sobota, 19 stycznia 2013

Recenzja: Grave Encounters 2 (2012)

Ogólnie do kontynuacji horrorów, które zrobiły spore zamieszanie w świecie grozy i zbiły przy tym kokosy podchodzę ostrożnie. Zasada jest prosta: to co wywołało spore zaskoczenie i podobało się publiczności, zazwyczaj musi się powielić, mieć swoją kontynuację i w ostateczności rozmnożyć się do n-tej części. Bo przecież jest szansa, że i sequel spowoduje lawinę pochwał i zasili skórzane portfele reżyserów, scenarzystów producentów i można by tak wymieniać do usranej śmierci, tyle, że każda kolejna część czasem traci swój urok i nie trzeba być wybitnym filmowym znawcą, by to zauważyć. Do Grave Encounters 2 też podchodziłem z umiarem, mimo, że jedynka naprawdę trafiła w mój gust. Pojawił się jednak cień nadziei, że dwójeczka stanie po stronie nielicznych horrorów, których kontynuacja miała sens. Po seansie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że kto wymyślił powiedzenie "nadzieja jest matką głupich" powinien dostać Nobla...
Od razu, bez owijania w bawełnę: ten film mnie rozczarował pod prawie każdym względem. Piszę prawie, bo było kilka scen godnych uwagi, z zastrzeżeniem, że w tym przypadku "kilka" należy rozumieć w naprawdę wąskim tego słowa znaczeniu. Reszta to próba udowodnienia widzowi, że kontynuacje dobrych horrorów zazwyczaj zdane są na klęskę. Z tego zadania twórcy filmu wywiązali się bezbłędnie.
Druga część znanego i rozchwytywanego Grave Encounters skupia się na grupce nastolatków, którzy po obejrzeniu wyżej wspomnianego filmu, pragną na własnej skórze przekonać się, czy wydarzenia tam ukazane miały faktycznie miejsce. Należy dodać, że mamy tu do czynienia z "ambitną" młodzieżą- grupka zabawnych nastolatków potrafi nieźle rozkręcić każdą imprezę halloweenową z oryginalnymi strojami, pić, palić i wyczyniać inne cuda na kijach do upadłego. Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że te wyczyny, rejestrowane przez kamerę (a jakże) trzeba oglądać przez dobrych kilkanaście minut i się mocno przy tym wku*wiać, wmawiając sobie, że już samo oglądanie tego nudnego i głupiego wstępu, jest horrorem samym w sobie... Później oglądamy już młodzież powoli dochodzącą do siebie i trzeźwiejącą po udanej imprezce (sic!), w międzyczasie dowiadujemy się, że kręcą nieoryginalny i bezsensowny slasher o psychopacie. By tę złą passę przerwać, jeden z nastolatków- Alex (mający szczególnego bzika na punkcie filmu Greve Encounters) jako reżyser dostrzega miernotę swojego dzieła, więc wpada na pomysł, by wziąć się za nakręcenie dokumentu na temat GE tym bardziej, że w międzyczasie wpada na niepokojące tropy, które każą mu snuć podejrzenia, iż film o tropicielach duchów był faktycznie autentyczny, a o aktorach biorących w nim udział nie ma ani śladu. Po dłuższym namyśle i namowie reszty ekipy, młodzi zabierają potrzebny sprzęt, kamery i wyruszają w podróż do nawiedzonego psychiatryka.
Grave Encounters 2 to meta-horror, czyli horror o horrorze. Ujmując to inaczej- ukazuje i wyjaśnia okoliczności powstania pierwszej części. Twórcy nie chcieli brnąć w wymyślanie kolejnych nudnych i przewidywalnych kopii pierwszej części, a zrobić coś, co zaskoczy fanów. Mnie zaskoczyło niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu. Meta-horrory to naprawdę ciekawy sposób na film grozy, jednak jak widać można zrobić porządny "horror o horrorze" tak samo jak średniej jakości, marniutkie "masło maślane", którego w żadnym wypadku nie należy traktować poważnie. Sequel pierwszej udanej części zalicza się do tego drugiego. Twórcy za dużo czasu poświęcili na rozkręcenie akcji, brakło więc miejsca na ogarnięcie klimatu grozy, oddaniu specyfiki atmosfery pierwszej części bez jednoczesnego powielania schematów. Woleli więc skupić się na przedstawieniu studenckiego życia, niż na rozwinięciu scen w szpitalu psychiatrycznym odwołując się jedynie do znanych nam doskonale chwytów. Jednym słowem: cudów nie ma. Na upartego można dopatrzeć się tu kilku ciekawych scen, które mogą zaniepokoić i wywołać nieprzyjemne uczucie strachu, jednak jak zaznaczyłem na wstępie- scen tych jest naprawdę niewiele, co więcej, w porównaniu do pierwszej części nawet i te momenty wypadają dość blado. W większości horrorów nie należy doszukiwać się żadnej logiki, bo ich urok tkwi właśnie w tym co niesamowite, niepoznane, ale tutaj miałem wrażenie, że twórcy poszli o krok za daleko. Niektóre sceny zbyt nachalnie targają logiką na prawo i lewo, wywołując tylko mimowolny uśmiech na twarzy. I tak mamy tu do czynienia z lewitującymi kamerami, portalem uaktywniającym się w windzie miejskiego hotelu, prowadzącym z powrotem do szpitala psychiatrycznego i kilka innych wstawek rodem z filmu fantasy. O logice bohaterów lepiej się nie wypowiadać, gdyż za każdym razem powielają te same błędy co aktorzy z pierwszej części, a wiemy przecież, że nie powinno się to powtórzyć skoro znają film od początku do końca. Cóż, najwidoczniej debilizm ludzki nie zna granic, a objawy upojenia alkoholowego trwają nawet po wytrzeźwieniu.
Czy z tym filmem jest aż tak źle? Zapewne nos wydłużyłby mi się o te kilka metrów, gdybym napisał, że jest dobrze. Niestety film zawiódł mnie jako całość. Wadzi tu aktorstwo, nieprzemyślane i niedopracowane sceny, było tu za dużo fantastyki, za mało horroru, a niektóre momenty potrafiły nawet rozśmieszyć (choćby zachowanie i wygląd Seana Rogersona, wcielającego się w jedynce w Lance'a, który tutaj wyglądał i zachowywał się bardziej jak australopitek niż obłąkaniec z psychiatryka). Wiele schematów zaczerpnięto ze znanych horrorów i nie pomógł tutaj nawet pomysł na meta-horror. Mogło być lepiej, a jest naprawdę średnio. Na myśl, że twórcy pragną stworzyć trzecią część, włos jeży mi się na głowie. Bynajmniej nie ze strachu, a z przerażenia, że można to dalej ciągnąć... Polecam mało wymagającym widzom, reszta może sobie darować i zaprzestać na pierwszej części.
Tytuł oryginalny: Grave Encounters 2
Tytuł polski: Grave Encounters 2
Rok produkcji: 2012
Gatunek: Horror dokumentalizowany
Czas trwania: 1 godz. 40 min.
Reżyseria: John Poliquin
Autor: Konrad

5 komentarzy:

  1. Zgadzam się w 100%. Szkoda czasu na seans.

    OdpowiedzUsuń
  2. Również uważam, że to zupełnie niepotrzebna część, zmarnowane pieniądze i koszmarny ''odgrzewany kotlet'', na którego szkoda czasu, bo nafaszerowany jest mnóstwem absurdów. Irytujący bohaterowie, powielane wydarzenia, no i o czym wspomniałeś Konrad - pojawiający się ni z gruszki, ni z pietruszki Preston, który wprowadza masę śmiechu do filmu. Myślałam, że będzie na czym oko zawiesić, ale niestety się przeliczyłam...ot, taki to nasz żywot ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja jestem tak zacofana, że nawet jedynki jeszcze nie widziałam:/ Wstyd, normalnie wstyd. Ale to nadrobię - daję słowo":)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hehe...jestem niezmiernie ciekaw Twojej opinii Buffy na temat zarówno jedynki, jak i drugiej części, więc czekam na Twoje recenzje u Ciebie:) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja również się zawiodłam na dwójce, ale jakoś już tak się przyzwyczaiłam do tego ;-) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń