sobota, 26 maja 2012

Recenzja: Wolf Creek (2005)

Horror bez oprawcy czy niewyjaśnionych zjawisk to jak wóz bez czterech kółek. Filmowych gagatków spod ciemnej gwiazdy mamy dziś tyle, ile oczek pływających w tłustym rosole. Dlatego też dręczyciel w horrorze to dziś podstawa i nieważne czy mamy do czynienia z typowym mordercą z krwi i kości, odrealnionym zombie, kosmitą, dzikim zwierzem będącym wybrykiem natury czy psotliwym duchem, który wrócił z zaświatów, by zemścić się na żywych. Ktoś lub coś musi przecież dręczyć naszych bohaterów, bo inaczej horror byłby pozbawiony swego podstawowego atrybutu- elementu grozy i strachu. A czego nie boimy się najbardziej, jak obawy o przetrwanie i własne życie? Jednego skutecznie wystraszy duch małej Azjatki, drugi dostanie palpitacji serca na widok gnijących żywych trupów, a trzeci udławi się strachem podczas seansu o psychopatycznym mordercy uganiającym się za nastolatkami. Ilu ludzi na kuli ziemskiej, tyle upodobań. Z całą pewnością propozycja Grega McLeana odpowiedzialnego za scenariusz i reżyserię do omawianego tutaj Wolf Creek przypadnie do gustu tym, którzy gustują w horrorach dosłownych i realistycznych oraz dostają ślinotoku na widok napisu "film oparty na faktach".

Na początku otrzymujemy informację, że oglądamy film oparty o prawdziwe wydarzenia (i tu radzę uważać, gdyż nie wszystko co w filmie autentyczne musi pokrywać się z tym co miało miejsce w rzeczywistości), następnie dostajemy krótką statystykę na temat liczby osób zaginionych na terenie Australii. Ten typowo "dokumentalny" charakter filmu wprowadza nas w schematyczny slasher, w którym morderca plus grupka nastolatków równa się makabra. Tym razem brniemy śladami trójki wycieczkowiczów- Liz, Kristy i Bena, którzy łakną życiowych przygód oraz wrażeń, dlatego też postanawiają zorganizować sobie dłuższą wycieczkę w pustynne miejsca Australii, a ich centralnym punktem podróży ma być tytułowy Wolf Creek- krater powstały w wyniku uderzenia potężnego meteorytu, z którym wiąże się wiele różnych ciekawych opowieści. Oczywiście- i tu powieje rutyną- nasi bohaterowie na dzień przed wyjazdem organizują sobie imprezkę dobrze zakrapianą litrami alkoholu. Przez pewną część seansu obserwujemy ich dowcipne zabawy, gdzie humor i dobra atmosfera idą w parze, jednakże wszystko to, rzecz jasna i oczywista, musi zostać przerwane okrucieństwem i wynaturzonymi popędami mordercy, z jakim naszym bohaterom przyjdzie się zmierzyć. Brzmi znajomo? Pewne, że tak! Przecież to schemat ciągle powtarzany i miażdżony przez każdy typowy horror o nastolatkach. Tak czy siak skwitowanie Wolf Creek etykietką "głupawy horror o nastolatkach" byłoby wielkim nieporozumieniem i przede wszystkim- niesprawiedliwym i powierzchownym osądem wobec tego, co prezentuje nam McLean. Zdaję sobie sprawę, że dziś takich typowych slasherów mamy po brzegi i prawdę mówiąc w czasie niektórych seansów przypatrując się idiotycznym zachowaniom bohaterów mamy ochotę rzucić pilotem albo czymś cięższym w stronę telewizora, ale jednak czasem warto zacisnąć zęby i poczekać aż akcja rozkręci się na dobre.

Co więc przemawia za tym, że warto sięgnąć akurat po Wolf Creek? Zacznę przede wszystkim od scenerii, w której osadzono fabułę filmu. Opustoszałe, piaszczyste tereny Australii, gdzie dookoła oprócz naszych bohaterów nie ma ani jednej żywej duszy zdecydowanie podkręcają atmosferę niepokoju i lęku. No tak- znamy to choćby z Cravenowskiego horroru wzgórza mają oczy, ale akurat taka sceneria w horrorze zwykle się sprawdza. Widząc jedynie kępki suchej trawy, piach i kangury leniwie hasające po terenie podświadomie czujemy, że za moment wydarzy się coś, co przerwie tę oazę spokoju oraz to, czego nikt z nas nie chciałby przeżyć na własnej skórze. Obraz taki podsyca również świadomość, że nieobecność nikogo innego poza naszą pechową trójką może okazać się niezręczne w przypadku ewentualnego nieszczęścia, które jak wiemy prędzej czy później i tak dopadnie naszych bohaterów, i to w dosyć dziwnych okolicznościach.

Ale sceneria to nie jedyny atut filmu. Ten, kto kojarzy typowy slasher tylko i wyłącznie z oklepanymi filmowymi cycatymi blondynkami, które gdzieś po drodze zgubiły rozum, albo z typowym macho, który rzuca się do gardła psychopacie jak przeciętna wsza na grzebieniu w celu udowodnienia tak naprawdę swojej głupoty powinien zdecydowanie sięgnąć po Wolf Creek, bo w tym przypadku twórca oszczędził nam tych głupawych zachowań i zapodał takie postacie, których tragedia autentycznie nas porusza. Co prawda nasi bohaterowie pokazują swoje umiejętności imprezowania, ale na całe szczęście nie odebrano im kręgosłupa moralnego oraz rozumu i logicznego myślenia, choć w niektórych scenach mogłoby się wydawać, że to drugie czasami niestety zawodziło. Na próżno szukać nam również typowego psychopaty o zdeformowanej twarzy, bo ten, który będzie tutaj wyżynał po kolei wycieczkowiczów to normalny człowiek- mowa oczywiście o wyglądzie zewnętrznym, bo jak się domyślamy, jego zachowanie normalnie nie będzie. Zdecydowanie brakuje nam tutaj historii życia oraz profilu psychologicznego psychopaty. Tak naprawdę nie wiemy o nim zbyt wiele, a szkoda, bo całkiem urozmaiciłoby to treść filmu.

Jeżeli spodziewamy się po Wolf Creek widowiskowej rzezi rodem z Teksańskiej masakry piłą mechaniczną to seans może nie spełnić do końca naszych oczekiwań, bowiem nasz australijski psychopata nie będzie wyposażony w tak odjechane narzędzia zbrodni i pomysłowe tortury. Ale to wcale nie oznacza, że otrzymamy film pozbawiony krwawej makabry, czy oglądający się na cenzurę. Wręcz przeciwnie- brutalność została ukazana tutaj co prawda w sposób wyważony, ale niezwykle realistyczny i dosłowny. Na tyle chłodny i dosadny, że wrażliwym na przemoc widzom odechce się wycieczek po pustynnych i odludnych zakątkach świata...

Tytuł oryginalny: Wolf Creek
Tytuł polski: Wolf Creek
Rok produkcji: 2005
Gatunek: Horror/slasher
Czas trwania: 1 godz. 39 min.
Reżyseria: Greg McLean
Autor: Konrad

3 komentarze:

  1. Czekałam na Twoją reckę tego filmu:) Mnie też bardzo się podobał, dokładnie z tych powodów, które opisałeś. Pierwsza połowa filmu wielu widzów znudziła, ale ja o dziwo byłam zadowolona, że dano nam możlwiość tak skrupulatnego zapoznania się z bohaterami, którym przez wzgląd na ich dokładną charakterystykę można było dopingować podczas drugiej połowy seansu. Moim zdaniem film znacząco wybija się ponad przeciętność - to nie jest tylko krwawa jatka, ale również dramat niewinnych ofiar, którym widz niezmiernie współczuje.
    Świetna recenzja, zresztą jak zawsze. Dzięki wielkie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Podzielam Twoją opinie. Mi również bardzo się film spodobał i to, co przykuło moja uwagę, to właśnie sceneria. Niby piękna...taka opustoszała, ale zdaje się skrywać istną cieszę przed burzą. Sam film również zrobił pozytywne wrażenie jako horror. Jest brutalnie i krwawo, ale tak jak Buffy wspomniała - oprócz tego ukazuje przede wszystkim przerażającą historię młodych ludzi. To nie jest tylko i wyłącznie krwawa miazga, ale obraz daje nam wiele do myślenia po zakończonym juz seansie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zaczyna się jak wiele horrorów i rzeczywiście ktoś na pierwszy rzut oka mógłby powiedzieć, że to "głupawy horror o nastolatkach" :-) ale - tak jak wspominają moje poprzedniczki - warto obejrzeć do samego końca. Dziękuję za kolejny świetny post! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń