wtorek, 7 stycznia 2014

Uczta (opowiadanie)

UWAGA!
Treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich lub nadwrażliwych!
Zanim otworzyła oczy, najpierw poczuła w brzuchu potężny, uciążliwy ucisk, a potem niewyobrażalny ból. Jakby ktoś dosłownie rozpłatał ją na pół i gołymi rękoma wyrywał wnętrzności. Dopiero chwilę później poczuła, że z pomiędzy jej nóg wydobywa się lepka, galaretowata ciecz.
Bóle porodowe. Już czas na rozwiązanie. Pomyślała przez chwilę.
Wtedy się ocknęła i spojrzała dookoła. Leżała na gołej ziemi oparta głową o ścianę wokół jakichś starych, zardzewiałych maszyn. Niski sufit oraz betonowe ściany przypominały ochronny bunkier. Po drugiej stronie pokoju dojrzała schody wiodące na górę. Na środku stał kociołek umiejscowiony na dużym, niskim palniku gazowym. Wrzał. Para wodna buchała i eksplodowała na wszystkie strony, co sprawiło, że w całym pomieszczeniu było niewyobrażalnie gorąco i duszno. Z przerażeniem stwierdziła, że jej włosy całe ulepione są we krwi. Skąd się tu, do diabła, wzięła?
I wtedy weszli do środka.
Mężczyzna i kobieta przypominali razem parę brudnych, obskurnych australopiteków. Oboje mieli długie, ulepione błotem włosy. Twarz mężczyzny upstrzona była dodatkowo dużym, przynajmniej półrocznym zarostem. Ich twarze były nienaturalnie blade i kontrastowały z czarnymi, długimi płaszczami, jakie mieli na sobie. Wyglądali jak jacyś dziwacy z odrealnionego horroru. Ale to w porównaniu do wyglądu ich nóg, wcale nie było najgorsze. To właśnie ich wygląd od pasa w dół zaprzeczał wszelkim wyobrażeniom dziewczyny i doprowadził ją do przeraźliwego krzyku.
Zarówno kobieta, jak i mężczyzna mieli nogi porośnięte czarną, błyszczącą, króciutką sierścią. Nie mogła w to uwierzyć, ale w bladym świetle żarówki dojrzała, że nogi zakończone są kopytami. Była tego pewna.
Krzyczała i wierzgała nogami, ale nie mogła się ruszyć. Nogi i ręce miała ze sobą związane grubym sznurem. Dopiero teraz zauważyła, że ma na sobie tylko zwiewną, delikatną bluzkę.
Obcy coś do siebie mówili i wskazywali na nią. Nie była w stanie zrozumieć ich bełkotliwego gadania, ale najwyraźniej chodziło im o stan, w jakim się obecnie znajduje.
Mężczyzna podszedł do niej i wyszczerzył bielutkie zęby, wśród których największą uwagę przykuwały długie, ostre kły. Cuchnął zwierzęcą padliną. Teraz dostrzegła, że wcale nie jest umorusany w błocie. To była ciemna, brunatna, skrzepnięta krew. Wymierzył jej mocny policzek i półprzytomna opadła na ziemię.
Właśnie zaczynał się poród.
***
Marcia spojrzała na zegarek i stwierdziła, że są mocno spóźnieni. U rodziców Daniego powinni być o wpół do ósmej, a jej zegarek wskazywał na dziewiętnastą. Za nic na świecie nie dojadą do nich w pół godziny. Tym bardziej, że właśnie na dworze zaczął padać gęsty śnieg, co znacznie utrudni im dojazd. Trudno, z wieczerzą wigilijną będą musieli na nich zaczekać. Kiedy Marcia poprawiała namiętnie makijaż przed lustrem, do łazienki wszedł Daniel i tuż przy progu zaczął do niej wymachiwać kluczykami od auta.
- znalazłem kluczyki. Dosyć tego pindrzenia się. I tak wyglądasz bosko – skłamał. Osobiście wolał Marcię w wytapetowanej wersji. Była seksowniejsza i o wiele bardziej pociągająca – no jesteśmy już spóźnieni…
- skarbie, jeszcze sekundkę. Wepnę sobie tylko kilka różyczek we włosy i możemy jechać – spojrzała na niego, zatrzepotała sztucznymi rzęsami i zrobiła żenującą, typowo facebookową minkę. Facebookowe dziubki zawsze robiły na nim wrażenie, ale tym razem naprawdę byli już spóźnieni.
- włóż sobie jeszcze kilka gałązek sosnowych we włosy i będziesz wyglądała jak wigilijna choinka – odcedził jej, wiedząc, że przez resztę drogi nie odezwie się do niego. Możliwe, że będzie nadąsana również przy stole wigilijnym u jego rodziców. Tyle, że on wcale nie zamierzał jechać do starych na wigilię. Bynajmniej nie od razu. Postanowił, że najpierw zajadą do jego starego kumpla, który dwa dni temu wrócił z Ukrainy z nowym towarem marihuany i LSD. Dopiero później mieli odwiedzić rodziców. Kto wie? Może nawet zapuszczą się razem na pasterkę?
- To będzie zajebista wieczerza wigilijna – uśmiechnął się na samą myśl o jaraniu i żarciu, jakie zagości w tym roku na ich wigilijnym stole. Był nieco głodny. A jeśli on jest głodny, to jest i cholernie zły.
- tyyy… eee… mówiłeś coś? – teraz Marcia zrobiła skrzywioną minę głupiutkiej lolitki, która nie odróżnia koła od kwadratu.
- nic, jak się pośpieszysz, to zobaczysz – wyszczerzył zęby i znów pomachał jej przed nosem kluczykami.
Kiedy skończyła nakładać ostatnie warstwy grubej tapety na twarz, wyszli z domu, zamknęli drzwi na klucz, rozejrzeli się, czy przypadkiem nikt ich nie widzi, po czym wsiedli do auta i odjechali.
Na dworze zaczął wiać coraz silniejszy wiatr.
Zanosiło się na porządną śnieżycę.
***
Krzyczała i wierzgała nogami, ile tylko starczyło jej sił. Za nic nie mogła się uwolnić. Zarówno nogi, jak i ręce miała teraz przywiązane do metalowej poręczy łóżka, na które ją przenieśli. Czuła niesamowity ból w podbrzuszu. Czasami traciła przytomność, ale kobieta poiła ją zimną wodą i robiła okłady na czole. Gestykulacją nakazywała jej robić głębokie, intensywne wdechy i wydechy.
Tymczasem skupiony na porodzie mężczyzna zanurzył ręce w jej kroczu, próbując uchwycić główkę noworodka, która w tym momencie wyłaniała się z pochwy. Powoli, z wprawioną ostrożnością, uwolnił nowo narodzone dziecko z ciasnych i obślizgłych narządów płciowych, po czym zębami odgryzł pępowinę. Widząc to, jego towarzyszka zostawiła półprzytomną dziewczynę samą na łóżku i podeszła do noworodka, wymierzając mu klapsa w pupę.
W bunkrze rozległ się przeraźliwy krzyk nowo narodzonego dziecka.
Żyło.
Zadowolona zabrała się za konsumpcję krwistego łożyska.
Słysząc to, skonana na łóżku dziewczyna podniosła instynktownie głowę w kierunku płaczu noworodka i zobaczyła, że dziwacy kładą je na stole oświetlonym przez dyndającą na kablu żarówkę, umocowaną na suficie. Czuła, jak gula stanęła jej w gardle.
Słyszała szepty.
Coś na kształt tajemniczej, tylko im znanej modlitwy.
Widziała, jak mężczyzna wskazuje kobiecie na zestaw rzeźnickich narzędzi, które leżały na jednej z metalowych półek.
Gula przeraźliwego strachu wciąż rosła.
Dziwaczka podeszła do niej, sięgnęła po nóż i półmisek ubrudzony we krwi, leżący obok.
Paniczny strach spowodował, że ciałem dziewczyny zaczęły władać drgawki nad którymi nie mogła zapanować. Krzyczała.
Obcy wyraźnie ją ignorowali.
Nóż podała mężczyźnie i z pełną gotowością czekała, aż rozpocznie swoją robotę.
Widząc to, zaczęła krzyczeć donośniej i płakać. Robiła hałas, by skupić ich uwagę na sobie i uniemożliwić im zabicie jej jedynego dziecka, którego nie miała nawet szans przytulić i dowiedzieć się, jakiej jest płci.
Nie miała żadnych szans, by ujrzeć twarz małej, niewinnej kruszynki, na którą czekała przecież tyle lat.
Wierzgała rękami i nogami, raniąc tylko swoje ciało, w które wrzynał się gruby sznur.
Nie czuła bólu. Była sparaliżowana obsceniczną sceną, która właśnie rozgrywała się na jej oczach.
Krzyki matki i dziecka połączyły się ze sobą w bestialskim akcie przerażenia. Swoistej pępowinie życia, która za chwilę miała zostać przerwana.
Nagle płacz noworodka ucichł. Jego miejsce zastąpił dźwięk skapującej do półmiska świeżutkiej, gęstej krwi…
***
Jechali w milczeniu aż do momentu, kiedy wjechali w skąpaną we śniegu gęstwinę lasu, która otaczała drogę z obu stron. To właśnie wtedy wpadli w poślizg i zaliczyli jedno, solidne drzewo, które zmasakrowało przednią część ich auta. I przerwało milczenie.
Tylko Dany doznał niewielkich uszkodzeń. W trakcie stłuczki przednia szyba samochodu rozprysła się na tysiące małych kawałków. Większy okaz utkwił mu w lewym policzku. Marci nie spadła ani jedna różyczka z głowy. Miała farta.
- no i pięknie – syknęła Marcia – jak sobie teraz wyobrażasz dalszą podróż pierdolona atrapo Kubicy?
Dany chwycił za kawałek szkła, które utwierdziło się w jego policzku i z całej siły uwolnił je z ciała, pozostawiając na twarzy paskudną ranę, z której dyndał niewielki skrawek mięsa.
- jak to jak? – spojrzał na nią spode łba i z uśmiechem na twarzy dokończył - idziemy z buta. Pomijając fakt, że twoje różyczki w głowie oklapną pod wpływem mrozu i będą wyglądały jak czerwone gówno, nam nic się nie stanie. To już niedaleko – na samą myśl o tym, że nie zajadą do kumpla po „wigilijne sianko” poczuł skurcz w żołądku. Będą musieli najpierw zajść do rodziców na wigilię.
- ty szujo – jęknęła Marcia wpychając mu palca w świeżą ranę na policzku. Dany uwielbiał masochistyczne zabawy z Marcią, więc mu się to nawet podobało – mam nadzieję, że wykorzystasz szansę i po drodze do twoich starych zapuścimy się gdzieś w krzaczki. Pamiętaj: zimą jeszcze ich nie zaliczyliśmy.
Zastanowił się przez chwilę nad propozycją Marci, jednak górę wzięło zupełnie inne pragnienie.
Czuł coraz większy głód.
- całkiem znośna propozycja, ale wiesz co? Jestem zajebiście głodny, więc bierz tę gównianą latarkę, leży w schowku po stronie pasażera, ruszaj dziursko i spadajmy stąd.
Marcia wygramoliła się z wraku, ruszając za Danielem i siarcząc gęsto łaciną podwórkową. Wiązanka przekleństw naturalnie skierowana była w kierunku jej chamskiego ostatnio ciacha. Mimo wszystko lubiła go za to. Jego chamskość była prologiem do ostrych igraszek w łóżku. Wrak samochodu zostawili w rowie, pośród gęstego lasu, nie zważając na szkody i straty. Samochód już ich nie obchodził. W końcu go ukradli. I nie obchodziło ich to, że w każdej chwili gliny mogą go odnaleźć.
Wiedzieli, że prawo i tak ich nie dosięgnie.
- wiesz co? Też jestem zajebiście głodna – wymamrotała Marcia, spoglądając przed siebie.
Dalej czekała na nich długa, kręta, zaśnieżona droga, która wiła się pomiędzy gęstą puszczą.
***
Na niebie dawno już rozbłysła pierwsza gwiazdka. Wielu mieszkańców Wąpierza Dolnego zasiadało właśnie do wieczerzy wigilijnej, nie wypatrując jednak nieba w poszukiwaniu pierwszej gwiazdki. To akurat usłane było ciężkimi chmurami, z których obficie padał śnieg. Rozpętała się też wichura.
Najpierw będzie opłatek. Później konsumpcja. Na stołach obowiązkowo dwanaście potraw. Taka tradycja. Później będą kolędy i koniecznie seansik Kevina samego w domu przed telewizorem w towarzystwie świątecznych smakołyków i butelki wódki. A potem pasterka. Tak. Pasterka o północy była w tych okolicach bardzo pielęgnowanym zwyczajem. Sama droga do kościoła stanowiła niesamowite przeżycie. Gdyby nie trudne warunki pogodowe, grupka mieszkańców tej niewielkiej pipidówki wybrałaby się pewnie na pasterkę wspólnie, wybierając pieszą wędrówkę. Kościół usytuowany był po drugiej stronie lasu, a żeby się do niego dostać, należało dwa kilometry przejść drogą wiodącą przez las. Kiedy było pogodnie, ludzie zabierali ze sobą lampiony i dwie godziny wcześniej ruszali w drogę pieszo, śpiewając kolędy.
Piękny zwyczaj.
Po drodze opowiadano sobie również niesamowite historie, wśród których największą uwagę wszystkich przykuwała legenda o ludziach-demonach, którzy tysiące lat temu mieliby w tutejszej puszczy zasiedlić się i w każdą wigilię Bożego Narodzenia atakować mieszkańców udających się do kościoła na pasterkę, wypijając z nich krew. Jedyną ochroną przed nimi był nie tylko czosnek i krucyfiks. Istoty, wyglądem przypominające człowieka-konia, ponoć strasznie bały się kościelnych pieśni. Tradycja ta przetrwała do dziś i oprócz specyficznej nazwy miejscowości, w tę wyjątkową noc wszyscy mieszkańcy Wąpierza Dolnego zbierali się wspólnie w podróż do kościoła usytuowanego po drugiej stronie lasu, wyśpiewując właśnie kolędy.
Ale przecież wampiry nie istnieją. Nie ma strzyg, upiorów, lamii. Nie ma likantropów i larw. I nikt się ich już nie boi. W końcu era zakochanych wampirków o brokatowym obliczu przyćmiła wyobrażenie wampira jako istoty nie tyle romantycznej, co niebezpiecznej.
Dziś wampiry kojarzą się tylko z cukierkowatymi historyjkami miłosnymi.
Coraz częściej zdarzało się nawet, że w tych okolicach horda zdebilałych nastolatek udawała się na pasterkę tylko dlatego, by móc doczekać chwili, kiedy w ten wyjątkowy, magiczny, wigilijny wieczór z pobliskiego lasu wyskoczy Edward Cullen i zaciągnie którąś w krzaki.
Póki co Edward Cullen nie zapuszczał się w te rejony.
***
Wszystko wskazywało na to, że w tym roku Mateusz wieczór wigilijny spędzi samotnie w domu. Jak zwykle w wigilię musiał pokłócić się z Anną, która tym razem udała się honorem i postanowiła spędzić święta u matki. Wzięła samochód i bez chwili zastanowienia odjechała, zostawiając go samego z masą niedokończonych, świątecznych przygotowań. Mógł udać się za nią, ale istniało ryzyko, że jego duma zostanie bardzo zszargana. Nie był typem lizydupka i pantoflarza.
Ale, do jasnej cholery, puścił w podróż kobietę ciężarną, która – zgodnie z terminem – za dwa tygodnie miała rodzić.
Dopiero godzinę później trafił po rozum do głowy. Sięgnął po telefon i zadzwonił do niej na komórkę. Nie odbierała. Stwierdził, że zadzwoni na domowy do rodziców Anny. Być może nie zdąży do nich dojechać (bo i nie miałby czym), ale chociaż upewni się, że bezpiecznie dotarła na miejsce.
Wybił numer. Brak sygnału. Wyjrzał przez okno i zobaczył, że na liny zwalił się potężny konar drzewa, uniemożliwiając mu wykonanie połączenia.
Pięknie. Po prostu zajebiście. Pomyślał.
Wiatr się zmagał.
Pozostała tylko jedna opcja.
Dzwonić do niej na komórkę.
Być może za którymś razem w końcu odbierze…
***
Kiedy wypili świeżą krew, zabrali się za dziewczynę. Leżała półprzytomna z wycieńczenia i zdawało się, że zobojętniała na zaistniałą sytuację. Z jej twarzy dało się wyczytać rezygnację i pogodzenie z losem. Wiedziała, że będzie następna i nikt już jej nie pomoże. Mężczyzna poluzował sznury u rąk i nóg swojej zdobyczy, a jego towarzyszka zajęła się wlewaniem resztek świeżo upuszczonej krwi do jakichś niewielkich fiolek.
Ciało niemowlęcia wylądowało w kociołku.
Sięgnął po nóż, który włożył pomiędzy jej piersi. Jednym zamachem przeciął delikatną, niebieską bluzkę na pół, następnie rozerwał stanik. Kiedy odwrócił się do swojej towarzyszki, ona otworzyła oczy i zdążyła wyrwać mężczyźnie nóż, który szybko wbiła w jego kark. Narzędzie napotkało na przeszkodę w postaci delikatnych kości kręgosłupa, łamiąc je na drobne elementy.
Od tej chwili musiała działać szybko.
Kiedy zaskoczony mężczyzna z nożem w karku opadł na ziemię, zeskoczyła z łóżka i w błyskawicznym tempie sięgnęła po rękojeść noża. Lewą nogą przytrzymała głowę charszczącego i dławiącego się mężczyzny i obiema rękami wyciągnęła ostrze.
W tym czasie kobieta-demon odskoczyła od kociołka i rzuciła się na dziewczynę. Ta zaś wprawnym ruchem zrobiła unik w bok i z nożem w ręku uciekła w kierunku schodów wiodących na górę.
Ku jej zdziwieniu, dziwaczka nie podążyła za nią. Uciekając na dwór, usłyszała gulgoczący głos mężczyzny. Jednak przeżył. Odwróciła się bokiem, by ocenić sytuację. Ujrzała, że kobieta podnosi mężczyznę, który trzymał się za szyję. Nie dojrzała krwi, co było według niej bardzo dziwne. Mężczyzna wskazał na nią i oboje z kobietą udali się w pościg za uciekającą właśnie zdobyczą.
Ile sił w nogach musiała stąd uciekać.
Przez głowę przelatywała teraz horda nieskoordynowanych myśli.
O ile dobrze pamięta, potrąciła sarnę mniej więcej w połowie drogi wiodącej przez las. Następnie zjechała na bok, uderzając w znak drogowy. Wtedy straciła przytomność.
Potem znalazła się tutaj. Nie wie jak daleko od głównej trasy się teraz znajduje.
Miała dwie możliwości.
Szybko przedostać się na drogę i uciekać.
Albo w stronę kościoła, albo w kierunku miasteczka.
***
Przez całą drogę Marcia pluła jadem w kierunku Daniego, co było jedynie pretekstem do wszczęcia komicznej dyskusji dwojga młodych, głupich, nadąsanych kochanków. Konwersacja ta ciągnęłaby się dalej, gdyby nie dzwonek telefonu, który właśnie usłyszeli.
- odbierzesz wreszcie tę cegłę, czy mam ci ją wyjąć z kieszeni i pierdolnąć ci nią w głowę – Marcia była zadowolona z tego co powiedziała. Najwidoczniej uznała to zdanie za najzabawniejsze, jakie kiedykolwiek zdołała wymyślić.
Na Danielu jak zwykle nie zrobiło to żadnego wrażenia.
- a nie wydaje ci się, imitacjo inteligencji, że odgłos tego telefonu nie dochodzi z moich gaci?
Faktycznie, to nie był telefon Daniego. Cichy dźwięk utworu Snow is falling Shakin’a Stevens'a dochodził ze stłuczonego auta, do którego właśnie dochodzili. Wcześniej go nie zauważyli, bo wciąż obficie padał śnieg. A ich latarka nie miała dużego zasięgu.
- o kurwa, przeżywam deja vu – wycedziła Marcia widząc przed sobą wrak nowiutkiego porsche, rozbitego o znak drogowy.
- a ja doświadczam orgazmu – przygryzł jej Daniel – nie zauważyłaś, że po pierwsze to zupełnie inna marka samochodu, a po drugie, my zderzyliśmy się z drzewem?
- dobra nie sraj żarem, tylko chodźmy sprawdzić, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. – Marcia ruszyła w stronę auta.
Przednia część samochodu przypominała harmonijkę. Podobnie, jak w przypadku ich vana, tu również nie było przedniej szyby. W środku, na przednim siedzeniu po stronie pasażera błyszczał ekran telefonu komórkowego, który sygnalizował nieodebrane połączenie. Zanim Marcia po niego sięgnęła, na ekraniku pojawiła się wiadomość o krytycznym stanie baterii, po czym telefon się wyłączył.
- widzisz? Spierdoliłaś sprawę. Telefon zdechł na twój widok. – Dany robił się coraz bardziej głodny, o czym świadczyło jego prostackie zachowanie.
Ale Marcia nie zwracała już na niego uwagi. Kiedy oddała komórkę Daniemu, wyszła na środek drogi i czemuś się przyglądała.
- Dany…
- pierdol się, nie ma tu nikogo, więc spadamy.
- Daniel…
- czego? Znowu masz zwidy? Przecież nic nie brałaś.
- spójrz przed siebie.
Stanął obok niej i wpatrywał się w punkt słabo oświetlany przez latarkę. Co chwila światło migotało, uniemożliwiając mu dostrzeżenie tego, co przed chwilą ujrzała Marta. Widział jedynie asfaltową drogę, zasypaną śniegiem i drzewa po obu stronach. Nic więcej.
- przypatrz się, ktoś schodzi z tamtej skarpy, widzisz? – Marcia wskazała na niewielką skałkę po lewej stronie drogi, oddaloną od nich o jakieś cztery, może pięć metrów.
Światło latarki zgasło. Potrząsnęła nią. Światło wróciło, ale było jeszcze bardziej mdłe, niż przedtem.
- ja pierdzielę, tracimy oświetlenie Dany…
Śnieżyca nieco się uspokoiła, jednak wciąż praktycznie nic nie było widać.
Na moment zza grubej warstwy chmur, wyjrzała okrąglutka tarcza księżyca.
- o kurwa… - warknął Dany.
Ich oczom ukazała się naga, roztrzęsiona i cholernie wystraszona kobieta.
***
Biegła, ile miała sił w nogach. Pomiędzy drzewami nie było to wcale takie łatwe. Ale jakoś sobie radziła. Przeszkodą był dodatkowo uporczywy śnieg padający obficie z nieba, który ciągle smagał jej nagie ciało. Biegnąc po puszystej, zimnej tafli białego puchu czuła, jakby stąpała po cieniutkich, lodowatych igiełkach, wbijających się prosto w jej przemarznięte stopy.
Mimo wszystko dawała radę. Motywacją była patologiczna chęć przetrwania tego koszmaru. W głowie brzęczała teraz tylko jedna myśl: nie daj się tym skurwysynom.
Nie słyszała żadnych dźwięków zdradzających ich obecność w pobliżu.
Słyszała tylko wiatr, który gdzieś u góry próbował przedrzeć się przez korony drzew.
Ale wiatr dokuczał również na dole. Przy większych porywach traciła dech w piersiach.
Biegła dalej. Przed siebie.
Mati, jak ja cię teraz potrzebuję. Pomyślała przez chwilę o wigilii, którą być może właśnie spędzałaby u boku swojego ukochanego, w ciepłym, przytulnym domku. Wspólnie przygotowywaliby posiłki, ustawili talerze na stole, ułożyli prezenty pod choinką. Wszystko potoczyłoby się zapewne inaczej, gdyby nie udała się honorem i po kłótni - której przyczyną okazały się jak zwykle naiwne i bezpodstawne podejrzenia o jego romans z sekretarką – pojechała do rodziców (stwierdziła, że powinna ograniczyć popularne tasiemce wenezuelskie, emitowane niemalże na każdym kanale telewizyjnym – to rozwija chorą wyobraźnię i może okazać się przyczyną rozpadu wielu związków).
Później, w oczekiwaniu na pasterkę, zajęliby się przygotowaniami do szpitala. Spakowaliby szlafrok, ręcznik i kapcie. W każdej chwili mogłyby złapać ją bóle porodowe i zacząłby się poród. Musiała się przygotować na najgorsze.
Myśl ta bardzo ją dobiła. Doczekała porodu niczym z jakiegoś pokurwionego horroru.
Nie takiego obrotu spraw się spodziewała.
Nagle usłyszała głosy jakichś ludzi. Głosy dochodziły z przodu. Już miała wołać o pomoc, ale doszła do wniosku, że lepiej nie zdradzać póki co swojej obecności. W każdej chwili mogli gdzieś się na nią zaczaić i zaatakować. Aż strach pomyśleć, co mogliby z nią zrobić.
Wciąż nie mogła uwierzyć w ich istnienie. Przecież, do jasnej cholery, oni nie mieli ludzkich nóg!
Ze skałki, przed którą właśnie stanęła, zejdzie po cichu. Spojrzała na drogę oświetloną bledziutkim światłem latarki.
Poczuła, że iskierka nadziei powróciła. Miała cholernego farta.
Na chwilę za ciężkich chmur wyjrzał księżyc.
Znalazła się dokładnie w tym miejscu, w którym przejechała sarnę.
Dostrzegła wrak swojego porsche.
Obok rozbitego auta stali jacyś ludzie.
***
- myślisz, że powinna dołączyć do nas? – zapytał cichym głosem.
- nie wiem – odpowiedziała mu – a co na to twoi rodzice?
- kochanie, przecież przy wigilijnym stole zawsze znajdzie się dodatkowe miejsce dla niespodziewanego gościa – spojrzał na nią – na pewno będą zadowoleni. Lubią nowe towarzystwo.
- A więc gotowy?
- jak najbardziej – odpowiedział.
Ruszyli z kopyta w jej stronę.
***
Zejście ze skałki okazało się dla niej bardzo uciążliwe. Było cholernie ślisko i musiała uważać, by się nie porozbijać. W końcu udało jej się zejść na główną drogę. Stanęła przed nimi, czując ich wzrok na sobie.
Czuła się podle. Była naga, ubrudzona we krwi i resztkach wód płodowych. Mogli wziąć ją za wariatkę.
Nie obchodziło ją to. Ważne, że teraz nie jest sama. W kupie raźniej.
Już miała się odezwać, ostrzec ich przed tym czymś, co w bunkrze wyrządziło jej krzywdę. Już miała prosić o pomoc, błagać, by zadzwonili po policję, zrobili cokolwiek, byleby To ich nie dopadło.
Już otwierała usta, kiedy oni z impetem rzucili się na nią.
I zaczęli gryźć.
***
Dzwonił chyba z pięćdziesiąt razy. Każda próba okazała się totalną klapą.
W końcu wyłączyła telefon.
A mogło być inaczej. Pomyślał.
Wielu ludzi łączy się teraz przy wspólnym stole i składa sobie najserdeczniejsze życzenia.
W większości są to fałszywe obietnice, których i tak nikt nie będzie się trzymał.
Ale, do jasnej cholery, w takiej chwili, jedynej w całym roku, nawet najbardziej zakłamane życzenia nie stają w gardle jak ość karpia. Nie kłują w gardło. I nie ranią. Nawet, jeśli jest się świadomym, że to kupa bzdur, które nigdy nie będą miały racji bytu.
To jedyna taka noc, kiedy bez względu na okoliczności powinni być razem.
Spieprzył sprawę.
Ale ona również.
Naważyli sobie piwa wspólnie i teraz oboje muszą je wypić.
Jutro pewnie wróci. Na pewno. Za dwa dni będziemy się z tego śmiać.
Wszedł do kuchni, otworzył lodówkę i sięgnął po schłodzoną Finlandię 0.7.
Olej to. Przecież świat się nie kończy o byle jakie sprzeczki.
Jak się przyjrzeć temu bliżej, to nie była nawet twoja wina.
To ona zaczęła, nie ty.
Przecież wiesz, że nigdy jej nie zdradziłeś.
Wszedł do salonu, rozsiadł się wygodnie na sofie i włączył telewizor.
Zamierzał tę noc spędzić przy butelce wódki, zalewając robaka.
***
Dziewczyna z różyczkami we włosach spiętych w kok, na oko ze dwadzieścia lat, nie więcej, była silna jak cholera. Dopadła do jej piersi i zaczęła je gryźć, aż z sutków zaczęła spływać krew wymieszana z sączącym się mlekiem. Najwyraźniej sprawiało to jej zabawę, skoro co chwila przerywała i spoglądała na nią z zabawną miną głupiutkiej idiotki. Jej towarzysz – brunet, krótko ostrzyżony, mniej więcej w tym samym wieku – trzymał ją z tyłu za ręce i próbował wgryźć się w jej szyję.
Co się tu, do kurwy nędzy dzieje? Nie mogła uwierzyć w to wszystko. Przez chwilę pomyślała nawet, że jej się to śni. Że zaraz obudzi się w swojej nowo kupionej chatce, w której spędzi pierwsze święta razem z jej ukochanym. W oczekiwaniu na dziecko, które będzie żyło i będzie czuło się bezpiecznie.
Niestety wyobrażenia te szybko wyleciały z jej głowy, kiedy usłyszała donośny głos kobiety i mężczyzny, którzy przetrzymywali ją w bunkrze. Stali zaraz za nimi.
A jednak ruszyli w pogoń. I ją znaleźli w towarzystwie kolejnych pokurwieńców, którzy najwyraźniej mają chęć na jej mięso.
- Wy debile! Zostawicie ją! Nie możecie doprowadzić do przemiany! To kobieta, która urodziła pierworodnego!
Nie mogła zidentyfikować które z dziwaków z bunkra wydało rozkaz, ale najwidoczniej była to bardzo ważna informacja, bowiem dziewczyna i chłopak natychmiast ją puścili. Upadła z impetem na drogę. Próbując się podnieść dostrzegła, że z jej lewej piersi zwisa kawał mięsa.
Skurwysyny przegryzły mi pierś. Czuła rosnącą nienawiść względem nich. Czuła obrzydzenie do swojego ciała. Chciała umrzeć. Nie miała już siły na próbę przetrwania.
Spojrzała na nich wszystkich i z niedowierzaniem dostrzegła pewne podobieństwo.
Wszyscy mieli cholernie bladą twarz. Nie widziała nóg tych młodych, bo nosili spodnie.
Ale była pewna, że są ze sobą w jakiś sposób spokrewnieni.
Właśnie zdała sobie sprawę, że wpadła w sidła, z których nie ma już wyjścia.
Kobieta podeszła do niej i złapała ją za prawą nogę. Szarpnięcie było mocne, bowiem znów z wielką siłą runęła na ziemię, przegryzając sobie język w chwili, gdy żuchwą otarła o zaśnieżony asfalt. Zaczęła krwawić.
Kobieta sięgnęła po nóż i pewnym ruchem przecięła jej ścięgno Achillesa.
To samo zrobiła z drugą nogą.
- Już nigdzie nam nie ucieknie – wypowiedziała te słowa z gracją, jakby była myśliwym, któremu właśnie udało się dopaść najbardziej okazałego jelenia.
Puściła ją i podeszła do grupki przyglądającej się temu, co właśnie zrobiła.
Czuła niesamowity ból w okolicy świeżo zadanych ran. Po cichu łkała, zaciskając zęby. Przetrwa ten ból.
Czuła, że niedługo to wszystko się skończy.  
- Dany, ty jełopie, ile razy mówiłam ci, żebyś nie wdawał się w tarapaty. Mogli cię nakryć! – kobieta z bunkra wydawała się dyrygować całą tą zgrają. Była ich przełożoną. Stróżem, który musiał wszystkiego dopilnować.
- mamusiu, ale my z Marcią wszystko załatwiliśmy sprawnie. Zapolowaliśmy na dwoje staruszków mieszkających jakieś dwieście kilometrów stąd, zarżnęliśmy ich tak, by wyglądało to na zabójstwo zwykłego śmiertelnika, a potem zwędziliśmy ich auto – spojrzał na matkę. Lustrowała go z uwagą – ale przypierdoliliśmy w pierwsze lepsze drzewo, kiedy wjechaliśmy na teren puszczy. Wiesz, jak jest cholernie ślisko? Przecież piechotą nie zdążylibyśmy na wieczerzę – jego mowa nie wydawała się dla kobiety zbyt przekonująca. Była żenująca i dziecinna.
- czasami wydaje mi się, że powinieneś robić za małpiszona w cyrku. Jesteś żałosny. – chłopak opuścił głowę – my tu z ojcem staramy się, by przepowiednia naszych Ojców została zrealizowana, a ty razem z nią – wskazała na Marcię, która była przejęta powagą sytuacji – rozrabiacie w mieście!
Próbowała doczołgać się w krzaki, choć wiedziała, że i tak ją dopadną. Była przemarznięta i wykończona. Słyszała ich głosy, ale im bardziej się od nich oddalała, tym głosy milkły w wietrze, który przybrał teraz na sile. Złapała się na tym, że jej instynkt przetrwania nadal sprawnie funkcjonował. Wciąż próbowała się bronić.
- dzisiejsza noc jest najważniejsza, synu – rozpoczął mężczyzna – to czas, kiedy przepowiednia musi się ziścić.
Dziewczyna i chłopak spoważnieli.
- to jest świeża, niczym nie skażona krew pierworodnego – wyjęła zza pazuchy fiolki z czerwonym, gęstym płynem i podała im – pijcie.
Otworzyli i zaczęli się delektować.
Pierwsza część rytuału zaliczona.
Aby ziściła się druga, muszą skonsumować matkę pierworodnego.
I wtedy będą odporni na wszystko.
Będą wolni.
Nic z tego nie zrozumiała. Ona i dziecko stanowili jakąś nieodłączną cześć chorego rytuału. Łokciami odpychała się od ziemi, próbując doczołgać się jak najdalej od nich. Nie wiedziała, która jest godzina, ale pewnie już niedługo mieszkańcy Wąpierza Dolnego będą tędy przejeżdżać na pasterkę do kościoła po drugiej stronie lasu.
Dzięki Bogu wybiorą się samochodem. Pogoda znów zaczynała się psuć.
Ma nadzieję, że te pierdolone strzygi się wystraszą i uciekną.
No i nie zdążą jej zabrać ze sobą.
Ale to były tylko złudne przypuszczenia i gdzieś w środku czuła, że ta wersja wydarzeń nie będzie miała racji bytu.
- spójrzcie, ofiara nam ucieka – zaśmiała się Marcia – nasz krwisty kąsek spierdala – podeszła do niej i kopnęła ją w klatkę piersiową. Coś wewnątrz jej ciała chrupnęło. – nie ma szans, że dasz radę! – wybuchła histerycznym śmiechem i znów uderzyła – jedno złamane żebro wylazło na wierzch przecinając skórę w okolicach klatki piersiowej.
Cios był okropny, z pewnością żaden człowiek nie miałby w sobie tyle siły. Byli zwierzętami, jakimiś nierealnymi stworami, których nie powinno tu być. Które nie istnieją. Przynajmniej nie powinny istnieć. Czuła pieczenie w okolicach płuc. Ledwo łapała oddech. Wiła się z bólu niczym dżdżownica na ziemi, którą właśnie skrócono o połowę.
W oddali słychać było ryk nadjeżdżającego samochodu.
Wszyscy galopem udali się w stronę lasu.
Mężczyzna z chłopakiem wzięli ją za ramiona i zaczołgali w głąb puszczy.
***
Niebo na powrót zasłoniło się ciężkimi, śnieżnymi chmurami, z których znów zaczął prószyć gęsty śnieg.
Rozpętała się wichura.
23.30
Czas na pasterkę.
***
Rozłożyli swoją ofiarę na środku ośnieżonej polany i po kolei zaczynali na nią szczyć. Najpierw dziewczyna i kobieta. Później mężczyźni.
Została naznaczona ich uryną.
Byli usatysfakcjonowani, bo udało im się ziścić przepowiednię przodków. Teraz będą mogli udać się na żer, nie bacząc na wszelkie bariery.
Już nie będą musieli ukrywać się w puszczy.
Strzygi, lamie i upiory z najkoszmarniejszych snów wypełzną na ulice miast.
Mężczyzna sięgnął po nóż, który podała mu kobieta. Dwoje młodych stało obok i nie mogło się doczekać kolacji. Ofiara próbowała się bronić, ale nie miała już zbyt wielu sił. Zanurzył nóż w okolicach pępka i rozpłatał ją aż do mostka.
Słyszała, jak wypowiadają jakieś słowa.
Nic z tego nie rozumiała. Powoli traciła przytomność.
W oddali słychać było bicie kościelnego dzwonu, który zwiastował północ. Pasterka.
Na znak mężczyzny, podeszli do ofiary. Z jamy brzusznej zaczęli wyciągać jelita, wątrobę, dokopali się do nerek. Zaczęli ucztę.
Zamknęła oczy. Straciła kontakt z rzeczywistością.
Już nic nie czuła.
Grudzień 2013.
Autor: Konrad

4 komentarze:

  1. Okropne i ohydne. Fuj! Ja wszedłem tu by się bać a ja po prostu żygam z ohydy! Zauwazcie iż małe dzieci też mogą tu przypadkiem wejść przeczytają i potem psycholog i problemy do końca życia. PROSZĘ O USUNIĘCIE TEGO CHORRORU.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozumiem, że to Twoje pierwsze zetknięcie z ekstremą i nigdy nie tykałeś np. prozy Edwarda Lee, albo obca Ci nazwa zbioru opowiadań Gorefikacje, etc. Doskonale wiem i zdaję sobie sprawę, że mogą tu zaglądać dzieciaki. Więc jak sądzisz, po co umieściłem ten komunikat u góry, pogrubiony i nawet na czerwono napisany? Dla picu? Ano dlatego, by ostrzec nieletnich i bardziej uwrażliwionych, by tego nie czytali. Jeśli to zrobią, to wyłącznie na swoją odpowiedzialność. W sieci jest pełno jeszcze gorszych rzeczy, które nawet nie są zabezpieczone takim ostrzeżeniem i zaręczam Ci, że po sieci krążą o wiele bardziej ohydne opowiadania, niż to.

    Horror pisze się przez H, a nie CH, to tak przy okazji:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Z rzygam jest przez "rz" :) No Konrad, dziś to czytam. Btw. jeszcze żyję, ale się dowiaduj ;P

    OdpowiedzUsuń
  4. No taki gore, brutalny, ale dupy nie urywa, więc nie czaje o co chodzi temu kolesiowi. Święte oburzenie normalnie. Jak chcę "chorror" odpowiedni dla dzieci niech se włączy "Gęsią skórkę". Ładnie napisane, zaskakujące no i zimowo jest, to lubię to ;) Kolejny plus za oddanie starym podaniom. Nawet nazwa miejscowości nawiązuję. Co Konrad, siedziało się nad książką Erberta Petoii?Ja swoją niedawno straciłam i przeboleć nie mogę. Już w życiu żadnej k***e książki nie pożyczę.

    OdpowiedzUsuń