piątek, 28 września 2012

Recenzja: The Tunnel (2011)

Horror verite to jeden z moich ulubionych podgatunków filmowej grozy i w zasadzie pojawianie się coraz więcej tego typu filmów z jednej strony mnie cieszy, z drugiej jednak niepokoi. Myślę, że do mody na kręcenie horrorów w konwencji dokumentalnej doskonale pasuje powiedzonko, że "co za dużo to niezdrowo". Dlaczego? Przede wszystkim, jak pisałem już przy okazji recenzowania innych tego typu filmów, horror verite nie ma zbyt dużego pola manewru i bazuje na jednym w zasadzie motywie, którego główną ideą jest przekonanie widza, iż ogląda autentyczne materiały. Kolejne produkcje próbują zaskoczyć nas czymś innym, poprzeczka idzie coraz wyżej i wyżej, a my- widzowie- powoli robimy się coraz bardziej wybredni. Do grona paradokumentów dołączyła również omawiana tutaj propozycja australijska. Ale czy The Tunnel jest w stanie obronić się czymkolwiek w popularnej ostatnio "blairwitchowskiej" branży? A może jest apokaliptyczną zapowiedzią początku końca tej rozchwytywanej ostatnio mody na kręcenie paradokumentów?

Młoda dziennikarka Natasha Warner chcąc odbudować swój zawodowy wizerunek, postanawia za wszelką cenę rozwikłać zagadkę podziemnych tuneli metra usytuowanych tuż pod Sydney. Sprawa wydaje się całkiem atrakcyjnym materiałem na rewelacyjny reportaż, tym bardziej, że w 2007 roku rząd zrezygnował z wykorzystania niezużytkowanej wody zalegającej w podziemiach. Cały incydent wygląda podejrzanie, toteż na temat tuneli zaczynają rozmnażać się różne spekulacje i hipotezy. Jedna z nich wydaje się być aż nadto przerażająca. Dziennikarka za wszelką cenę chce dotrzeć do źródła zagadki- w tym celu zbiera ekipę telewizyjną i podekscytowana oraz pełna nadziei na odbudowanie kariery, wyrusza w głąb ciemnych i mrocznych korytarzy. Jeszcze nie wie, że wkrótce mocno będzie tego żałować...

Z perspektywy horroru verite, fabuła The Tunnel wydaje się do bólu powtarzana i... dość przeciętna. Wystarczy zabawić się w małą wyliczankę dotyczącą tego, ile to już razy mieliśmy do czynienia z ekipą dziennikarską w horrorze. O losach reporterów telewizyjnych była mowa w pierwszej i drugiej części hiszpańskiego [REC], w kanadyjskim Grave Encounters, nawet japoński horror Noroi opowiadał o losach znanego dziennikarza. Aby sprawiedliwości stało się za dość- przyszła więc pora na historyjkę o australijskiej ekipie reporterskiej. Nie wiem tylko, czy twórcom przyszło w ogóle do głowy, że wymagający i "będący na bieżąco" widz skwituje film powiedzeniem "ale to już było!". Widocznie owa myśl nawet ich nie nawiedziła, choćby w postaci koszmarnego snu, że widzowie raczej będą dłubać w nosach z nudów podczas seansu, aniżeli z zainteresowania i strachu obgryzać paznokcie. Tak więc nie ma co szykować się na jakieś nowości, skoro fabularnie film kuleje i powiela schematy. Teraz nadzieja tkwi tylko w pomysłowym budowaniu napięcia, chociaż, jak można się domyśleć, i tu wesoło nie będzie.

Ale, żeby nie być aż tak niesprawiedliwym w ocenie filmu, wypadałoby pochwalić twórców za pomysłowe usytuowanie akcji. Może opowieści o dziennikarzach niektórym się przejadły, ale sam fakt umieszczenia ekipy w tunelach ogarniętych mrokiem, stęchlizną i wilgocią, zdecydowanie przemawia na plus dla produkcji i ostatecznie jest w stanie do siebie przekonać. W tym przypadku główną rolę w budowaniu napięcia odgrywają ciasne korytarze, ukryte przejścia, kiepska widoczność, brudne i wilgotne ściany. Tak tak, zdaję sobie sprawę, że taką atmosferę preferuje niejeden "veritek", ale w czasie oglądania The Tunnel na myśl przychodziło mi pytanie: "czym jeszcze będą chcieli mnie wystraszyć?", tym samym z nieubłaganą ciekawością przemierzałem przez nudne i kopiowane z innych filmów momenty, by później poczuć ten przytłaczający, brudny klimat podziemi.

Klaustrofobia podczas oglądania filmu ogarnia w zasadzie wtedy, kiedy ekipa przedostaje się do tuneli, początek- jak wspomniałem- to mieszanka różnych znanych chwytów. Jest wstęp do historii tuneli, jest wyjaśnienie o co w ogóle w tym wszystkim chodzi, są wywiady z bezdomnymi i samą ekipą realizującą dokument (tak tak, w tym filmie reżyser jednak nie powybijał wszystkich, co jest nowością), znajdzie się nawet niepokojący filmik z youtube nagrany przez bandę nastolatków spędzających miło czas nieopodal feralnych tuneli. W podziemiach atmosfera powoli gęstnieje, im głębiej ekipa dostaje się do środka, tym pole widzenia kamery maleje. Dziwne dźwięki słyszane tylko przez sprzęt nagłaśniający budzą grozę na twarzy dziennikarki i jej kolegów, a akcja nabiera tępa, kiedy w nieoczekiwanej sytuacji zostaje porwany jeden z realizatorów. Wówczas dowiadujemy się, że tunele faktycznie nie są opustoszałe i wychodzi na to, że zamieszkuje je coś, co niespecjalnie przepada za niezapowiedzianymi wizytami. Kiedy ekipa zdaje sobie sprawę, że wisi im na ogonie potwór o bliżej nieokreślonym wyglądzie, wtedy zaczyna się wyścig o przetrwanie.  Wszystkie te chwyty mają widza powalić na kolana, ale w moim przypadku zamierzenie to nie do końca twórcom się udało, bo przez cały praktycznie seans wciąż ciążyła mi na głowie myśl, że to już było.

Grzechem byłoby pominięcie kwestii gry aktorskiej, która w horror verite odgrywa specyficzną rolę. Od aktorów oczekuje się przede wszystkim naturalnego, niewymuszonego zachowania, bo pamiętajmy, że cały urok w paradokumentach tkwi w odtworzeniu realistycznych, autentycznych wręcz wydarzeń oraz emocji. O wpadkach nie ma więc w ogóle mowy, bo o ile takowe się zarejestruje, to niestety cały autentyzm szlag trafia. W omawianym tutaj filmie aktorstwo można pochwalić i zrównać z błotem jednocześnie. Aktorzy spisali się odgrywając bezbłędnie walkę o przetrwanie w tunelach. Odgrywane przez nich stany emocjonalne wypadły naprawdę wiarygodnie, a płacz i przeraźliwe krzyki dziennikarki są w stanie zaniepokoić i na swój sposób przerazić. Na tym pochwały się kończą, bo jest i druga strona medalu. O ile w tunelach aktorzy spisali się rewelacyjnie, o tyle podczas wywiadów już niekoniecznie. Zamiast okazać współczucie po stracie kolegów, zachowują się jakby pozbawieni zostali jakichkolwiek emocji. Niby smutek jest, ale jak dla mnie nieco wymuszony. W rezultacie otrzymujemy sztucznie odegrane wywiady z ludźmi, którzy byli przecież świadkami zatrważających wydarzeń, przetrwali walkę o śmierć i życie. W takich okolicznościach większe zaangażowanie emocjonalne również by się przydało.

Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że im więcej takich filmów się realizuje, tym gorzej. The Tunnel to, z perspektywy widza obeznanego w starych schematach wykorzystywanych na potrzeby horroru dokumentalizowanego, film dość przeciętny. Nie zaskakuje niczym nowym, nie straszy skutecznie, jest przewidywalny. Myślę, że jeśli powstałby kilka lat wcześniej, przed takimi hitami jak [REC], czy Paranormal Activity, być może zasłużył by na lepszą ocenę. Dla osób, które przygodę z horrorem paradokumentalnym rozpoczynają właśnie od omawianego tutaj filmu, The Tunnel może okazać się całkiem interesujący i odkrywczy. Weterani natomiast mogą przeżyć deja vu i niemałe rozczarowanie. No chyba, że filmy o dziennikarzach realizujących dokument jeszcze im się nie przejadły. Jako dramat, film spokojnie można zaliczyć do grona dobrych. Niestety jako horror wypada średnio, gdyż za mało było tutaj jakichkolwiek elementów grozy, a o ile takie się przewinęły, to spokojnie można je zliczyć na palcach jednej ręki.

Tytuł oryginalny: The Tunnel
Tytuł polski: Tunel
Rok produkcji: 2011
Gatunek: Horror dokumentalizowany/dramat
Czas trwania: 1 godz. 30 min.
Reżyseria: Carlo Ledesma
Autor: Konrad

3 komentarze:

  1. Z większością motywów we wszelkich filmach, serialach itp. nie tylko horrorach, jest tak, że jeśli zrobią jeden film, który odniósł sukces to potem wałkują to w kółko, aż do znudzenia. Ot zrobiło się modne i tłuką ile się da, póki się widz nie znudzi. No, albo aż pomysły się skończą, ale na to są małe szanse, bo zawsze można zrobić remake czegoś sprzed paru lat. Nie skreśla to oczywiście paradokumentów, ale po sukcesach [reca] siłą rzeczy będą się pojawiać takie filmy, na niższym poziomie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dużo w tym filmie poszło nie tak. Może dlatego, że australijski? ;-) Żartuję oczywiście, często się zdarza, że nieamerykańskie horrory są lepsze niż te z Hollywood. Ale tutaj jest tak jakoś... nudno. Za dużo gadania, za dużo verite, a za mało horroru... Tzw. "sceny" można zliczyć na palcach jednej ręki i nie wynagradzają one wcale tak długiego czekania. Co do paradokumentów roku 2011 to jak dla mnie "Grave Encounters" o niebo ciekawszy...

    OdpowiedzUsuń
  3. Tunel był ok, niektóre sceny były niezłe, no i ten złowieszczy dźwięk dzwonu ;) Cat ma rację, Grave Encounters był lepszy i ogólnie to jeden z moich ulubieńców.

    OdpowiedzUsuń