Horror bez oprawcy czy niewyjaśnionych zjawisk to jak wóz bez czterech kółek. Filmowych gagatków spod ciemnej gwiazdy mamy dziś tyle, ile oczek pływających w tłustym rosole. Dlatego też dręczyciel w horrorze to dziś podstawa i nieważne czy mamy do czynienia z typowym mordercą z krwi i kości, odrealnionym zombie, kosmitą, dzikim zwierzem będącym wybrykiem natury czy psotliwym duchem, który wrócił z zaświatów, by zemścić się na żywych. Ktoś lub coś musi przecież dręczyć naszych bohaterów, bo inaczej horror byłby pozbawiony swego podstawowego atrybutu- elementu grozy i strachu. A czego nie boimy się najbardziej, jak obawy o przetrwanie i własne życie? Jednego skutecznie wystraszy duch małej Azjatki, drugi dostanie palpitacji serca na widok gnijących żywych trupów, a trzeci udławi się strachem podczas seansu o psychopatycznym mordercy uganiającym się za nastolatkami. Ilu ludzi na kuli ziemskiej, tyle upodobań. Z całą pewnością propozycja Grega McLeana odpowiedzialnego za scenariusz i reżyserię do omawianego tutaj Wolf Creek przypadnie do gustu tym, którzy gustują w horrorach dosłownych i realistycznych oraz dostają ślinotoku na widok napisu "film oparty na faktach".Na początku otrzymujemy informację, że oglądamy film oparty o prawdziwe wydarzenia (i tu radzę uważać, gdyż nie wszystko co w filmie autentyczne musi pokrywać się z tym co miało miejsce w rzeczywistości), następnie dostajemy krótką statystykę na temat liczby osób zaginionych na terenie Australii. Ten typowo "dokumentalny" charakter filmu wprowadza nas w schematyczny slasher, w którym morderca plus grupka nastolatków równa się makabra. Tym razem brniemy śladami trójki wycieczkowiczów- Liz, Kristy i Bena, którzy łakną życiowych przygód oraz wrażeń, dlatego też postanawiają zorganizować sobie dłuższą wycieczkę w pustynne miejsca Australii, a ich centralnym punktem podróży ma być tytułowy Wolf Creek- krater powstały w wyniku uderzenia potężnego meteorytu, z którym wiąże się wiele różnych ciekawych opowieści. Oczywiście- i tu powieje rutyną- nasi bohaterowie na dzień przed wyjazdem organizują sobie imprezkę dobrze zakrapianą litrami alkoholu. Przez pewną część seansu obserwujemy ich dowcipne zabawy, gdzie humor i dobra atmosfera idą w parze, jednakże wszystko to, rzecz jasna i oczywista, musi zostać przerwane okrucieństwem i wynaturzonymi popędami mordercy, z jakim naszym bohaterom przyjdzie się zmierzyć. Brzmi znajomo? Pewne, że tak! Przecież to schemat ciągle powtarzany i miażdżony przez każdy typowy horror o nastolatkach. Tak czy siak skwitowanie Wolf Creek etykietką "głupawy horror o nastolatkach" byłoby wielkim nieporozumieniem i przede wszystkim- niesprawiedliwym i powierzchownym osądem wobec tego, co prezentuje nam McLean. Zdaję sobie sprawę, że dziś takich typowych slasherów mamy po brzegi i prawdę mówiąc w czasie niektórych seansów przypatrując się idiotycznym zachowaniom bohaterów mamy ochotę rzucić pilotem albo czymś cięższym w stronę telewizora, ale jednak czasem warto zacisnąć zęby i poczekać aż akcja rozkręci się na dobre.
Co więc przemawia za tym, że warto sięgnąć akurat po Wolf Creek? Zacznę przede wszystkim od scenerii, w której osadzono fabułę filmu. Opustoszałe, piaszczyste tereny Australii, gdzie dookoła oprócz naszych bohaterów nie ma ani jednej żywej duszy zdecydowanie podkręcają atmosferę niepokoju i lęku. No tak- znamy to choćby z Cravenowskiego horroru wzgórza mają oczy, ale akurat taka sceneria w horrorze zwykle się sprawdza. Widząc jedynie kępki suchej trawy, piach i kangury leniwie hasające po terenie podświadomie czujemy, że za moment wydarzy się coś, co przerwie tę oazę spokoju oraz to, czego nikt z nas nie chciałby przeżyć na własnej skórze. Obraz taki podsyca również świadomość, że nieobecność nikogo innego poza naszą pechową trójką może okazać się niezręczne w przypadku ewentualnego nieszczęścia, które jak wiemy prędzej czy później i tak dopadnie naszych bohaterów, i to w dosyć dziwnych okolicznościach.
Ale sceneria to nie jedyny atut filmu. Ten, kto kojarzy typowy slasher tylko i wyłącznie z oklepanymi filmowymi cycatymi blondynkami, które gdzieś po drodze zgubiły rozum, albo z typowym macho, który rzuca się do gardła psychopacie jak przeciętna wsza na grzebieniu w celu udowodnienia tak naprawdę swojej głupoty powinien zdecydowanie sięgnąć po Wolf Creek, bo w tym przypadku twórca oszczędził nam tych głupawych zachowań i zapodał takie postacie, których tragedia autentycznie nas porusza. Co prawda nasi bohaterowie pokazują swoje umiejętności imprezowania, ale na całe szczęście nie odebrano im kręgosłupa moralnego oraz rozumu i logicznego myślenia, choć w niektórych scenach mogłoby się wydawać, że to drugie czasami niestety zawodziło. Na próżno szukać nam również typowego psychopaty o zdeformowanej twarzy, bo ten, który będzie tutaj wyżynał po kolei wycieczkowiczów to normalny człowiek- mowa oczywiście o wyglądzie zewnętrznym, bo jak się domyślamy, jego zachowanie normalnie nie będzie. Zdecydowanie brakuje nam tutaj historii życia oraz profilu psychologicznego psychopaty. Tak naprawdę nie wiemy o nim zbyt wiele, a szkoda, bo całkiem urozmaiciłoby to treść filmu.
Jeżeli spodziewamy się po Wolf Creek widowiskowej rzezi rodem z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną to seans może nie spełnić do końca naszych oczekiwań, bowiem nasz australijski psychopata nie będzie wyposażony w tak odjechane narzędzia zbrodni i pomysłowe tortury. Ale to wcale nie oznacza, że otrzymamy film pozbawiony krwawej makabry, czy oglądający się na cenzurę. Wręcz przeciwnie- brutalność została ukazana tutaj co prawda w sposób wyważony, ale niezwykle realistyczny i dosłowny. Na tyle chłodny i dosadny, że wrażliwym na przemoc widzom odechce się wycieczek po pustynnych i odludnych zakątkach świata...
Tytuł oryginalny: Wolf CreekTytuł polski: Wolf Creek
Rok produkcji: 2005
Gatunek: Horror/slasher
Czas trwania: 1 godz. 39 min.
Reżyseria: Greg McLean
Autor: Konrad
Czekałam na Twoją reckę tego filmu:) Mnie też bardzo się podobał, dokładnie z tych powodów, które opisałeś. Pierwsza połowa filmu wielu widzów znudziła, ale ja o dziwo byłam zadowolona, że dano nam możlwiość tak skrupulatnego zapoznania się z bohaterami, którym przez wzgląd na ich dokładną charakterystykę można było dopingować podczas drugiej połowy seansu. Moim zdaniem film znacząco wybija się ponad przeciętność - to nie jest tylko krwawa jatka, ale również dramat niewinnych ofiar, którym widz niezmiernie współczuje.
OdpowiedzUsuńŚwietna recenzja, zresztą jak zawsze. Dzięki wielkie!
Podzielam Twoją opinie. Mi również bardzo się film spodobał i to, co przykuło moja uwagę, to właśnie sceneria. Niby piękna...taka opustoszała, ale zdaje się skrywać istną cieszę przed burzą. Sam film również zrobił pozytywne wrażenie jako horror. Jest brutalnie i krwawo, ale tak jak Buffy wspomniała - oprócz tego ukazuje przede wszystkim przerażającą historię młodych ludzi. To nie jest tylko i wyłącznie krwawa miazga, ale obraz daje nam wiele do myślenia po zakończonym juz seansie.
OdpowiedzUsuńZaczyna się jak wiele horrorów i rzeczywiście ktoś na pierwszy rzut oka mógłby powiedzieć, że to "głupawy horror o nastolatkach" :-) ale - tak jak wspominają moje poprzedniczki - warto obejrzeć do samego końca. Dziękuję za kolejny świetny post! Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuń