czwartek, 28 lutego 2013

Recenzja: Świątynia (2011)

Na wieść o tym, że kanadyjski reżyser Jon Knautz postanowił nakręcić horror, którego fabuła toczyć się będzie w Polsce, stwierdziłem, że koniecznie trzeba  to zobaczyć. Trailery zapowiadały całkiem przyzwoity horror i zaostrzały apetyt, fabuła, choć niezbyt wyszukana, mimo wszystko zachęcała do zapoznania się z filmem. Oczywiście złośliwość rzeczy martwych zmusiła mnie do tego, by seans za każdym razem odsunąć na potem. Wreszcie jednak zebrałem się za film i zarwałem te niespełna półtorej godziny wieczoru, by jak się okazało, zaserwować sobie jedynie marnej jakości horror, który bądź co bądź dostarczył mi całkiem solidnej dawki rozrywki.

Są takie perełki w horrorowym światku, które całkiem niezamierzenie wywołują u widza mimowolny uśmiech na twarzy. Zamiast więc skutecznie straszyć, wzbudzają efekt iście odwrotny- niesamowicie śmieszą. Cóż, tak w zasadzie było w przypadku Świątyni, która na pierwszy rzut oka jakieś zadatki potencjału w sobie miała, tyle że w tym przypadku potencjał ten potraktowano ciepłym moczem. To, co od razu kuje w gałki oczne, to jakże "trafne" odzwierciedlenie polskich realiów. Cała rzecz traktuje o trzyosobowej grupce turystów: w tej skromnej ekipie mamy dwie żurnalistki i fotografa- wszyscy zza oceanu, gdzie masowo produkuje się "czizzzbergery". Nasi potencjalni protagoniści "zza gramanicy" wybierają się do Polski, która najwidoczniej nie leży w Europie, tylko gdzieś pomiędzy Krainą Czarów a magiczną Krainą Oz, gdzie czas niespodziewanie strzelił focha i zatrzymał się w okresie tępiej jak antypoślizgowa deska klozetowa średniowiecznej ciemnoty. Dziennikarki chcą wywęszyć kilka informacji na temat tajemniczego zniknięcia młodego amerykańskiego turysty, którego ślady urywają się w Alwainii (taka tam polska, zakuta dechami wiocha, której nie naniesiono na ogólnodostępne mapy, by nie narobić wstydu). Wyposażeni w nowoczesne aparaty cyfrowe, telefony komórkowe i inne cywilizowane gadżety, odwiedzają wspomnianą wyżej wioskę, gdzie główną atrakcją turystyczną jest syf, kiła i mogiła, ludzie chodzą w oberwanych, XIX- wiecznych odzieniach, panie robią pranie w rzece (chociaż w domu prąd i nawet lodówka się znalazła), dzieci hasają po łąkach zbierając zioła, a panowie ostrzą tępe dzidy, szykując się na leśne polowanie (całkiem normalny, sielski obrazek, prawda?). Oczywiście goście z Ameryki nie mają łatwo- od razu zostają przepędzeni przez wiejskich osiłków oraz zagorzałych w wierze kapłanów, co od razu budzi podejrzenie wśród błyskotliwych dziennikareczek. Oczywiście nie straszne im powiedzenie, że "jak Cię dzikus wypędza, to spieprzaj, gdzie pieprz rośnie",  i zamiast dać sobie spokój, dalej drążą temat. Oczywiście nie wyjdzie im to na dobre.
Tak tak, ja wiem, że w filmie rzeczywistość nie gra istotnej roli, bo twórcy mogą ponieść się wybujałej fantazji, czasami jednak nadmierne korzystanie z tej zdolności może przynieść niestety efekt odwrotny od zamierzonego. Widok filmowych realiów polskiej wioski spowodował u mnie salwy śmiechu, nie wspominając już o kolejnym mankamencie- kaleczeniu języka polskiego przez amerykańskich aktorów- i to do tego stopnia, że aż uszy więdną jak się tego słucha, a zwłaszcza tlenionego, wiejskiego parobka, dosłownie mordującego się z tym naszym "polszkim jężykiem" (Ly-dia, po-wie-dż im, że mu-szą isz-cz, Lidia! Naty-kmiast! Mó-wi-łem czi....- ten tekst normalnie rozłożył mnie na łopatki). Nie wiem, albo te role po prostu zostały przydzielone po znajomości, albo zwyczajnie wzięto pierwszych lepszych aktorów z ulicy, bo i po co szukać takich, którzy potrafiłby w miarę poprawnie wypowiedzieć się w języku polskim? Jedynie aktor odgrywający postać kapłana dał sobie z tym radę, resztę należałoby najpierw wygnać do szkoły, by porządnie nauczyli się języka, dopiero potem puszczać przed kamery. Wiele do życzenia pozostawiają również sami protagoniści, którzy mogą pochwalić się rozszerzonym syndromem ludzkiej głupoty- aż się proszą, by im strzelić strzałą z łuku prosto w oczodoły i momentami aż żal tyłek ściska, że niektóre trafy były chybione. Bezmyślność bohaterów ściele się gęsto i co chwila popełniają diametralne błędy: a to dają się omamić małej, niewinnej dziewczynce (a jakże, w końcu to mądre dziecko- kojarzy Amerykę z cheesburgerami), a to znów chowają się do stodoły, która należy przecież do osiłków, galopujących za nimi (najgłupszy nie popełniłby tego błędu, wstyd, normalnie wstyd). Dialogi również nie należą do wybitnych, a niektóre wręcz śmieszą (Jedna pyta: Mówiłaś, że uczą się angielskiego w szkołach? Druga odpowiada: Tak wyczytałam- no co pani nie powie, a ja myślałem, że nie mają czasu, bo włóczą się po lasach i zbierają jagody...). Zachowania aktorów pozbawione są jakichkolwiek emocji- ot mamy tutaj takie trzy wypchane watą pacynki, które coś tam próbują z siebie wydobyć, choćby źdźbło przerażenia, ale jest to jakieś takie bezpłciowe i wymuszone.
W Świątyni klapą okazują się również efekty specjalne- lateksowo-gumowate gęby potworów bardziej śmieszą, niż przerażają, ale tych kilka godnych uwagi scen można wyliczyć, co prawda na palcach jednej ręki, ale jednak. Ciekawa jest scena, w której kapłani składają w ofierze ludzkie ciało, czy momenty końcowe, gdzie księża walczą z opętaną przez demona dziewczyną. Interesujący był również motyw maski, czy klątwy- szkoda tylko, że twórcy dosłownie odbębnili swoje i nie zechcieli rozwinąć tej historii dogłębniej. Wiele kwestii pozostaje nierozwiązanych, a sama końcówka to już samobójstwo. Mnie nie zadowoliło skwitowanie filmu tekstem, że "przekleństwo pozostawione tu wiele lat temu nie może zostać unieważnione". Zdecydowanie brakło tutaj polotu, oklepana, acz ciekawa historia aż prosi się o rozwinięcie. Masa potknięć, absurdalne zachowania aktorów niestety skazują produkcję na porażkę, wiele scen trąca o komizm, więc i brakowało mi tutaj napięcia i tego "czegoś". Co nie oznacza, że Świątynię należy całkowicie wykreślić- ja tam mimo wszystko bawiłem się nieźle, bynajmniej ostatnio żaden horror mnie tak nie rozśmieszył. Polecam mało wymagającym widzom.
Tytuł oryginalny: The Shrine
Tytuł polski: Świątynia
Rok produkcji: 2011
Gatunek: Horror
Czas trwania: 1 godz. 25 min.
Reżyseria: Jon Knautz
Autor: Konrad

3 komentarze:

  1. To ja, jako zagorzała fanka tego arcydzieła dorzucę parę zdań od siebie. No polew był, świetna recenzja, sama bym lepiej nie opisała tej porażki. Fakt realia super odwzorowane, nawet chwasty przy drodze nie wyglądają jak u nas. Geniusz bohaterów też poraża, zwróciłeś uwagę na scenę, w której blond debil naparza w drzwi od tego ich pierdolnika, po tym jak american idiot go tam zamknął? Te belkę dałoby się podwadzić w pięć sekund, zwłaszcza, że szpary miedzy deskami drzwi miały szerokość przynajmniej 1-2 cm. Z tym wyjaśnieniem tajemnicy na koniec jest jak z poglądami mojego dziadka na pewną moją znajomą: "Nie wiem skąd toto przylazło, ani co to jest, ale lepiej trzymaj się od tego z daleka". Napisałabym Ci co mnie najbardziej rozj***ło, ale nie chcę spojlerować, więc powiem prywatnie. Inna sprawa, to coś za mgłą w lesie, już nawet abstrahując od tego, że koleś zajebis***ą lustrzanką zdjęć nie mógł tam zrobić, a ta jego panienka strzeliła fotę, chyba komórką, ale z tym czymś miałeś skojarzenie z nastolatką i pozowaniem do słit foci? Jeszcze co do aktorów, laska która gra Sarę powinna dostać pracę w tartaku, no takiego drewna ze świecą szukać nawet u sędzi Anny Marii Wesołowskiej i W11. Natomiast order za martyrologię powinien dostać ten Latynos grający Polaka, któremu kazali powiedzieć "Nie mogę w tym uczestniczyć, to przecież człowiek, przepraszam" Tyle "sz", "ż" "cz" i dał radę. Natomiast tleniony, co tekstu miał najwięcej poległ po całej linii. Dodam jeszcze od siebie, ze w filmie grało dwoje Polaków, jeden to oczywiście ksiądz, a drugiego mogłeś nie zauważyć, bo... gadało cały czas po angielsku. Lidia. No, ale film ten przeszedł do historii, przynajmniej dla mnie i kilkorga moich znajomych. Cisbergersy są kultowe, ale w końcu jeszcze "jopcokrajowcy", wyobraź sobie jaka radość była chociażby przed zajęciami z Panią dr F. (Ф., tak właściwie), nie wspominając, że mam koleżankę z Ukrainy. No i kultowa (dla niektórych) scena z Dariuszem przywiązanym do lodówki, mała rzecz a tyyyle radości, swoją drogą bohater, który go przywiązywał nie wiedział co czyni. Rację masz absolutnie, ze to g***o, a nie horror, ale i tak warto obejrzeć, bo większość komedii nie jest taka śmieszna.

    OdpowiedzUsuń
  2. E tam nie napisałabyś lepiej :-) Taa... aktorka grająca Sarę powinna od razu dostać pełny etat- wyprana z emocji jak moja bluza po użyciu trefnego proszku do prania. Przy scenie, w której żylasty mordował się z drzwiami normalnie mi ręce opadały. Jest jeszcze wieele "zajebiście ciekawych jak widok fioletowej krowy pasącej się na łące" scen, które po prostu trzeba zobaczyć :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. To niezwykłe dzieło kinematografii zapiera dech w piersiach. Ja sam nie wiedziałem, że mieszkam w tak egzotycznym kraju - w którym ludzie nadal używają kusz i ubierają się w średniowieczne karwasze... No czysta poezja! Najbardziej mnie osobiście urzekł ten stary, poniemiecki mauzer, którego w którejś scenie wydobywają skądś Polacy. Więc okazuje się, że cywilizacja dotarła i do nas! Mamy broń palną i potrafimy jej używać! To, że nadal działa musi być jakimś cudem...
    Kolejna rzecz to to, że dzieci w tym filmie mówią lepiej po angielsku niż po polsku. Tworzą nawet całkiem złożone konstrukcje gramatyczne w języku (przecież dla nich) obcym.
    Nie będę wymieniał innych elementów, bo musiałbym się powtarzać po autorze recenzji, Jednak uważam, ze film jest jedyny w swoim rodzaju i wart obejrzenia. Dawno się tak nie śmiałem...

    OdpowiedzUsuń