Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hiszpańskie horrory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hiszpańskie horrory. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 stycznia 2014

Recenzja: El Orfanato (aka Sierociniec), 2007

Każdy z nas zdaje sobie zapewne sprawę, co mogą przeżywać rodzice, których dziecko właśnie zaginęło. Czują się bezsilni, targają nimi skrajne emocje, być może winią siebie za to, co się stało.  To, co stanowi ich główną motywację do życia to pragnienie odnalezienia swojej pociechy za wszelką cenę, choć z upływem lat szanse na odnalezienie dziecka maleją. Ktoś z pewnością uznałby, że tacy rodzice przeżywają właśnie prawdziwy horror. Przechodzą przez koszmar, którego nikt nikomu by nie życzył. I trudno się z taką tezą nie zgodzić, bo utrata bliskiej osoby stanowi prawdziwy cios w plecy, który odczuwa się jeszcze przez wiele lat, a czasami nawet do końca życia. Sierociniec - hiszpański film grozy, przez wielu krytyków uznany za jedno z najlepszych osiągnięć twórców klimatycznego horroru znad półwyspu iberyjskiego, o takich właśnie przeżyciach opowiada. Choć trudno omawianą tu produkcję uznać za filmowy horror w czystej postaci, to jednak nie można jej odmówić miana gatunkowej hybrydy, która w swojej strukturze sprawnie łączy elementy dramatu, mające skutecznie poruszyć widza i dotrzeć do głębi jego emocji, z pełną napięcia grozą z elementami paranormalnymi. Pytanie tylko: czy film ten zasługuje na miano jednego z najlepszych dzieł ostatnich lat?

niedziela, 3 marca 2013

Recenzja: Mama (2013)

Nazwisko debiutującego reżysera Andresa Muschietti'ego powinno być znane choćby w wąskim kręgu wielbicieli horroru krótkometrażowego, a przynajmniej w ostatnim czasie każdy miał okazję o nim co nieco usłyszeć. W 2008 r. eksperymentował w krótkim metrażu i tym sposobem powstała krótkometrażowa wersja horroru Mama- film niespełna czterominutowy, naszpikowany solidną dawką napięcia i rewelacyjną ścieżką dźwiękową. Materiał ten okazał się doskonały do stworzenia pełnometrażowej wersji za produkcję której odpowiada spec od nastrojówek- Guillermo del Toro. Mając na względzie talent, jaki Muschietti potrafił pokazać w krótkometrażowym horrorze, premiera pełnej wersji Mamy nie mogła mi tak po prostu przelecieć koło nosa. Wybrałem się więc na seans z nadziejami, że nie będzie to film mocno przereklamowany i pomijając tych kilka drobnych mankamentów, otrzymałem całkiem przyzwoity horror nastrojowy.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Recenzja: Atrocious (2010)

„Umysł jest jak labirynt…
 …gdzie każdy może się zgubić.” *

Moja przygoda z horrorami kreowanymi na dokument zaczęła się odkąd po raz pierwszy obejrzałem debiut dwóch panów: Daniela Myricka i Eduardo Sancheza,  odpowiedzialnych za reżyserię i scenariusz do znanego paradokumentu Blair Witch Project (1999), który swego czasu nieco namieszał w światku grozy i właściwie zapoczątkował modę na kręcenie filmów w konwencji mockumentary. Stylizowanie filmu na dokument to wprawdzie nie żaden odkrywczy zabieg, gdyż wcześniej mieliśmy do czynienia choćby z szokującym paradokumentem o kanibalach w reżyserii Ruggero Deodato (Cannibal Holocaust, 1980), ale zapoczątkowanie popularności na horrory verite przypisuje się jednak wspomnianemu wcześniej horrorowi o tajemniczej wiedźmie z Blair. Film ten stanowi dowód na to, że za sukces kasowy odpowiada przede wszystkim zmyślna i dobrze zaplanowana kampania reklamowa. Niedługo po premierze filmu, konta reżyserów zostały obficie wypełnione po brzegi przy zdumiewająco niskim nakładzie budżetowym, więc nie ma się co dziwić, że inni również prędzej czy później poszli w ślady poprzedników, co spowodowało, że początek XXI wieku okazał się sprzyjającym czasem na wysyp mniej lub bardziej udanych horrorów stylizowanych na dokument. W 2010 r. swoich sił w tworzeniu paradokumentów spróbował także Fernando Barreda Luna, prezentując fanom found footage movies swój debiutancki horror (thriller) Atrocious, który choć jeszcze nie doczekał się swojej premiery w Polsce, to już zdążył zebrać wiele skrajnych opinii na swój temat. Jedni debiut Luny wychwalają pod niebiosa, inni znów obsypują ostrą krytyką. Jako wierny fan horrorów verite bez obaw postanowiłem więc sam przekonać się, czy rzeczywiście z tym filmem jest aż tak źle.

czwartek, 17 maja 2012

Recenzja: [REC]3 Genesis (2012)

Krwiożercze monstra w postaci ludożerców przypominających "zombie" jakoś nigdy nie trafiały w mój gust. Zawsze kojarzyły mi się z nieinteligentnymi, niemrawymi i nieco komicznymi postaciami. Dlatego też z reguły nie były w stanie spowodować, że choćby przez kilka minut można było poczuć strach i przerażenie. Zmieniło się to w chwili, gdy obejrzałem pierwszą część słynnego horroru [REC]. Stwarzał on widzom możliwość zaangażowania się w to, co właśnie działo się po drugiej stronie ekranu i umożliwiał zżycie się z bohaterami, którzy musieli zmierzyć się z wszechobecnym wirusem. Poczucie realnego zagrożenia, niepowtarzalny klimat oraz sposób na wystraszenie widza najzwyklejszymi metodami to w dobie kiczowatych horrorów, jakich mamy po pęczki zdecydowanie rzadkość. Dlatego wieść o kolejnych częściach, a zwłaszcza tych z przedrostkiem "Genesis" czy "Apocalypse" wywołała u mnie mieszane uczucia oraz obawy o to, że świetność pierwszej części po prostu wyparuje, pozostawiając kolejne kontynuacje o krwiożercach z Półwyspu Iberyjskiego daleko w tyle. Moje przypuszczenia w zasadzie sprawdziły się, ale w niewielkim stopniu. Chaos i makabra wciąż czają się tuż za rogiem. Tym razem ludożercy postanowili wbić się na imprezkę weselną i urozmaicić gościom zabawę w dosyć niekonwencjonalny sposób, jednocześnie serwując nam danie główne- mieszankę horroru z dramatem i szczyptą groteski.