Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horrory paradokumentalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horrory paradokumentalne. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 lipca 2014

Recenzja: Devil's Due (aka Diabelskie Nasienie), 2014

Mówi się, że sukces filmu Blair Witch Project (1999) oraz jego pomysłowa kampania reklamowa przyczyniły się do powstania kolejnych filmów aranżowanych na dokument. Nietrudno się nie zgodzić: Paranormal Activity stał się już niemalże serialem, hiszpański horror REC również dwoi się i troi, gubiąc gdzieś po drodze swoją świetność, powstały pojedyncze horrory stylizowane na dokument, których wyliczanie mija się jednak z celem - wystarczy wklepać "horror paradokumentalny" w wyszukiwarce, a wujek google pomoże odnaleźć to i owo. Era found footage, czyli tzw. znalezionych taśm przeżywa istny renesans. Do coraz pokaźniejszego grona horrorów verite dołączyła amerykańska produkcja Devil's Due (aka Diabelskie Nasienie), która niestety nie powala ani wykonaniem, ani nawet pomysłowym przedstawieniem starego jak świat motywu antychrysta w łonie matki.

środa, 14 maja 2014

As Above, So Below (aka Jako w piekle, tak i na ziemi) - zapowiedźkinowa

Twórca "The Poughkeepsie Tapes" (2007) oraz  "Kwarantanny" (2008) John Eric Dowdle zaprasza widzów na przerażającą podróż po paryskich katakumbach w nowym thrillerze/horrorze stylizowanym na dokument As Above, So Below (aka Jako w piekle, tak i na ziemi), który w Polsce będziemy mogli obejrzeć prawdopodobnie już od 5 września 2014 r. Film będzie opowiadał o grupce badaczy eksplorujących podziemne cmentarzysko w Paryżu, gdzie przypadkowo odkrywają potworną, zatrważającą tajemnicę. Poniżej zwiastun i plakat filmu:

niedziela, 4 maja 2014

Recenzja: The Poughkeepsie Tapes (aka Taśmy z Poughkeepsie), 2007

Codziennie na całym świecie w niewyjaśnionych okolicznościach giną ludzie. Wracając ze szkoły, z pracy, czy z zakupów zostają uprowadzeni przez psychopatycznych zwyrodnialców, zostawiając swoje zdesperowane rodziny w rozpaczy i cierpieniu na długie lata. Znane powiedzenie, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej traci na wartości w chwili, gdy dowiadujemy się, że nagle uprowadzono dziecko przed jego własnym domem, gdzie bez opieki rodziców, bawiło się beztrosko w piaskownicy, nieświadome ryzyka, na które właśnie zostało wystawione. Być może wielu z was w tej chwili pomyśli sobie, że są to tylko odosobnione przypadki, że was to nigdy nie spotka, bo codziennie na noc zamykacie drzwi swoich posesji na cztery spusty, nie wdajecie się w rozmowy z nieznajomymi, podejrzanymi typami, nie zostawiacie swoich dzieci poza zasięgiem wzroku, czujecie się bezpieczni, bo wasze posesje naszpikowane są najnowocześniejszymi systemami alarmowymi, itp. Być może macie rację, bo nie da się przecież żyć w ciągłym strachu i niepewności. Nie zmienia to jednak faktu, że codziennie jesteśmy narażeni na różnego rodzaju niebezpieczeństwa płynące ze strony ludzi, których codziennie mijamy na ulicy. Być może pod pozorami normalnego zachowania, mają wobec nas całkiem inne, niekoniecznie dobre, zamiary. Mawiają, że "przezorny zawsze ubezpieczony" i lepiej dmuchać na zimne, wtedy choć w minimalnym stopniu unikniemy ryzyka. Myślę, że jest w tym ziarenko prawdy. Kto uważa inaczej, koniecznie musi zapoznać się z paradokumentem "The Poughkeepsie Tapes", który chwilami potrafi autentycznie przerazić, a co najważniejsze - każe widzowi zastanowić się nad kwestiami, o których zwykle nie rozmawia ze znajomymi przy stole podczas obiadu.

piątek, 28 marca 2014

Recenzja: La Casa Muda (aka Cichy dom), 2010

Nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę miał okazję obejrzeć jakiś horror z kraju Ameryki Południowej. Sprawa jest prosta - produkcje grozy z tej części świata dotąd nie były mi znane i jeżeli takowe powstają, jakoś nigdy nie wpadały mi w ręce. Ameryka Południowa kojarzy mi się raczej z dennymi tasiemcami wenezuelskimi, które namiętnie oglądają zagorzałe fanki (fani?) rozterek miłosnych między pokojówką a właścicielem pokaźnej rezydencji, aniżeli z filmowymi horrorami. Cóż, kiedyś musiał nadejść ten czas, kiedy noc spędzę przy seansie nie horroru azjatyckiego, amerykańskiego, czy europejskiego, a... urugwajskiego! Co więcej - nawet mi się nie śniło, że horror z tej części świata będzie w stanie zadowolić mnie na tyle, bym mógł uznać go za przyzwoity. Co prawda La Casa Muda nie jest horrorem nieskazitelnym, ale nie jest też filmem gniotowatym - przy odpowiednich warunkach jest w stanie dostarczyć porządnych wrażeń.

sobota, 15 lutego 2014

Diabelskie Nasienie (zapowiedź kinowa)

Światowa premiera amerykańskiego horroru Devil's Due (aka Diabelskie Nasienie) w reżyserii Matt'a Bettinelli-Olpin'a oraz Tyler'a Gillett'a odbyła się w styczniu 2014 roku. W Polsce horror miał zostać wyświetlany w kinach dokładnie w walentynki, 14 lutego, ostatecznie jednak jego premiera została przesunięta. Zgodnie z zapowiedzą dystrybutora polska premiera Diabelskiego Nasienia odbędzie się 2 maja 2014 roku.
Para młodych Amerykanów w podróży poślubnej na egzotycznej Dominikanie traci świadomość podczas jednej, tajemniczej nocy. Wkrótce po powrocie kobieta przekonuje się, że jest w ciąży, której nie planowała i zaczyna ulegać niezwykłej przemianie. Jej mąż nabiera podejrzeń, że za ten stan odpowiedzialne są siły nie z tego świata…
Poniżej zwiastun...

...oraz kampania reklamowa filmu

Źródło: http://www.imperial-cinepix.com.pl

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Recenzja: V/H/S/ 2 (2013)

Doczekaliśmy się kilku kontynuacji słynnego horroru Paranormal Activity, twórcy hiszpańskiego horroru [REC] również postanowili po raz kolejny uderzyć w znane i sprawdzone rejony prezentując kolejne części masakry zombie w otoczce paradokumentalnej. Powstają nowe filmy czerpiące całymi garściami z nurtu, który wydawałoby się, nie jest w stanie już niczym zaskoczyć. Moda na horror dokumentalizowany trwa więc nieustannie od dobrych kilkunastu lat i pomimo rozbieżnych opinii, tego typu kino ma się całkiem nieźle. Syndrom sequela dopadł również amerykańską produkcję V/H/S, która w 2012 roku miała swoją światową premierę. Horror ten stał się dowodem na to, że z podgatunku horror verite można jeszcze wycisnąć kroplę oryginalności i pomysłowości. Czy i tym razem twórcom udało się przeskoczyć poprzeczkę i udowodnić, że z horroru dokumentalizowanego można wydobyć coś jeszcze?

sobota, 18 maja 2013

"Reportaż" ukończony!

Jakiś czas temu na blogu pojawiały się informacje dotyczące polskiego, krótkometrażowego horroru "Reportaż", którego reżyserem jest Hubert Bąk. Film opowiada o tajemniczych nagraniach znalezionych przez przypadkowego przechodnia nieopodal ruin dawnego kompleksu wojskowego, w którym nazistowscy naukowcy przeprowadzali tajemnicze eksperymenty. Film został już ukończony, całość natomiast zmieściła się w 6 minutach. Film znajduje się w serwisie youtube.com, jednakże nie jest jeszcze dostępny dla szerszej publiczności, ponieważ najpierw ma zostać zaprezentowany na kilku przeglądach filmowych. Osobiście miałem okazję obejrzeć film i muszę przyznać, że twórcom udało się zrealizować główne założenie projektu, jakim było stworzenie horrou bazującego w głównej mierze na klimacie. Ten został zachowany na dość wysokim poziomie, głównie dzięki znakomitej scenerii: zalesiony teren i ruiny kompleksu wojskowego robią naprawdę przyzwoite wrażenie. Warto również zwrócić uwagę na komiksowy wstęp, będący swego rodzaju prologiem wprowadzającym we właściwą fabułę.
Uwagę przykuwa również świetna ścieżka dźwiękowa, która potęguje atmosferę tajemniczości i grozy. Film oczywiście nie jest wolny od kilku potknięć (pomimo że to krótki metraż to jednak mógłby być ciut dłuższy, aktorsko jest dobrze, choć czasami daje się odczuć nutkę amatorskości), jednakże trzeba przyznać, że film posiada w sobie potencjał i solidny materiał, na podwalinach którego mógłby powstać całkiem niezły, pełnometrażowy film grozy o ciekawej fabule. Być może twórcy zdecydują się udostępnić film dla wszystkich, więc będzie okazja przyjrzeć się projektowi nieco bliżej.

niedziela, 24 marca 2013

Horror verite: który najlepszy? (ankieta)

Blog kończy powoli dwa lata, ale o tym niebawem będzie w osobnym wpisie. Nie czas bowiem na podsumowania, a na małe co nieco :-) Od jakiegoś czasu, a w zasadzie praktycznie od samego początku funkcjonowania bloga da się zauważyć, że czytelnicy najczęściej poszukują w nim informacji na temat horrorów verite, o czym alarmują statystyki- najczęściej wpisywane frazy w wyszukiwarkach, kierujące na moją stronę to "horrory paradokumentalne", "horrory verite", "horrory podobne do blair witch project" "horror stylizowany na dokument", "film grozy dokumentalizowany" etc. Stąd postanowiłem pokusić się o próbę zestawienia najbardziej cenionych horrorów verite według czytelników. Artykuł stanowi rozwinięcie wpisu, który jako pierwszy pojawił się na blogu dwa lata temu i prezentuje zarys fabuły 30 horrorów verite (z pominięciem szczegółowej analizy i oceny), na które można zagłosować w ankiecie. Czytelnicy mogą oddać głos na maksymalnie 5 wybranych przez siebie horrorów z zaproponowanej listy lub też zagłosować na film, który nie znalazł się w zestawieniu, wpisując w ankiecie swoją propozycję. Czas trwania ankiety nieokreślony. Zapraszam do głosowania :-)

niedziela, 17 lutego 2013

Recenzja: V/H/S (2012)

Ostatnio miałem okazję obejrzeć kolejną próbę podratowania modnego ostatnio, ale nieco kulejącego podgatunku, jakim jest horror dokumentalizowany. Filmów tego typu nazbierało się trochę ostatnimi czasy i można by na ten temat napisać osobny, obszerny artykuł. Mając na względzie mniej udane produkcje, jakimi ostatnio nas obdarowano, muszę przyznać z ręką na sercu, że niestety już mi się przejadło. Coraz częściej do horrorów verite wdziera się sztuczność, monotonność, nuda i schematyczność, a tego zwyczajnie nie da się przełknąć. Świetność tego typu kina gdzieś nagle zamarła i nie ma się co oszukiwać- coraz rzadziej robi jakiekolwiek wrażenie na przyzwoitym poziomie. Czy V/H/S też zalicza się do ligi mniej udanych pozycji reprezentujących ten rozchwytywany ostatnio gatunek?

sobota, 19 stycznia 2013

Recenzja: Grave Encounters 2 (2012)

Ogólnie do kontynuacji horrorów, które zrobiły spore zamieszanie w świecie grozy i zbiły przy tym kokosy podchodzę ostrożnie. Zasada jest prosta: to co wywołało spore zaskoczenie i podobało się publiczności, zazwyczaj musi się powielić, mieć swoją kontynuację i w ostateczności rozmnożyć się do n-tej części. Bo przecież jest szansa, że i sequel spowoduje lawinę pochwał i zasili skórzane portfele reżyserów, scenarzystów producentów i można by tak wymieniać do usranej śmierci, tyle, że każda kolejna część czasem traci swój urok i nie trzeba być wybitnym filmowym znawcą, by to zauważyć. Do Grave Encounters 2 też podchodziłem z umiarem, mimo, że jedynka naprawdę trafiła w mój gust. Pojawił się jednak cień nadziei, że dwójeczka stanie po stronie nielicznych horrorów, których kontynuacja miała sens. Po seansie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że kto wymyślił powiedzenie "nadzieja jest matką głupich" powinien dostać Nobla...
Od razu, bez owijania w bawełnę: ten film mnie rozczarował pod prawie każdym względem. Piszę prawie, bo było kilka scen godnych uwagi, z zastrzeżeniem, że w tym przypadku "kilka" należy rozumieć w naprawdę wąskim tego słowa znaczeniu. Reszta to próba udowodnienia widzowi, że kontynuacje dobrych horrorów zazwyczaj zdane są na klęskę. Z tego zadania twórcy filmu wywiązali się bezbłędnie.
Druga część znanego i rozchwytywanego Grave Encounters skupia się na grupce nastolatków, którzy po obejrzeniu wyżej wspomnianego filmu, pragną na własnej skórze przekonać się, czy wydarzenia tam ukazane miały faktycznie miejsce. Należy dodać, że mamy tu do czynienia z "ambitną" młodzieżą- grupka zabawnych nastolatków potrafi nieźle rozkręcić każdą imprezę halloweenową z oryginalnymi strojami, pić, palić i wyczyniać inne cuda na kijach do upadłego. Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że te wyczyny, rejestrowane przez kamerę (a jakże) trzeba oglądać przez dobrych kilkanaście minut i się mocno przy tym wku*wiać, wmawiając sobie, że już samo oglądanie tego nudnego i głupiego wstępu, jest horrorem samym w sobie... Później oglądamy już młodzież powoli dochodzącą do siebie i trzeźwiejącą po udanej imprezce (sic!), w międzyczasie dowiadujemy się, że kręcą nieoryginalny i bezsensowny slasher o psychopacie. By tę złą passę przerwać, jeden z nastolatków- Alex (mający szczególnego bzika na punkcie filmu Greve Encounters) jako reżyser dostrzega miernotę swojego dzieła, więc wpada na pomysł, by wziąć się za nakręcenie dokumentu na temat GE tym bardziej, że w międzyczasie wpada na niepokojące tropy, które każą mu snuć podejrzenia, iż film o tropicielach duchów był faktycznie autentyczny, a o aktorach biorących w nim udział nie ma ani śladu. Po dłuższym namyśle i namowie reszty ekipy, młodzi zabierają potrzebny sprzęt, kamery i wyruszają w podróż do nawiedzonego psychiatryka.
Grave Encounters 2 to meta-horror, czyli horror o horrorze. Ujmując to inaczej- ukazuje i wyjaśnia okoliczności powstania pierwszej części. Twórcy nie chcieli brnąć w wymyślanie kolejnych nudnych i przewidywalnych kopii pierwszej części, a zrobić coś, co zaskoczy fanów. Mnie zaskoczyło niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu. Meta-horrory to naprawdę ciekawy sposób na film grozy, jednak jak widać można zrobić porządny "horror o horrorze" tak samo jak średniej jakości, marniutkie "masło maślane", którego w żadnym wypadku nie należy traktować poważnie. Sequel pierwszej udanej części zalicza się do tego drugiego. Twórcy za dużo czasu poświęcili na rozkręcenie akcji, brakło więc miejsca na ogarnięcie klimatu grozy, oddaniu specyfiki atmosfery pierwszej części bez jednoczesnego powielania schematów. Woleli więc skupić się na przedstawieniu studenckiego życia, niż na rozwinięciu scen w szpitalu psychiatrycznym odwołując się jedynie do znanych nam doskonale chwytów. Jednym słowem: cudów nie ma. Na upartego można dopatrzeć się tu kilku ciekawych scen, które mogą zaniepokoić i wywołać nieprzyjemne uczucie strachu, jednak jak zaznaczyłem na wstępie- scen tych jest naprawdę niewiele, co więcej, w porównaniu do pierwszej części nawet i te momenty wypadają dość blado. W większości horrorów nie należy doszukiwać się żadnej logiki, bo ich urok tkwi właśnie w tym co niesamowite, niepoznane, ale tutaj miałem wrażenie, że twórcy poszli o krok za daleko. Niektóre sceny zbyt nachalnie targają logiką na prawo i lewo, wywołując tylko mimowolny uśmiech na twarzy. I tak mamy tu do czynienia z lewitującymi kamerami, portalem uaktywniającym się w windzie miejskiego hotelu, prowadzącym z powrotem do szpitala psychiatrycznego i kilka innych wstawek rodem z filmu fantasy. O logice bohaterów lepiej się nie wypowiadać, gdyż za każdym razem powielają te same błędy co aktorzy z pierwszej części, a wiemy przecież, że nie powinno się to powtórzyć skoro znają film od początku do końca. Cóż, najwidoczniej debilizm ludzki nie zna granic, a objawy upojenia alkoholowego trwają nawet po wytrzeźwieniu.
Czy z tym filmem jest aż tak źle? Zapewne nos wydłużyłby mi się o te kilka metrów, gdybym napisał, że jest dobrze. Niestety film zawiódł mnie jako całość. Wadzi tu aktorstwo, nieprzemyślane i niedopracowane sceny, było tu za dużo fantastyki, za mało horroru, a niektóre momenty potrafiły nawet rozśmieszyć (choćby zachowanie i wygląd Seana Rogersona, wcielającego się w jedynce w Lance'a, który tutaj wyglądał i zachowywał się bardziej jak australopitek niż obłąkaniec z psychiatryka). Wiele schematów zaczerpnięto ze znanych horrorów i nie pomógł tutaj nawet pomysł na meta-horror. Mogło być lepiej, a jest naprawdę średnio. Na myśl, że twórcy pragną stworzyć trzecią część, włos jeży mi się na głowie. Bynajmniej nie ze strachu, a z przerażenia, że można to dalej ciągnąć... Polecam mało wymagającym widzom, reszta może sobie darować i zaprzestać na pierwszej części.
Tytuł oryginalny: Grave Encounters 2
Tytuł polski: Grave Encounters 2
Rok produkcji: 2012
Gatunek: Horror dokumentalizowany
Czas trwania: 1 godz. 40 min.
Reżyseria: John Poliquin
Autor: Konrad

niedziela, 16 grudnia 2012

Recenzja: Demony (2012)

Demony (The Devil Inside) Williama Bella to kolejny twór próbujący zmierzyć się z hitami prezentującymi popularny ostatnio gatunek horror verite. Z filmem tym wiązałem dość spore nadzieje, podobnie jak to było w przypadku omawianego już tutaj Ostatniego Egzorcyzmu (2010). Od kiedy obejrzałem rewelacyjny hiszpański REC, trzymałem kciuki, by powstał horror w podobnej konwencji dokumentalnej, tyle że traktujący o egzorcyzmach. Niestety Ostatni Egzorcyzm okazał się filmem dość przeciętnym, tak więc kiedy rozpoczęły się kampanie reklamujące Demony w sieci, znów zapaliło się światełko nadziei, że być może tym razem będę miał do czynienia z czymś o wiele lepszym. Światełko niestety momentalnie się wypaliło, kiedy zasiadłem do seansu.

W 1989 Maria Rossie wyznaje, ze zabiła trzy osoby. Sąd uznaje ją za chorą psychicznie, jednak nie jest to do końca prawdą. Dwadzieścia lat później, jej córka szukając odpowiedzi, trafia do dwóch księży-egzorcystów, którzy ujawniają, że jej matka została opętana przez cztery potężne demony. Teraz Isabella musi zmierzyć się z najczystszym złem, albo utraci swą duszę na zawsze. Demony to film, który krytycy zgodnie nazwali „fascynującym” i „przerażającym.” *

piątek, 19 października 2012

Recenzja: Grave Encounters (2011)

Przygody z horrorem dokumentalizowanym ciąg dalszy. Tym razem przyszła pora na recenzję kanadyjskiego paradokumentu opowiadającego o... i tu nowością nie powieje... ekipie telewizyjnej, prowadzącej program o nawiedzonych miejscach :-) Tak tak, ja wiem, że ciągłe recenzowanie filmów, które główną oś fabularną skupiają wokół grupki dziennikarzy zaopatrzonych w profesjonalne kamery może nudzić, a nawet wywołać torsje, ale warto zauważyć, że omawiane do tej pory horrory spod znaku verite nie należały do zbytnio porywających i wybitnych. Grave Encounters będący kolejnym omawianym tutaj paradokumentem o wspomnianą wybitność nawet się nie ociera, ale spośród obejrzanych do tej pory przeze mnie horrorów verite, chociaż potrafi się czymś obronić.

piątek, 28 września 2012

Recenzja: The Tunnel (2011)

Horror verite to jeden z moich ulubionych podgatunków filmowej grozy i w zasadzie pojawianie się coraz więcej tego typu filmów z jednej strony mnie cieszy, z drugiej jednak niepokoi. Myślę, że do mody na kręcenie horrorów w konwencji dokumentalnej doskonale pasuje powiedzonko, że "co za dużo to niezdrowo". Dlaczego? Przede wszystkim, jak pisałem już przy okazji recenzowania innych tego typu filmów, horror verite nie ma zbyt dużego pola manewru i bazuje na jednym w zasadzie motywie, którego główną ideą jest przekonanie widza, iż ogląda autentyczne materiały. Kolejne produkcje próbują zaskoczyć nas czymś innym, poprzeczka idzie coraz wyżej i wyżej, a my- widzowie- powoli robimy się coraz bardziej wybredni. Do grona paradokumentów dołączyła również omawiana tutaj propozycja australijska. Ale czy The Tunnel jest w stanie obronić się czymkolwiek w popularnej ostatnio "blairwitchowskiej" branży? A może jest apokaliptyczną zapowiedzią początku końca tej rozchwytywanej ostatnio mody na kręcenie paradokumentów?

czwartek, 2 sierpnia 2012

Recenzja: Atrocious (2010)

„Umysł jest jak labirynt…
 …gdzie każdy może się zgubić.” *

Moja przygoda z horrorami kreowanymi na dokument zaczęła się odkąd po raz pierwszy obejrzałem debiut dwóch panów: Daniela Myricka i Eduardo Sancheza,  odpowiedzialnych za reżyserię i scenariusz do znanego paradokumentu Blair Witch Project (1999), który swego czasu nieco namieszał w światku grozy i właściwie zapoczątkował modę na kręcenie filmów w konwencji mockumentary. Stylizowanie filmu na dokument to wprawdzie nie żaden odkrywczy zabieg, gdyż wcześniej mieliśmy do czynienia choćby z szokującym paradokumentem o kanibalach w reżyserii Ruggero Deodato (Cannibal Holocaust, 1980), ale zapoczątkowanie popularności na horrory verite przypisuje się jednak wspomnianemu wcześniej horrorowi o tajemniczej wiedźmie z Blair. Film ten stanowi dowód na to, że za sukces kasowy odpowiada przede wszystkim zmyślna i dobrze zaplanowana kampania reklamowa. Niedługo po premierze filmu, konta reżyserów zostały obficie wypełnione po brzegi przy zdumiewająco niskim nakładzie budżetowym, więc nie ma się co dziwić, że inni również prędzej czy później poszli w ślady poprzedników, co spowodowało, że początek XXI wieku okazał się sprzyjającym czasem na wysyp mniej lub bardziej udanych horrorów stylizowanych na dokument. W 2010 r. swoich sił w tworzeniu paradokumentów spróbował także Fernando Barreda Luna, prezentując fanom found footage movies swój debiutancki horror (thriller) Atrocious, który choć jeszcze nie doczekał się swojej premiery w Polsce, to już zdążył zebrać wiele skrajnych opinii na swój temat. Jedni debiut Luny wychwalają pod niebiosa, inni znów obsypują ostrą krytyką. Jako wierny fan horrorów verite bez obaw postanowiłem więc sam przekonać się, czy rzeczywiście z tym filmem jest aż tak źle.

czwartek, 5 lipca 2012

Recenzja: Noroi (2005)

Ducha małej Azjatki nie trzeba raczej nikomu przedstawiać, bo postać ta zdążyła już stać się rozpoznawalną ikoną azjatyckich horrorów. Upiór z długimi włosami o bladej twarzy ze złowieszczo otwartą paszczą to dziś postać kultowa, którą śmiało można postawić obok zachodnich filmowych morderców, takich jak Michael Myers, Freddy Krueger, czy Leatherface. Miłośnik filmowej grozy z całą pewnością zgodzi się ze mną, że horrory z dalekiego wschodu wiodą prym wśród najlepszych produkcji i niejednokrotnie skutecznie potrafią zaskoczyć i wystraszyć. Niestety nie wszystkim azjatyckim filmom grozy dane było zawojować światem i można powiedzieć sobie szczerze, że głównym i najważniejszym chyba czynnikiem powodującym ich niesławę był brak reklam oraz brak odpowiedniej promocji filmu. Taki los spotkał m.in. omawiany tutaj horror Noroi za reżyserię którego odpowiedzialny jest Kôji Shiraishi- osobliwość tę co niektórzy skojarzą zapewne z filmem Ju-rei, wyprodukowanym rok wcześniej. Tak czy siak koneserzy i wielbiciele tzw. horroru dokumentalizowanego (horror verite) powinni zaznajomić się z tą produkcją, gdyż obok takich filmowych hitów jak Blair Witch Project, REC, czy Paranormal Activity, Noroi  wypada całkiem nieźle. Nawet bez wspomnianego we wstępie upiora w roli głównej.

niedziela, 22 kwietnia 2012

Recenzja: The Last Exorcism (Ostatni Egzorcyzm) (2010)

Moda na motyw opętania przez "Władcę Ciemności" w horrorach chyba nigdy nie przestanie być na topie. Bo to tematyka dosyć kontrowersyjna, wiejąca grozą i osnuta płaszczem tajemnicy. Tematyka poniewierająca  nieuświadomionym lękiem bezbronnego człowieka zarówno przed złem pisanym przez małe "z" oraz tym pisanym przez "Z" duże. A że człowiek to ktoś, kto wprost uwielbia dociekać w sprawach intrygujących i nie do końca poznanych, to lgnie do wszelakiej maści filmów z magicznym słowem "egzorcyzm" w tytule dokładnie tak, jak Kubuś Puchatek do miodu albo myszka Miki do sera. Jeśli motyw taki połączyć z równie popularną metodą "reportażowego" charakteru fabuły, która dodaje niebywałego realizmu całemu przedsięwzięciu, można śmiało stwierdzić, że możemy mieć do czynienia z mieszanką wybuchową- filmem, który potencjalnie powinien powalić na kolana niejednego fana "opętanych horrorów". Niestety ta potencjalna mieszanka wybuchowa może ostatecznie okazać się totalnym niewypałem, a widz, który oczekiwał typowego straszaka rodem z Egzorcysty, tyle że w wersji dokumentalnej, poczuje się dokładnie tak jakby otrzymał kota w worku z dedykacją od samych twórców filmu.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Recenzja: [REC] 2 (2009)

"REC straszy ludzi", "kolejny fenomen hiszpańskiego kina grozy", "lepszy niż The Blair Witch Project"- tak właśnie opisywano produkcję pierwszej części filmu, który, podobnie jak wspomniany Blair Witch Project narobił sporego zamieszania w świecie horroru. Po takich sukcesach, jak Sierociniec, czy Labirynt Fauna Hiszpanie kolejny raz udowodnili nam, że ich kino grozy ma się w jak najlepszej formie. Stworzyli coś, co nie tylko straszyło ludzi najzwyklejszymi metodami, wywoływało niesamowite napięcie oraz osaczenie, lecz także coś, co pozwoliło widzom wczuć się w atmosferę i fabułę filmu, poczuć to, co czuli główni bohaterowie, czyli przerażenie, lęk i strach przed kryjącym się na rogiem złem. Fenomen, jakim okrzyknięto RECa zasłużył sobie na światową karierę i przyniósł jego twórcom spore zyski. Zyskał sobie również coraz większe rzesze fanów (i antyfanów) oraz zgarniał zasłużone nagrody. W tym czasie Jaume Balagueró i Paco Plaza nie czekając dłużej postawili sobie poprzeczkę i zdecydowali się na zrealizowanie kolejnej części o uwięzionych w starej kamienicy krwiożercach.

sobota, 3 grudnia 2011

Recenzja: Death Of a Ghost Hunter (W pogoni za złem) (2007)

Uwaga: Spojlery!
Lubicie historyjki o nawiedzonych domach, których stare mury przesiąknięte są rodzinną tragedią i ukrywają swoją mroczną tajemnicę? Lubicie ciekawe, zaskakujące zakończenia? Interesuje Was motyw życia po śmierci w filmach grozy? Ta pozycja jest dla Was. Jeżeli dodać to tego jeszcze informację,  że  film został  oparty na prawdziwych wydarzeniach, które uznaje się za jedne z najbardziej przerażających w historii Ameryki, to powiem Wam szczerze, że brzmi naprawdę zachęcająco.  Dodam jeszcze, że fani filmów w stylu "Blair Witch Project" również nie powinni być zawiedzeni i nie powinni odkładać tej pozycji na bok, bowiem mimo, że nie mamy tutaj do czynienia z typową aranżacją zdarzeń typu "rok później odnaleziono dowody w postaci nagrań wideo", to mimo wszystko w obraz filmu wpleciono nagrania z kamer rejestrujących rzekome duchy błąkające się po pokojach czy nagrania typową kamerą amatorską. Brzmi ciekawie?

"Carter Simms, renomowana łowczyni duchów dostała propozycję nie do odrzucenia. 5 000 dolarów za trzydniowe badanie zjawisk paranormalnych w niesławnym Domu Mastersonów, w którym 20 lat wcześniej zginęła tragicznie cała rodzina miejscowego pastora. Za pomocą kamerzysty, dziennikarki oraz medium Carter zamierzała udowodnić lub obalić teorię o nawiedzonym domu. Tak rozpętało się piekło..." *

Film otwiera scena ukazująca zdarzenia sprzed 20 lat. Widzimy zdesperowaną kobietę w białej koszuli nocnej, która po zamordowaniu całej rodziny, zostawia nóż na swoim miejscu, po czym topi dziecko w wannie. Na stole zostawia notatkę pożegnalną i popełnia samobójstwo strzelając sobie w usta.

Po dwudziestu latach właściciel mieszkania Seth Masterson, producent filmowy, który odziedziczył dom po swoim ojcu (ten zaś otrzymał go po śmierci swego brata Josepha Mastersona) postanawia wynająć medium w celu zbadania aktywności paranormalnej po tym, jak pewnego razu w jednym z okien mieszkania dostrzega postać małego Pitera- syna zamordowanego pastora Josepha Mastersona. Niewytłumaczalne zjawiska towarzyszyły również sprzątaczce, która co jakiś czas zaglądała do domu. Właściciel posiadłości chce wycenić dom na sprzedaż, dlatego też oferuje Carter Simms sporą sumę pieniędzy, by w trzy dni w towarzystwie kamerzysty Colin'a Green'a  oraz miejscowej dziennikarki Sandoval Yvette sprawdziła, czy w domu nie osadziły się jakieś złe duchy. Wkrótce do ekipy dołącza jeszcze jedna osoba- Mary Young Morterson,  młoda członkini kościoła Mastersonów, założonego przez wielebnego Josepha. Jej zadaniem jest przypilnowanie grupy, by nie naruszyła godności i dobrego imienia zmarłej rodziny, którą członkowie kościoła darzyli dużym zaufaniem i czcią. Grupa badawcza już pierwszego dnia obmyśla plan pracy, instaluje kamery i rozkłada sprzęt. W trakcie pobytu członkowie ekipy rejestrują kilka niewytłumaczalnych zjawisk- temperatura w jednym z pokoi drastycznie obniża się w dosyć krótkim odstępie czasu, krzesło mimowolnie zmienia swą pozycję, da się odczuć widmowe zapachy siarki, natomiast kamera rejestruje  odgłosy strzałów z pistoletu oraz duchy obecne w domu, w tym m.in. widmo małej dziewczynki, córki Mastersonów. Odnajdują również kilka niepokojących zdjęć nagiej dziewczyny o imieniu Miranda. Dla łowczyni duchów  wydaje się to dziwne, dlatego też wysuwa teorię, że dom nawiedzają tzw. duchy osiadłe, które przejawiają swą aktywność paranormalną powtarzaniem ostatnich chwil z ich życia w tym samym miejscu i czasie. Są to najczęściej duchy ofiar gwałtownej lub też przypadkowej śmierci, które ujawniają się jako dusze niespokojne a nawet często nie do końca świadome swojej śmierci. Carter wysuwa również hipotezę, że za śmierć członków rodziny odpowiada żona Mastersona- Mary Beth, która po zamordowaniu męża i dzieci, sama popełniła samobójstwo. Z tej racji dochodzi do sprzeczki Carter z młodą członkinią kościoła- Mary Young, bowiem teorie wysuwane przez łowczynię duchów całkowicie odbiegają od pierwotnej wersji śledztwa i wiary wyznawanej przez dziewczynę. Trzeciego dnia Colin otrzymuje telefon od właściciela domu i dowiaduje się, że Mary Young w ogóle nie powinna brać udziału w badaniu posiadłości. Z tej racji Carter siłą wyrzuca dziewczynę z domu. Nocą kamery i mierniki temperatury nie rejestrują nic nadzwyczajnego, jednak Sandoval pokazuje Carter nagranie, na którym widać postać młodej dziewczyny wyglądającej przez okno strychu starej szopy, znajdującej się obok domu. Podejrzewają, iż może to być duch dziewczyny ze zdjęcia, toteż postanawiają udać się tam z miernikiem temperatury i pola magnetycznego w celu sprawdzenia anomalii. W tym czasie Mary Young postanawia wrócić do domu i za wszelką cenę powstrzymać ekipę przed poznaniem prawdy, jaka kryje się w murach domu. W tym celu po kolei morduje wszystkich członków grupy, następnie pisze pożegnalny list, w którym przyznaje się do własnej słabości i zaznacza także, że motywem zabójstwa była jej wiara, po czym popełnia samobójstwo poprzez strzał pistoletem w usta...

"...nawiedzenia dzieli się na osiadłe i inteligentne. W drugim przypadku duch chce porozumieć się objawiając się bezpośrednio lub wpływając na otoczenie w celu zwrócenia na siebie uwagi. W pierwszym energia psychiczna zostaje zamrożona w czasie a wydarzenia powtarzają się raz za razem..."

Słowa Carter Simms odzwierciedlają rodzaj nawiedzenia domu Mastersonów. To, co działo się 20 lat temu, dzieje się do chwili obecnej; dokładnie w godzinę śmierci członków rodziny (21.45) słychać strzał z pistoletu oraz można wyczuć w powietrzu odór siarki, krzesło na którym popełniła samobójstwo zarówno żona Mastersona, a później Mary Young, mimowolnie ustawia się dokładnie tak, jak to robiły samobójczynie przed strzałem. Chwila śmierci członków rodziny została zamrożona i powtarza się codziennie o tej samej godzinie...

Carter Simms za wszelką cenę chciała udowodnić, że istnieje życie po śmierci, chciała też poznać prawdziwe motywy zbrodni zdesperowanej kobiety. Udało jej się. Końcowa scena przedstawia Carter  stojącą przed obiektywem kamery na podczerwień. Okazuje się, że jej dusza została uwięziona w domu, podobnie jak pozostałe dusze członków rodziny. Dopiero po śmierci dowiedziała się, że wielebny Joseph Masterson praktykował niedozwolone metody nawracania trudnej młodzieży- młode dziewczyny więził na strychu starej szopy i gwałcił je. Jedna z nich, Miranda, zaszła z nim w ciąży. Żona Mastersona również nie miała łatwego i przyjemnego życia- mąż traktował ją jak zwykłą ladacznicę, znęcając się nad nią i wykorzystując seksualnie w dosyć perwersyjny sposób (zakładając jej na głowę pudełko oznaczone krzyżem). Zdesperowana kobieta postanowiła więc zamordować wszystkich członków rodziny łącznie z Mirandą i zakończyć tym samym tortury psychiczne. Zabrała jej nowo narodzone dziecko, by je ochrzcić i od razu utopić w wannie. Jak się później okazuje, owym noworodkiem była Mary Young, uratowana przez miejscowego policjanta, który na wezwanie sąsiadów dotarł na czas.

W Internecie pojawiły się różne opinie na temat tej produkcji. Jedni chwalą go za to, że jest przerażający, inni znów krytykują za słabe aktorstwo. Podsumowując, muszę stwierdzić, że fabuła filmu jest dosyć ciekawa i oryginalna. Mimo, że na początku mamy wrażenie, iż oglądamy sceny niemal z horroru Amityville, to naprawdę zaręczam Wam, że historia przedstawiona w Death Of a Ghost Hunter jest zupełnie inna. Reżyser filmu- Sean Tretta znany z niezależnych i niskobudżetowych produkcji zadbał o to, by historia opowiedziana w filmie była jak najbardziej odbierana wśród widzów za autentyczną. W tym celu na początku otrzymaliśmy informację, że film został oparty na notatkach, jakie sporządziła Carter Simms podczas badań w domu Mastersonów oraz że tragiczne wydarzenia, jakie miały miejsce w domu uznaje się za najbardziej przerażające w historii badań nad aktywnością paranormalną -  doprowadziły bowiem do śmierci ekipy. Realizmu i autentyczności produkcji dodaje również wplecenie w obraz filmu elementów charakterystycznych dla produkcji występujących pod szyldem "horror verite". Mamy tu bowiem kilka scen z nagrań kamerą amatorską, czy nawet rejestry z kamer, na których uwieczniono nagrania z błąkającymi się po pokojach duchami. Dużym atutem filmu jest niewątpliwie  przytłaczająca, dodająca klimatu i mroku muzyka oraz przeraźliwe krzyki i piski małych dzieci. Słysząc to, niejednemu włos  zjeży się na ciele. Mamy tu również ciemny, klaustrofobiczny dom, gdzie większość scen kręconych jest nocą, co również dodaje klimatu całej produkcji. Warto również pochwalić reżysera za zakończenie historii- z jednej strony kończy się przykrą śmiercią wszystkich bohaterów, z drugiej zaś strony pozostawia element nadziei, że życie po śmierci nadal istnieje. Szkoda tylko, że twórcy filmu nie zdecydowali się jednak na wyprodukowanie typowego "horror verite", gdzie całość filmu miałaby być kręcona kamerą amatorską. Można też na udanego czepić się gry aktorskiej- na początku wydaje się sztywna i sztuczna , za co film otrzymał mniej przychylne recenzje,  jednakże po obejrzeniu całości mogę śmiało stwierdzić, że aktorzy dali z siebie wszystko i w miarę dobrze odegrali te role jak na niskobudżetówkę. W rolę głównej bohaterki- samodzielną, stanowczą, miłą i pewną siebie  Carter Simms wcieliła się Patti Tindall; rola roztrzepanej, ciekawskiej i lalusiowatej dziennikareczki przypadła  Davinie Joy, rolę kamerzysty Colin'a odegrał Mike Marsh. Niewątpliwie ciekawą i zawiłą postacią była sztywna, zakochana w rodzinie Mastersonów i nieco podejrzana Mary Young Morterson, w którą wcieliła się Lindsay Page.

Jako że fanem  samodzielnych i tanich produkcji nie jestem (za wyjątkiem horrorów verite, gdzie całość filmu kręcona jest kamerą amatorską), to do samego filmu podszedłem z lekkim dystansem. Jednakże po obejrzeniu filmu muszę śmiało stwierdzić, że dawno żaden horror nie wywarł na mnie tak dużego wrażenia. Nie mogę  oczywiście powiedzieć, że jest to na pewno najlepszy film o nawiedzonych domach, jednak warto go obejrzeć ze względu na ukazanie w  ciekawy i interesujący sposób dosyć oryginalnej historii.

Tytuł oryginalny: Death Of a Ghost Hunter
Tytuł polski: W pogoni za złem
Rok produkcji: 2007
Gatunek: Horror
Czas trwania: 107 min.
Reżyseria: Sean Tretta
* opis filmu pochodzi z opakowania.
Autor: Konrad

niedziela, 10 kwietnia 2011

Atrocious (2010). Kolejny horror stylizowany na dokument!

W kwietniu 2010 roku hiszpańska policja odnajduje 37 godzin nagrań  przerażających dowodów, które pomagają w wyjaśnieniu makabrycznych morderstw 5 osobowej rodziny Quintanilla, która chcąc wypocząć wyjeżdża do domku letniskowego. To co spotkało rodzinę na miejscu zostało zarejestrowane przez kamerę rodzeństwa Cristiana i July, którzy w poszukiwaniu przygód, zamiarowali przyjrzeć się miejscowej legendzie opowiadającej o zamordowanej niegdyś dziewczynie...

Horrory paradokumentalne- nowy wymiar grozy, czy tani kicz?

Od kiedy w kinach pojawił się kultowy już horror The Blair Witch Project, coraz częściej dostrzega się przemianę we współczesnym kinie grozy. Trudno nie zgodzić się z opinią, że dziś trudno jest w widzu wywołać skrajne emocje, takie jak strach, lęk i przerażenie (zwłaszcza dla wielbicieli kina grozy z długim "stażem"), które tak czy owak powinny stanowić główny atrybut dobrego kina grozy. Twórcy dreszczowców głowią się jak dobrze wystraszyć widza, który coraz bardziej robi się wybredny i...wymagający. Niestety zdarza się czasem, że wysokobudżetowy horror okazuje się być wielkim nieporozumieniem, dlatego też twórcy kina grozy coraz częściej sięgają po alternatywne środki i przy zadziwiająco niskim budżecie potrafią nieźle zamieszać w ludzkiej wyobraźni i emocjach. A wszystko to za pomocą nowej metody coraz częściej  stosowanej w dreszczowcach- aranżowanie fabuły filmu na dokument. Ale nie wystarczy już napis na końcu: "film oparty na faktach"- dlatego też, by ukazać film bardziej realistycznie stosuje się tzw. kręcenie "kamerą z ręki" (horror verite), która doskonale oddaje realizm całej sytuacji.