wtorek, 27 sierpnia 2013

Recenzja: The Conjuring (aka Obecność), 2013.


James Wan wyrobił sobie całkiem dobrą opinię jako reżyser przyzwoitych nastrojówek i zapewne niejeden wielbiciel filmowej grozy, który lubuje się w klimatycznych horrorach z ghost story w tle, nazwisko to skojarzy zapewne z całkiem udanym horrorem Dead Silence (2007), czy równie dobrym Naznaczonym (2010). W kolejnym jego filmie, czyli w The Conjuring,  Wan po raz kolejny sięga po znane i sprawdzone schematy, w których z resztą czuje się jak ryba w wodzie. Tym razem dodatkowo sięga po chwyt znany doskonale każdemu wielbicielowi filmów grozy i swojemu nowemu dziełu dodaje etykietkę "oparte na faktach". Zabieg ten stanowi całkiem przyzwoitą przynętę, by skupić wokół siebie ogromne rzesze odbiorów, o czym przekonaliśmy się choćby przy okazji  horroru Amityville Rosenberga, czy w jego późniejszym remake'u z 2005 roku. Chęć obejrzenia filmu opartego na autentycznej historii nasila się zwłaszcza, jeśli w grę wchodzą siły nadprzyrodzone, bo duchy, nawiedzone posiadłości, czy egzorcyzmy, od lat stanowiły źródło lęku i strachu, a jak wiemy, człowiek z natury lubi się bać i lgnie do tego, co tajemnicze, nieznane i budzące grozę. Niestety sama etykietka "based of true story" nie gwarantuje, że będziemy mieli do czynienia z filmem godnym polecenia. Horror musi przecież zaoferować coś więcej, o czym James Wan doskonale zdaje sobie sprawę i po raz kolejny nie zawodzi. Co więcej, Obecnością udowadnia, że pomimo pewnej szablonowości, jaka ostatnio wkrada się we współczesne produkcje, filmowa groza potrafi jeszcze mile zaskoczyć.


Edd i Lorraine Warren to dwójka słynnych badaczy zjawisk paranormalnych. Pewnego dnia zostają wezwani na odludną farmę do rzekomo nawiedzonej posiadłości. Zamieszkującą tam od jakiegoś czasu rodzinę Perronów  nękają niewytłumaczalne zjawiska, które uniemożliwiają im prowadzenie normalnego, spokojnego życia. Kiedy ekipa ghost hunterów przybywa na miejsce, szybko okazuje się, że rodzinę dręczy niebezpieczny byt zza światów.

Mogłoby się wydawać, że filmy ghost story nie mają nam już niczego ciekawego do zaoferowania, bo pewne motywy i wątki charakterystyczne dla tego podgatunku filmowego nie raz były powtarzane i rekonstruowane w mniej lub bardziej udanych produkcjach. Schemat fabularny Obecności faktycznie nie ma niczego innowacyjnego do zaproponowania, tym samym James Wan nawet nie próbuje na siłę wprowadzać jakiejś horrorowej rewolucji. Ot, znów poznajemy szczęśliwą rodzinę, która rodzi nadzieje na lepsze jutro wraz z przeprowadzką do nowego domu i - jak można się domyśleć -  szczęścia szybko w "nowych" progach nie odnajdą, bo w murach posiadłości czai się coś, co mieszkańcom utrudni życie. Piszę "nowych" w cudzysłowie, ponieważ tak naprawdę mieszkanie na nowe nie wygląda, a wręcz przeciwnie - wydaje się brudne, stare, zaniedbane. Taka wizja nawiedzonego domu stanowi z resztą atrybut wielu horrorów o duchach i nie inaczej jest w Obecności. Odstraszający wygląd lokalu, gdzie w piwnicy, na strychu, czy w pokojach codziennego użytku walają się różne starocie, dodaje filmowi uroku i zapewnia klasyczny klimat rodem z popularnych horrorów o nawiedzonych domach. Oprócz tego, reżyserowi udało się do produkcji przemycić coś jeszcze - nietypowy klimat charakterystyczny dla horrorów lat 70., co nie tylko uwidacznia się w charakteryzacji głównych bohaterów i całej scenerii, lecz również po sposobie operowania kamerą, czy mrożącej krew w żyłach ścieżce dźwiękowej. I to właśnie sprawia, że Obecność Jamesa Wana wiedzie prym wśród wielu podobnych horrorów nastrojowych ostatnich lat i stawia tę produkcję pośród najlepszych.

Miałkość fabularna The Conjuring nie powinna więc być głównym powodem, dla którego powinniśmy darować sobie seans. Nie raz już pisałem, że we współczesnej grozie to nie oryginalność fabuły gra główną rolę, a napięcie, które powinno wzbudzić w nas strach i autentyczne przerażenie. Obecność Jamesa Wana nam to gwarantuje. Film ten nie tylko oddaje hołd klimatycznym horrorom minionych lat, co w dobie współczesnych filmów grozy bazujących głównie na efektach specjalnych jest bardzo cenione, to przede wszystkim pełen napięcia i niezapomnianych scen straszak, który naprawdę potrafi swoim klimatem sparaliżować niejednego wielbiciela grozy w klasycznym wydaniu.

Reżyser wprowadza nas w mrożącą krew w żyłach historię Perronów, subtelnie dawkując napięcie, które towarzyszy produkcji od początku do samego końca. Najpierw otrzymujemy typowe dla horrorów nastrojowych niepokojące sygnały obecności ducha: rodzinę dręczą tajemnicze szepty, kroki, pojawia się uczucie czyjejś obecności, dzieci rozmawiają z wyimaginowanymi zdawałoby się przyjaciółmi, a zegarki w całym domu zatrzymują się na godzinie 3.07. Później wydarzenia przebierają tempo i manifestacja zjawy zaczyna intensywniej oddziaływać na mieszkańców, by w ostateczności doprowadzić do opętania jednego z członków rodziny. Tak, może i nie jest to żadna nowość, bo wiele takich scen dane nam było widzieć w niejednym horrorze o duchach, ale jak inaczej oddać grozę nawiedzonego domu, skoro manifestacja ducha najczęściej przybiera taką właśnie postać? Obecność serwuje również ciekawie wykreowaną scenę odprawiania egzorcyzmów i choć znów nie będzie tu niczego nowego (standardowo jest egzorcysta z książeczką i krucyfiksem w ręku odprawiający rytuał, są przeraźliwe krzyki opętanej, unoszące się krzesła etc.), to jednak sposób, w jaki jest to przedstawione, sprawia, że scena ta nie ściera się z pamięci i jest w stanie przerazić.

Cechą, którą uznałbym za odróżniającą tę produkcję od całej masy innych, podobnych nastrojówek, jest budowanie fabuły na podstawie dwóch wątków głównych, dzięki czemu mamy możliwość bliższego zapoznania się zarówno z pracą badaczy zjawisk paranormalnych, jak i historią rodziny i nawiedzonego domu. By dokładniej zapoznać widzów z działalnością Warrenów, Wan przemyca do filmu również kilka wątków pobocznych, jak np. historię o nawiedzonej lalce Annabel, którą poznajemy w pierwszych sekwencjach filmu. Wan z resztą darzy jakąś szaleńczą sympatią przeklęte lalki - wystarczy przypomnieć sobie wspomnianą już Martwą ciszę, gdzie głównym wątkiem fabularnym była przeklęta lalka brzuchomówcy, czy choćby niektóre sekwencje z Naznaczonego, a konkretnie scenę, w której zdesperowany ojciec poszukuje syna w zaświatach i napotyka po drodze rodzinkę charakteryzowaną na manekiny. Przyznam, że motyw upiornej lalki to całkiem dobry sposób na wystraszenie widza, zwłaszcza, że lalki u Wana naprawdę wyglądają przeraźliwie. Jedyną różnicą w Obecności jest to, że  motyw przeklętej lalki nie stanowi głównego wątku fabuły, a jedynie dodatek, który tutaj prezentuje się całkiem przyzwoicie (upiorna charakteryzacja lalki), choć niektórzy mogą żałować, że reżyser nie pokusił się o urozmaicenie tego wątku. Mnie to z resztą w ogóle nie przeszkadzało, bo wątki poboczne akurat spełniły tutaj swoją najważniejszą rolę: oswoiły widza z pracą ghost hunterów i wprowadziły w wydarzenia kluczowe dla filmu, czyli sprawę nawiedzenia domu Perronów.

Nie ma dobrego horroru nastrojowego bez scen, które przyprawią o palpitację serca. Obecność pod tym względem również prezentuje bardzo wysoki poziom. Nie postawiono tutaj na beznadziejne i nieprzemyślane sceny, które nie wnoszą niczego konkretnego do filmu - praktycznie każda scena została dobrze zaplanowana, trzyma w niepewności i potrafi wywołać dreszcze. I choć nie będzie niczym zaskakującym fakt, że większość momentów budzących grozę opiera się na znanych każdemu wielbicielowi ghost story jump scenach, to jednak Wan umiejętnie potrafi to wykorzystać i w nienaganny sposób przytrzymać widza w ryzach do momentu, kiedy nagromadzona dawka napięcia w końcu eksploduje, dając upust emocjom. Kolejną mocną stroną produkcji jest minimalne wykorzystanie efektów specjalnych, które zastąpiono tutaj odpowiednim wykreowaniem atmosfery tajemniczości i nieuzasadnionego lęku, jaki przez cały czas towarzyszy podczas seansu. Obecność nie jest też horrorem, który nachalnie i bezmyślnie epatuje zbyt wieloma krwawymi scenami, co również można uznać za plus produkcji. Widać, że reżyserowi zależało nie na wybuchowych efektach specjalnych, a na stworzeniu historii, która najbliżej trzymała by się autentycznych wydarzeń (o ile wierzyć zeznaniom Warrenów). Uwagę przykuwa też realistyczna charakteryzacja upiora, który od czasu do czasu pojawia się na ekranie. Aktorsko również jest rewelacyjnie: aktorzy odgrywający małżeństwo Warrenów (Vera Farmiga i Patrick Wilson) znakomicie do siebie pasowali, podobnie z resztą jak duet odgrywający małżeństwo Perronów, przy czym największą uwagę skupia na sobie niesamowita Lili Taylor, wcielająca się w rolę Carolyn Perron.

W obliczu tylu pozytywnych akcentów, nie sposób Obecność skwitować prostą i oczywistą konkluzją: to kawał solidnego kina grozy. Lubię estetykę tego reżysera, ponieważ począwszy od udanej Martwej ciszy, po dobrego Naznaczonego i wyśmienitą Obecność po raz kolejny potrafi oczarować choć typową, to jednak świetnie wykreowaną historią i udowodnić, że utarte schematy można jeszcze nieźle wypolerować i odpowiednio wykorzystać. Obecność śmiało mogę nazwać jednym z najlepszych ghost story, jakie miałem okazję obejrzeć w ostatnim czasie. Polecam!

Tytuł oryginalny: The Conjuring
Tytuł polski: Obecność
Rok produkcji: 2013
Gatunek: Horror/ghost story
Czas trwania: 1 godz. 52 min.
Reżyseria: James Wan

Autor: Konrad.

2 komentarze:

  1. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona tym filmem. Spodziewałam się jakiegoś pitu-pitu z przemykającymi cieniami, a tutaj proszę, jest moja ukochana dosłowność, w dodatku bez kiczowatego CGI. Klimat, stylizacja na lata 70-te, obsada, ścieżka dźwiękowa itd. wszystko stoi na bardzo wysokim poziomie (za wyjątkiem zakończenia). Bawiłam się doskonale i proszę więcej takich horrorów, bo konwecjonalność w tym gatunku w ogóle mnie nie razi, jeśli jest zmiksowana w tak wciągający sposób;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie to również pozytywne zakoczenie, chociaż fabuła "oblatana" jak chyba żadna inna i ciężko dzisiaj czymkolwiek jeszcze zaskoczyć widza. Wanowi na pewno udało się stworzyć film z dobrym klimatem, świetną obsadą i w dodatku za bardzo nie rozminął się z historią Perronów (a przynajmniej mniej niż w innych horrorach na "faktach"). Chyba zaczynam naprawdę lubić pana Wana, bo przyznam szczerze, że już niejednokrotnie udało mi się podskoczyć na fotelu podczas seansów jego dzieł. Zobaczymy jak będzie sobie dalej radził. Dziękuję za świetną jak zwykle recenzję i życzę miłego weekendu!

    OdpowiedzUsuń