sobota, 8 lutego 2014

Recenzja: Insidious (aka Naznaczony), 2010

Ze świecą szukać nam dziś horrorów, które mogłyby przenieść nas w minione czasy, kiedy w filmach stawiano przede wszystkim na klimat, a nie na przesadnie wykorzystywane efekty specjalne, tak często spotykane w niektórych współczesnych produkcjach. Aby poczuć więc powiew klimatu sprzed lat, sięgamy zazwyczaj po stare horrory. Kiedy mamy już w rękach takie cieszące oko "perełki", natychmiast dajemy się oczarować atmosferą staroci z lat osiemdziesiątych. Zasiadamy wygodnie przed telewizorem, na pilocie wciskamy "play" i niczym za pomocą jakiegoś wehikułu czasu przenosimy się w "filmy tamtych czasów" - nieskażone sztucznymi efektami komputerowymi, i choć pachnące gumowatymi, kiczowatymi potworami, to jednak emanujące nastrojową atmosferą dobrze znaną z kultowych horrorów, zapisywanych niegdyś na starych, zakurzonych nośnikach VHS. Okazuje się, że niektóre współczesne produkcje również mają w sobie to "coś". W poczet współczesnych horrorów noszących zadatki starych, znanych produkcji minionych lat wpisać można niektóre filmy Jamesa Wana, w tym horror Naznaczony, który powinien spodobać się niejednemu wielbicielowi nastrojowych horrorów utrzymanych w duchu starych produkcji lat osiemdziesiątych.

James Wan to bez wątpienia jeden z najbardziej obiecujących współczesnych reżyserów, któremu romans z filmowym horrorem wychodzi nad wyraz dobrze. Trzeba jednak przyznać, że pierwsze kroki w kierunku horroru stawiał stąpając po drodze usłanej krwią, masą ludzkich flaków i kończyn, rozpoczynając popularną serię o Jigsaw'ie. Na szczęście nie ugrzązł w kolejnych produkcjach Piły, a podwinął rękawy i wyreżyserował horrory, które nie epatują nadmierną brutalnością skąpaną po brzegi w hektolitrach krwi i lśniącego mięsiwa, a skupiają się raczej na sprawnym budowaniu napięcia skąpanym w zaciemnionych pomieszczeniach i dusznym nastroju grozy. Mylące mogą więc okazać się napisy reklamowe zamieszczone na okładce DVD, bowiem choć Naznaczony jest horrorem twórców popularnej Piły, to tak naprawdę nie ma z tym filmem nic wspólnego.
Trudno mówić o Naznaczonym jako horrorze oryginalnym, skoro Wan bez wahania sięga po najbardziej rozpoznawalne atrybuty typowego horroru nastrojowego. Mamy piękny domek, typową, amerykańską rodzinkę, której głównym życiowym celem jest osiągnięcie szczęścia oraz dzieciaka, do którego będą lgnęły wszelkie nadnaturalne moce, chcąc zawładnąć jego ciałem. Do tego zestawienia koniecznie należy dodać nieco zbzikowanych badaczy zjawisk paranormalnych, tajemnicze widziadła w koronkowych strojach niczym z epoki średniowiecza, dziwne stuki i szmery, samoistnie zamykające się drzwi oraz diabła o ognistej twarzy z kopytami zamiast stóp. Obrazek z typowego amerykańskiego dreszczowca o duchach, prawda? Mimo wszystko jestem przekonany, że wierni fani gatunku będą piali z zachwytu, sięgając po Naznaczonego, zwłaszcza jeżeli darzą ogromnym sentymentem produkcje nawiązujące do typowych klasyków sprzed lat.
Wan maczał palce w klasyce filmowego horroru i widać to nie tylko po nieco sztampowym schemacie fabularnym. Napięcie zostało stworzone w sposób typowy dla nastrojówek, opierając się na nerwowej muzyce towarzyszącej tzw. jump scenom. Smyczkowe dźwięki przylegające do kulminacyjnych momentów filmu mogą wbić w fotel i sprawić, że chwilami poczujemy gęsią skórkę na całym ciele. O to właśnie chodzi w klasycznych filmach grozy - przez cały seans mamy czuć przeszywający ciało strach i czekać na kolejne sceny, które wprawią nas w osłupienie. Wanowi momentami udało się to osiągnąć, chwilami jednak subtelnie ociera się o kiczowatość, wplatając w typową opowiastkę o duchach kilka humorystycznych akcentów: założę się, że na widok stukniętych pogromców duchów, a tym bardziej ich zabawnych rekwizytów, niejeden buchnie śmiechem i pokręci głową. Na szczęście reżyser wyczuł, gdzie zaczynają i kończą się granice horroru, dzięki czemu szala ze sprawnie rozegranymi scenami przepełnionymi grozą przeważa nad humorystycznym wydźwiękiem filmu. 
Styl operowania kamerą również przywodzi mi na myśl klasyczne produkcje grozy. Subtelnie rejestrowane wydarzenia od czasu do czasu przerywane są półzbliżeniami. Kolorystyka filmu oscyluje wokół mrocznych, raczej zimnych barw oraz zacienionych pomieszczeń, nasilając gęstniejącą atmosferę grozy. Aranżacja bytów astralnych to kolejny dowód na ciągotki Wana do klasycznych, nastrojowych horrorów. Pozbawione pikselowatych efektów komputerowych duchy ładnie prezentują się w starodawnych strojach, a niektóre łudząco przypominają upiorne, żywe marionetki. Wan lubuje się w motywach upiornych lalek, co widać choćby w Martwej Ciszy z 2007 roku, czy zeszłorocznej Obecności. W Naznaczonym umiłowanie reżysera do przerażających lalek uwidoczniło się choćby w wyglądzie bytów astralnych, czy nawet w wizualizacji piekła: czart o ognistym obliczu ostrzy sobie pazury w pomieszczeniu pełnym przerażających kukiełek i klaunów, spoglądając z góry żółtymi ślepiami na uwięzione, przerażone dziecko. Sceny rozgrywające się w świecie bytów astralnych zostały wyjęte niczym z jakichś najstraszniejszych dziecięcych koszmarów i stanowią zarazem jeden z mocniejszych punktów filmu.
Nazwałbym Naznaczonego typowym horrorem nastrojowym z nietypowymi rozwiązaniami, które z pewnością zaspokoją wybredne gusta widzów oczekujących od filmowego horroru nienagannego aktorstwa oraz ciekawie przedstawionych wydarzeń, przesyconych dużą dawką grozy w klasycznym wydaniu. Wan wykorzystał znane schematy, tworząc całkiem przyzwoity, trzymający w napięciu film grozy. Tworząc takie horrory, jak Martwa Cisza (2007), Obecność (2013), czy omawiany tu film, reżyser oddał ukłon w stronę starych, klasycznych horrorów z duchami w roli głównej. Naznaczony to obowiązkowy film dla oddanych wielbicieli tradycyjnych nastrojówek, w których nie straszy się połamanymi nogami i rękami, a skutecznie dawkowanym napięciem i nerwową atmosferą.
Tytuł oryginalny: Insidious
Tytuł polski: Naznaczony
Rok produkcji: 2010
Gatunek: horror nastrojowy
Czas trwania: 1 godz. 43 min.
Reżyseria: James Wan
Autor: Konrad

1 komentarz:

  1. Bardzo dobry horror. Wan naprawdę ma talent do stwarzania gęstej atmosfery. Chciałabym obejrzeć jakieś jego nowe produkcje. Mam nadzieję, że z tym odejściem od horrorów tylko żartował ;)

    OdpowiedzUsuń