piątek, 5 października 2012

Recenzja: Bez litości (2010)

Filmy poruszające tematykę ludzkiego wynaturzenia, gwałtu, brutalnej przemocy, okrucieństwa, czy innych wypaczonych perwersji seksualnych  bardzo często określane są mianem tzw. exploitation movie. Jest to taki specyficzny rodzaj kina, który dotyka tematów tabu, powszechnie zmiatanych  pod dywanik, wzbudzających pogardę i skrajne emocje. Omawiany tutaj horror wpisuje się w podgatunek kina eksploatacji, w którym rządzi motyw gwałtu i zemsty (ang. rape and revenge). Bez Litości stanowi kopię kontrowersyjnego horroru Pluję na twój grób z 1978r.za scenariusz i reżyserię którego odpowiada Meir Zarchi, uważany także za pioniera nurtu rape and revenge w kinie grozy. Zanim jednak remake trafił w moje ręce, miałem dość mieszane odczucia co do tego filmu. Zastanawiałem się, jaki jest w ogóle sens kopiowania czegoś, co naszpikowane jest perwersyjnymi torturami... Czy twórcom chodziło o to, by w sposób bardziej efekciarski pokazać sceny gwałtów? Po obejrzeniu filmu doszedłem do wniosku, że w niektórych przypadkach remake ma jednak sens, nawet jeśli fabularnie zostaje zerżnięty z pierwowzoru.

Młoda pisarka Jennifer Hills postanawia rozpocząć prace nad swoją nową powieścią. W tym celu ucieka od zgiełku zatłoczonego miasta, by zaszyć się w niewielkiej, drewnianej chatce usytuowanej na łonie natury, gdzie będzie mogła skupić myśli nad swoją twórczością. Zanim jednak dotrze na miejsce, spotyka na stacji benzynowej bandę miejscowych zbirów, którzy od tej pory będą mieli na nią oko. Piękny krajobraz oraz sielskie życie na łonie natury wkrótce zamienia się w piekło, kiedy żądni dowcipów żartownisie przychodzą z wizytą do młodej pisarki. Dziewczyna jest przez nich brutalnie poniżana i gwałcona. Cudem udaje jej się ujść z życiem. Wkrótce postanawia znów wrócić w to samo miejsce, by odpłacić się swoim prześladowcom. Tym razem to oprawcy poczują smak poniżenia i zemsty. 

Do przybrudzonego makabrą i beznamiętną przemocą klimatu przywykłem pochłaniając kolejne horrory, w których krew rozlewała się po ekranie litrami, a konstruktywnych pomysłów na uśmiercanie bohaterów twórcom nie brakowało. Tyle tylko, że zamiast straszyć i budować napięcie, takie produkcje wywołują najczęściej tylko wstręt i obrzydzenie. No właśnie. Tylko i nic więcej. Od rasowego horroru najczęściej wymaga się i jednego i drugiego, tj. zarówno odpowiedniej dawki strachu jak i obrzydzenia, jednakże dziś trudno jest taki klimat zbudować, bo nie ma widzów o takich samych upodobaniach i każdego, że się tak wyrażę, jara co innego. Jedni gustują w horrorach zmuszających do myślenia, innych natomiast próbuje się zwalić z nóg krwawą jatką i nic poza tym. Bez Litości z całą pewnością do takich filmów należy, z tą różnicą, że o ile takie twory jak Piła czy Hostel do refleksji jako tako nie skłaniały, o tyle recenzowany tu horror już tak.

Gwałt, przemoc, tortury psychiczne, poniżanie, zrównanie człowieka z błotem... z tym będzie nam dane zmierzyć się w horrorze Monroe'a. Obraz ten nie należy do tych łatwostrawnych, ale i nikt nie obiecywał, że z bajeczką będziemy mieli do czynienia. Oceniając tego typu horror ciężko jest napisać, że oglądało się go lekko i przyjemnie. Wynika to niejako ze specyfiki kina exploitation, które wcale nie ma być sielankowe i do rany przyłóż. Ma przede wszystkim widza zszokować i mocno wedrzeć się w głąb jego psychiki. Ma zostawić po sobie trwały ślad. Zwłaszcza, jeśli przemoc ukazywana jest w sposób przerażająco realistyczny i dokładny. A to serwuje nam omawiana tutaj produkcja. Zanim jednak to nastąpi, najpierw będziemy przyglądać się, jak młoda i piękna dziewczyna radzi sobie z mapą i dojazdem do miejsca, w którym ma się zatrzymać. Kiedy na stacji benzynowej poznaje podejrzaną grupkę miejscowych i prosi o wskazanie drogi, wiemy już, że wesoło nie będzie. Nieprzyjemną atmosferę na stacji benzynowej podtrzymuje dodatkowo piękny, lecz na swój sposób niebezpieczny krajobraz, towarzyszący dziewczynie przez cały czas poszukiwań. Kręte polne ścieżki, dookoła głuchy i samotny las każą podejrzewać, że w razie niebezpieczeństwa na pomoc nie ma co liczyć. Kiedy dziewczyna nacieszy się zaciszną atmosferą drewnianego domku usytuowanego nad jeziorem, przychodzi czas na ukazanie tej paskudniejszej części scenariusza. I tutaj wszystko ukazano na tyle realistycznie, by w niektórych momentach zmusić widza do odwrócenia wzroku od telewizora. Sceny zbiorowych gwałtów na niewinnej dziewczynie nie tyle szokują,  zniesmaczają, co wywołują współczucie wobec bezbronnej ofiary. A kiedy ta ucieka sprawcom spod władzy, dopingujemy, by zemsta była równie wstrząsająca. I taką też otrzymujemy. Delikatna i wrażliwa Jennifer przeradza się w bezwzględną tyrankę, której nie brakuje fantazji na temat dręczenia i uśmiercania swoich prześladowców.

Muszę przyznać, że film momentami skutecznie potrafi zszokować. Nie jest to pusty, pozbawiony sensu horror, którego zamierzeniem jest tylko przedstawienie scen wykorzystywania seksualnego i poniewierania bezbronnego człowieka. Dzięki swej surowości i dobrej grze aktorskiej mamy okazję dotrzeć w głąb psychiki ofiary i poznać, co tak naprawdę czuje osoba poniżana i bestialsko torturowana oraz jak przemoc działa na kogoś, kto wydaje się być jedynie bezbronnym workiem treningowym dla oprawcy. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że zemsta głównej bohaterki na gwałcicielach może nawet stanowić swego rodzaju ostrzeżenie przed konsekwencjami okrutnego i niemoralnego zachowywania się wobec drugiego człowieka. Tyle, że tutaj konsekwencje te ładnie przyozdobiono dużą dawką krwawych scen mordów, atrakcyjnie wyglądających z perspektywy horroromaniaka gustującego w klimatach torture porn.

Reżyser doskonale zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, że ukazywanie przemocy kątem kamery dziś nie przyniesie odpowiedniego efektu przerażenia i realności. W tym celu nie otrzymaliśmy scen, w których operator zaledwie ukradkiem relacjonuje akty gwałtu i dręczenia, wręcz przeciwnie- tutaj nikt nie ogląda się na cenzurę, co ostatecznie przekłada się na bardzo dokładne, szczegółowe przedstawienie ludzkiej męki i cierpienia. Dlatego uprzedzam, że przewrażliwiony na tematy tabu widz z całą pewnością powinien darować sobie seans, bo może poczuć się zdegustowany i zażenowany tym co dane mu będzie zobaczyć. O tym, że niepełnoletni nie powinni go w ogóle oglądać nawet nie wspomnę. Pamiętajmy, że twórcy realizując tak mocny horror wcale nie mieli zamiaru przedstawić wszystkiego w różowych barwach; potraktowali sprawę "bezlitośnie" i bez żadnych mrugnięć do widza. Ze względu na umiejętną pracę kamer, chłodny, surowy klimat oraz wzorowe aktorstwo twórcom udało się stworzyć może nie dzieło ambitne, ale z całą pewnością jeden z lepszych filmów reprezentujących kino brutalne i krwawe w ostatnich kilkunastu latach. Polecam przede wszystkim dlatego, że remake kultowego dziś horroru Pluję na twój grób potrafi mocno zapaść w pamięć i zmusić do myślenia.

Tytuł oryginalny: I spit on your grave
Tytuł polski: Bez litości/Pluję na Twój grób
Rok produkcji: 2010
Gatunek: Horror/Exploitation movie/rape and revenge
Czas trwania: 1 godz. 48 min.
Reżyseria: Steven R. Monroe
Autor: Konrad

3 komentarze:

  1. Dobrze napisane, bo i film niezły. Pozostaje tylko powtórzyć, to co rzekłam wcześniej. Polecam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam ten film! Moim zdaniem przebił oryginał, ponieważ wolę patrzeć na rzeź niż sceny seksu:) A tak na serio myślę, że to pełen emocji, zmuszający do myślenia horror, tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Czyli coś dla mnie:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna recenzja. Film naprawdę szokujący. I niestety nie dla każdego. Ja nie mogłam się doczekać końca tej historii tak szczerze mówiąc. Ale jeśli chodzi o jego wartość, to jak najbardziej jest to film, który można polecić fanom gatunku. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń