niedziela, 23 grudnia 2012

Recenzja: Krwawe święta (2006)

Święta coraz bliżej, tak więc nie powinien dziwić fakt, że kolejna recenzja poświęcona będzie horrorowi, który stricte związany jest z gwiazdką i atmosferą świąteczną. Szukając w sieci takich okolicznościowych filmów grozy, możemy natknąć się na kilka tytułów, jednak ostatnio w moje ręce trafiła odświeżona wersja Czarnych świąt (1974) Boba Clarka. Do samego filmu nie podchodziłem na poważnie wiedząc wcześniej, że nie zebrał on dość pochlebnych opinii. Mimo wszystko z braku laku sięgnąłem po niego. Dość szybko przekonałem się, że Krwawe święta jako horror faktycznie okazały się typowym świątecznym zakalcem.
Billy mały chłopiec, jest świadkiem morderstwa. Matka zabija ojca, a chłopca jako jedynego świadka więzi przez wiele lat na strychu. W tym czasie zakłada nową rodzinę. Kiedy Billy’emu po latach udaje się uciec, mści się brutalnie zabijając matkę i jej kochanka. Ponura historia powraca, w trakcie przygotowań do świąt Bożego Narodzenia nowym lokatorom – studentkom zaczynają przydarzać się koszmarne rzeczy. Remake klasycznego horroru Boba Clarka z 1974 roku.

Jak wspomniałem, przed seansem nie parałem optymizmem po zapoznaniu się z wieloma krytycznymi opiniami, jednak nie spodziewałem się też aż tak marnie wykonanego filmu, w którym dosłownie wszystko zostało potraktowane zwyczajnie po łebkach. Fabuła Krwawych świąt nieco odbiega od pierwowzoru, a pierwszą, wyraźną różnicą jest to, że Glen Morgan w swoim remake'u od razu wykłada nam, kto będzie zabijał, w przeciwieństwie do pierwowzoru, który skrzętnie ukrywa mordercę. Jednym słowem- zabieg tu wykorzystany, który ja zwykle nazywam przysłowiowym "wyłożeniem kawy na ławę" od razu skazuje całą produkcję na totalną porażkę. Bo po co mi oglądać film, w którym już od początku wiadomo, że sprawcą będzie psychopatyczny zbieg ze szpitala psychiatrycznego? Przecież całą otoczkę tajemnicy i motyw zagadkowego mordercy trafia szlag. Dodatkowo podczas seansu miałem wrażenie, jakby wydarzenia zostały ukazane dość chaotycznie, a bieg wydarzeń galopował zbyt szybko; zdecydowanie przeszkadzały mi wstawki epizodów sprzed lat, a niektóre sceny sprawiały wrażenie zwyczajnie urwanych i  niedopowiedzianych. Wydaje mi się, że jeśli reżyser uparł się na ujawnienie tożsamości sprawcy, to zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby opowiedzenie historii Billego jako wstęp do wydarzeń właściwych, a nie przeplatanie wątku dzieciństwa mordercy z wątkiem głównym.

Komediowy wydźwięk tego filmu w zasadzie by nie przeszkadzał, o ile nie pozbawiono by go podstawowych atrybutów horroru, a mianowicie utrzymania odpowiedniego klimatu grozy, jakiegokolwiek budowania napięcia, elementu tajemnicy oraz przede wszystkim właściwej kreacji głównych bohaterów filmu, których tutaj można lubić lub nienawidzić. Ja zdecydowanie wybieram to drugie, ponieważ o ile urodę niektórych aktorek mogę z czystym sumieniem ocenić na dziesięć, o tyle aktorstwo samo w sobie niestety leży tutaj na poziomie równym zeru. Aktorów mamy sztywnych jak kołek wbity w ziemię, który jako materia nieożywiona pozbawiony jest jakichkolwiek emocji i zalążków myślenia. Jeśli spojrzeć na naszych protagonistów, to wcale nie odstają oni od tego martwego kołka, wręcz przeciwnie- dorównują mu swoją drętwością, brakiem racjonalnego myślenia, no i głupotą, a przejawem tej ostatniej jest lekceważenie i bimbanie gróźb telefonicznych. Początkowo co prawda jedna z bohaterek wpadnie na pomysł zawiadomienia policji, jednak druga natychmiast uświadomi ją, że policja nie reaguje na telefony od schizoli. Przecież to jest podręcznikowy przykład na bezmyślność ludzką i brak szarych komórek w mózgu.

Czy Krwawe święta mimo wszystko mają w sobie coś, co mogłoby choć w niewielkim stopniu zachęcić do seansu? Trudno powiedzieć. Być może wabikiem okażą się dobrze wykonane sceny gore, których tutaj dostaniemy w całkiem sporym pakiecie oraz utrzymanie świątecznego klimatu. Dla mnie Krwawe święta z perspektywy horroru okazały się jednak gnieciuchowatą świąteczną drożdżówką, której brakuje rodzynków oraz specyficznego, aromatycznego zapachu. To film do bólu przewidywalny, a na dodatek nudny i wypatroszony z podstawowych atrybutów horroru. Od razu widać, że realizatorom zwyczajnie brakło pomysłu na wystraszenie widza- po prostu odpalili swoją robotę po łebkach nie przywiązując większej wagi do ostatecznego wyniku swojej pracy. Komu wystarczą mordy okraszone świątecznym akompaniamentem, niech obejrzy. A tymczasem ja pasuję...

Tytuł oryginalny: Black Christmas
Tytuł polski: Krwawe święta
Rok produkcji: 2006
Gatunek: Horror/slasher
Czas trwania: 1 godz. 24 min.
Reżyseria: Glen Morgan

* Opis dystrybutora.

Autor: Konrad

3 komentarze:

  1. Spoiler A ja pamiętam, że jakoś spokrewniona z mordercą była jedna dziewczyna, czego nie uważam za "wyłożenie kawy na ławę", bo mocno mnie to zaskoczyło. Ale słabo ten film pamiętam, więc mogę się mylić:) Koniec spoilera.
    Mi się bardziej podobał od oryginału, bo był bardziej krwawy i trzymający w napięciu, ale ja tam w ogóle mam spaczony gust:)
    Życzę Wesołych Świąt Konrad i dalszego rozwoju bloga z równie rzetelnymi reckami!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nieśmiertelny23 grudnia 2012 17:21

    To było jakoś tak, że ten morderca miał córkę z własną matką, tak więc ta dziewczyna była jego córką i siostrą w jednym. Mnie to może nie zaskoczyło, ale totalnie zamurowało, ze tak można fabułę pokręcić:/ Ogólnie słaby film.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przyznam się, że nie przepadam za horrorami "świątecznymi" ;-) Jakoś nie mogę się do nich przekonać...

    OdpowiedzUsuń