środa, 9 kwietnia 2014

Recenzja: Campfire Tales (aka Mroczne Opowieści), 1997

Tajemnicze, niesamowite, budzące grozę miejskie legendy zna chyba każdy z nas. Jako młodzi gniewni, łaknący propagandy, opowiadaliśmy sobie te historyjki nocą przy ognisku lub w czasie domowej imprezki i zawsze, kiedy je słyszeliśmy, na głowie jeżył się włos ze strachu. Opowieść o czarnej wołdze, żyletce w jabłku czy historyjka o kopytniku to tylko pojedyncze przykłady. Miejscowych opowieści jest tak naprawdę cała masa i trudno je zliczyć. Jedne przerażają swoją autentycznością i makabrycznością, inne śmieszą. Raz usłyszana opowieść budząca grodzę, przerażenie lub nacechowana groteskowością i czarnym humorem może trafić do szerokiego grona odbiorców, ulegając licznym modyfikacjom i przekształceniom. Popularność miejskich legend wychwycili niektórzy twórcy horroru, wplatając te proste historie w fabułę filmu. Oczywiście w przypadku filmu grozy bazującego na popularnych miejskich opowieściach nie można liczyć na fajerwerki, bo produkcje te - choć pełne grozy - są z góry skazane na przewidywalność akcji. Campfire Tales to klasyczny przykład dreszczowca, który pomimo że bazuje na popularnych, znanych każdemu miejskich legendach, potrafi również zaskoczyć i chwilami wywołać dreszczyk emocji.

 
Nie ma co ukrywać, że Mroczne Opowieści to nowele filmowe skierowane głównie do wielbicieli miejskich legend lub młodzieży, która woli obejrzeć straszaki "do rany przyłóż" pokroju słynnego niegdyś serialu telewizyjnego Gęsia skórka. Fani horrorów z dłuższym stażem mogą potraktować ten film jedynie jako urozmaicenie nudnego wieczoru, a osoby liczące na porządniejszą dawkę grozy mogą poczuć się nieco rozczarowane i nie powinny podchodzić do omawianej produkcji z całkowitą powagą. Mroczne Opowieści - jak sam tytuł wskazuje - mają wzbudzić dreszczyk emocji, w pewien sposób przygnębić widza nietypową atmosferą, ale przede wszystkim mają być nośnikiem doskonałej rozrywki. I pod tym względem film trzech reżyserów: Davida Semela, Matta Coopera i Martina Kunerta spełnia się niemalże w każdym calu. Piszę niemalże, bo pojawiło się kilka zgrzytów, ale ja ten film oglądałem kilka razy i szczerze przyznam, że jako fan miasteczkowych opowieści nieźle bawiłem się podczas każdorazowego seansu. Miałem jednak na uwadze to, że dużym mankamentem tej produkcji jest przede wszystkim przewidywalność akcji, co poniekąd jest zrozumiałe, skoro historie mocno nawiązują do popularnych miejskich legend, których treść doskonale zna niejeden weteran opowieści urban legends. Zanim jednak film zacznie się na dobre, najpierw twórcy postanowili uraczyć nas króciutkim, klimatycznym wstępem utrzymanym w kolorystyce starych, czarno-białych filmów. Pamiętacie klasyczną miejską legendę o mordercy z hakiem? Z pewnością tak - ten kto nie zna, powinien się wstydzić ;). Prologiem Campfire Tales jest więc klasyczna opowiastka o psychopacie z hakiem zamiast ręki. Jest to na tyle znana historyjka, że w zasadzie dokładne streszczanie jej mija się z celem. Dobry, choć do bólu przewidywalny początek, zwiastujący całkiem przyjemną rozrywkę podczas seansu.
Po króciutkiej opowieści o mordercy z hakiem zostajemy wprowadzeni w główną oś fabularną filmu. Szkoda, że tym razem twórcy postanowili zachować obraz w kolorach, gdyż według mnie czarno-biały wstęp emanował nietypowym klimatem i urokiem starych filmów grozy lat sześćdziesiątych. Cóż, wszystkiego mieć nie można. Poznajemy grupkę nastolatków: Lauren, Cliff, Alix i Eric wracają samochodem do domu po udanym koncercie. Kręte drogi zatopione w mroku nocy są już opustoszałe, więc nastolatkowie postanawiają pobawić się w piratów drogowych i nie bacząc na przepisy, wariują autem po całej jezdni. Zwariowana przejażdżka slalomem po krętych ulicach szybko kończy się wypadkiem - auto zostaje zmiażdżone w kontakcie z pierwszym lepszym drzewem. Przejęci nastolatkowie rozkładają flary na ulicy i czekając na pomoc, postanawiają przeczekać w ruinach starego kościoła, gdzie rozpalają ognisko i zaczynają opowiadać sobie miejskie legendy.
Pierwsza historia przekazywana ustami nastolatków nosi tytuł Miesiąc miodowy (Honeymoon). Jej bohaterami jest Rick i Vallerie - para małżonków, którzy postanawiają spędzić podróż poślubną w jednym z odludnych, starych lasów. Wbrew ostrzeżeniom spotkanego przypadkowo na drodze mężczyzny, który informuje ich o tajemniczej postaci mordującej ludzi, para postanawia spędzić noc w puszczy. Kiedy w środku nocy, spokojną ciszę zaczynają mącić podejrzane głosy, małżonkowie z piskiem opon opuszczają budzące grozę miejsce. Niestety okazuje się, że bak samochodu został doszczętnie opróżniony przez tajemniczego nieznajomego, a kobieta ma skręconą kostkę. Mężczyzna zostawia więc ukochaną samą w samochodzie i podąża pieszo po paliwo. W tym samym czasie kobietę zaczyna coś prześladować. Honeymoon to opowieść przesiąknięta erotyzmem, czarnym humorem oraz odrobiną dobrze rozegranej grozy. Niesamowite wrażenie robi przede wszystkim ponure miejsce akcji oraz nieodstępujące na krok poczucie osaczenia protagonistów. Opowieść mocno nawiązuje do stylistyki filmu drogi, która w przypadku horroru sprawdza się doskonale. Niemalże przez cały czas jesteśmy obserwatorami wycieczki nowożeńców samochodem kempingowym, który na czas podróży pełni również funkcję tymczasowego domu. Jak nietrudno się domyśleć, w obliczu zagrożenia to właśnie ten niewielki samochód okaże się jedynym bezpiecznym schronieniem przed oprawcą, który skrada się gdzieś w pobliżu. Choć historia opowiedziana w tym segmencie została nieco przekształcona (znam ją w nieco innej wersji), to jednak finał okazał się przewidywalny (SPOJLER:  kto zna miejską legendę o dziewczynie i martwym chłopaku zwisającym do góry nogami tuż nad maską auta, ten wie o co chodzi KONIEC SPOJLERA).
Ludzie też potrafią lizać (People Can Lick Too) to tytuł drugiej historyjki. To chyba najsłabszy punkt filmu i najbardziej przewidywalny, mimo że tu również postanowiono nieco zmodyfikować tę miejską legendę (ja przynajmniej znam wersję ze starszą kobietą). Nastoletnia Amanda zostaje pod nieobecność rodziców pod opieką swojej starszej siostry, która wieczorem postanawia jednak poimprezować w mieście. W międzyczasie dziewczynka zawiera internetową znajomość z Jennifer, która wydaje się być jej rówieśniczką. Wkrótce Amanda przekona się, że po drugiej stronie komputera siedzi psychopatyczny morderca, który pod nieobecność rodziców i siostry, złoży jej niezapowiedzianą wizytę w domu. Przedstawiona tu miejska legenda z nieznajomym ukrywającym się pod łóżkiem, łączy w sobie moralizatorski przekaz płynący z innych historyjek z pogranicza urban legends, dotyczących niebezpiecznego zawierania znajomości przez internet. Nie jest to z pewnością najmocniejszy punkt filmu, głównie ze względu na mocno przewidywalne zakończenie, ze względu jednak na pouczający morał płynący z tej opowieści, warto obejrzeć z uwagą i skupieniem.
Smakowity kąsek postanowiono zostawić nam jednak na koniec. Ostatnia historyjka przedstawiona przez nastolatków nosi tytuł Medalion (The Locket)Przyznam, że nie spotkałem się wcześniej z tą miejską legendą, dlatego też na tle opisanych wyżej, znanych mi doskonale opowieści, ta okazała się dla mnie oryginalna i zaskakująca. Utrzymana w mocno klimatycznym charakterze filmów o nawiedzonych domach, opowiada o mężczyźnie samotnie podróżującym motocyklem po Ameryce. Kiedy przejażdżkę mąci mu ulewny deszcz i burza, postanawia przenocować w jednym z domów usytuowanych nieopodal lasu. Poznaje tam tajemniczą, piękną dziewczynę w białej sukni, która wydaje się być niemową. Mimo tego, mężczyzna od razu zakochuje się w pięknej nieznajomej. Niebawem okazuje się, że posiadłość nawiedzona jest przez duchy, które nie dają dziewczynie spokoju, o czym mężczyzna będzie miał okazję przekonać się na własnej skórze. Nękani przez siły nieczyste, postanawiają razem opuścić nawiedzony teren. Mężczyzna wkrótce przekona się, że został uwiedziony przez ducha. Świetna, nastrojowa opowieść, która potrafi zjeżyć włos na głowie, dzięki wykreowaniu tajemniczej, budzącej grozę atmosfery. Doskonale zbudowano tutaj specyfikę typowego nawiedzonego domu: stare pomieszczenia, osnute mrokiem nocy co chwila rozjaśniane są błyskiem grzmotów, podejrzana dziewczyna z lampą naftową w ręku oraz duchy, które nie dają spokoju - wszystkie te elementy autentycznie budzą grozę i z pewnością zadowolą wielbicieli nastrojowych opowieści o duchach.
Słowem podsumowania: nie licząc pikantnych scen w Honeymoon, których dzieci raczej nie powinny oglądać, Campfire Tales to taki typowy straszak, który powinien przypaść do gustu zwłaszcza wśród młodszej części widowni, niezaznajomionej jeszcze z popularnymi miejskimi legendami. Nie ma co liczyć na zbyt wiele krwawych scen, gdyż grozę w Mrocznych opowieściach oparto głównie na wykreowaniu posępnej atmosfery, co z resztą twórcom całkiem się udało. Jak na klasyczną miejską legendę przystało, finał całej historii ma być zaskakujący i pouczający dla potencjalnego odbiorcy. Tak właśnie było w przypadku głównego wątku Campfire Tales, czyli historii grupki nastolatków, którzy czekając na pomoc po wypadku, postanowili umilić sobie czas miejskimi legendami. Jestem przekonany, że nieco znużeni weterani opowieści z pogranicza urban legends, na których zaprezentowane historyjki nie wywarły żadnego wrażenia, będą usatysfakcjonowani tym niezbyt przyjemnym happy endem. Ja bynajmniej byłem w pełni ukontentowany pomimo, że chwilami seans okazał się nudnawy i przewidywalny. Na szczęście zgrzyty te zrekompensowano mi mocno klimatycznymi historyjkami oraz doskonale rozegranym zakończeniem. Darzę ogromnym sentymentem tego typu produkcje, ponieważ od razu przywodzą mi na myśl stare dobre czasy, kiedy wśród znajomych, przy ognisku, snuło się opowieści z dreszczykiem. Stąd też polecam film zwłaszcza w nocne, burzowe wieczory, w gronie przyjaciół, z przekąskami w zasięgu ręki :)
Tytuł oryginalny: Campfire Tales
Tytuł polski: Mroczne Opowieści
Rok produkcji: 1997
Gatunek: horror/nowele filmowe
Czas trwania:  1 godz. 28 min.
Reżyseria: David Semel, Matt Cooper, Martin Kunert
Autor: Konrad

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz