wtorek, 13 maja 2014

Recenzja: The Walking Dead. Narodziny Gubernatora (Robert Kirkman, Jay Bonansinga)


Kilkanaście lat temu, jeszcze jako młodziak dopiero rozpoczynający przygodę z horrorem, często sięgałem po przeróżne filmy z gatunku zombie movies, głodny wrażeń, jakie mogły zaoferować post-apokaliptyczne obrazy, zatopione w fekaliach żywych trupów. Początki przygody z nieumarłymi, rozkładającymi się truchłami rozpoczynałem tradycyjnie od kultowych filmów takich reżyserów, jak George A. Romero, czy Lucio Fluci, z czasem sięgając po nowsze produkcje żerujące na popularnej post-apokaliptycznej tematyce z nieumarłymi w roli głównej. Nie będę ukrywał, że z czasem tematyka zombie mi się przejadła, głównie przez wzgląd na miałkość fabularną tego typu produkcji. W końcu dałem sobie z zombiakami spokój, aż do momentu, kiedy w moje ręce wpadł horror [REC], który dosłownie mnie oczarował nie tyle fabułą, co rewelacyjnym wykonaniem. Wtedy na powrót zaprzyjaźniłem się z tematyką gnijących truposzy, wertując sieć w poszukiwaniu produkcji luźno nawiązujących do żywych trupów. Wtedy trafiłem na fenomenalny serial "The Walking Dead", oparty na równie zjawiskowych komiksach Roberta Kirkmana. Później przyszła pora na oryginalną i wciągającą jak mało co powieść FEED Miry Grant. I stało się. Wszystkie te sploty wydarzeń znowu przekonały mnie do świata, w którym żądzą zainfekowane zombiaki. Nic więc dziwnego, że kiedy dowiedziałem o wydanej w 2011 roku powieści osadzonej w realiach uniwersum TWD stwierdziłem, że koniecznie muszę ją pochłonąć!

Przy kreowaniu świata przedstawionego, w powieści - oprócz Roberta Kirkmana - palce maczał również Jay Bonansinga, uznany za jednego z najbardziej pomysłowych autorów thrillerów. Nie ma co ukrywać, że twórcy komiksowego i serialowego uniwersum podnieśli poprzeczkę bardzo wysoko, dlatego sięgając po powieściową wersję opowieści o bohaterach zmagających się ze światem opanowanym przez zombie, miałem na początku pewne wątpliwości. Oczywiście pomysł przeniesienia komiksowego świata na karty powieści sam w sobie okazał się rewelacyjny, tym bardziej, że przedstawia nam genezę kształtowania się jednej z najbardziej rozpoznawalnych komiksowych postaci reprezentujących czarny charakterek - apodyktycznego Gubernatora władającego osadą w Woodbury. Obawiałem się jednak, że mimo wszystko pomysł spali na panewce, a powieść okaże się jedynie niepotrzebnym dodatkiem do rewelacyjnej serii o żywych trupach, która - mogłoby się wydawać - nie potrzebuje w zasadzie niczego więcej. Okazało się jednak inaczej - powieść stanowi cenny i ważny dodatek, który dedykowałbym nie tylko obeznanym fanom uniwersum, ale przede wszystkim laikom, którym tytuł "The Walking Dead" niewiele mówi.  

Fabuła "The Walking Dead. Narodziny Gubernatora" skupia się na grupce ludzi, uporczywie dążących do realizacji wspólnego celu: za wszelką cenę chcą przetrwać chaos spowodowany tajemniczą epidemią, zmieniającą martwych w żywe trupy. Na świecie nie funkcjonują żadne struktury społeczne, a prawo i moralność całkowicie tracą na znaczeniu. Teraz liczy się przede wszystkim własne bezpieczeństwo i wola przetrwania. Nie znamy jeszcze Gubernatora. Przyglądamy się wydarzeniom, które krok po kroku dopiero doprowadzą do jego narodzin. Philip Blake wraz z córką Penny, bratem Brianem oraz kumplami przemierzają opuszczone tereny Ameryki w kierunku wymarzonej Atlanty, gdzie znajduje się obóz dla uchodźców, będący ostoją względnego bezpieczeństwa dla ocalałych. Na swej drodze spotykają hordy wygłodniałych żywych trupów, które przeszkodzą im w dotarciu do celu.

Jednak by przetrwać, nie pomoże im tylko i wyłącznie naładowana broń. Każdy z bohaterów musi zmierzyć się najpierw z własnymi słabościami. Brian Blake to cykor i słabeusz, który na widok zombie dostaje drgawek. Choć jest starszy od swojego brata Philipa, to jednak okazuje się od niego słabszy psychicznie. Nie potrafi walczyć z umarlakami, włada nim strach i wstyd o to, że nie jest w stanie samodzielnie podejmować decyzji, że ciągle musi chować się za plecami swojego młodszego brata. Philip Blake to zupełne przeciwieństwo Brian'a. Jest typem twardziela, który przejmuje na swe barki rolę przywódcy, staje się mózgiem całej grupy, dokładnie planuje każdy krok. Troska o swoją ukochaną córeczkę Penny oraz natłok obowiązków doprowadza go w końcu do załamania psychicznego. Aby przetrwać apokalipsę, potrzeba jednak siły, odwagi, sprytu, a przede wszystkim psychicznej równowagi i bezwzględności w czynach. Czy załodze Philipa Blake'a uda się pokonać wszechobecne zło napędzane żywymi trupami, wszechobecnym bezprawiem i żądzą przetrwania? 

Zombie. Temat chyba już do reszty wyeksploatowany zarówno przez twórców filmu, jak i literatury. Ciągle jeden i ten sam schemat: grupka ludzi ucieka przed bandą zainfekowanych zgniłków, wijących się po apokaliptycznych krajobrazach, gdzie rządzi syf, kiła i mogiła. Słowem: nuda. Czy motyw nieumarłych ma nam coś jeszcze do zaoferowania? Czy sięgając po kolejną sieczkę w wykonaniu żywych trupów, otrzymamy coś, co pomimo schematów, dostarczy nam rozrywki na wysokim poziomie? Okazuje się, że tak! Przepisem na ujmującą, przykuwającą uwagę powieść jest nie tylko jej fabuła, summa summarum bazująca na znanym motywie. Liczy się wartka akcja i fabularne zawijasy, pełne zaskoczeń i momentów wbijających czytelnika w fotel. A tychże uskładało się nieco na kartach powieści duetu Kirkman-Bonansinga. Niczego innowacyjnego tu nie uraczymy. Ba, czytając powieść, często przypomną nam się kadry z serialu The Walking Dead (wędrówka braci Blake'ów w kierunku Atlanty do złudzenia przypomina wędrówkę serialowego Rick'a). Wrażenie deja vu jest tu więc niemal gwarantowane, ale co z tego, skoro już od pierwszych stron powieści zostajemy porwani w cholernie wciągające i realistycznie wykreowane światy naszych głównych bohaterów. Nie ma tu czasu na odpoczynek, nie ma co liczyć na cukierkowate wstawki - powieść ma nam do zaoferowania superszybką akcję, w której pełno jest krwi i flaków oraz szwędających się po ulicach umarlaków. Zdarzyły się również zaskakujące momenty, a wszystko to zostało przekazane ciętym jak brzytwa językiem, upstrzonym przekleństwami i zabawnymi ripostami. Ale nie to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Składnikiem dobrej powieści wałkującej oklepany schemat jest również dobrze skonstruowana kreacja postaci. Umiejętnie budowane zwroty akcji, czy stopniowanie napięcia nie są w stanie utrzymać czytelnika przy książce, jeżeli ma do czynienia z jałowymi bohaterami. To właśnie od nich w głównej mierze zależy, czy czytelnikowi będzie się chciało brnąć przez tę powieść dalej, czy już po kilku stronach rzuci ją w kąt. Choć książka nie zawiewa oryginalnością, bo nawiązuje do klasyki gatunku, to na szczęście bohaterowie w "Narodzinach Gubernatora" mają jaja. To nie sztywne marionetki pozbawione emocji i barwnego temperamentu, to prawdziwi ludzie z krwi i kości, borykający się z własnymi problemami, które nie opuszczają ich na krok. To chyba jeden z najistotniejszych atutów powieści. Kirkman i Bonansinga zadbali o wszelkie detale, tworząc wielobarwne kreacje psychologiczne naszych głównych bohaterów. Stworzyli postacie, w które jesteśmy w stanie uwierzyć, relacje pomiędzy nimi są autentyczne i przekonujące. Z upływem każdej strony bacznie przyglądamy się przemianie głównych bohaterów, których temperament zostaje wystawiony na próbę. Wraz z upływem akcji jesteśmy świadkami kształtowania się bezwzględnego łotra, którego znamy doskonale jako Gubernatora z komiksu, czy serialu.

Powieść, choć ugrzęzła w otoczce znanych nam chwytów, broni się dokładnie przedstawionymi scenami gore, doskonałymi bohaterami oraz nieprzewidywalnym, wbijającym w fotel zakończeniem. Weterani uniwersum, którzy mają za sobą zarówno komiks, jak i serial, muszą przetrawić wiadomość, że pod względem fabularnym, powieść nie zawiewa oryginalnością. Ale nie o innowacyjność tutaj chodzi. Dzięki powieści mamy okazję przyjrzeć się narodzinom Gubernatora - jednego z najbardziej kontrowersyjnych postaci z piekła rodem, a tego nie dowiemy się z komiksu, czy serialu. Lektura "The Walking Dead. Narodziny Gubernatora" mimo wszystko nie pozostawia zgagi, wręcz przeciwnie - zaostrza apetyt na część drugą i zapewnia przeżycie wspaniałej przygody. To pozycja obowiązkowa dla wielbicieli uniwersum, jak i osób, które dopiero zaczynają przygodę z żywymi trupami. Polecam!

Autor: Robert Kirkman, Jay Bonansinga.
Oryginalny tytuł:  The Walking Dead. Rise of the Governor
Polski tytuł: The Walking Dead. Narodziny Gubernatora
Gatunek: horror/zombie
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Liczba stron: 364
rok wydania w Polsce: 2011

Autor: Konrad

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz