z pobliskiego lasu wyskoczy Edward Cullen i zaciągnie którąś w krzaki.
Póki co Edward Cullen nie zapuszczał się w te rejony.
***
Wszystko wskazywało na to, że w tym roku Mateusz wieczór wigilijny spędzi samotnie w domu. Jak zwykle w wigilię musiał pokłócić się z Anną, która tym razem udała się honorem i postanowiła spędzić święta u matki. Wzięła samochód i bez chwili zastanowienia odjechała, zostawiając go samego z masą niedokończonych, świątecznych przygotowań. Mógł udać się za nią, ale istniało ryzyko, że jego duma zostanie bardzo zszargana. Nie był typem lizydupka i pantoflarza.
Ale, do jasnej cholery, puścił w podróż kobietę ciężarną, która – zgodnie z terminem – za dwa tygodnie miała rodzić.
Dopiero godzinę później trafił po rozum do głowy. Sięgnął po telefon i zadzwonił do niej na komórkę. Nie odbierała. Stwierdził, że zadzwoni na domowy do rodziców Anny. Być może nie zdąży do nich dojechać (bo i nie miałby czym), ale chociaż upewni się, że bezpiecznie dotarła na miejsce.
Wybił numer. Brak sygnału. Wyjrzał przez okno i zobaczył, że na liny zwalił się potężny konar drzewa, uniemożliwiając mu wykonanie połączenia.
Pięknie. Po prostu zajebiście. Pomyślał.
Wiatr się zmagał.
Pozostała tylko jedna opcja.
Dzwonić do niej na komórkę.
Być może za którymś razem w końcu odbierze…
***
Kiedy wypili świeżą krew, zabrali się za dziewczynę. Leżała półprzytomna z wycieńczenia i zdawało się, że zobojętniała na zaistniałą sytuację. Z jej twarzy dało się wyczytać rezygnację i pogodzenie z losem. Wiedziała, że będzie następna i nikt już jej nie pomoże. Mężczyzna poluzował sznury u rąk i nóg swojej zdobyczy, a jego towarzyszka zajęła się wlewaniem resztek świeżo upuszczonej krwi do jakichś niewielkich fiolek.
Ciało niemowlęcia wylądowało w kociołku.
Sięgnął po nóż, który włożył pomiędzy jej piersi. Jednym zamachem przeciął delikatną, niebieską bluzkę na pół, następnie rozerwał stanik. Kiedy odwrócił się do swojej towarzyszki, ona otworzyła oczy i zdążyła wyrwać mężczyźnie nóż, który szybko wbiła w jego kark. Narzędzie napotkało na przeszkodę w postaci delikatnych kości kręgosłupa, łamiąc je na drobne elementy.
Od tej chwili musiała działać szybko.
Kiedy zaskoczony mężczyzna z nożem w karku opadł na ziemię, zeskoczyła z łóżka i w błyskawicznym tempie sięgnęła po rękojeść noża. Lewą nogą przytrzymała głowę charszczącego i dławiącego się mężczyzny i obiema rękami wyciągnęła ostrze.
W tym czasie kobieta-demon odskoczyła od kociołka i rzuciła się na dziewczynę. Ta zaś wprawnym ruchem zrobiła unik w bok i z nożem w ręku uciekła w kierunku schodów wiodących na górę.
Ku jej zdziwieniu, dziwaczka nie podążyła za nią. Uciekając na dwór, usłyszała gulgoczący głos mężczyzny. Jednak przeżył. Odwróciła się bokiem, by ocenić sytuację. Ujrzała, że kobieta podnosi mężczyznę, który trzymał się za szyję. Nie dojrzała krwi, co było według niej bardzo dziwne. Mężczyzna wskazał na nią i oboje z kobietą udali się w pościg za uciekającą właśnie zdobyczą.
Ile sił w nogach musiała stąd uciekać.
Przez głowę przelatywała teraz horda nieskoordynowanych myśli.
O ile dobrze pamięta, potrąciła sarnę mniej więcej w połowie drogi wiodącej przez las. Następnie zjechała na bok, uderzając w znak drogowy. Wtedy straciła przytomność.
Potem znalazła się tutaj. Nie wie jak daleko od głównej trasy się teraz znajduje.
Miała dwie możliwości.
Szybko przedostać się na drogę i uciekać.
Albo w stronę kościoła, albo w kierunku miasteczka.
***
Przez całą drogę Marcia pluła jadem w kierunku Daniego, co było jedynie pretekstem do wszczęcia komicznej dyskusji dwojga młodych, głupich, nadąsanych kochanków. Konwersacja ta ciągnęłaby się dalej, gdyby nie dzwonek telefonu, który właśnie usłyszeli.
- odbierzesz wreszcie tę cegłę, czy mam ci ją wyjąć z kieszeni i pierdolnąć ci nią w głowę – Marcia była zadowolona z tego co powiedziała. Najwidoczniej uznała to zdanie za najzabawniejsze, jakie kiedykolwiek zdołała wymyślić.
Na Danielu jak zwykle nie zrobiło to żadnego wrażenia.
- a nie wydaje ci się, imitacjo inteligencji, że odgłos tego telefonu nie dochodzi z moich gaci?
Faktycznie, to nie był telefon Daniego. Cichy dźwięk utworu Snow is falling Shakin’a Stevens'a dochodził ze stłuczonego auta, do którego właśnie dochodzili. Wcześniej go nie zauważyli, bo wciąż obficie padał śnieg. A ich latarka nie miała dużego zasięgu.
- o kurwa, przeżywam deja vu – wycedziła Marcia widząc przed sobą wrak nowiutkiego porsche, rozbitego o znak drogowy.
- a ja doświadczam orgazmu – przygryzł jej Daniel – nie zauważyłaś, że po pierwsze to zupełnie inna marka samochodu, a po drugie, my zderzyliśmy się z drzewem?
- dobra nie sraj żarem, tylko chodźmy sprawdzić, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. – Marcia ruszyła w stronę auta.
Przednia część samochodu przypominała harmonijkę. Podobnie, jak w przypadku ich vana, tu również nie było przedniej szyby. W środku, na przednim siedzeniu po stronie pasażera błyszczał ekran telefonu komórkowego, który sygnalizował nieodebrane połączenie. Zanim Marcia po niego sięgnęła, na ekraniku pojawiła się wiadomość o krytycznym stanie baterii, po czym telefon się wyłączył.
- widzisz? Spierdoliłaś sprawę. Telefon zdechł na twój widok. – Dany robił się coraz bardziej głodny, o czym świadczyło jego prostackie zachowanie.
Ale Marcia nie zwracała już na niego uwagi. Kiedy oddała komórkę Daniemu, wyszła na środek drogi i czemuś się przyglądała.
- Dany…
- pierdol się, nie ma tu nikogo, więc spadamy.
- Daniel…
- czego? Znowu masz zwidy? Przecież nic nie brałaś.
- spójrz przed siebie.
Stanął obok niej i wpatrywał się w punkt słabo oświetlany przez latarkę. Co chwila światło migotało, uniemożliwiając mu dostrzeżenie tego, co przed chwilą ujrzała Marta. Widział jedynie asfaltową drogę, zasypaną śniegiem i drzewa po obu stronach. Nic więcej.
- przypatrz się, ktoś schodzi z tamtej skarpy, widzisz? – Marcia wskazała na niewielką skałkę po lewej stronie drogi, oddaloną od nich o jakieś cztery, może pięć metrów.
Światło latarki zgasło. Potrząsnęła nią. Światło wróciło, ale było jeszcze bardziej mdłe, niż przedtem.
- ja pierdzielę, tracimy oświetlenie Dany…
Śnieżyca nieco się uspokoiła, jednak wciąż praktycznie nic nie było widać.
Na moment zza grubej warstwy chmur, wyjrzała okrąglutka tarcza księżyca.
- o kurwa… - warknął Dany.
Ich oczom ukazała się naga, roztrzęsiona i cholernie wystraszona kobieta.
***
Biegła, ile miała sił w nogach. Pomiędzy drzewami nie było to wcale takie łatwe. Ale jakoś sobie radziła. Przeszkodą był dodatkowo uporczywy śnieg padający obficie z nieba, który ciągle smagał jej nagie ciało. Biegnąc po puszystej, zimnej tafli białego puchu czuła, jakby stąpała po cieniutkich, lodowatych igiełkach, wbijających się prosto w jej przemarznięte stopy.
Mimo wszystko dawała radę. Motywacją była patologiczna chęć przetrwania tego koszmaru. W głowie brzęczała teraz tylko jedna myśl: nie daj się tym skurwysynom.
Nie słyszała żadnych dźwięków zdradzających ich obecność w pobliżu.
Słyszała tylko wiatr, który gdzieś u góry próbował przedrzeć się przez korony drzew.
Ale wiatr dokuczał również na dole. Przy większych porywach traciła dech w piersiach.
Biegła dalej. Przed siebie.
Mati, jak ja cię teraz potrzebuję. Pomyślała przez chwilę o wigilii, którą być może właśnie spędzałaby u boku swojego ukochanego, w ciepłym, przytulnym domku. Wspólnie przygotowywaliby posiłki, ustawili talerze na stole, ułożyli prezenty pod choinką. Wszystko potoczyłoby się zapewne inaczej, gdyby nie udała się honorem i po kłótni - której przyczyną okazały się jak zwykle naiwne i bezpodstawne podejrzenia o jego romans z sekretarką – pojechała do rodziców (stwierdziła, że powinna ograniczyć popularne tasiemce wenezuelskie, emitowane niemalże na każdym kanale telewizyjnym – to rozwija chorą wyobraźnię i może okazać się przyczyną rozpadu wielu związków).
Później, w oczekiwaniu na pasterkę, zajęliby się przygotowaniami do szpitala. Spakowaliby szlafrok, ręcznik i kapcie. W każdej chwili mogłyby złapać ją bóle porodowe i zacząłby się poród. Musiała się przygotować na najgorsze.
Myśl ta bardzo ją dobiła. Doczekała porodu niczym z jakiegoś pokurwionego horroru.
Nie takiego obrotu spraw się spodziewała.
Nagle usłyszała głosy jakichś ludzi. Głosy dochodziły z przodu. Już miała wołać o pomoc, ale doszła do wniosku, że lepiej nie zdradzać póki co swojej obecności. W każdej chwili mogli gdzieś się na nią zaczaić i zaatakować. Aż strach pomyśleć, co mogliby z nią zrobić.
Wciąż nie mogła uwierzyć w ich istnienie. Przecież, do jasnej cholery, oni nie mieli ludzkich nóg!
Ze skałki, przed którą właśnie stanęła, zejdzie po cichu. Spojrzała na drogę oświetloną bledziutkim światłem latarki.
Poczuła, że iskierka nadziei powróciła. Miała cholernego farta.
Na chwilę za ciężkich chmur wyjrzał księżyc.
Znalazła się dokładnie w tym miejscu, w którym przejechała sarnę.
Dostrzegła wrak swojego porsche.
Obok rozbitego auta stali jacyś ludzie.
***
- myślisz, że powinna dołączyć do nas? – zapytał cichym głosem.
- nie wiem – odpowiedziała mu – a co na to twoi rodzice?
- kochanie, przecież przy wigilijnym stole zawsze znajdzie się dodatkowe miejsce dla niespodziewanego gościa – spojrzał na nią – na pewno będą zadowoleni. Lubią nowe towarzystwo.
- A więc gotowy?
- jak najbardziej – odpowiedział.
Ruszyli z kopyta w jej stronę.
***
Zejście ze skałki okazało się dla niej bardzo uciążliwe. Było cholernie ślisko i musiała uważać, by się nie porozbijać. W końcu udało jej się zejść na główną drogę. Stanęła przed nimi, czując ich wzrok na sobie.
Czuła się podle. Była naga, ubrudzona we krwi i resztkach wód płodowych. Mogli wziąć ją za wariatkę.
Nie obchodziło ją to. Ważne, że teraz nie jest sama. W kupie raźniej.
Już miała się odezwać, ostrzec ich przed tym czymś, co w bunkrze wyrządziło jej krzywdę. Już miała prosić o pomoc, błagać, by zadzwonili po policję, zrobili cokolwiek, byleby To ich nie dopadło.
Już otwierała usta, kiedy oni z impetem rzucili się na nią.
I zaczęli gryźć.
***
Dzwonił chyba z pięćdziesiąt razy. Każda próba okazała się totalną klapą.
W końcu wyłączyła telefon.
A mogło być inaczej. Pomyślał.
Wielu ludzi łączy się teraz przy wspólnym stole i składa sobie najserdeczniejsze życzenia.
W większości są to fałszywe obietnice, których i tak nikt nie będzie się trzymał.
Ale, do jasnej cholery, w takiej chwili, jedynej w całym roku, nawet najbardziej zakłamane życzenia nie stają w gardle jak ość karpia. Nie kłują w gardło. I nie ranią. Nawet, jeśli jest się świadomym, że to kupa bzdur, które nigdy nie będą miały racji bytu.
To jedyna taka noc, kiedy bez względu na okoliczności powinni być razem.
Spieprzył sprawę.
Ale ona również.
Naważyli sobie piwa wspólnie i teraz oboje muszą je wypić.
Jutro pewnie wróci. Na pewno. Za dwa dni będziemy się z tego śmiać.
Wszedł do kuchni, otworzył lodówkę i sięgnął po schłodzoną Finlandię 0.7.
Olej to. Przecież świat się nie kończy o byle jakie sprzeczki.
Jak się przyjrzeć temu bliżej, to nie była nawet twoja wina.
To ona zaczęła, nie ty.
Przecież wiesz, że nigdy jej nie zdradziłeś.
Wszedł do salonu, rozsiadł się wygodnie na sofie i włączył telewizor.
Zamierzał tę noc spędzić przy butelce wódki, zalewając robaka.
***
Dziewczyna z różyczkami we włosach spiętych w kok, na oko ze dwadzieścia lat, nie więcej, była silna jak cholera. Dopadła do jej piersi i zaczęła je gryźć, aż z sutków zaczęła spływać krew wymieszana z sączącym się mlekiem. Najwyraźniej sprawiało to jej zabawę, skoro co chwila przerywała i spoglądała na nią z zabawną miną głupiutkiej idiotki. Jej towarzysz – brunet, krótko ostrzyżony, mniej więcej w tym samym wieku – trzymał ją z tyłu za ręce i próbował wgryźć się w jej szyję.
Co się tu, do kurwy nędzy dzieje? Nie mogła uwierzyć w to wszystko. Przez chwilę pomyślała nawet, że jej się to śni. Że zaraz obudzi się w swojej nowo kupionej chatce, w której spędzi pierwsze święta razem z jej ukochanym. W oczekiwaniu na dziecko, które będzie żyło i będzie czuło się bezpiecznie.
Niestety wyobrażenia te szybko wyleciały z jej głowy, kiedy usłyszała donośny głos kobiety i mężczyzny, którzy przetrzymywali ją w bunkrze. Stali zaraz za nimi.
A jednak ruszyli w pogoń. I ją znaleźli w towarzystwie kolejnych pokurwieńców, którzy najwyraźniej mają chęć na jej mięso.
- Wy debile! Zostawicie ją! Nie możecie doprowadzić do przemiany! To kobieta, która urodziła pierworodnego!
Nie mogła zidentyfikować które z dziwaków z bunkra wydało rozkaz, ale najwidoczniej była to bardzo ważna informacja, bowiem dziewczyna i chłopak natychmiast ją puścili. Upadła z impetem na drogę. Próbując się podnieść dostrzegła, że z jej lewej piersi zwisa kawał mięsa.
Skurwysyny przegryzły mi pierś. Czuła rosnącą nienawiść względem nich. Czuła obrzydzenie do swojego ciała. Chciała umrzeć. Nie miała już siły na próbę przetrwania.
Spojrzała na nich wszystkich i z niedowierzaniem dostrzegła pewne podobieństwo.
Wszyscy mieli cholernie bladą twarz. Nie widziała nóg tych młodych, bo nosili spodnie.
Ale była pewna, że są ze sobą w jakiś sposób spokrewnieni.
Właśnie zdała sobie sprawę, że wpadła w sidła, z których nie ma już wyjścia.
Kobieta podeszła do niej i złapała ją za prawą nogę. Szarpnięcie było mocne, bowiem znów z wielką siłą runęła na ziemię, przegryzając sobie język w chwili, gdy żuchwą otarła o zaśnieżony asfalt. Zaczęła krwawić.
Kobieta sięgnęła po nóż i pewnym ruchem przecięła jej ścięgno Achillesa.
To samo zrobiła z drugą nogą.
- Już nigdzie nam nie ucieknie – wypowiedziała te słowa z gracją, jakby była myśliwym, któremu właśnie udało się dopaść najbardziej okazałego jelenia.
Puściła ją i podeszła do grupki przyglądającej się temu, co właśnie zrobiła.
Czuła niesamowity ból w okolicy świeżo zadanych ran. Po cichu łkała, zaciskając zęby. Przetrwa ten ból.
Czuła, że niedługo to wszystko się skończy.
- Dany, ty jełopie, ile razy mówiłam ci, żebyś nie wdawał się w tarapaty. Mogli cię nakryć! – kobieta z bunkra wydawała się dyrygować całą tą zgrają. Była ich przełożoną. Stróżem, który musiał wszystkiego dopilnować.
- mamusiu, ale my z Marcią wszystko załatwiliśmy sprawnie. Zapolowaliśmy na dwoje staruszków mieszkających jakieś dwieście kilometrów stąd, zarżnęliśmy ich tak, by wyglądało to na zabójstwo zwykłego śmiertelnika, a potem zwędziliśmy ich auto – spojrzał na matkę. Lustrowała go z uwagą – ale przypierdoliliśmy w pierwsze lepsze drzewo, kiedy wjechaliśmy na teren puszczy. Wiesz, jak jest cholernie ślisko? Przecież piechotą nie zdążylibyśmy na wieczerzę – jego mowa nie wydawała się dla kobiety zbyt przekonująca. Była żenująca i dziecinna.
- czasami wydaje mi się, że powinieneś robić za małpiszona w cyrku. Jesteś żałosny. – chłopak opuścił głowę – my tu z ojcem staramy się, by przepowiednia naszych Ojców została zrealizowana, a ty razem z nią – wskazała na Marcię, która była przejęta powagą sytuacji – rozrabiacie w mieście!
Próbowała doczołgać się w krzaki, choć wiedziała, że i tak ją dopadną. Była przemarznięta i wykończona. Słyszała ich głosy, ale im bardziej się od nich oddalała, tym głosy milkły w wietrze, który przybrał teraz na sile. Złapała się na tym, że jej instynkt przetrwania nadal sprawnie funkcjonował. Wciąż próbowała się bronić.
- dzisiejsza noc jest najważniejsza, synu – rozpoczął mężczyzna – to czas, kiedy przepowiednia musi się ziścić.
Dziewczyna i chłopak spoważnieli.
- to jest świeża, niczym nie skażona krew pierworodnego – wyjęła zza pazuchy fiolki z czerwonym, gęstym płynem i podała im – pijcie.
Otworzyli i zaczęli się delektować.
Pierwsza część rytuału zaliczona.
Aby ziściła się druga, muszą skonsumować matkę pierworodnego.
I wtedy będą odporni na wszystko.
Będą wolni.
Nic z tego nie zrozumiała. Ona i dziecko stanowili jakąś nieodłączną cześć chorego rytuału. Łokciami odpychała się od ziemi, próbując doczołgać się jak najdalej od nich. Nie wiedziała, która jest godzina, ale pewnie już niedługo mieszkańcy Wąpierza Dolnego będą tędy przejeżdżać na pasterkę do kościoła po drugiej stronie lasu.
Dzięki Bogu wybiorą się samochodem. Pogoda znów zaczynała się psuć.
Ma nadzieję, że te pierdolone strzygi się wystraszą i uciekną.
No i nie zdążą jej zabrać ze sobą.
Ale to były tylko złudne przypuszczenia i gdzieś w środku czuła, że ta wersja wydarzeń nie będzie miała racji bytu.
- spójrzcie, ofiara nam ucieka – zaśmiała się Marcia – nasz krwisty kąsek spierdala – podeszła do niej i kopnęła ją w klatkę piersiową. Coś wewnątrz jej ciała chrupnęło. – nie ma szans, że dasz radę! – wybuchła histerycznym śmiechem i znów uderzyła – jedno złamane żebro wylazło na wierzch przecinając skórę w okolicach klatki piersiowej.
Cios był okropny, z pewnością żaden człowiek nie miałby w sobie tyle siły. Byli zwierzętami, jakimiś nierealnymi stworami, których nie powinno tu być. Które nie istnieją. Przynajmniej nie powinny istnieć. Czuła pieczenie w okolicach płuc. Ledwo łapała oddech. Wiła się z bólu niczym dżdżownica na ziemi, którą właśnie skrócono o połowę.
W oddali słychać było ryk nadjeżdżającego samochodu.
Wszyscy galopem udali się w stronę lasu.
Mężczyzna z chłopakiem wzięli ją za ramiona i zaczołgali w głąb puszczy.
***
Niebo na powrót zasłoniło się ciężkimi, śnieżnymi chmurami, z których znów zaczął prószyć gęsty śnieg.
Rozpętała się wichura.
23.30
Czas na pasterkę.
***
Rozłożyli swoją ofiarę na środku ośnieżonej polany i po kolei zaczynali na nią szczyć. Najpierw dziewczyna i kobieta. Później mężczyźni.
Została naznaczona ich uryną.
Byli usatysfakcjonowani, bo udało im się ziścić przepowiednię przodków. Teraz będą mogli udać się na żer, nie bacząc na wszelkie bariery.
Już nie będą musieli ukrywać się w puszczy.
Strzygi, lamie i upiory z najkoszmarniejszych snów wypełzną na ulice miast.
Mężczyzna sięgnął po nóż, który podała mu kobieta. Dwoje młodych stało obok i nie mogło się doczekać kolacji. Ofiara próbowała się bronić, ale nie miała już zbyt wielu sił. Zanurzył nóż w okolicach pępka i rozpłatał ją aż do mostka.
Słyszała, jak wypowiadają jakieś słowa.
Nic z tego nie rozumiała. Powoli traciła przytomność.
W oddali słychać było bicie kościelnego dzwonu, który zwiastował północ. Pasterka.
Na znak mężczyzny, podeszli do ofiary. Z jamy brzusznej zaczęli wyciągać jelita, wątrobę, dokopali się do nerek. Zaczęli ucztę.
Zamknęła oczy. Straciła kontakt z rzeczywistością.
Już nic nie czuła.
Grudzień 2013.
Autor: Konrad
środa, 31 października 2012
Najpopularniejsze Urban Legends cz. II: Gdy zapada zmrok (opowiadanie)
Treści niedozwolone dla osób niepełnoletnich lub nadwrażliwych.
Prolog.
Kiedyś powiedziano mi, że zaskakujący i mocno chwytający za gardło horror to taki, który napisało samo życie. Jest w tym ziarenko prawdy.
W końcu życie z reguły potrafi być nieprzewidywalne...
Listopad 2005.Marcin to niepozorny, cichy student medycyny. Raczej uważany za książkowego mola, niż wielbiciela gorących imprez studenckich, mocno zakrapianych alkoholem i narkotykami. Mimo swej nieco zachwianej osobowości był lubiany i akceptowany przez pozostałych. Wolał jednak przebywać częściej ze swoimi bratnimi duszami, które patologicznie wręcz całymi dniami kuły anatomię człowieka w czytelni, zawzięcie przygotowując się do zajęć. Miał równie nieśmiałą i skrytą adoratorkę, lecz niestety jego serce biło do innej, stanowiącej zupełne przeciwieństwo jego osobowości. On cichy, pedantyczny, dokładny. Przez innych uważany za dziwaka. Monika szalona, chaotyczna, roztrzepana. Imprezy to jej drugie ja. Mimo wszystko całymi dniami wzdychał do niej, co nierzadko przeszkadzało mu w skupieniu się na nauce. Pociągało go jej nieziemskie ciało. Wiele razy próbował wyznać jej swe uczucie, jednak nieśmiałość i skrytość brała za wygraną. Nadszedł wreszcie ten dzień. Kumple doradzili mu, by kupił bukiet róż i zaprosił ją na uroczystą kolację. Wtedy wyzna jej co czuje. Tak zrobił. W głębi duszy jednak czuł, że spotka się z odmową. Nie mylił się. Dziewczyna odmówiła mu- spokojnie, bez dowcipów czy szydzenia. Ale odmówiła, gdyż miała innego. Od tej pory koledzy Marcina zaczynali mu dopiekać. Chłopak nie miał życia.
Ale Marcin ma też swoje hobby- uwielbia pisać. Prowadzi nawet coś w rodzaju pamiętnika, ale po rozterkach sercowych postanowił z tym skończyć. Wyrzucił dziennik do kosza. Ostatni zapis brzmi:
"Gdybyś tylko poczuła, jak mi z tym ciężko. Czuję, jakby ktoś wypatroszył mnie od środka i wypełnił ciężkimi kamieniami. Kiedyś i Ty to poczujesz...
***
5 lat później- 11 lipiec 2010 (niedziela)
Marcin i Angela poszli po więcej drewna, a my nalewaliśmy właśnie alkohol, serwując jednocześnie kolejny toast. W zasadzie nikt nie spodziewał się, że Marcin na swoich urodzinach uroczyście potwierdzi plotkę, jakoby zaręczył się z Angeliką. Tak, dokładnie tą, która jeszcze za czasów studenckich desperacko do niego wzdychała. Monika na tę wieść ucieszyła się, bo mimo upływu lat wciąż dręczyły ją wyrzuty sumienia. Zbyła chłopaka zakochanego w niej po uszy tylko dlatego, że dorwała kogoś, kto ostatecznie okazał się kochankiem trawki. Po studiach Norbert zamieszkał poza granicami Polski, w Holandii. Stamtąd miał ponoć nielegalnie sprowadzać towar. W końcu miłość do zielska doprowadziła go do zgonu.
Tak o nim przynajmniej mówiono.
Z nim też w końcu zerwała- sprawy posunęły się za daleko. Tym razem postanowiliśmy więc oblać właśnie za Monikę, za jej szczęście, oraz za to, by jutro otrzymała pozytywną odpowiedź w sprawie pracy. Miała tam kiedyś staż i sprawdziła się wzorowo, więc nie widzieliśmy przeszkód, by jutro nie otrzymała pozytywnej wiadomości. Mariola, Hubert, Jolka, Łukasz, Weronika i Natalia z niecierpliwością nalegali, by kontynuować opowiadanie miejskich legend, więc kiedy tylko Marcin i Angela wrócili z zapasem opału, znów zasiedliśmy do kręgu. Teraz jeszcze bardziej podekscytowani skupiliśmy się jednak na kolejnych opowieściach...
1. "Założysz się?"
Pewne stare porzekadło mówi, że głupota ludzka nie zna granic. Przyglądając się zachowaniom niektórych muszę przyznać, że coś w tym jest...
Dla oszołomów i tych, którym definicja kulturalnego zachowania się niewiele mówi, dobra, głośna muzyka i hektolitry czystej wódki nie wystarczą by się dobrze zabawić. Można rzec, że to drugie to nawet dodatkowy gwóźdź do trumny... Tak było w przypadku pewnego młodego mężczyzny, któremu akurat wtedy zachciało się głupich zabaw i swawoli. Impreza w chacie miała się jak najlepiej, jednak co to za impreza, bez której nie dojdzie do spięcia? Tym razem dwóch chojraków rozpętało bójkę o pewną piękną dziewczynę. By rozwiązać konflikt, pomiędzy mężczyznami doszło do zakładu. Dosyć dziwnego z resztą. Ten który pójdzie nocą na pobliski cmentarz i wbije kołek na starej mogile, będzie godzien serca dziewczyny. Obaj zgodzili się. W końcu nie ma się co dziwić- adrenalina i wódka to dość ryzykowny duet. I równie ryzykowne rozwiązania się wtedy podejmuje. Pierwszy bohater zakładu wziął więc kołek i długi płaszcz z kapturem, gdyż tej nocy mocno padał deszcz, następnie ruszył na cmentarzysko. Zanim jednak dotarł na miejsce, wyjął piersiówkę z kieszeni i wypił do dna, nie okazując grymasu na twarzy. Procenty we krwi dodawały mu otuchy i odwagi, dlatego był pewien, że to właśnie on wygra. Jego przeciwnik był trzeźwiejszy od niego, toteż na pewno nie odważy się pójść nocą na cmentarz. Dotarł na miejsce i kiedy zaczął wbijać kołek w wyznaczone miejsce, nagle usłyszał jakiś szelest w krzakach. Kiedy zaczął stamtąd uciekać, coś mocno szarpnęło go za pelerynę...Chłopaczyna przeraził się na amen i skonał na zawał. Tak, zmarł ze świadomością, że coś usiłowało go wciągnąć do grobu. Prawda, że głupie? Nie wiedział jednak, że wbił kołek razem z kawałkiem swojego płaszcza.
Czasami głupota ludzka naprawdę może kosztować życie... Jeden głupi zakład i śmierć na miejscu. I jaki z tego morał? Nie zakładaj się po pijanemu! A Ty? ZAŁOŻYSZ SIĘ?
2. "Bo wolność przecież jest bezcenna, prawda?"
Ups...
W liceum Lisa uchodziła za klasowego prymusa. Startowała we wszystkich konkursach wojewódzkich, ogólnokrajowych. I międzynarodowych. Pochodziła z bardzo porządnej, bogatej rodziny. Jej ojciec miał znaczące wpływy poza granicami kraju, prowadził dużą korporację. Zarabiał krocie. Nie mogli narzekać na brak pieniędzy. Pławili się w luksusach i drogich ciuchach zagranicznych marek. Matka Lisy nie musiała w zasadzie robić nic. Jej zadaniem było jedynie wychowywanie swojej córci- jedynego oczka w głowie mamusi i tatusia.
I wychowała na przyzwoitą osobę.
Z zewnątrz rodzina uchodziła wręcz za arystokratyczną. Potężna, biała rezydencja z wielkimi oknami i bogatym w przeróżne drzewa i krzewy ogrodem. Mieszkali w zacisznym miejscu, otulonym zewsząd lasami.
Z zewnątrz uchodzili za normalną, bogatą rodzinę.
Z zewnątrz.
W środku przytulne gniazdko zamieszkiwało stado żmij. Matka była despotyczna i bardzo wymagająca wobec córki. Szlifowała jej osobowość tak, jak drogocenny diament. Lisa nigdy nie miała dzieciństwa. Od najmłodszych lat dzieciństwo zajmowała szkoła.
Taniec.
Gra na fortepianie.
Skrzypce.
Śpiew.
Nauka języków obcych. Pięciu języków.
A miała zaledwie kilka lat.
Jako mała dziewczynka, Lisa bywała buntowniczką. Czasami nie chciało jej się uczyć. Pragnęła pobawić się z rówieśniczkami, jak normalne dziecko.
I wtedy matka ją biła.
Ale na zewnątrz rodzina kreowała się na porządną.
Wyrosła na mądrą dziewczynę. Po liceum- prestiżowym i bardzo drogim liceum, rodzice wydelegowali ją na studia do Paryża. Również kosztowne. Mieli bardzo wygórowane oczekiwania wobec własnej córki. Zwłaszcza matka, która choć charyzmatyczna, podejmująca czasem decyzje wbrew woli swojej córki, jakimś cudem stanowiła dla niej autorytet. Wzór do naśladowania. Studiowała sześć lat. I tam też poznała chłopaka. Obcokrajowca. Stephen prowadził swoją własną firmę we Francji oraz w Meksyku. Poznali się w pubie, kiedy Lisa przypadkowo oblała go gorącą kawą. Przypadł jej do gustu. Ona z resztą jemu też. Ciemnowłosa dziewczyna o bladej karnacji. Smukłe ciało, długie, zadbane palce- od razu zgadł, że gra na fortepianie. Jej znów podobało się jego opalone ciało i króciutkie czarne włosy. Był miły i uprzejmy.
Obdarowywał ją drogimi prezentami.
I wiele obiecywał...
Studiowała malarstwo. Poznała wreszcie smak życia. Paryż okazał się wybawieniem od wymagającej matki. Zniknęły nagle nakazy, zakazy, prawa i obowiązki. Zniknęło wszystko, co z matką związane. Zniknęło cierpienie, ból, kiedy matka mocno biła ją pasem i szarpała za włosy. Charyzma nagle gdzieś wyparowała. Zniknął jad. Postanowiła tam zostać na zawsze. Życie szykowało niezły prezent dla niej. Bezcenny. Bo wolność przecież jest bezcenna, prawda? A przy matce wolność to pojęcie zupełnie abstrakcyjne.
Wolność słowa. Wolność wyboru. Jak ryba w wodzie. Rób co chcesz, nikt Cię nie pilnuje. Posmakuj życia. Jest takie słodkie. Nikt Cię za to nie ukaże. Wyszalej się. Za dzieciństwo, które Ci odebrano. I pamiętaj. Pieniądze nie są niczego warte. Szalej.
I szalała. Ile wlezie.
Czar wolności prysł, kiedy pięknego, słonecznego dnia przeczytała wiadomość mailową od matki. Ojciec zaczął ją zdradzać. Matka popadła w depresję. Matka, która od zawsze była twardą sztuką. Popadła w dołek. Chce, by córka wróciła. Ale czy ona chce?
Dobrze Ci tak, suko.
Nie miała obiektu, na którym mogła by się wyżyć, więc pewnie wzięła się za ojca. Aż ten znalazł w końcu wsparcie u kochanki. U kurwy, jak napisała w liście matka. Nie wiedziała, co zrobić. Wypiąć się na matkę i dalej prowadzić hulaszcze życie, zgodnie z zasadą wolności? A może wrócić do matki? Wesprzeć ją? Jeśli nie pojedzie i ją zignoruje, zachowa się dokładnie jak ona. Niewyrozumiale, oschle.
Postanowiła wrócić. Na dwa tygodnie. Nie dłużej.
Próbowała go namówić, by z nią pojechał. Przedstawi go oficjalnie matce. Przedstawią się jako para. Ale on nie mógł jechać. Miał sprawę do załatwienia w Meksyku. Kiedy ona wyjedzie do Polski, on będzie musiał lecieć samolotem w zupełnie inną stronę. Nie wiedząc czemu dopiero teraz zorientowała się, że ostatnio mało czasu jej poświęca. Jak ojciec matce. Zawsze gdzieś wyjeżdżał, wszędzie coś załatwiał.
Takimi prawami rządzi się wolność? Nie, to raczej prawo biznesu. Ale i tak go kochała. Za to, że nic na siłę jej nie wciskał. Nigdy. Sama podejmowała decyzje. Potrzebowała wolności. I ją od niego dostała. Przed wyjazdem otrzymała od niego prezent. Pięknie ozdobione pudełko. Uśmiechał się do niej, kiedy jej to wręczał. Zapowiedział, że to niespodzianka, którą musi koniecznie otworzyć przed rodzicami. Nie wiedział, że małżeństwo jej rodziców właśnie przeżywa kryzys. Wolała na razie mu o tym nie mówić. Zapowiedział, że to ma być wielka niespodzianka z zaskoczenia. Była niezmiernie ciekawa, co jest w środku. Była podniecona. Ale obiecała, że otworzy, będąc w domu u rodziców.
Pewnie drogocenny pierścionek. Zaręczynowy.
Na lotnisku pocałował ją i jeszcze raz przeprosił, że nie może w takiej chwili być z nią. Kiedy otworzy pudełko. Traktował to tak uroczyście. Na pewno znajdzie tam list skierowany do rodziców z prośbą o rękę córki. I pierścionek. Zaręczynowy.
Do Polski wróciła zmęczona i trochę poddenerwowana. Jadąc taxi czuła się nieswojo. Im bliżej do domu, tym coraz bardziej czuła, że charyzma matki mocno chwyta ją za gardło. To pewnie przez wspomnienia. Dość przykre z resztą. Kiedy wjechali do potężnego ogrodu, ujrzała białą rezydencję. Gniazdo żmij nic się nie zmieniło. Matka przywitała ją z wielką radością i ekscytacją. Była żywa i niesamowicie zachwycona. Gdzie ta depresja? Dziwne. W jadalni czekał już suto zastawiony stół. Biały obrus i białe kwiaty na środku stołu. Zostawiła bagaże w garderobie i udała się na uroczysty obiad. Wzięła ze sobą pudełko.
Zasiadły do stołu. I wtedy matka zaczęła płakać. Nie zapytała nawet, co u jej córki. Przecież tyle lat się nie widziały. Wolała opowiadać o sobie. O swoich problemach. Nic dziwnego. Ojciec całkowicie ją zostawił. Wyjechał i wsiąkł. Zostawił ją co prawda z bogatym kontem bankowym, więc ustawiona była do końca życia. Ale zostawił też wstyd i upokorzenie. Tego Lisa się nie spodziewała. Ale podświadomie czuła, że potęga matki prędzej czy później doprowadzi do ruiny. Kiedy matka skończyła opowiadać o zdradzie jej męża, wtedy zapytała, co u córci.
Wtedy się przyznała, że jest w związku. Obcokrajowiec. Biznesmen. I wychodzi na to, że się zaręczą. Nie, nie mógł przyjechać, ostatnio ma wiele spraw do załatwienia. Ale podarował jej pudełko i naciskał, by otworzyła przed rodzicami. Pewnie w środku jest drogocenny pierścionek. Zaręczynowy. Matka miała ponurą minę. Była wściekła. I rozgoryczona. Bez mojej wiedzy? Jak mogłaś! Każda pokorna córka zwierza się matce z wszystkiego, a Ty? Jak ja Cię wychowałam!
Chciała tylko poczuć smak wolności. Chciała chociaż raz w życiu dokonać wyboru sama. I dokonała. Matka musi to zrozumieć. Nigdy nie pozwoliła jej dokonać wyboru. Była od niej uzależniona. Zawsze. A teraz jest przecież dorosła, prawda?
Nie marudź, tylko otwórz wreszcie to pudełko. Ciekawe, jak drogi pierścionek Ci kupił.
Zakładając, że w środku rzeczywiście jest pierścionek.
Otworzyła i... serce stanęło jej w gardle.
Ups...
Karteczka zawierała napis.
Niezła z Ciebie dupcia. Ale w łóżku jesteś cienka. Dlatego zostawiam Ci wiadomość. Zostałaś zarażona śmiertelnym paskudztwem.
Tylko tyle było w środku. Tak, zakochała się w bandycie. Dystyngowanym skurwielu, którego głównym priorytetem było uwodzenie niewinnych kobiet, pieprzenie i zarażanie. Ona była którąś tam z kolei. Poczuła się jak matka. Zdradzona przez los. Choć tak naprawdę nie do końca była pewna, czy to przypadkiem nie jakiś dowcip. Wypadałoby się przebadać. Ale matka myślała inaczej. Wyrwała karteczkę. Przeczytała.
Kolejny kłopot. Kolejny wstyd. W takiej normalnej, bogatej rodzinie nie może dojść do kolejnego skandalu.
Sięgnęła po torebkę, wyjęła rewolwer i wymierzyła w stronę córki. Tak jak trzy dni wcześniej w męża. Musi pozbyć się kolejnego skandalu.
Wolność słowa. Wolność wyboru. Jak ryba w wodzie. Rób co chcesz, nikt Cię nie pilnuje. Posmakuj życia. Jest takie słodkie. Nikt Cię za to nie ukaże. Wyszalej się. Za dzieciństwo, które Ci odebrano. I pamiętaj. Pieniądze nie są niczego warte. Szalej.
Nacisnęła spust i wystrzeliła. Rozbryzgane resztki mózgu zabrudziły śnieżnobiały obrus. Po raz drugi. Krew skapywała ze ścian. Białe kwiaty zroszone zostały krwią. Wzięła mopa i znów zaczęła ścierać ślady.
3. "Nie wywołuj wilka z lasu"
Klient: Poproszę gumę go żucia.
Sprzedawca: Listek?
Klient: Nie kurwa, gałąź...
Wszystko zaczęło się od tamtego pamiętnego biwakowania, kiedy byłem jeszcze smarkaczem chodzącym do liceum. Biwakowaliśmy nad morzem, z klasową wycieczką. Była też Malwina- przemądrzała okularnica grubości słonia, chociaż jak sięgnąć pamięcią, to słoń przy niej wyglądałby co najmniej jak anorektyk w zaawansowanym stadium choroby. Pamiętam, jak na pół roku przed wycieczką doniosła na mnie, że palę w męskim trawkę. Tak, wiem, byłem wtedy młodym szczurem, który musi wszystkiego spróbować. Wezwali rodziców i zrobiła się afera. Nie wyrzucili mnie co prawda ze szkoły, dali ostatnią szansę. Ale w domu miałem przejebane. Na szczęście na biwak pojechałem. W końcu to było pół roku temu, a ja sprawowałem się od tej pory wzorowo. Malwinka była nie tylko przemądrzała, ale uwielbiała jeść. To był jej główny priorytet i życiowy cel. Wpieprzanie wszystkiego, co znajdzie się w zasięgu ręki. Łakomstwo Malwiny można było śmiało porównać do odkurzacza o potężnej mocy, który zmiecie wszystko, co znajdzie na swojej drodze.
Trzeba było więc temu zaradzić. Postawiliśmy z chłopakami z grupy na alternatywne rozwiązanie. Akurat wtedy nasza piątka miała porządkować plac biwakowy, kiedy reszta grupy poszła po opał. Była to okazja, by wkraść się do jaskini wieloryba i pożyczyć duży słoik z ogórkami konserwowymi. Uwielbiała je. A my o tym doskonale wiedzieliśmy.
Trzeba było się zemścić.
Kiedy wszyscy wrócili ze stertą suchego drewna, dokoła wszystko było już posprzątane na błysk, a słoiczek spokojnie czekał na swojego właściciela w odpowiednim miejscu. Kiedy zapadł zmrok, a ognisko powoli lecz nieubłaganie kończyło swój żywot, przyszła pora na nocne podjadanie. Otworzyła słoik, sapiąc przy tym, jakby szarpała się z King-Kongiem. Udało się. Poczuła zapach octu, który sprawił, że z jej rozdziawionej gęby zaczęła spływać gęsta, lepka ślina. Najpierw spłynęła na brodę, by za chwilę zawisnąć na niej niczym długi lodowy sopel. W końcu ślina upadła na ziemię. Wsadziła rękę do środka i zaczęła grzebać. Najbardziej lubiła te z największymi brodawkami. Szukała.
I w końcu znalazła.
Wymacała coś oślizgłego, chwyciła zdobycz i zamknęła oczy. Mam Cię ogóreczku. Wyszeptała, po czym wsadziła to do gęby. Ugryzła. Ma duże brodawki, ale to chyba jakiś zepsuty ogórek, bo strasznie miękki. Wypluła i przyświeciła latarką. Ujrzała na swej dłoni białe, lśniące wnętrzności ślimaka. Odruchowo zerknęła na jego drugą połowę, którą trzymała w tej samej ręce, co latarkę. Z tej części także wyłaniały się okazałe ślimacze bebechy. Przegryzła go na pół. Wrzeszczała i piszczała jak stado rozjazgotanych hipopotamów. Terapia szokowa. Niestety nieskuteczna. Ale przynajmniej próbowaliśmy. A ślimaka nam nie szkoda- w końcu natura go nie polubiła, biorąc pod uwagę bruzdy, jakie miał na sobie. Pasował w sam raz na atrapę konserwowego ogóra. No i zemściłem się za tamto.
Dlaczego Wam to mówię? Bo od tego wszystko się zaczęło. Malwina zaczęła donosić swoim psiapsiółkom, by nie kupowały w supermarketach żadnych konserwowych przetworów, gdyż może je spotkać przykra niespodzianka. Psiapsiółki doniosły rodzicom, a rodzice rodzicom innych tłuściochów. I tak wszyscy zaczęli o tym mówić. To jest jak śnieżna kula. Z małej kuleczki zrobiła się lawina. Całkiem przez przypadek stworzyliśmy swoją własną miejską legendę.
Byliśmy z tego dumni.
Nazywam się Arek. Mam 35 lat. Jestem właścicielem jednej z wystawnych restauracji. I szefem kuchni. W pracy nazywają mnie mistrzem gotowania i... dowcipów. Dlaczego? Mam jedną wadę, której nigdy się nie pozbyłem. Niekoniecznie pasuje to do wykonywanego przeze mnie zawodu. Nienawidzę zbyt nachalnych klientów. Uwielbiam się zemścić. Mam w dupie powiedzenie, że klient to nasz pan. Taki już jestem. To ja jestem ich panem, gdyż to ode mnie zależy, co wyląduje na ich talerzu. Jestem władcą kuchni, nie oni.
Trzeba mieć przepis na nachalnego, wkurwiającego klienta. Ja mam.
Pewnego razu do restauracji przyszła ubrana w grube, szare futro paniusia. Jej makijaż przypominał raczej twarz transwestyty, ale to szczegół. Była do bólu irytująca.
Zupa za słona. Niedbale uprasowany obrus. W ogóle to macie tutaj za słabe światło. A gdzie kelner, który ZAWSZE mnie obsługiwał. Ta pani wygląda podejrzanie. Chcę tamtego. Wychodzę...
Pewnie ma zespół przedmiesiączkowy. Tyle, że ten jej cały zespół grał w niej chyba całe jej życie. Kazałem ją zatrzymać. Miałem dla niej specjalne danie. Taka firmowa rekompensata za "niedogodności".
Spaghetti- wersja specjalna. Z dodatkami. Ale żeby tego w ogóle posmakowała, należało ją najpierw upić. Jedna lampka wina, potem druga. Trzecia i czwarta. Aż w główce zaszumiało. Wówczas danie główne wylądowało przed nią. Osobiście podałem jej do stołu.
Delektowała się. Wsysała każdy długaśny makaron, ozdobiony czerwonym sosem. Wsysała. Zajadała się. Ale nie wiedziała, że w talerzu znalazły się dwa, długie i pokaźne ogonki szczura. Takie łyse, choć pokryte niewidocznym meszkiem. Blado różowe ogonki. Ugotowałem je razem ze spaghetti. Na zapleczu pełno tłustych, owłosionych szczurów. Zmora każdej restauracji. Tyle, że ja tę zmorę umiałem odpowiednio wykorzystać. Wpieprzyła je. Różowe ogonki. Nawet poprosiła o dokładkę. Była pijana. I nieświadoma.
Pamiętam ich dokładnie. Do restauracji zagościła dziwna rodzina. Niedzielny obiad. Kłócili się między sobą i zachowywali jak banda rozdarciuchów z zerówki. Speszyli kilku klientów. Drogich z punktu widzenia restauracji. A to oznaczało niewielkie straty. Musiałem się zemścić.
Dziś mamy specjalną niespodziankę dla wszystkich. Na deser serwujemy budyń z bitą śmietanką. Z dodatkami. Za darmo.
Bachory już się śliniły. Mamusia i tatuś również nie odmówili. W końcu co za darmo, to się bierze.
Ech, w ogóle to wtedy było strasznie zimno. Jesień i te jej kaprysy. Pozatykały wszystkim nosy. Trzeba było je opróżnić. W pucharek z budyniem. Ups, Twój smark Zosiu przyozdobiony był skrzepem krwi i niewielkim włosem. Myślisz, że nie zauważą? Zośka była moją bratnią duszą. Pracowała na zmywaku, ale czasem obsługiwała bar. Miała jedną wadę, która kolidowała z wykonywaną przez nią pracą. Nienawidziła kaprysów ludzi.
Budyń z dodatkami. Zielony. W pięknie ozdobionych pucharkach. Na wierzchu biała bita śmietana. Pyszne! Oczywiście wpieprzyli. Pucharek ze smarkiem Zosi podano małemu, rozczochranemu bachorowi. Opróżnił całą zwartość w mgnieniu oka. Nawet wylizał pucharek.
Istnieje wiele różnych miejskich legend na temat dodatków do jedzenia. Nasienie w sosie czosnkowym, ślina w Coca-Coli, pazur w kotlecie schabowym, przypadek wędliniarza, który został zwędzony razem z wędliną, która przesiąknęła odorem jego rozłożonego ciała. Jest w czym wybierać. Jest co opowiadać. I jest co wykorzystywać w praktyce. Ale teraz nie mam czasu na opowieści. Właśnie w restauracji gościmy kogoś wyjątkowego. Nasza klasowa Malwinka. Nie wkurwiła nikogo. O dziwo. Nie wywołała wilka z lasu. Ale mam do niej sentyment. Trzeba jej przygotować danie najlepiej jak potrafię. Z dodatkiem. Kto wie? Może tym razem terapia szokowa przyniesie efekty...
4. "Ciekawość pierwszym stopniem do śmierci"
Ciekawy kot do studni wpadł. Trzy dni siedział i nic się nie dowiedział
"Niemocy ton coraz głośniej krzyczy w tobie
Każdy twój krok przybliża koniec
Gorące usta a w oczach ogień
Od marzeń odchodzisz i znów to samo
W codzienności mdłej koszmarze
Zanurzasz twarz zmęczoną, bladą"
(Artrosis, utwór Codzienność. Z płyty Melange)
Zawsze miała marzenia. Jej najskrytsze dotyczyło uwolnienia się od tyrana, jakiego spotkała na swej drodze życia. Kupiła już trzy bilety. Jeden dla niej, dwa dla dzieci. Zrobiła sobie urodzinowy prezent i postanowiła, że marzenia się zrealizują. Pojutrze wylatują do Stanów. Bez wiedzy męża. Tyran nie musi nic wiedzieć.
Dziś miała ciężki dzień, mimo, że dzień, w którym obchodzi się urodziny powinien być lekki i przyjemny. Ale dziś miała dużo pracy. I sporo załatwień związanych z wyjazdem. Szczerze mówiąc nie chciało jej się w ogóle wracać do czegoś co zwykło się nazywać domem. Ich dom wyglądał raczej na melinę. Ale musiała wrócić. Dzieci czekają na nią u siostry, bo stary pryk nie jest w stanie się nimi zająć. W ogóle do niczego nie kiwnął palcem. Nigdy. Kiedyś, w trakcie kłótni wygarnęła mu, że w ciągu ich dziesięcioletniego stażu małżeńskiego nie potrafił nawet powiedzieć jej miłego słowa, na co on odpowiedział, że mówi. I to dość często- "daj piwo"- to te dwa miłe słowa. Najpierw pojedzie po dzieciaki. Na pewno ucieszą się, że ich męka niebawem zostanie wynagrodzona. Wyjadą do Stanów, do ciotki. Przynajmniej na jakiś czas. Mogłaby zostać u siostry, ale on i tak nie dałby jej życia. Dopadłby ją wszędzie. Rozwód nie wchodził w grę. Groził, że ją zabije. Bała się go. Wyjazd za granicę był koniecznością. Brzydziła się tutaj wszystkiego. Potrzebowała zmiany. Dzieciaki zapewne też. Na dworze trochę pociemniało, to przez mgłę i listopadowe kaprysy pogody. To był dodatkowy powód, by do domu wracać wolniej. I dzięki temu nie potrąciła na drodze zwierzęcia, na które właśnie teraz patrzy spod kierownicy. To coś leżało zwinięte w pozycji płodowej odległe od samochodu o kilkanaście metrów. Na środku drogi. Nie wiedziała dokładnie, czy to żyje, czy też nie. Zdała sobie sprawę, że może to być również człowiek. Może jakiś pijaczyna, któremu przysnęło się na środku opuszczonej drogi świeżo pokrytej warstwą asfaltu. Kiedyś była to polna ścieżka. Człowiek wydawał się brudny, niechlujny. I zarośnięty. Chociaż może pozory mylą? W końcu jest mgła. Ale to przecież niedorzeczne. Nawet najbardziej wstawiony frajer nie kładzie się na środku ulicy, która może okazać się potencjalnym pozbawiaczem życia. Nawet, jeśli nie jest to droga, z której korzysta się często. To może jest nieprzytomny? Ale skąd ma wiedzieć. Odległość, jaka dzieli ją od tajemniczego mężczyzny nie pozwoliła, by jednoznacznie zaspokoić ciekawość. To co ma zrobić? Podejść tam? No raczej...
W końcu nie ominie szerokim łukiem kogoś, kto być może potrzebuje czyjejś pomocy. Ciągle się przypatrywała, ale mgła okazała się za gęsta. Tak naprawdę to teraz nie do końca była pewna, co widzi. A może to konar drzewa? W końcu w tej chwili znajduje się na drodze otulonej z lewej i prawej strony lasem. Gęstym lasem. Podobnie jak mgła, która niczym teatralna kurtyna, zasłoniła scenę. A ciekawość nie ustępuje. Postanowiła to sprawdzić, bo dzieci czekają u jej siostry, a ona zaziębi się na śmierć, siedząc w zimnym samochodzie. Wysiadła, zamykając za sobą drzwi. Lekko pochylona, powolnym krokiem zbliżała się do kształtu przypominającego płód wielkości dużego człowieka. Tak to przynajmniej wyglądało z perspektywy lekko zlęknionej kobiety błądzącej we mgle. Słyszy mnie pan? Od razu założyła, że to mężczyzna, choć tak naprawdę faktycznie mógł być to zwyczajny spróchniały konar. Albo dzikie zwierze. Szelest liści, niczym oklaski zadowolonej publiczności, przypomniał jej, że dzisiejsza pogoda jest nie tyle ponura i mglista, ale również wietrzna. Zbliżyła się do tajemniczego obiektu na tyle blisko, by odpowiednio nakarmić swą głodną ciekawość. W ogarniętym mrokiem i gęstą mgłą otoczeniu nie dostrzegła twarzy, ale to widziała dokładnie.
Mężczyzna miał poderżnięte gardło. Dokładnie to widziała. Krtań dyndała przy rozciętej szyi niczym niewielki, chrząstkowaty łebek małego węża. Nagle nogi odmówiły posłuszeństwa. Zrobiły się miękkie i lekkie. Jak z waty. Nie wiedziała co się z nią dzieje. Ciężka fala gorącej krwi dudniła teraz w głowie i przez chwilę wydawało jej się, że na moment straciła wzrok. Za cholerę nie mogła się ruszyć z miejsca. Sparaliżował ją strach. We mgle dostrzegła ślady krwi, prowadzące od lasu aż do znaleziska. Ciemna stróżka krwi wiła się, niczym ślimaczy śluz. Nagle usłyszała jakieś jęki dochodzące z głębi lasu. Dałaby głowę, że to jęki jakichś dzieciaków. A może to pisk kobiety? Przeraźliwe krzyki. I to stało się głównym powodem, by wreszcie dać dyla do samochodu. Nacisnęła pedał gazu i postanowiła wrócić do miasta, na posterunek policji.
"Ciekawy kot do studni wpadł. Trzy dni siedział i nic się nie dowiedział".
A ona się wreszcie dowiedziała. Ale w tym przypadku nie był to powód do dumy. Odkryła czyjeś zwłoki. Nawet twarzy nie była w stanie rozpoznać. Była w szoku. No i te krzyki. Ktoś potrzebował pomocy. Na posterunek policji wleciała zdyszana i porządnie wystraszona. Mówiła prędko i niespójnie. Co chwilę łapała powietrze i robiła krótkie przerwy. Czuła suchość w gardle. A ciało trzęsło się, jakby nagle dostała epilepsji. Ale dyżurujący policjant okazał się na tyle kompetentny, by natychmiast podać jej środek uspokajający i kazać na moment usiąść i odziapnąć. Ale ona doskonale wiedziała, że nie ma na to czasu. Ewidentnie w tej chwili ktoś jest mordowany w lesie. A ona była tego świadkiem. Dała do zrozumienia, że natychmiast muszą się tam udać. Więc policjant zaproponował, że pojadą razem. Tyle, że ona nie jest w stanie prowadzić samochodu, więc pojadą policyjnym. Zgodziła się.
Mgła jest okrutna. Każdy kierowca o tym wie. Ale teraz jechali szybciej. Gdyby cywil jechał z taką prędkością przy takich warunkach, zapewne odebrano by mu prawo jazdy. W każdym razie ona jechała z dwoma policjantami, którzy mogli sobie na to pozwolić. Kiedy wjechali do lasu, nieco zwolnili. Zgodnie ze wskazówkami kobiety, zaraz za pierwszym zakrętem powinny leżeć zwłoki, a oni przecież nie chcieli ich zwałkować. O dziwo nie leżały. Policjanci spojrzeli na kobietę dziwnym wzrokiem. Profilaktycznie sprawdzili krzaki, zakładając, że tam znajdą martwe ciało, o którym wspominała. I znaleźli. Dwoje dzieci, kobieta i mężczyzna. Wszyscy z poderżniętymi gardłami. Ona nie widziała zwłok, ale policjanci uspokoili ją i powiedzieli, że dobrze zrobiła w porę uciekając z miejsca przestępstwa, gdyż bardzo możliwe, że stała by się kolejną ofiarą.
Teraz, już nieco uspokojona mogła wrócić po dzieciaków. Złożyła zeznania, odebrała samochód i pojechała prosto do siostry. Zapowiedziano jej, by przez jakiś czas nie opuszczała granic kraju. Dopóki nie rozstrzygnie się sprawa tajemniczego morderstwa. Była świadkiem, więc jeszcze może się przydać. Pokrzyżowało to jej plany. Musi posiedzieć jeszcze z menelem przez jakiś czas. Czas bliżej nieokreślony. Marzenia i tak kiedyś w końcu się spełnią. Była mocno wkurwiona. Na siebie i na cały świat. Chciało jej się płakać. Stwierdziła, że już nigdy nie nakarmi swej ciekawości. Woli mijać każde napotkane na drodze ciało szerokim łukiem. U siostry nie było nikogo. Drzwi zamknięte. "Pewnie sami pojechali ich odwieźć". Sięgnęła do torebki, szukając telefonu, ale przypomniała sobie, że rano nie mogła go nigdzie znaleźć. Postanowiła wrócić teraz jak najszybciej do domu. Żul siedzi pewnie przed telewizorem i ogląda mecz. A dzieci pewnie głodne. I wystraszone. Kiedy zaparkowała samochód przed swoją imitacją domu, zauważyła, że nigdzie nie świecą się światła. To ją zaniepokoiło. Weszła do środka, ale zamiast dzieci, przywitał ją duszący odór pleśni. Na stole dostrzegła małą karteczkę.
"Ciekawy kot do studni wpadł. Trzy dni siedział i nic się nie dowiedział".
No, ale ciekawość i tym razem wzięła górę. W końcu to nie zwłoki leżące na drodze.
Otworzyła.
I struchlała.
"Niezły prezent sprawiłem Ci na urodziny. Co nie? Zawsze powtarzałem, że prędzej czy później powybijam Twoich pieprzonych bachorów". Wszystko dokładnie opisał. Wszystko perfekcyjnie zaplanował. Pojechał po dzieciaki autobusem z pretekstem, że jej samochód złapał gumę, więc nie wróci tak szybko. Tyle, że siostra Ann nie oddała by dzieci pijakowi. Nawet, jeśli w ostatnich kilku tygodniach nieco złagodniał. To było podejrzane. Wzięli więc samochód i ze swoim mężem pojechali ich odwieźć do domu. Wiedział, że tak będzie. Wiedział też, że siostra będzie próbowała go zweryfikować, więc schował jej telefon. Później poszło jak z płatka. Powiedział, że musi się odlać, więc się zatrzymali. Na ich nieszczęście wjechali na poboczną ścieżkę, w głąb lasu, by nie zagradzać wąskiej drogi, która do niedawna też pełniła funkcję polnej ścieżyny. Była wtedy mgła i nietrudno o wypadek. Wtedy ich powybijał.
"Niech się pani cieszy, że w porę pani uciekła stąd. Być może pani już by nie żyła".
"Ciekawy kot do studni wpadł. Trzy dni siedział i nic się nie dowiedział".
"Niezły prezent Ci sprawiłem, co nie?"
W głowie szumiały teraz przeróżne myśli. Spojrzała na bilety, które trzymała w ręku. Bilety, które miały ziścić marzenia. Marzenia zostały właśnie porwane na strzępy i wyrzucone do kosza. Wzięła krzesełko i gruby sznur z szuflady, po czym wyszła za dom. Weszła na krzesełko, przeciągnęła sznur przez gałąź solidnego drzewa i zrobiła pętlę.
"Ciekawy kot do studni wpadł. Trzy dni siedział i nic się nie dowiedział."
"Powinna się pani cieszyć, być może by już pani nie żyła"
"Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin Ann. Ostatnich urodzin"
Zaspokoiła ciekawość, więc skoczyła.
5. "Pechowy taksówkarz"
Żywe trupy i wampiry to tylko w filmie. W rzeczywistości nie istnieją. Czy aby na pewno?
31 październik. Wieczorna audycja radiowa.(Głos osoby mówiącej zniekształcony-by nie rozpoznać tożsamości)
Opowiem Wam coś niezwykłego i przerażającego. Możecie mi nie wierzyć, ale to przytrafiło się naprawdę. I nie interesuje mnie, jak potraktujecie moją historię. Ja wiem swoje i tyle. Nazywam się Martin. Nie, nie jestem obcokrajowcem. Taką ksywkę dano mi dlatego, że nie chcę zdradzać swojej tożsamości. Po prostu. Dla własnego bezpieczeństwa. Prowadzę własną firmę Taxi w jednym z większych miast, którego nazwy również nie zdradzę. Z wiadomych powodów. Jestem winien śmierci jednego z moich pracowników, chociaż go nie zabiłem, ani nie zleciłem morderstwa. Lubiłem Jasona- tak mówiliśmy na niego w pracy. Za jego dowcipne spojrzenie na świat. Żarty zawsze trzymały się jego wybujałej czupryny. Jestem winien dlatego, że pewnego razu prosił mnie, by go przenieść na pierwszą zmianę, na inną linię, obsługującą inne ulice i zakamarki miasta. A ja nie posłuchałem. Nawet jeśli prosił mnie i błagał. Nawet jeśli widać było w jego oczach dziwny strach i panikę. Pytałem o powody takiego stanu rzeczy, ale on bredził, jakby był pod wpływem. Potraktowałem jego wymówkę jako dowcip. Nie wierzyłem mu, nikt by mu nie uwierzył.
Zaginął... dołączył do grona poszukiwanych. Zostawił żonę i dzieci. Nikt nie wie, gdzie podziewa się jego ciało. Znaleziono tylko pokrwawiony wóz. Nic poza tym. Zostawił wszystko.
***
Dwa tygodnie wcześniej. Noc pierwsza.
"I znów nocna zmiana. Zero stresu, zero przewozów. Luzik." Pomyślał przez chwilę, wziął łyk kawy i zabrał się za konsumpcję swojej ulubionej pizzy z boczkiem i krewetkami. Siedział wygodnie na przednim siedzeniu, w międzyczasie czytając gazetę.
"Kosmiczne przeceny w supermarkecie. Klienci koczują w namiotach czekając na otwarcie!"
"Najlepsza uczennica I Liceum wygrywa krajowy konkurs organizowany przez Ministerstwo Edukacji"
"Daremne poszukiwania dwójki gimnazjalistów. Policja rozkłada ręce".
Już miał wziąć się za czytanie tego ostatniego, kiedy do okna zapukała dość skąpo ubrana kobieta. Na oko koło czterdziestki. Czerwona, skórzana miniówka, przyciasna kurtka. Też skórzana, tylko że w kolorze czarnym. Włosy miała rudawe i spięte w kok. Makijaż naprawdę wyzywający. W ustach międliła gumę do żucia i w międzyczasie rozmachiwała torebką. Spojrzał na jej obuwie i tego się spodziewał. Białe kozaczki. Na pierwszy rzut oka- dziwka. Już miał skwitować ją stwierdzeniem, że tym razem podziękuje za usługę, gdyż przed wyjściem do pracy robił to z własną żoną, po bożemu, kiedy kobieta nieoczekiwanie poprosiła go, by podwiózł ją na...cmentarz. Zapytał co taka kobieta ma zamiar robić o 23.00 na cmentarzu, ale ona odpowiedziała, że taksówkarz nie powinien za wiele mówić, tylko robić swoje. Tak też zrobił. Zawiózł ją na cmentarz, tuż za miastem i kiedy miał odjeżdżać po uiszczeniu opłaty, poprosiła, by zaczekał na nią kilka minut. Zaczekał. Kiedy wróciła, wydawała się być zmęczona i na swój sposób... podniecona. Dziwnie to wyglądało. Kazała się zawieść do centrum. Kiedy wysiadała i podawała pieniądze, zauważył, że kobieta ma brudne paznokcie.
"Powierzchowna dama. Kilo pudru na gębie i ładne ciuchy nie zakamuflują tego, żeś fleja. Mydełko by Ci się przydało, a nie czerwona szminka i wyzywające ubrania"- pomyślał przez chwilę i znów chciał wziąć się za czytanie. Tyle, że gazety nigdzie nie było. Pomyślał, że wyleciała, kiedy kobieta otwierała drzwi. Później zapomniał o całym incydencie.
Noc druga.
Następnego wieczora znów pojawiła się ta sama kobieta. I po raz kolejny poprosiła, by podwieźć ją w to samo miejsce.
I znów kazała na siebie czekać.
Tym razem po powrocie nie pachniała już drogimi perfumami, a ziemią i padliną. Ciekawość Jasona nie znała granic, więc zapytał, co ona tam ciekawego wyczynia. Ale tym razem kobieta zaprotestowała. Dość ostro zaprotestowała.
- "Co cię to chuju zgniły obchodzi? Wykonuj robotę i nie wpierdalaj nosa w nie swoje sprawy, dobra?"
Przypomniało mu się, że na szkoleniu im mówili, by nie wypytywać klienta o żadne szczegóły, tylko być uprzejmym i...wykonywać robotę. Trochę się zmieszał całą tą sytuacją, więc ją przeprosił. Ale zapach do miłych nie należał, a paznokcie wciąż ujebane w glinie.
Noc trzecia.
Trzeciej nocy sytuacja znów się powtórzyła i wyglądało na to, że ma do czynienia z jakąś psychopatką, która najwidoczniej urządza sobie harce z trupami. Zawsze skąpo ubrana i czysta przed wizytą na cmentarzu, po powrocie brudna jak świnia. Ale tym razem przesadziła. Kiedy wyszła z cmentarzyska była upierdolona w błocie od stóp do głów i... cuchnęła stęchlizną. Tym razem nie odezwał się. Pot spływał mu po czole. Zrobiło mu się trochę gorąco. Przełknął ślinę i ruszył w stronę miasta. Tak jak zawsze chciała.
- Przepraszam, że na pana naskoczyłam wczorajszej nocy. Muszę chyba panu coś wyjaśnić. Mój mąż zmarł dwa tygodnie temu i pochowany jest tutaj w wielkim grobowcu, z takimi otwieranymi drzwiczkami"- zaczęła kobieta.
- I po co mi to pani mówi?
- Wie pan, ja mogę wyglądać na dziwaczkę, a przecież nią nie jestem. Ostatnio wiele słyszy się na temat dewastacji cmentarzy, profanacji grobów. A ja się obawiam, że grób mojego męża to doskonały obiekt do takiej właśnie dewastacji.
Faktycznie, ostatnio sporo o tym słyszał w radiu. Tyle, że do dewastacji dochodziło na północy kraju. Setki kilometrów stąd. Wychodziło na to, że doszło już do jakiejś zbiorowej paranoi.
- Dlaczego? Skąd to przekonanie? - zdziwił się.
- Mówiłam panu, że grób mojego męża posiada drzwiczki, umożliwiające dostanie się do środka. Boję się, że ciało mojego męża zostanie wykradzione na rzecz dziwnych rytuałów, o których ostatnio sporo się słyszy! To dlatego co noc odwiedzam cmentarz, gdyż za dnia pracuję i nie mam czasu.
I wszystko jasne, pomyślał. Śmierdzi, bo codziennie wchodzi do środka sprawdzić, czy jej mężulek spokojnie leży sobie w krypcie. Wariatka. Niedługo będzie mu kanapki z McDonalda podsyłać- pomyślał i docisnął pedał gazu, by jak najszybciej podwieźć ją do centrum.
Noc czwarta. Ostatnia.
Tym razem poprosił o przeniesienie. Czwarty raz obcować z debilką o dziwnych skłonnościach? Odechciało mu się mieć do czynienia z kimś, kto wydaje się wykazywać niezdrowe zachowanie. Ale kierownik odmówił. Wziął go za głupola. Czekał więc, aż upłynie tydzień i dostanie pierwszą zmianę. Gdzie będzie miał nawał roboty, bo trzeba będzie kogoś podwieźć na spotkanie biznesowe, dzieciak spóźni się do szkoły, więc mamusia da mu klapsa na pożegnanie i wepchnie do taxi. I znów będzie musiał robić za karetkę, bo ciężarna kobieta dostanie bóli porodowych na ulicy. W każdym razie lepsze to, niż obcowanie ze śmierdzącą trupem dziwaczką. Ale pierwszej zmiany już nie doczeka. W każdym razie jeszcze o tym nie wiedział.
Tej nocy kobieta dziwnie się zachowywała. Podszczypywała mężczyznę, próbowała flirtować. Kiedy skończyła sprawdzać grób swojego męża, zaproponowała, że może zrobić mu dobrze. Nadal śmierdziała. I tym razem była brudna we krwi.
- Odpierdol się, dziwko! Zmarłemu mężulkowi nie stanął i nie był w stanie cię zaspokoić?
Powiedział to, co myśli. Zawsze to robił. Niektórzy w strachu nie są w stanie powiedzieć nic, ale on w strachu gadał jak katarynka. Co mu ślina na język przyniesie.
Tyle, że tym razem ślina przyniosła za dużo.
-Wiesz co? Już mi nie smakuje nieświeże mięso trupów. Też powiedziała, co myśli.
Kiedy kobieta wypchnęła mężczyznę z samochodu i wyjęła z torebki młotek, jedyne z był w stanie z siebie wydobyć, to "ty jebnięta kurwo..." Kobieta walnęła Jasona w twarz tak, że głowa wykrzywiła się do tyłu w nienaturalny sposób. Usiadła mu na szyję, zaczęła przyduszać i mocno walić młotkiem w czoło. Po kilku uderzeniach głowa Jasona została zmiażdżona doszczętnie i przypominała zmielony kotlet. Wzięła się teraz za jego ręce. Mocno przywiązała sznurek do nadgarstka tak, że siwa, zielonkawo-niebieska żyła wyłoniła się ze sztywniejącego powoli, ale wciąż ciepłego ciała. Wyjęła rzeźnicki nóż i rozpłatała obie kończyny wzdłuż żył. Ciemna, gęsta krew jeszcze nie zdążyła skrzepnąć w ciele zmarłego, więc kobieta zaczęła delektować się jej metalicznym smakiem. Posadziła ciało na przednim siedzeniu, by na koniec pchnąć go jeszcze kilka razy nożem. Na tyle głęboko, by przebić ciało na wylot, zostawić ślady na siedzeniu i upozorować zabójstwo.
-"Jeszcze mi się przydasz, więc Cię zabieram" - oznajmiła do czegoś, co nie przypominało już Jasona.
Następnie wykonała telefon i po paru minutach pod cmentarz podjechała czarna limuzyna bez klamek z przyciemnianymi szybami. Z samochodu wysiadły dwie postacie. Chłopiec i dziewczyna w wieku gimnazjalistów, z niedbale pozszywanymi ranami pomogli kobiecie wepchnąć ciało do środka. Za kierownicą siedział postawny mężczyzna koło trzydziestki. Jego ciało także miało kilka blizn. "Spieszcie się, świta już. Musimy pozszywać zdobycz i przygotować psychicznie na łowy". Oznajmiła seksownie ubrana kobieta, wpychając ciało do bagażnika. Wszyscy wsiedli do środka i odjechali.
***
31 październik. Późny wieczór.
Nazywam się Jason. Jestem kierowcą Taxi. Morduję ludzi, wysysając z nich krew. Bo krew działa jak narkotyk. Bez niej ciężko nam żyć. Na deser wyżeram swoim ofiarom wątrobę i serce, ale tylko tym, które nie nadają się już do niczego. Lepsze okazy zostawiam na później, by przywrócić ich do życia. Rodzinka musi się przecież powiększać. Od czasu do czasu odwiedzamy cmentarze. Ale tylko wtedy, gdy nie ma świeżego mięsa. Teraz czekam na mojego byłego pracodawcę. Zaraz pewnie wyjdzie z budynku radia. Czasami korzysta z usług Taxi innych firm, by sprawdzić, jak miewa się konkurencja. Jego krew przesiąknięta jest alkoholem, a my spijamy tylko tę czystą. Ale mam za to chęć na jego wątrobę i serce. W końcu nie przyda mi się już do niczego.
A kiedy już spłacę porachunki, wybieram się na łowy. Z nimi. W końcu w noc Halloween nie muszę maskować swojej szkaradnej twarzy. Zapukamy do kilku okien. Z pewnością...
***
Kiedy skończyła się kolejka na opowiadanie miejskich legend, przyszła pora na kawały i wspominanie dowcipów, jakie za czasów studenckich zdarzało nam się płatać wykładowcom podczas nudnych prelekcji. Pamiętam nawet, że jeden z opowiedzianych przez Huberta żartów na tyle rozśmieszył ekipę, że wszyscy trzymali się za brzuchy i płakali ze śmiechu. Jolka nawet popuściła w spodnie. Na końcu spotkania Marcin i Angela oficjalnie przedstawili się jako para narzeczonych. Marcin bardzo się zmienił od tego czasu. Powiedział też, że jutro wyjeżdża, sam, gdyż ma do załatwienia bardzo ważną sprawę. Był bardzo tajemniczy. To niespodzianka. Nikt nie może o tym wiedzieć.
Na razie.
Niektórzy jakość spotkania towarzyskiego mierzą w czasie jego trwania. Jeśli zmierzyć nasze, można śmiało wyciągnąć wniosek, że należało do udanych. W końcu to pamiętne ogniskowe spotkanie trwało do czwartej nad ranem. I trwałoby znacznie dłużej, gdyby nie to, że znienacka powiało chłodem i zaczęło padać. Nie żeby jakoś rzewnie, ale na tyle, by spłoszyć bandę młodych ludzi, dopiero co ocierających się o prawdziwe dorosłe życie, które, wbrew pozorom, wcale nie zaczyna się na studiach. Zaczyna się zaraz po nich. I wtedy, po pięciu latach, jest co opowiadać. Przecież każde z nas wyruszyło w inną stronę. Obrało sobie różną ścieżkę. Każde z nas zdążyło już doznać wzlotów, jak i upadków. Są takie drogi życiowe, które przypominają najnowocześniejsze autostrady- szybkie, proste, z równiutką nawierzchnią. Bezproblemowe, bezpieczne. Ale są też i te, które przypominają zapuszczone, leśne ścieżki- dziurawe, błotniste, wyboiste, kręte, zarośnięte. Prowadzące w przepaść. I niebezpieczne. Taka właśnie droga życiowa przypisana została Monice- dziewczynie sukcesu, której wydawało się, że pędzi po najstabilniejszej autostradzie życia...
12 lipiec 2010 (poniedziałek). Dzień po spotkaniu.
Wszystko dokładnie zaplanował. Śledził ją od jakiegoś czasu i doskonale znał jej rytm dnia. Codziennie rano urządzała sobie biegi w jednym z zaniedbanych parków miejskich, do którego o tej porze dnia raczej mało kto zaglądał. Przyczaił się na nią przy postawnym, starym dębie. Kiedy go minęła, nieświadoma jeszcze, że za moment padnie ofiarą porwania, wyjął gruby kij do baseballu i mocno walnął w tył głowy. Kiedy upewnił się, że dziewczyna straciła przytomność, zaciągnął ją do samochodu, po czym odjechał.
Teraz siedzi w jakimś cuchnącym pleśnią, wilgotnym pomieszczeniu i nic nie widzi. Całe pomieszczenie ogarnął nieprzenikniony mrok. Próbowała się ruszyć, ale nie udało się. Jej prawa i lewa ręka zostały związane grubym pasem do zimnego podłoża. Podobnie nogi, które nieco rozszerzone, także zostały przytwierdzone do pasów. Przed sobą widziała tylko małe okienko, które z jej perspektywy wyglądało na ciemno-granatową, ledwo dostrzegalną plamę w kształcie prostokąta. Zapada zmrok. Powinna być już w domu, a nie jest. Leży przywiązana do jakiegoś stołu i nie może nawet zawołać o pomoc, bo usta są czymś zaklebnowane. Ręce i nogi strasznie bolą. Głowa też.
Jezu, co się dzieje...
I wtedy włączyło się światło.
Mężczyzna w białym fartuchu, z opaską zasłaniającą twarz właśnie nadziewał na swoje dłonie lateksowe rękawice. Chyba to jakiś pokurwiony sen!Ale podświadomość brzęczała w głowie i szeptała do ucha zupełnie co innego. Zaczęła mocno szarpać się i targać jak ryba na lądzie. Pas zaczął powoli rzeźbić krwawe linie na jej rękach i nogach. To ją bardzo piekło. Bólu już nie czuła. W strachu mało co się wtedy czuje. Mężczyzna podszedł do niej i przez lekarską opaskę dostrzegła szyderczy uśmiech. Złapał ją za głowę i przez szyję przeciągnął pasek. Poczuła mocny ucisk na gardle. Zaczęła się dusić. Złapał za czoło i również przeciągnął pas. Unieruchomił głowę. I wtedy zdjął opaskę z twarzy.
Nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Teraz faktycznie mogło to się jej śnić.
- Wiesz? Mógłbym Cię znieczulić, ale nie zrobię tego. Musisz pocierpieć. I oczywiście wszystko widzieć.
Przyciągnął przed chirurgiczny stół duże lustro, które lekko przechylił przed nią tak, by mogła wszystko widzieć. Następnie wziął nożyce chirurgiczne, chwycił za jedną powiekę, potem za drugą.
Ciach.
Kobieta próbowała się bronić, lecz bezskutecznie. Każdy ruch głową wyrządzał niesamowity ból, który czuła teraz doskonale. Z oczu poleciały krwawe łzy. Próbowała mrugnąć. Bezskutecznie. Zabrał się teraz za jej brzuch. Porwał bluzkę, chwycił za większą brzytwę i ciął...
Epilog.Kilka dni później.
Audycja telewizyjna
"Witam Państwa w południowym zestawieniu wiadomości. Zaczynamy od makabrycznego odkrycia w lesie, o którym wspominaliśmy dziś rano. Policja podała nam więcej szczegółów. Przypominamy, że tydzień wcześniej znaleziono zwłoki kobiety, która najprawdopodobniej padła ofiarą handlarzy ludzkimi nerkami. Dokładniejsze oględziny zwłok nie wykluczają, że policja może mieć do czynienia z mordercą o profilu psychopatycznym. Wskazują na to rany na ciele denatki. Kobieta została pozbawiona powiek, a jama brzuszna została wypatroszona z narządów wewnętrznych i wypełniona kamieniami. W ciele denatki znaleziono też niewielki pamiętnik zawinięty w torebkę foliową. Dokument stanowi dowód w sprawie morderstwa. To właśnie na podstawie pamiętnika śledczy byli w stanie dotrzeć do podejrzanego, niejakiego Marcina K., który w tutejszym Areszcie Śledczym ma zostać przesłuchany. Sprawa morderstwa poruszyła całe społeczeństwo. Wielu rodziców boi się o swoje pociechy. Sprawa morderstwa Moniki S. wciąż jednak nie została rozwiązana. Śledczy nadal szukają nowych tropów..."
Wyłączył telewizor i zaczął pakować rzeczy do walizki. Kiedy już skończył, wyjął z zamrażalnika plastikowe pudełko, w którym przetrzymywał nerki. Z nim się nie zadziera. Nie daje się kosza. Był dumny z tego, że się zemścił. I przy okazji wykorzystał pamiętnik, który udało mu się wykraść, kiedy był jeszcze na studiach. Zawsze trzyma różne klamoty, kiedyś zwykle się przydają. Akurat ten przydał się bardzo. Fałszywy trop nieco zamiesza w dochodzeniach, a on spokojnie gdzieś się zakamufluje. Przejrzał jeszcze raz podrabiane dokumenty, po czym zamknął pokój na klucz i oddał portierowi. Kiwnął głową, uśmiechnął się i wyszedł. Zerknął na zegarek.
13.30
W Holandii musi być przed zmrokiem. Oprócz handlu narkotykami, rozpoczął właśnie nowy biznes. Handel ludzkimi narządami. Schował walizki do bagażnika, wsiadł do samochodu i odjechał.
Autor: Konrad
Przedstawione tutaj treści, zainspirowane miejskimi legendami, stanowią wyłącznie fikcję literacką. Zbieżność imion przypadkowa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



