Pokazywanie postów oznaczonych etykietą człowiek z kopytami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą człowiek z kopytami. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 stycznia 2014

Uczta (opowiadanie)

UWAGA!
Treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich lub nadwrażliwych!
Zanim otworzyła oczy, najpierw poczuła w brzuchu potężny, uciążliwy ucisk, a potem niewyobrażalny ból. Jakby ktoś dosłownie rozpłatał ją na pół i gołymi rękoma wyrywał wnętrzności. Dopiero chwilę później poczuła, że z pomiędzy jej nóg wydobywa się lepka, galaretowata ciecz.
Bóle porodowe. Już czas na rozwiązanie. Pomyślała przez chwilę.
Wtedy się ocknęła i spojrzała dookoła. Leżała na gołej ziemi oparta głową o ścianę wokół jakichś starych, zardzewiałych maszyn. Niski sufit oraz betonowe ściany przypominały ochronny bunkier. Po drugiej stronie pokoju dojrzała schody wiodące na górę. Na środku stał kociołek umiejscowiony na dużym, niskim palniku gazowym. Wrzał. Para wodna buchała i eksplodowała na wszystkie strony, co sprawiło, że w całym pomieszczeniu było niewyobrażalnie gorąco i duszno. Z przerażeniem stwierdziła, że jej włosy całe ulepione są we krwi. Skąd się tu, do diabła, wzięła?
I wtedy weszli do środka.
Mężczyzna i kobieta przypominali razem parę brudnych, obskurnych australopiteków. Oboje mieli długie, ulepione błotem włosy. Twarz mężczyzny upstrzona była dodatkowo dużym, przynajmniej półrocznym zarostem. Ich twarze były nienaturalnie blade i kontrastowały z czarnymi, długimi płaszczami, jakie mieli na sobie. Wyglądali jak jacyś dziwacy z odrealnionego horroru. Ale to w porównaniu do wyglądu ich nóg, wcale nie było najgorsze. To właśnie ich wygląd od pasa w dół zaprzeczał wszelkim wyobrażeniom dziewczyny i doprowadził ją do przeraźliwego krzyku.
Zarówno kobieta, jak i mężczyzna mieli nogi porośnięte czarną, błyszczącą, króciutką sierścią. Nie mogła w to uwierzyć, ale w bladym świetle żarówki dojrzała, że nogi zakończone są kopytami. Była tego pewna.
Krzyczała i wierzgała nogami, ale nie mogła się ruszyć. Nogi i ręce miała ze sobą związane grubym sznurem. Dopiero teraz zauważyła, że ma na sobie tylko zwiewną, delikatną bluzkę.
Obcy coś do siebie mówili i wskazywali na nią. Nie była w stanie zrozumieć ich bełkotliwego gadania, ale najwyraźniej chodziło im o stan, w jakim się obecnie znajduje.
Mężczyzna podszedł do niej i wyszczerzył bielutkie zęby, wśród których największą uwagę przykuwały długie, ostre kły. Cuchnął zwierzęcą padliną. Teraz dostrzegła, że wcale nie jest umorusany w błocie. To była ciemna, brunatna, skrzepnięta krew. Wymierzył jej mocny policzek i półprzytomna opadła na ziemię.
Właśnie zaczynał się poród.
***
Marcia spojrzała na zegarek i stwierdziła, że są mocno spóźnieni. U rodziców Daniego powinni być o wpół do ósmej, a jej zegarek wskazywał na dziewiętnastą. Za nic na świecie nie dojadą do nich w pół godziny. Tym bardziej, że właśnie na dworze zaczął padać gęsty śnieg, co znacznie utrudni im dojazd. Trudno, z wieczerzą wigilijną będą musieli na nich zaczekać. Kiedy Marcia poprawiała namiętnie makijaż przed lustrem, do łazienki wszedł Daniel i tuż przy progu zaczął do niej wymachiwać kluczykami od auta.
- znalazłem kluczyki. Dosyć tego pindrzenia się. I tak wyglądasz bosko – skłamał. Osobiście wolał Marcię w wytapetowanej wersji. Była seksowniejsza i o wiele bardziej pociągająca – no jesteśmy już spóźnieni…
- skarbie, jeszcze sekundkę. Wepnę sobie tylko kilka różyczek we włosy i możemy jechać – spojrzała na niego, zatrzepotała sztucznymi rzęsami i zrobiła żenującą, typowo facebookową minkę. Facebookowe dziubki zawsze robiły na nim wrażenie, ale tym razem naprawdę byli już spóźnieni.
- włóż sobie jeszcze kilka gałązek sosnowych we włosy i będziesz wyglądała jak wigilijna choinka – odcedził jej, wiedząc, że przez resztę drogi nie odezwie się do niego. Możliwe, że będzie nadąsana również przy stole wigilijnym u jego rodziców. Tyle, że on wcale nie zamierzał jechać do starych na wigilię. Bynajmniej nie od razu. Postanowił, że najpierw zajadą do jego starego kumpla, który dwa dni temu wrócił z Ukrainy z nowym towarem marihuany i LSD. Dopiero później mieli odwiedzić rodziców. Kto wie? Może nawet zapuszczą się razem na pasterkę?
- To będzie zajebista wieczerza wigilijna – uśmiechnął się na samą myśl o jaraniu i żarciu, jakie zagości w tym roku na ich wigilijnym stole. Był nieco głodny. A jeśli on jest głodny, to jest i cholernie zły.
- tyyy… eee… mówiłeś coś? – teraz Marcia zrobiła skrzywioną minę głupiutkiej lolitki, która nie odróżnia koła od kwadratu.
- nic, jak się pośpieszysz, to zobaczysz – wyszczerzył zęby i znów pomachał jej przed nosem kluczykami.
Kiedy skończyła nakładać ostatnie warstwy grubej tapety na twarz, wyszli z domu, zamknęli drzwi na klucz, rozejrzeli się, czy przypadkiem nikt ich nie widzi, po czym wsiedli do auta i odjechali.
Na dworze zaczął wiać coraz silniejszy wiatr.
Zanosiło się na porządną śnieżycę.
***
Krzyczała i wierzgała nogami, ile tylko starczyło jej sił. Za nic nie mogła się uwolnić. Zarówno nogi, jak i ręce miała teraz przywiązane do metalowej poręczy łóżka, na które ją przenieśli. Czuła niesamowity ból w podbrzuszu. Czasami traciła przytomność, ale kobieta poiła ją zimną wodą i robiła okłady na czole. Gestykulacją nakazywała jej robić głębokie, intensywne wdechy i wydechy.
Tymczasem skupiony na porodzie mężczyzna zanurzył ręce w jej kroczu, próbując uchwycić główkę noworodka, która w tym momencie wyłaniała się z pochwy. Powoli, z wprawioną ostrożnością, uwolnił nowo narodzone dziecko z ciasnych i obślizgłych narządów płciowych, po czym zębami odgryzł pępowinę. Widząc to, jego towarzyszka zostawiła półprzytomną dziewczynę samą na łóżku i podeszła do noworodka, wymierzając mu klapsa w pupę.
W bunkrze rozległ się przeraźliwy krzyk nowo narodzonego dziecka.
Żyło.
Zadowolona zabrała się za konsumpcję krwistego łożyska.
Słysząc to, skonana na łóżku dziewczyna podniosła instynktownie głowę w kierunku płaczu noworodka i zobaczyła, że dziwacy kładą je na stole oświetlonym przez dyndającą na kablu żarówkę, umocowaną na suficie. Czuła, jak gula stanęła jej w gardle.
Słyszała szepty.
Coś na kształt tajemniczej, tylko im znanej modlitwy.
Widziała, jak mężczyzna wskazuje kobiecie na zestaw rzeźnickich narzędzi, które leżały na jednej z metalowych półek.
Gula przeraźliwego strachu wciąż rosła.
Dziwaczka podeszła do niej, sięgnęła po nóż i półmisek ubrudzony we krwi, leżący obok.
Paniczny strach spowodował, że ciałem dziewczyny zaczęły władać drgawki nad którymi nie mogła zapanować. Krzyczała.
Obcy wyraźnie ją ignorowali.
Nóż podała mężczyźnie i z pełną gotowością czekała, aż rozpocznie swoją robotę.
Widząc to, zaczęła krzyczeć donośniej i płakać. Robiła hałas, by skupić ich uwagę na sobie i uniemożliwić im zabicie jej jedynego dziecka, którego nie miała nawet szans przytulić i dowiedzieć się, jakiej jest płci.
Nie miała żadnych szans, by ujrzeć twarz małej, niewinnej kruszynki, na którą czekała przecież tyle lat.
Wierzgała rękami i nogami, raniąc tylko swoje ciało, w które wrzynał się gruby sznur.
Nie czuła bólu. Była sparaliżowana obsceniczną sceną, która właśnie rozgrywała się na jej oczach.
Krzyki matki i dziecka połączyły się ze sobą w bestialskim akcie przerażenia. Swoistej pępowinie życia, która za chwilę miała zostać przerwana.
Nagle płacz noworodka ucichł. Jego miejsce zastąpił dźwięk skapującej do półmiska świeżutkiej, gęstej krwi…
***
Jechali w milczeniu aż do momentu, kiedy wjechali w skąpaną we śniegu gęstwinę lasu, która otaczała drogę z obu stron. To właśnie wtedy wpadli w poślizg i zaliczyli jedno, solidne drzewo, które zmasakrowało przednią część ich auta. I przerwało milczenie.
Tylko Dany doznał niewielkich uszkodzeń. W trakcie stłuczki przednia szyba samochodu rozprysła się na tysiące małych kawałków. Większy okaz utkwił mu w lewym policzku. Marci nie spadła ani jedna różyczka z głowy. Miała farta.
- no i pięknie – syknęła Marcia – jak sobie teraz wyobrażasz dalszą podróż pierdolona atrapo Kubicy?
Dany chwycił za kawałek szkła, które utwierdziło się w jego policzku i z całej siły uwolnił je z ciała, pozostawiając na twarzy paskudną ranę, z której dyndał niewielki skrawek mięsa.
- jak to jak? – spojrzał na nią spode łba i z uśmiechem na twarzy dokończył - idziemy z buta. Pomijając fakt, że twoje różyczki w głowie oklapną pod wpływem mrozu i będą wyglądały jak czerwone gówno, nam nic się nie stanie. To już niedaleko – na samą myśl o tym, że nie zajadą do kumpla po „wigilijne sianko” poczuł skurcz w żołądku. Będą musieli najpierw zajść do rodziców na wigilię.
- ty szujo – jęknęła Marcia wpychając mu palca w świeżą ranę na policzku. Dany uwielbiał masochistyczne zabawy z Marcią, więc mu się to nawet podobało – mam nadzieję, że wykorzystasz szansę i po drodze do twoich starych zapuścimy się gdzieś w krzaczki. Pamiętaj: zimą jeszcze ich nie zaliczyliśmy.
Zastanowił się przez chwilę nad propozycją Marci, jednak górę wzięło zupełnie inne pragnienie.
Czuł coraz większy głód.
- całkiem znośna propozycja, ale wiesz co? Jestem zajebiście głodny, więc bierz tę gównianą latarkę, leży w schowku po stronie pasażera, ruszaj dziursko i spadajmy stąd.
Marcia wygramoliła się z wraku, ruszając za Danielem i siarcząc gęsto łaciną podwórkową. Wiązanka przekleństw naturalnie skierowana była w kierunku jej chamskiego ostatnio ciacha. Mimo wszystko lubiła go za to. Jego chamskość była prologiem do ostrych igraszek w łóżku. Wrak samochodu zostawili w rowie, pośród gęstego lasu, nie zważając na szkody i straty. Samochód już ich nie obchodził. W końcu go ukradli. I nie obchodziło ich to, że w każdej chwili gliny mogą go odnaleźć.
Wiedzieli, że prawo i tak ich nie dosięgnie.
- wiesz co? Też jestem zajebiście głodna – wymamrotała Marcia, spoglądając przed siebie.
Dalej czekała na nich długa, kręta, zaśnieżona droga, która wiła się pomiędzy gęstą puszczą.
***
Na niebie dawno już rozbłysła pierwsza gwiazdka. Wielu mieszkańców Wąpierza Dolnego zasiadało właśnie do wieczerzy wigilijnej, nie wypatrując jednak nieba w poszukiwaniu pierwszej gwiazdki. To akurat usłane było ciężkimi chmurami, z których obficie padał śnieg. Rozpętała się też wichura.
Najpierw będzie opłatek. Później konsumpcja. Na stołach obowiązkowo dwanaście potraw. Taka tradycja. Później będą kolędy i koniecznie seansik Kevina samego w domu przed telewizorem w towarzystwie świątecznych smakołyków i butelki wódki. A potem pasterka. Tak. Pasterka o północy była w tych okolicach bardzo pielęgnowanym zwyczajem. Sama droga do kościoła stanowiła niesamowite przeżycie. Gdyby nie trudne warunki pogodowe, grupka mieszkańców tej niewielkiej pipidówki wybrałaby się pewnie na pasterkę wspólnie, wybierając pieszą wędrówkę. Kościół usytuowany był po drugiej stronie lasu, a żeby się do niego dostać, należało dwa kilometry przejść drogą wiodącą przez las. Kiedy było pogodnie, ludzie zabierali ze sobą lampiony i dwie godziny wcześniej ruszali w drogę pieszo, śpiewając kolędy.
Piękny zwyczaj.
Po drodze opowiadano sobie również niesamowite historie, wśród których największą uwagę wszystkich przykuwała legenda o ludziach-demonach, którzy tysiące lat temu mieliby w tutejszej puszczy zasiedlić się i w każdą wigilię Bożego Narodzenia atakować mieszkańców udających się do kościoła na pasterkę, wypijając z nich krew. Jedyną ochroną przed nimi był nie tylko czosnek i krucyfiks. Istoty, wyglądem przypominające człowieka-konia, ponoć strasznie bały się kościelnych pieśni. Tradycja ta przetrwała do dziś i oprócz specyficznej nazwy miejscowości, w tę wyjątkową noc wszyscy mieszkańcy Wąpierza Dolnego zbierali się wspólnie w podróż do kościoła usytuowanego po drugiej stronie lasu, wyśpiewując właśnie kolędy.
Ale przecież wampiry nie istnieją. Nie ma strzyg, upiorów, lamii. Nie ma likantropów i larw. I nikt się ich już nie boi. W końcu era zakochanych wampirków o brokatowym obliczu przyćmiła wyobrażenie wampira jako istoty nie tyle romantycznej, co niebezpiecznej.
Dziś wampiry kojarzą się tylko z cukierkowatymi historyjkami miłosnymi.
Coraz częściej zdarzało się nawet, że w tych okolicach horda zdebilałych nastolatek udawała się na pasterkę tylko dlatego, by móc doczekać chwili, kiedy w ten wyjątkowy, magiczny, wigilijny wieczór z pobliskiego lasu wyskoczy Edward Cullen i zaciągnie którąś w krzaki.
Póki co Edward Cullen nie zapuszczał się w te rejony.
***
Wszystko wskazywało na to, że w tym roku Mateusz wieczór wigilijny spędzi samotnie w domu. Jak zwykle w wigilię musiał pokłócić się z Anną, która tym razem udała się honorem i postanowiła spędzić święta u matki. Wzięła samochód i bez chwili zastanowienia odjechała, zostawiając go samego z masą niedokończonych, świątecznych przygotowań. Mógł udać się za nią, ale istniało ryzyko, że jego duma zostanie bardzo zszargana. Nie był typem lizydupka i pantoflarza.
Ale, do jasnej cholery, puścił w podróż kobietę ciężarną, która – zgodnie z terminem – za dwa tygodnie miała rodzić.
Dopiero godzinę później trafił po rozum do głowy. Sięgnął po telefon i zadzwonił do niej na komórkę. Nie odbierała. Stwierdził, że zadzwoni na domowy do rodziców Anny. Być może nie zdąży do nich dojechać (bo i nie miałby czym), ale chociaż upewni się, że bezpiecznie dotarła na miejsce.
Wybił numer. Brak sygnału. Wyjrzał przez okno i zobaczył, że na liny zwalił się potężny konar drzewa, uniemożliwiając mu wykonanie połączenia.
Pięknie. Po prostu zajebiście. Pomyślał.
Wiatr się zmagał.
Pozostała tylko jedna opcja.
Dzwonić do niej na komórkę.
Być może za którymś razem w końcu odbierze…
***
Kiedy wypili świeżą krew, zabrali się za dziewczynę. Leżała półprzytomna z wycieńczenia i zdawało się, że zobojętniała na zaistniałą sytuację. Z jej twarzy dało się wyczytać rezygnację i pogodzenie z losem. Wiedziała, że będzie następna i nikt już jej nie pomoże. Mężczyzna poluzował sznury u rąk i nóg swojej zdobyczy, a jego towarzyszka zajęła się wlewaniem resztek świeżo upuszczonej krwi do jakichś niewielkich fiolek.
Ciało niemowlęcia wylądowało w kociołku.
Sięgnął po nóż, który włożył pomiędzy jej piersi. Jednym zamachem przeciął delikatną, niebieską bluzkę na pół, następnie rozerwał stanik. Kiedy odwrócił się do swojej towarzyszki, ona otworzyła oczy i zdążyła wyrwać mężczyźnie nóż, który szybko wbiła w jego kark. Narzędzie napotkało na przeszkodę w postaci delikatnych kości kręgosłupa, łamiąc je na drobne elementy.
Od tej chwili musiała działać szybko.
Kiedy zaskoczony mężczyzna z nożem w karku opadł na ziemię, zeskoczyła z łóżka i w błyskawicznym tempie sięgnęła po rękojeść noża. Lewą nogą przytrzymała głowę charszczącego i dławiącego się mężczyzny i obiema rękami wyciągnęła ostrze.
W tym czasie kobieta-demon odskoczyła od kociołka i rzuciła się na dziewczynę. Ta zaś wprawnym ruchem zrobiła unik w bok i z nożem w ręku uciekła w kierunku schodów wiodących na górę.
Ku jej zdziwieniu, dziwaczka nie podążyła za nią. Uciekając na dwór, usłyszała gulgoczący głos mężczyzny. Jednak przeżył. Odwróciła się bokiem, by ocenić sytuację. Ujrzała, że kobieta podnosi mężczyznę, który trzymał się za szyję. Nie dojrzała krwi, co było według niej bardzo dziwne. Mężczyzna wskazał na nią i oboje z kobietą udali się w pościg za uciekającą właśnie zdobyczą.
Ile sił w nogach musiała stąd uciekać.
Przez głowę przelatywała teraz horda nieskoordynowanych myśli.
O ile dobrze pamięta, potrąciła sarnę mniej więcej w połowie drogi wiodącej przez las. Następnie zjechała na bok, uderzając w znak drogowy. Wtedy straciła przytomność.
Potem znalazła się tutaj. Nie wie jak daleko od głównej trasy się teraz znajduje.
Miała dwie możliwości.
Szybko przedostać się na drogę i uciekać.
Albo w stronę kościoła, albo w kierunku miasteczka.
***
Przez całą drogę Marcia pluła jadem w kierunku Daniego, co było jedynie pretekstem do wszczęcia komicznej dyskusji dwojga młodych, głupich, nadąsanych kochanków. Konwersacja ta ciągnęłaby się dalej, gdyby nie dzwonek telefonu, który właśnie usłyszeli.
- odbierzesz wreszcie tę cegłę, czy mam ci ją wyjąć z kieszeni i pierdolnąć ci nią w głowę – Marcia była zadowolona z tego co powiedziała. Najwidoczniej uznała to zdanie za najzabawniejsze, jakie kiedykolwiek zdołała wymyślić.
Na Danielu jak zwykle nie zrobiło to żadnego wrażenia.
- a nie wydaje ci się, imitacjo inteligencji, że odgłos tego telefonu nie dochodzi z moich gaci?
Faktycznie, to nie był telefon Daniego. Cichy dźwięk utworu Snow is falling Shakin’a Stevens'a dochodził ze stłuczonego auta, do którego właśnie dochodzili. Wcześniej go nie zauważyli, bo wciąż obficie padał śnieg. A ich latarka nie miała dużego zasięgu.
- o kurwa, przeżywam deja vu – wycedziła Marcia widząc przed sobą wrak nowiutkiego porsche, rozbitego o znak drogowy.
- a ja doświadczam orgazmu – przygryzł jej Daniel – nie zauważyłaś, że po pierwsze to zupełnie inna marka samochodu, a po drugie, my zderzyliśmy się z drzewem?
- dobra nie sraj żarem, tylko chodźmy sprawdzić, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. – Marcia ruszyła w stronę auta.
Przednia część samochodu przypominała harmonijkę. Podobnie, jak w przypadku ich vana, tu również nie było przedniej szyby. W środku, na przednim siedzeniu po stronie pasażera błyszczał ekran telefonu komórkowego, który sygnalizował nieodebrane połączenie. Zanim Marcia po niego sięgnęła, na ekraniku pojawiła się wiadomość o krytycznym stanie baterii, po czym telefon się wyłączył.
- widzisz? Spierdoliłaś sprawę. Telefon zdechł na twój widok. – Dany robił się coraz bardziej głodny, o czym świadczyło jego prostackie zachowanie.
Ale Marcia nie zwracała już na niego uwagi. Kiedy oddała komórkę Daniemu, wyszła na środek drogi i czemuś się przyglądała.
- Dany…
- pierdol się, nie ma tu nikogo, więc spadamy.
- Daniel…
- czego? Znowu masz zwidy? Przecież nic nie brałaś.
- spójrz przed siebie.
Stanął obok niej i wpatrywał się w punkt słabo oświetlany przez latarkę. Co chwila światło migotało, uniemożliwiając mu dostrzeżenie tego, co przed chwilą ujrzała Marta. Widział jedynie asfaltową drogę, zasypaną śniegiem i drzewa po obu stronach. Nic więcej.
- przypatrz się, ktoś schodzi z tamtej skarpy, widzisz? – Marcia wskazała na niewielką skałkę po lewej stronie drogi, oddaloną od nich o jakieś cztery, może pięć metrów.
Światło latarki zgasło. Potrząsnęła nią. Światło wróciło, ale było jeszcze bardziej mdłe, niż przedtem.
- ja pierdzielę, tracimy oświetlenie Dany…
Śnieżyca nieco się uspokoiła, jednak wciąż praktycznie nic nie było widać.
Na moment zza grubej warstwy chmur, wyjrzała okrąglutka tarcza księżyca.
- o kurwa… - warknął Dany.
Ich oczom ukazała się naga, roztrzęsiona i cholernie wystraszona kobieta.
***
Biegła, ile miała sił w nogach. Pomiędzy drzewami nie było to wcale takie łatwe. Ale jakoś sobie radziła. Przeszkodą był dodatkowo uporczywy śnieg padający obficie z nieba, który ciągle smagał jej nagie ciało. Biegnąc po puszystej, zimnej tafli białego puchu czuła, jakby stąpała po cieniutkich, lodowatych igiełkach, wbijających się prosto w jej przemarznięte stopy.
Mimo wszystko dawała radę. Motywacją była patologiczna chęć przetrwania tego koszmaru. W głowie brzęczała teraz tylko jedna myśl: nie daj się tym skurwysynom.
Nie słyszała żadnych dźwięków zdradzających ich obecność w pobliżu.
Słyszała tylko wiatr, który gdzieś u góry próbował przedrzeć się przez korony drzew.
Ale wiatr dokuczał również na dole. Przy większych porywach traciła dech w piersiach.
Biegła dalej. Przed siebie.
Mati, jak ja cię teraz potrzebuję. Pomyślała przez chwilę o wigilii, którą być może właśnie spędzałaby u boku swojego ukochanego, w ciepłym, przytulnym domku. Wspólnie przygotowywaliby posiłki, ustawili talerze na stole, ułożyli prezenty pod choinką. Wszystko potoczyłoby się zapewne inaczej, gdyby nie udała się honorem i po kłótni - której przyczyną okazały się jak zwykle naiwne i bezpodstawne podejrzenia o jego romans z sekretarką – pojechała do rodziców (stwierdziła, że powinna ograniczyć popularne tasiemce wenezuelskie, emitowane niemalże na każdym kanale telewizyjnym – to rozwija chorą wyobraźnię i może okazać się przyczyną rozpadu wielu związków).
Później, w oczekiwaniu na pasterkę, zajęliby się przygotowaniami do szpitala. Spakowaliby szlafrok, ręcznik i kapcie. W każdej chwili mogłyby złapać ją bóle porodowe i zacząłby się poród. Musiała się przygotować na najgorsze.
Myśl ta bardzo ją dobiła. Doczekała porodu niczym z jakiegoś pokurwionego horroru.
Nie takiego obrotu spraw się spodziewała.
Nagle usłyszała głosy jakichś ludzi. Głosy dochodziły z przodu. Już miała wołać o pomoc, ale doszła do wniosku, że lepiej nie zdradzać póki co swojej obecności. W każdej chwili mogli gdzieś się na nią zaczaić i zaatakować. Aż strach pomyśleć, co mogliby z nią zrobić.
Wciąż nie mogła uwierzyć w ich istnienie. Przecież, do jasnej cholery, oni nie mieli ludzkich nóg!
Ze skałki, przed którą właśnie stanęła, zejdzie po cichu. Spojrzała na drogę oświetloną bledziutkim światłem latarki.
Poczuła, że iskierka nadziei powróciła. Miała cholernego farta.
Na chwilę za ciężkich chmur wyjrzał księżyc.
Znalazła się dokładnie w tym miejscu, w którym przejechała sarnę.
Dostrzegła wrak swojego porsche.
Obok rozbitego auta stali jacyś ludzie.
***
- myślisz, że powinna dołączyć do nas? – zapytał cichym głosem.
- nie wiem – odpowiedziała mu – a co na to twoi rodzice?
- kochanie, przecież przy wigilijnym stole zawsze znajdzie się dodatkowe miejsce dla niespodziewanego gościa – spojrzał na nią – na pewno będą zadowoleni. Lubią nowe towarzystwo.
- A więc gotowy?
- jak najbardziej – odpowiedział.
Ruszyli z kopyta w jej stronę.
***
Zejście ze skałki okazało się dla niej bardzo uciążliwe. Było cholernie ślisko i musiała uważać, by się nie porozbijać. W końcu udało jej się zejść na główną drogę. Stanęła przed nimi, czując ich wzrok na sobie.
Czuła się podle. Była naga, ubrudzona we krwi i resztkach wód płodowych. Mogli wziąć ją za wariatkę.
Nie obchodziło ją to. Ważne, że teraz nie jest sama. W kupie raźniej.
Już miała się odezwać, ostrzec ich przed tym czymś, co w bunkrze wyrządziło jej krzywdę. Już miała prosić o pomoc, błagać, by zadzwonili po policję, zrobili cokolwiek, byleby To ich nie dopadło.
Już otwierała usta, kiedy oni z impetem rzucili się na nią.
I zaczęli gryźć.
***
Dzwonił chyba z pięćdziesiąt razy. Każda próba okazała się totalną klapą.
W końcu wyłączyła telefon.
A mogło być inaczej. Pomyślał.
Wielu ludzi łączy się teraz przy wspólnym stole i składa sobie najserdeczniejsze życzenia.
W większości są to fałszywe obietnice, których i tak nikt nie będzie się trzymał.
Ale, do jasnej cholery, w takiej chwili, jedynej w całym roku, nawet najbardziej zakłamane życzenia nie stają w gardle jak ość karpia. Nie kłują w gardło. I nie ranią. Nawet, jeśli jest się świadomym, że to kupa bzdur, które nigdy nie będą miały racji bytu.
To jedyna taka noc, kiedy bez względu na okoliczności powinni być razem.
Spieprzył sprawę.
Ale ona również.
Naważyli sobie piwa wspólnie i teraz oboje muszą je wypić.
Jutro pewnie wróci. Na pewno. Za dwa dni będziemy się z tego śmiać.
Wszedł do kuchni, otworzył lodówkę i sięgnął po schłodzoną Finlandię 0.7.
Olej to. Przecież świat się nie kończy o byle jakie sprzeczki.
Jak się przyjrzeć temu bliżej, to nie była nawet twoja wina.
To ona zaczęła, nie ty.
Przecież wiesz, że nigdy jej nie zdradziłeś.
Wszedł do salonu, rozsiadł się wygodnie na sofie i włączył telewizor.
Zamierzał tę noc spędzić przy butelce wódki, zalewając robaka.
***
Dziewczyna z różyczkami we włosach spiętych w kok, na oko ze dwadzieścia lat, nie więcej, była silna jak cholera. Dopadła do jej piersi i zaczęła je gryźć, aż z sutków zaczęła spływać krew wymieszana z sączącym się mlekiem. Najwyraźniej sprawiało to jej zabawę, skoro co chwila przerywała i spoglądała na nią z zabawną miną głupiutkiej idiotki. Jej towarzysz – brunet, krótko ostrzyżony, mniej więcej w tym samym wieku – trzymał ją z tyłu za ręce i próbował wgryźć się w jej szyję.
Co się tu, do kurwy nędzy dzieje? Nie mogła uwierzyć w to wszystko. Przez chwilę pomyślała nawet, że jej się to śni. Że zaraz obudzi się w swojej nowo kupionej chatce, w której spędzi pierwsze święta razem z jej ukochanym. W oczekiwaniu na dziecko, które będzie żyło i będzie czuło się bezpiecznie.
Niestety wyobrażenia te szybko wyleciały z jej głowy, kiedy usłyszała donośny głos kobiety i mężczyzny, którzy przetrzymywali ją w bunkrze. Stali zaraz za nimi.
A jednak ruszyli w pogoń. I ją znaleźli w towarzystwie kolejnych pokurwieńców, którzy najwyraźniej mają chęć na jej mięso.
- Wy debile! Zostawicie ją! Nie możecie doprowadzić do przemiany! To kobieta, która urodziła pierworodnego!
Nie mogła zidentyfikować które z dziwaków z bunkra wydało rozkaz, ale najwidoczniej była to bardzo ważna informacja, bowiem dziewczyna i chłopak natychmiast ją puścili. Upadła z impetem na drogę. Próbując się podnieść dostrzegła, że z jej lewej piersi zwisa kawał mięsa.
Skurwysyny przegryzły mi pierś. Czuła rosnącą nienawiść względem nich. Czuła obrzydzenie do swojego ciała. Chciała umrzeć. Nie miała już siły na próbę przetrwania.
Spojrzała na nich wszystkich i z niedowierzaniem dostrzegła pewne podobieństwo.
Wszyscy mieli cholernie bladą twarz. Nie widziała nóg tych młodych, bo nosili spodnie.
Ale była pewna, że są ze sobą w jakiś sposób spokrewnieni.
Właśnie zdała sobie sprawę, że wpadła w sidła, z których nie ma już wyjścia.
Kobieta podeszła do niej i złapała ją za prawą nogę. Szarpnięcie było mocne, bowiem znów z wielką siłą runęła na ziemię, przegryzając sobie język w chwili, gdy żuchwą otarła o zaśnieżony asfalt. Zaczęła krwawić.
Kobieta sięgnęła po nóż i pewnym ruchem przecięła jej ścięgno Achillesa.
To samo zrobiła z drugą nogą.
- Już nigdzie nam nie ucieknie – wypowiedziała te słowa z gracją, jakby była myśliwym, któremu właśnie udało się dopaść najbardziej okazałego jelenia.
Puściła ją i podeszła do grupki przyglądającej się temu, co właśnie zrobiła.
Czuła niesamowity ból w okolicy świeżo zadanych ran. Po cichu łkała, zaciskając zęby. Przetrwa ten ból.
Czuła, że niedługo to wszystko się skończy.  
- Dany, ty jełopie, ile razy mówiłam ci, żebyś nie wdawał się w tarapaty. Mogli cię nakryć! – kobieta z bunkra wydawała się dyrygować całą tą zgrają. Była ich przełożoną. Stróżem, który musiał wszystkiego dopilnować.
- mamusiu, ale my z Marcią wszystko załatwiliśmy sprawnie. Zapolowaliśmy na dwoje staruszków mieszkających jakieś dwieście kilometrów stąd, zarżnęliśmy ich tak, by wyglądało to na zabójstwo zwykłego śmiertelnika, a potem zwędziliśmy ich auto – spojrzał na matkę. Lustrowała go z uwagą – ale przypierdoliliśmy w pierwsze lepsze drzewo, kiedy wjechaliśmy na teren puszczy. Wiesz, jak jest cholernie ślisko? Przecież piechotą nie zdążylibyśmy na wieczerzę – jego mowa nie wydawała się dla kobiety zbyt przekonująca. Była żenująca i dziecinna.
- czasami wydaje mi się, że powinieneś robić za małpiszona w cyrku. Jesteś żałosny. – chłopak opuścił głowę – my tu z ojcem staramy się, by przepowiednia naszych Ojców została zrealizowana, a ty razem z nią – wskazała na Marcię, która była przejęta powagą sytuacji – rozrabiacie w mieście!
Próbowała doczołgać się w krzaki, choć wiedziała, że i tak ją dopadną. Była przemarznięta i wykończona. Słyszała ich głosy, ale im bardziej się od nich oddalała, tym głosy milkły w wietrze, który przybrał teraz na sile. Złapała się na tym, że jej instynkt przetrwania nadal sprawnie funkcjonował. Wciąż próbowała się bronić.
- dzisiejsza noc jest najważniejsza, synu – rozpoczął mężczyzna – to czas, kiedy przepowiednia musi się ziścić.
Dziewczyna i chłopak spoważnieli.
- to jest świeża, niczym nie skażona krew pierworodnego – wyjęła zza pazuchy fiolki z czerwonym, gęstym płynem i podała im – pijcie.
Otworzyli i zaczęli się delektować.
Pierwsza część rytuału zaliczona.
Aby ziściła się druga, muszą skonsumować matkę pierworodnego.
I wtedy będą odporni na wszystko.
Będą wolni.
Nic z tego nie zrozumiała. Ona i dziecko stanowili jakąś nieodłączną cześć chorego rytuału. Łokciami odpychała się od ziemi, próbując doczołgać się jak najdalej od nich. Nie wiedziała, która jest godzina, ale pewnie już niedługo mieszkańcy Wąpierza Dolnego będą tędy przejeżdżać na pasterkę do kościoła po drugiej stronie lasu.
Dzięki Bogu wybiorą się samochodem. Pogoda znów zaczynała się psuć.
Ma nadzieję, że te pierdolone strzygi się wystraszą i uciekną.
No i nie zdążą jej zabrać ze sobą.
Ale to były tylko złudne przypuszczenia i gdzieś w środku czuła, że ta wersja wydarzeń nie będzie miała racji bytu.
- spójrzcie, ofiara nam ucieka – zaśmiała się Marcia – nasz krwisty kąsek spierdala – podeszła do niej i kopnęła ją w klatkę piersiową. Coś wewnątrz jej ciała chrupnęło. – nie ma szans, że dasz radę! – wybuchła histerycznym śmiechem i znów uderzyła – jedno złamane żebro wylazło na wierzch przecinając skórę w okolicach klatki piersiowej.
Cios był okropny, z pewnością żaden człowiek nie miałby w sobie tyle siły. Byli zwierzętami, jakimiś nierealnymi stworami, których nie powinno tu być. Które nie istnieją. Przynajmniej nie powinny istnieć. Czuła pieczenie w okolicach płuc. Ledwo łapała oddech. Wiła się z bólu niczym dżdżownica na ziemi, którą właśnie skrócono o połowę.
W oddali słychać było ryk nadjeżdżającego samochodu.
Wszyscy galopem udali się w stronę lasu.
Mężczyzna z chłopakiem wzięli ją za ramiona i zaczołgali w głąb puszczy.
***
Niebo na powrót zasłoniło się ciężkimi, śnieżnymi chmurami, z których znów zaczął prószyć gęsty śnieg.
Rozpętała się wichura.
23.30
Czas na pasterkę.
***
Rozłożyli swoją ofiarę na środku ośnieżonej polany i po kolei zaczynali na nią szczyć. Najpierw dziewczyna i kobieta. Później mężczyźni.
Została naznaczona ich uryną.
Byli usatysfakcjonowani, bo udało im się ziścić przepowiednię przodków. Teraz będą mogli udać się na żer, nie bacząc na wszelkie bariery.
Już nie będą musieli ukrywać się w puszczy.
Strzygi, lamie i upiory z najkoszmarniejszych snów wypełzną na ulice miast.
Mężczyzna sięgnął po nóż, który podała mu kobieta. Dwoje młodych stało obok i nie mogło się doczekać kolacji. Ofiara próbowała się bronić, ale nie miała już zbyt wielu sił. Zanurzył nóż w okolicach pępka i rozpłatał ją aż do mostka.
Słyszała, jak wypowiadają jakieś słowa.
Nic z tego nie rozumiała. Powoli traciła przytomność.
W oddali słychać było bicie kościelnego dzwonu, który zwiastował północ. Pasterka.
Na znak mężczyzny, podeszli do ofiary. Z jamy brzusznej zaczęli wyciągać jelita, wątrobę, dokopali się do nerek. Zaczęli ucztę.
Zamknęła oczy. Straciła kontakt z rzeczywistością.
Już nic nie czuła.
Grudzień 2013.
Autor: Konrad

środa, 22 lutego 2012

Najpopularniejsze Urban Legends cz. I

UWAGA! TREŚCI PRZEZNACZONE DLA OSÓB PEŁNOLETNICH!

12 lipiec 2010 (poniedziałek)
"Kiedy wychodziła z domu, matka kazała jej założyć kurtkę, gdyż z rana było jeszcze zimno. Co prawda utrudniałoby to uprawianie biegów, jednak na odczepnego wzięła skafander oraz podstawowy zestaw biegacza- małą buteleczkę wody mineralnej, odtwarzacz mp 3 i telefon komórkowy- dziś wyjątkowo, bo zwykle tego nie robiła. Ale dziś miała otrzymać ważną wiadomość w sprawie pracy, o którą ubiegała się od ponad miesiąca. Wychodząc z domu, rzuciła matce szczery uśmiech informując jednocześnie, że wróci za dwie-trzy godziny. Nie wróciła. To co miało się wydarzyć chwilę później, doprowadziło jej matkę do całkowitej ruiny psychicznej. Ciało córki, a raczej to co po nim pozostało, odnaleziono dwadzieścia pięć kilometrów od jej miejsca zamieszkania. I to, co pozwoliło utwierdzić matkę w przekonaniu, iż ma do czynienia właśnie z ciałem jej jedynej córki, to skafander, który jej ofiarowała oraz telefon komórkowy, który zarejestrował dziesięć nieodebranych połączeń w sprawie pracy. Późniejsze badania pozwoliły na całkowitą identyfikację ciała oraz odkryły tajemnicę śmierci dziewczyny. Pozbawiona narządów wewnętrznych padła ofiarą handlarzy ludzkimi narządami..."
Historyjki z pogranicza Urban Legends nieraz przyprawią nas o dreszcze. Niesamowitość tych opowieści sprawia, że słuchamy ich z zapartym tchem w piersiach. Ale są i takie, w które nie jesteśmy w stanie uwierzyć,  gdyż ich odrealniony charakter napawa nas niedowierzaniem. Miejskie legendy dotyczą więc spraw błahych, codziennych, które mogą przydarzyć się każdemu z nas, inne znów są na tyle mało prawdopodobne, że trudno nam w nie uwierzyć. Tak czy inaczej wszystkie te opowieści cechuje jedno: są to prawdopodobne historie, które zazwyczaj nie mają wiarygodnego źródła oraz budzą silne emocje, co sprawia, że chętnie się o nich dyskutuje...
Dzień wcześniej...
"Przy świetle księżyca siedzieliśmy na działce za domkiem letniskowym. Odkąd skończyliśmy studia, nasze drogi rozeszły się i mimo obiecanek, że będziemy stale się spotykać, życie napisało nieco inny scenariusz. Jednak wreszcie się spotkaliśmy- po 5 latach. Cała dziesiątka. Nikt się nie zmienił. Wszyscy wciąż tacy sami.  Było piwo, były pieczone kiełbaski. Były okazje do świętowania. Oblewaliśmy urodziny kumpla oraz piliśmy za zdrowie każdego obecnego na przyjęciu. No i trzymaliśmy kciuki za kumpelę, która podekscytowana miała następnego dnia otrzymać wiadomość w sprawie pracy. Cóż, nie dziwię się jej, w końcu to jej wymarzone stanowisko. Tak czy siak, do policji ciężko się dostać. Ale ona się do tego nadawała- dbała o formę jak mało kto i nie bała się wyzwań. Dziko roztańczone języczki ognia dodawały niesamowitej atmosfery tej nocy. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, śpiewaliśmy... kiedy w końcu ktoś rzucił pomysł, by każdy z zebranych opowiedział jakąś przerażającą opowieść. Po chwili namysłu doszliśmy do wniosku, że to całkiem niezły pomysł. W tańcu wściekłych płomieni zaczęto opowiadać przeróżne historie..."

1. "Pół człowiek- pół zwierzę"

Kim lub czym jest? Diabłem wcielonym? A może jakimś członkiem tajnej sekty? Próbuje uprowadzić ludzi, czy po prostu próbuje rzucić na nich klątwę? Czy w ogóle ktoś widział go naprawdę? A może to tylko plotki? Tego nie wie nikt. Dopóki sam nie przekona się na własnej skórze...
Sobota. Dziewczyna udaje się na dyskotekę. Przed wejściem na salę słyszy rozmowę dwóch dziewczyn, które  opowiadają sobie o kopytniku- mężczyźnie, który zamiast nóg, posiada kopyta i ponoć grasuje w okolicy, uprowadzając młodych ludzi, których ciała potrzebne mu są do bestialskich rytuałów. Czasami tajemniczy mężczyzna dopytuje się o godzinę, jednak nigdy nie należy mu odpowiadać, gdyż w ciągu trzech dni osoba ta może umrzeć dokładnie o tej godzinie, którą wówczas wskazywał zegarek. Dziewczyna potraktowała tę plotkę z lekkim niedowierzaniem. W środku spotkała się ze swoją koleżanką, która przyprowadziła ze sobą nowo poznanego kolegę. Ubrany w długi skórzany płaszcz z kapeluszem na głowie wyglądał nieco komicznie. Siedzieli razem przy stoliku i wspólnie się bawili. Robiło się już późno, dlatego też nieznajomy zaproponował jej ostatni taniec i w międzyczasie zapytał koleżankę o godzinę. Była 5.00 nad ranem. W świetle neonów i migoczących światełek tańczyli na środku sali. Dziewczyna przypomniała sobie w tym momencie historyjkę, którą podsłuchała i odruchowo spojrzała na nogi mężczyzny. Ot tak, na wszelki wypadek. Z niedowierzaniem dostrzegła, że nogi  były nienaturalnie owłosione, jakby pokryte czarną sierścią konia. Były też zakończone kopytami. Struchlała i zemdlała. Mężczyzna wziął ją przez pół i wyprowadził na zewnątrz, po czym zapakował do bagażnika swojego czarnego bmw i odjechał.  Dwa dni później odnaleziono ją w rowie z poderżniętym gardłem i z wyrytymi na ciele dziwnymi znakami, które wskazywały na zabójstwo rytualne. Natomiast koleżanka, którą spotkała na dyskotece,  popełnia samobójstwo. Przy dyndającym na pętli ciele dziewczyny odnaleziono kartkę z napisem:
"To moja wina, że zginęła. To ja ją z nim zapoznałam. Wyrzuty sumienia nie dały mi spokoju. Żegnam. 5 październik 2010. Godzina 5.00"

2. "Hak" 

Po napadzie na opiekuna, założył jego odzienie, nałożył kaptur na głowę, twarz okrył szalikiem i niezauważalnie opuścił budynek szpitala psychiatrycznego. Była noc, więc ochroniarze nawet nie zdawali sobie sprawy, że właśnie na wolność puszczają zwyrodniałego mordercę. Schronił się w swojej drewnianej chacie za miastem, w której kiedyś mieszkał z matką. Znów na niezdarną rękę, ten wydawałoby się niepraktyczny już kikut, nałożył swe narzędzie zbrodni- hak, który nie raz wydawał sąd ostateczny i wyznaczał godzinę śmierci wielu niewinnym ludziom. Morderca z hakiem znów ruszył na polowanie...
Dwoje młodych ludzi- chłopak i dziewczyna- wybierają się na małą przejażdżkę samochodem. Widząc mały lasek i polną ścieżkę postanawiają się tam zatrzymać i trochę rozejrzeć. Przed nimi rozprzestrzeniał się piękny, zielony las. Poszli przed siebie wzdłuż polnej ścieżki. Po jej jednej i drugiej stronie leniwie kołysały żółtawe kłosy zboża. Samochód zostawili w cieniu, obok drzewa. Weszli w głąb lasu i zauważyli tam niewielką małą chatkę. Wyglądała na opuszczoną, jednak nie weszli tam, lecz wrócili z powrotem do samochodu. Zanim zaczęli się obściskiwać i całować, w radiu nadawano właśnie informację o zbiegłym ze szpitala psychiatrycznego mordercy pod pseudonimem "Kapitan Hak", którego schwytano przed laty w zamieszkałej przez niego chatce nieopodal lasu. Spanikowana dziewczyna kazała chłopakowi natychmiast opuścić to miejsce, gdyż stwierdziła, że w lesie widzieli dom, który należał kiedyś do przestępcy. Chłopak ośmiał się, jednak gwałtownie ruszył samochodem wzdłuż ścieżki i w tym samym momencie usłyszeli zgrzyt czegoś ostrego o karoserię. Racjonalizując zaczęli sobie wmawiać, że to tylko gałąź otarła się o pojazd, jednak zdziwili się, kiedy wychodząc z samochodu zobaczyli porysowany z boku samochód i dyndający na klamce tylnych drzwi zakrwawiony hak...

3. "Handlarze narkotykami"

Czy zdawałeś sobie kiedykolwiek sprawę, do czego zdolny jest bezwzględny oprawca, kiedy za wszelką cenę chce przewieść nielegalny towar za granicę? Czy wiesz, gdzie chowają swoją zdobycz najbardziej wyrafinowani handlarze narkotykami? Odpowiedź brzmi...
WSZĘDZIE...
Kiedy skończyła się próba teatralna, umilkły dziecięce śpiewy i salę gimnastyczną ogarnęła cisza. Małe rozbawione klauny i pajace wybiegły zdjąć swoje kostiumy. Przed szkołą czekali już zniecierpliwieni rodzicie, którzy przyjechali po swoje pociechy. Tylko po jednego chłopca nie przyjechał nikt...Po niedługim namyśle postanowił więc sam wrócić do domu. Jak tylko opuścił mury szkoły, przy chodniku zatrzymał się samochód. "Sam wracasz do domu? Wsiadaj, podwieziemy Cię..." Chłopiec na moment zatrzymał się, jednak po chwili znów ruszył przed siebie. "Czekaj, podwieziemy się. Przy okazji wpadniemy do wesołego miasteczka. Chcesz?" Uwielbiał wesołe miasteczko. "Tam czeka na Ciebie Twoja mamusia, kazała nam po Ciebie przyjechać..." Wsiadł.
Kiedy pod szkołę podjechała spóźniona matka, po chłopcu nie było ani śladu. W szkole  też nie było już nikogo. Zdenerwowana wsiadła do samochodu i ruszyła w stronę domu, spoglądając na ulicę w nadziei, że ujrzy swego syna wracającego na piechotę do domu. Wśród tłumu nie ujrzała go. Nie wiedziała jeszcze, że już go nigdy nie zobaczy. Przynajmniej żywego...
Lotnisko. Do samolotu wsiada podejrzana para z małym dzieckiem na rękach. W trakcie podróży roznosząca przekąski hostessa podchodzi do podejrzanych i spostrzega, że pomiędzy nimi leży dziecko, które nie daje znaków życia. Spanikowana woła lekarza pokładowego i policję. Mimo oporów i szamotaniny pomiędzy młodą parą a policją, udaje się zabrać im dziecko, które okazuje się być martwe. Na plecach dziecka dostrzeżono niedbale zszytą ranę. Po rozcięciu szwów okazało się, że z jego ciała wypatroszono organy wewnętrzne i schowano tam narkotyki, które młodzi bandyci chcieli przetransportować...
Identyfikacja zwłok wykazała, że ciało należało do dziecka, które tydzień temu uprowadzono przed szkołą...

4. "A jednak żył!"

Otwierasz oczy i widzisz ciemność. Spanikowany zaczynasz niemrawie kręcić się i rękami badać otoczenie. Nie wiesz, co się dzieje. Nie wiesz gdzie jesteś. Serce zaczyna bić coraz szybciej i powoli robi się coraz bardziej duszno. Brakuje tlenu. Ręce drżą teraz ze strachu. Wołasz o pomoc, ale podświadomość mówi Ci, że i tak nikt Cię nie usłyszy. Powietrza coraz mniej. Słabniesz i  powoli tracisz przytomność. W końcu uświadamiasz sobie, że byłeś w szpitalu po ciężkim wypadku samochodowym. Byłeś...bo teraz jesteś w trumnie...
Kobietę dręczy nietypowy sen. Codziennie, każdego rana budzi się cała odrętwiała. Sen jest zbyt realny i zbyt mało prawdopodobny. Po tragicznej śmierci jej męża i pogrzebie upłynęło niecałe dwa dni i psychiatra uspokaja, że takie sny mogą wynikać z tęsknoty i wiary w to, że ukochana osoba nadal żyje. Nawet kiedy ma się świadomość, że lekarze potwierdzili zgon. Jednak koszmar wciąż się powtarza. Każdej nocy kobieta słyszy uporczywe wołanie o pomoc. Słyszy, jak jej mąż błaga, by uwolnić go ze swojego grobu, gdyż wciąż żyje. Pewnego dnia udała się do miejscowego proboszcza z nietypową prośbą. Opowiedziała mu swój sen oraz chciała, by ksiądz pomógł jej otworzyć grób męża, którego pogrzeb odbył się kilka dni temu. Ale ksiądz odmówił. Nawet wtedy, gdy kobieta próbowała przekupić go sporą sumą pieniędzy. Jej rozmowę z księdzem usłyszał kościelny, który zaproponował później kobiecie współpracę przy profanacji grobu jej męża pod warunkiem, że zrobią to tak, by proboszcz o niczym nie wiedział. Nocą udali się na cmentarz. Z całej siły przesunęli ciężką płytę nagrobną, by za chwilę zobaczyć coś, co miało potwierdzić podejrzenia kobiety. Trumna nie leżała w pozycji prostej, lecz na ukos. Po otwarciu wieka  ujrzeli mężczyznę leżącego bokiem oraz zadrapania na trumnie wynikające z jego nieudanej próby wydostania się na zewnątrz. Niestety było już za późno. Mężczyzna na skutek braku tlenu udusił się...

5. "Złodzieje nerek"

Ciało. Potężna i skomplikowana maszyna wyposażona w narządy odpowiedzialne za nasze życie i prawidłowe funkcjonowanie. To  nasze indywidualne i niepowtarzalne Ja. Dbamy o nie i pielęgnujemy je. Naruszenie ciała bez naszej wiedzy wiąże się z naruszeniem naszego Ja- naszej godności i prywatności. Naszego człowieczeństwa...
Dziewczyna wybiera się na dyskotekę mimo oporu rodziców. Jadąc metrem słyszy komunikat radiowy o grupie przestępców, którzy nielegalnie handlują ludzkimi narządami. Porywają przypadkowych ludzi, pozbawiają ich narządów, po czym pozostawiają wypatroszone ciało w podejrzanych i niebezpiecznych dzielnicach miasta. Jednak dziewczyna nie bierze sobie tego pod uwagę. W dyskotece poznaje chłopaka. Bawią się razem doskonale. Po kilku godzinach wspólnej zabawy mężczyzna zaproponował jej wspólne chodzenie. Zgodziła się. Po kilku kieliszkach alkoholu zrobiło jej się nagle niedobrze i upadła na ziemię. Przejęty chłopak wynosi ją na zewnątrz. I w takich okolicznościach ostatni raz widziano ich razem...
Opuszczona fabryka. Otworzyła oczy i odruchowo rozejrzała się dookoła. Przez jej ciało przeszedł uciążliwy ból. Skrzywiła się. Pomieszczenie było brudne i obrzydłe. Ściany wyłożone białymi płytkami, na których ujrzała kilka świeżych czerwonych plam. Krew. Wystraszyła się i przetarła oczy. Nagle zdała sobie sprawę, że znajduje się w wannie wypełnionej po brzegi zimnymi kostkami lodu. Co jest grane..?! Pomyślała. Teraz dopiero poczuła delikatny uścisk na szyi. To cienka linka i jakaś kartka. Odwróciła ją i drżącym głosem wymamrotała:
"Zostałaś pozbawiona prawej nerki. Nie ruszaj się stąd, pogotowie już po Ciebie jedzie. Przepraszam..."
"Opowiadanie przerwało głośne syczenie kiełbasek z grilla, co oznaczało, że wystarczająco długo się piekły. Przejęci opowiadanymi historyjkami całkowicie o nich zapomnieliśmy. Ognisko przy którym siedzieliśmy również powoli gasło, dlatego też podrzuciliśmy więcej drewna. W międzyczasie zastanawialiśmy się, skąd w ogóle biorą się tego typu opowieści. Czy opowiadane przez nas historie miały kiedyś faktycznie miejsce? A może to tylko plotki? Co zrobilibyśmy, gdyby każdy z nas znalazł się w sytuacji, w której znaleźli się główni bohaterowie naszych opowiastek? Ostatecznie stwierdziliśmy, że miejskie mitologie to pomieszanie prawdziwych wydarzeń z wybujałą wyobraźnią człowieka, który z natury uwielbia historyjki niesamowite. Ciekawi kolejnych wrażeń z niecierpliwością czekaliśmy na następną opowieść..."

                                                                                                                                            c.d.n...

Autor: Konrad

Zaprezentowane wyżej historie zawierają elementy mitologii miejskich, czyli tzw. Urban Legends, dlatego też przedstawione opowieści mają wyłącznie charakter fikcyjny.