czwartek, 2 sierpnia 2012

Recenzja: Atrocious (2010)

„Umysł jest jak labirynt…
 …gdzie każdy może się zgubić.” *

Moja przygoda z horrorami kreowanymi na dokument zaczęła się odkąd po raz pierwszy obejrzałem debiut dwóch panów: Daniela Myricka i Eduardo Sancheza,  odpowiedzialnych za reżyserię i scenariusz do znanego paradokumentu Blair Witch Project (1999), który swego czasu nieco namieszał w światku grozy i właściwie zapoczątkował modę na kręcenie filmów w konwencji mockumentary. Stylizowanie filmu na dokument to wprawdzie nie żaden odkrywczy zabieg, gdyż wcześniej mieliśmy do czynienia choćby z szokującym paradokumentem o kanibalach w reżyserii Ruggero Deodato (Cannibal Holocaust, 1980), ale zapoczątkowanie popularności na horrory verite przypisuje się jednak wspomnianemu wcześniej horrorowi o tajemniczej wiedźmie z Blair. Film ten stanowi dowód na to, że za sukces kasowy odpowiada przede wszystkim zmyślna i dobrze zaplanowana kampania reklamowa. Niedługo po premierze filmu, konta reżyserów zostały obficie wypełnione po brzegi przy zdumiewająco niskim nakładzie budżetowym, więc nie ma się co dziwić, że inni również prędzej czy później poszli w ślady poprzedników, co spowodowało, że początek XXI wieku okazał się sprzyjającym czasem na wysyp mniej lub bardziej udanych horrorów stylizowanych na dokument. W 2010 r. swoich sił w tworzeniu paradokumentów spróbował także Fernando Barreda Luna, prezentując fanom found footage movies swój debiutancki horror (thriller) Atrocious, który choć jeszcze nie doczekał się swojej premiery w Polsce, to już zdążył zebrać wiele skrajnych opinii na swój temat. Jedni debiut Luny wychwalają pod niebiosa, inni znów obsypują ostrą krytyką. Jako wierny fan horrorów verite bez obaw postanowiłem więc sam przekonać się, czy rzeczywiście z tym filmem jest aż tak źle.

Pięcioosobowa rodzina Quintanilla wyjeżdża do domku letniskowego, by spędzić tam swój wolny czas. Dla rodzeństwa  Cristiana i July odpoczynek w okolicach Sitges staje się okazją do zbadania miejskiej legendy dotyczącej dziewczyny o imieniu Merinda, która w tajemniczych okolicznościach zaginęła w 1940 r. w lesie Garraf. Jak głosi legenda, duch dziewczyny wskazuje drogę błądzącym w lesie wędrownikom. Rodzeństwo zabiera ze sobą amatorskie kamery, by zarejestrować swoje dochodzenie w tej sprawie. Niestety letni wypoczynek niesie ze sobą rodzinną tragedię. Cristian i July rejestrują wszystko amatorskimi kamerami nie zdając sobie sprawy, że nagrania te posłużą wkrótce za materiały dowodowe w sprawie morderstwa na wszystkich członkach rodziny…4 kwietnia 2010 r. po otrzymaniu zgłoszenia, policja odnajduje w domu martwe ciała, a znalezione kamery ujawniają ok. 37 godzin nagrań przerażających dowodów w sprawie makabrycznego morderstwa.

Atrocious bardzo często określany jest mianem hiszpańskiego Blair Witch Project, co miałoby sugerować, że Luna pracując nad swoim filmem czerpał całymi garściami pewne schematy i pomysły z kultowego obrazu Myricka i Sancheza. Czytając powyższy krótki zarys fabuły można dojść do wniosku, że reżyser specjalnie się z tym nie krył. Ale w zasadzie nie ma się co dziwić, bo na dobrą sprawę podgatunek, jakim jest horror verite wcale nie daje twórcom dużego pola do popisu. Zwłaszcza, że w ostatnich kilkunastu latach doświadczamy swoistego renesansu dla tego typu filmów. Horrory stylizowane na dokument zdane są po prostu na pewną schematyczność i nie należy oczekiwać od nich powiewu oryginalności. Horrory dokumentalne z zasady bazują na jednym schemacie fabularnym: grupka ludzi wyposażona w kamery rejestruje wydarzenia, a nagrania, które później zostają odnalezione przez policję  służą za materiały dowodowe w sprawie morderstw, tajemniczych zaginięć ekipy, czy niewyjaśnionych zjawisk itd. Prawie w każdym horrorze paradokumentalnym dochodzi do tajemniczej śmierci członków rejestrujących wydarzenia. Trudno tu więc o wybicie się ponad schemat fabuły, który przecież stanowi główny wyznacznik tego podgatunku horroru. Poza tym nowe koncepcje powoli się kończą i twórcy idąc na łatwiznę zwyczajnie powielają i wykorzystują znane nam już pomysły. Na schematyczność fabuły mamy więc prawo marudzić, ale skoro sięgamy po tego typu film musimy zaakceptować fakt, że niczego nowego nam nie zaoferuje. Po zrealizowaniu tylu paradokumentów nie dziwmy się, że ciężko jest nas zaskoczyć czymś nowym. Zamiast więc marudzić i kręcić nosem, lepiej sprawdzić czy film umiejętnie wykorzystał pewne utarte już motywy i schematy charakterystyczne dla horrorów verite.

A w przypadku Atrocious bywa różnie. Pierwsze 30 minut filmu skazało mnie na okrutną męczarnię i w czasie trwania seansu nie byłem nawet w stanie zliczyć ile razy zdarzyło mi się ziewnąć. Pierwsza połowa filmu poświęcona jest przede wszystkim na dokładniejsze poznanie rodziny oraz miejsca związanego z legendą. Choć jest to celowy i przemyślany zabieg, bo ma nas przekonać do rodziny i wywołać poczucie wspólnoty i solidarności z bohaterami, to tak naprawdę w zasadzie niczego specjalnego się tutaj nie dowiadujemy. Ot, poznajemy całkiem miłą, zwyczajną rodzinkę, która wybiera się na wypoczynek do posiadłości położonej poza miastem, oglądamy ich przygotowania do wyjazdu i wsłuchujemy się w proste rozmowy w zasadzie pozbawione jakiegokolwiek sensu i nie wnoszące niczego konkretnego do fabuły. Dowiadujemy się tylko tyle, że nieopodal domu letniskowego znajduje się zaniedbany park, swego rodzaju labirynt, z którym związana jest legenda o zamordowanej dziewczynie. Przedstawienie normalnego, najzwyklejszego życia rodziny zajmuje aż za dużo czasu jak na moje oko i do tego wlecze się mozolnie skazując nas na tortury spowodowane brakiem jakiejś konkretnej akcji. Pierwsza połowa filmu nie zwiastuje tego, co ma się wkrótce wydarzyć, co jest główną i zdawałoby się- jedyną atrakcją debiutu Fernando Luny. Atrocious zdecydowanie należy do filmów, które przez większą część projekcji nie trzymają w napięciu, lecz każą nam niecierpliwie czekać na wybuchowe i spiętrzone zwroty akcji w ostatnich minutach filmu. Reżyser wynudził mnie na początku, by później dosłownie wywrócić wszystko do góry nogami i przyznaję, że finałowa scena była nawet w stanie wprawić mnie w miłe zaskoczenie. Możemy marudzić przez większą połowę seansu i ostatecznie zmieszać film z błotem, zbywając go stwierdzeniem, że to tandetna podróbka Blair Witch Project, czy [REC], ale muszę przyznać, że choć faktycznie Luna zapożyczył  pewne elementy z ostatnich minut filmu [REC] (mam tu na myśli choćby motyw odnalezienia przez bohaterów tajemniczych taśm odkrywających rąbek tajemnicy), to jednak nieoczekiwana końcówka w Atrocious potrafi wbić w fotel i wywiercić dziurę w głowie.

Cytat rozpoczynający recenzję zaczerpnięty z filmu każe snuć domysły, że tym razem otrzymamy coś więcej niż tylko zwykły horror o mrocznej legendzie. Po seansie odniosłem nieodparte wrażenie, że Luna próbował mi na siłę wcisnąć jakieś ukryte podteksty, drugie dno dotyczące mrocznej strony ludzkiego umysłu. Czy mu się udało? Ciężko mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, ale z całą pewnością muszę przyznać, że w swoim filmie Luna poruszył całkiem ciekawą tematykę traktującą o mrocznych tajemnicach psychiki ludzkiej. Czasem jest tak, że w zwykłych rzeczach, czy zachowaniach dopatrujemy się czegoś nadzwyczajnego, nierealnego, sięgamy po wytłumaczenia najmniej oczywiste, a pomijamy te bardziej racjonalne. Taką właśnie problematykę próbuje się nieśmiało poruszyć w Atrocious. Nasz umysł faktycznie może nieraz płatać nam figla w czasie projekcji. Film za specjalnie nie wciąga i na pozór niczym nie przekonuje, a jednak drzemie w nim pewna siła, która mimo wszystko choć w najmniejszym stopniu była mnie w stanie zaangażować w seans. Film nie tworzy klimatu i napięcia poprzez krwawą jatkę, ale przede wszystkim wprowadza elementy grozy dzięki zabawie wyobraźnią widza. Luna dosłownie żongluje naszym umysłem w czasie projekcji. Udało mu się to dzięki niektórym scenom, w czasie których ma się chęć podejść bliżej ekranu i wpatrywać  w krzaki filmowane nocą, bo wydaje nam się, że coś się za nimi porusza, że coś za moment z nich wyskoczy. Zgodnie z twierdzeniem, że najbardziej boimy się tego, co nieznane i niedostrzegalne, strach również próbuje się tutaj wywołać tym, co jest niewidoczne gołym okiem.

Muszę jednak z czystym sumieniem ostrzec widzów wrażliwych na sceny, w których amatorska kamera niemiłosiernie trzęsie się i kręci, co powoduje, że cały obraz staje się niewyraźny. Wydaje mi się, że twórca trochę przesadził z tym właśnie zabiegiem. Nie powiem, całkiem przekonująco to wypada z perspektywy „autentyczności” nagrań, ale nie oszukujmy się- taki obraz niejednego może totalnie wkurzyć, a nawet zaserwować zawroty głowy z wymiocinami i oczopląsem z zestawie. Do tego na minus dla filmu należy dołożyć trochę sztywne i sztuczne dialogi, a w niektórych momentach całkowity ich brak; no bo trudno np. nazwać dialogiem nieustanne wywoływanie siebie po imieniu przez co najmniej 5 minut- to raczej wygląda jak komiczne przekomarzanie się typu: „zawołam ciebie po imieniu, a ty mi odpowiedz w taki sam sposób”. Trochę to było irytujące. Kolejną słabością Atrocious okazało się momentami nieznośne zachowanie bohaterów, pozbawione racjonalności i zdrowego rozsądku.

Debiut Luny w zasadzie nie jest jakimś wybitnym dziełem. Przemawia za tym przede wszystkim monotonność akcji, czasami denerwujące zachowania bohaterów, czy przyprawiający o mdłości, chaotyczny styl kręcenia filmu, natomiast schematyczność fabuły może sprawić, że niejeden poczuje się, jakby w czasie seansu przeżywał deja vu. Czy warto więc sięgnąć po ten właśnie horror? Uważam, że może przypaść do gustu osobom, którym nie znudził się motyw „odnalezionych przez policję taśm, odkrywających makabryczne wydarzenia”. Poza tym warto zasiąść do seansu choćby dla przewrotnej i zaskakującej końcówki tego filmu, jak również dla momentów, które faktycznie mogą wywołać nieprzyjemnie uczucie lęku przed czymś, czego właściwie nie widzimy. Natomiast ta część publiczności, która zdecydowanie gardzi tym podgatunkiem kina grozy, albo po prostu nie jest w stanie zdzierżyć, że niektóre schematy i motywy kopiuje się i przerabia na swój sposób, powinna tego filmu zwyczajnie się wystrzegać, bo można się ostro zawieść. Seans niech darują sobie również Ci, którzy nienawidzą, gdy reżyser pozostawia widza ze stosem niedomówień i niedopowiedzeń i zezwala na własną interpretację filmu. Gdyby nie fakt, że przez niemal połowę projekcji wynudziłem się na śmierć, Atrocious otrzymałby zdecydowanie wyższą notę. A tak otrzymuje status filmu średniego- nie najgorszego, ale i niezbyt przekonującego…

Tytuł oryginalny: Atrocious
Tytuł polski: -
Rok produkcji: 2010
Gatunek: Horror dokumentalizowany
Czas trwania: 1 godz. 22 min.
Reżyseria: Fernando Barreda Luna
* cytat zaczerpnięty z filmu. Z hiszp. "La mente es un laberinto. En el que cualquiera puede perderse."
Autor: Konrad

2 komentarze:

  1. Spodziewałam się czegoś lepszego, a dostałam totalnie przeciętny film. Masz racje, że momentami jest strasznie chaotyczny, a zachowanie bohaterów woła o pomstę do nieba. Po raz kolejny okazało się, że trailer jest lepszy od samego filmu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj tak, zgadzam się z Agą i z Tobą Konrad, że na ten film trzeba być w pełni sił witalnych ;-) Momentami po prostu mnie oczy bolały i nie nadążałam za kamerą (a wzrok mam raczej ok). Męczący i "przelatany". Niby to hiszpański paradokument, ale chyba dla masochistów... Taki horrorek na jeden raz i do odstawki niestety. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń