piątek, 6 czerwca 2014

Recenzja: The Walking Dead. Upadek Gubernatora, cz.1 (R. Kirkman, J. Bonansinga)

Minęło już kilka lat, odkąd świat po raz pierwszy ujrzał słynny komiks "Żywe Trupy" Roberta Kirkmana. Przez ten czas seria komiksów, a później serial powstały na kanwie uniwersum The Walking Dead, zdążyły już zapracować sobie na miano jednych z najbardziej renomowanych i rozchwytywanych tworów współczesnej kultury masowej. Popularność zarówno komiksu, jak i serialu ciągle wzrasta wraz z pojawieniem się niezliczonej rzeszy nowych wielbicieli serii o żywych trupach, a bohaterowie uniwersum stały się wręcz kultowymi postaciami świata filmowego czy komiksowego. Nic więc dziwnego, że kolejnym elementem dobrze sprzedawanego towaru, jakim niewątpliwie jest The Walking Dead, będzie powieść. Przeniesienie świata wykreowanego przez Kirkmana w komiksowym i serialowym uniwersum na karty powieści było zgoła ryzykownym posunięciem, ale mając za sobą "Narodziny Gubernatora", "Drogę do Woodbury" oraz pierwszą część "Upadku Gubernatora", bez cienia wątpliwości mogę przyznać, że było warto!

Seria powieści "Żywe Trupy" jest trylogią, z czego trzecia część - "Upadek Gubernatora", została rozdzielona dodatkowo na dwie części. Nie mam zamiaru ukrywać, że jest to dość irytujące rozwiązanie, skoro ostatnia część trylogii mogła być zwyczajnie bardziej obszerniejsza od pozostałych. Ale wiadomo, że jeśli coś ma branie i sprzedaje się jak świeże bułeczki, to koniecznie musi zostać rozdzielone, by pobudzić apetyty wygłodniałych czytelników, którzy w końcu chcą poznać finał tej historii. Wiadomo również, że podział "Upadku Gubernatora" miał zapewne również swoje względy czysto ekonomiczne - to, co zostało niedopowiedziane, w końcu musi znaleźć swoje rozwiązanie w ostatniej, drugiej odsłonie trzeciej części, po którą zapewne sięgnie niejeden fan uniwersum. Kirkman i Bonansinga najwidoczniej lubią pastwić się nad czytelnikiem i trzymać go w ryzach do ostatniej chwili, co z resztą świetnie im wychodzi mając na względzie fakt, że poprzednie odsłony trylogii tylko podsyciły apetyt na kolejne części.

To, co poznaliśmy w "Narodzinach Gubernatora" i "Drodze do Woodbury" było w porównaniu z pierwszą częścią "Upadku Gubernatora" jedynie wierzchołkiem góry lodowej. W pierwszej odsłonie powieściowej serii osadzonej w realiach uniwersum żywych trupów z zapartym tchem śledziliśmy losy braci Blake'ów oraz ich przyjaciół, przyglądając się jednocześnie narodzinom tyrana, jakiego dotychczas znaliśmy jedynie z kart komiksów, czy kolejnych odcinków serialu. Później przyszła pora na przygody młodej, nieco zagubionej i zlęknionej dziewczyny imieniem Lilly, która przypadkowo trafiła pod władzę Gubernatora, na własnej skórze przekonując się, jak niszczycielski może okazać się żelazny uścisk tyrana z Woodbury. Trzecia część to bezpośrednia kontynuacja losów postaci, jakich udało nam się poznać w dwóch poprzednich częściach. O ile główna oś fabularna pierwszej części skupiała się w całości na Gubernatorze, a w drugiej części pierwsze skrzypce grała postać Lilly Caul, o tyle w pierwszej odsłonie "Upadku Gubernatora" mamy do czynienia z miszmaszem fabularnym, łączącym oba te wątki jednocześnie.

Pierwsza część "Upadku Gubernatora" niewiele mówi nam o samym upadku Philipa Blake'a - rzekłbym raczej, że jest niejako wstępem do ostatecznej rozgrywki, której finalnym etapem ma być tytułowy upadek władcy Woodbury. Ale pierwsze lody zostały przełamane już w pierwszej części. W zabezpieczonej osadzie zaczyna robić się niespokojnie, kiedy do miasteczka zawitają znani nam z komiksu i serialu Rick, Michonne i Glenn, których obecność spowoduje lawinę wydarzeń, doprowadzających Gubernatora na skraj psychicznej wytrzymałości. Jego socjopatyczne zagrywki w kierunku nowych przybyszów wezmą górę nad samokontrolą i Gubernatorowi przyjdzie zmierzyć się z własnymi lękami oraz słabościami. Postać Philipa Blake'a, niczym kameleon, zmienia się diametralnie, dopasowując się do danej sytuacji. Aby zachować pozory normalności, w obecności mieszkańców udaje pewnego siebie, silnego przywódcę grającego na jasno określonych zasadach fair play, niestety za plecami społeczności, budzą się w nim zwierzęce, psychopatyczne instynkty, nad którymi zaczyna tracić kontrolę. Z jednej strony Gubernator jawi nam się jako postać dramatyczna; człowiek, który stał się ofiarą tragicznych wydarzeń napiętnowanych zarazą, staje się powoli tyranem chowającym swoje pierwotne lęki w skorupce socjopatii i nienawiści. Z drugiej jednak strony czyny, do jakich się dopuszcza względem innych, wzbudzają obrzydzenie oraz wstręt, co powoduje, że czytelnik staje nagle na rozdrożu i nie jest w stanie jednoznacznie ocenić postępowania głównego bohatera. Kiedy jednak dojdziemy do drugiego rozdziału omawianej powieści, górę zaczynają brać negatywne odczucia, dezaprobujące całkowicie postać Gubernatora.

Trzecia odsłona książkowej serii uniwersum Żywych Trupów bazuje na kontrastach i przeciwieństwach, które wzajemnie przeplatają się niemalże przez całą oś fabularną. Z jednej strony stajemy się obserwatorami tragicznego początku końca dyktatury Gubernatora, z drugiej strony mamy okazję przyjrzeć się rozwojowi miłości kwitnącej między Lilly Caul a młodszym od niej chłopakiem Austinem. "Upadek Gubernatora, część pierwsza" to opowieść o prawdziwej sile przyjaźni, miłości oraz rodzącej się nadziei na lepsze jutro, jak i historia usłana żywymi trupami, siejącym się zewsząd niebezpieczeństwem oraz żądzą zemsty. Pod względem konstrukcyjnym, ta właśnie część najbardziej przypadła mi do gustu, nie tylko ze względu na świetne kreacje głównych bohaterów, ale przede wszystkim ze względu na wielowątkowość powieści i stopniowe dawkowanie napięcia, które z impetem eksploduje dopiero pod koniec drugiego rozdziału. Oczywiście to, co fani uniwersum znają doskonale z komiksu, czy serialu, pojawia się również i tutaj - nie musimy obawiać się, że w "Upadku Gubernatora" zabraknie akcji z żywymi trupami, rozlewających się flaków i krwi, czy doskonale współgrającej ze sobą grozy i dramatu. Ponarzekać można jedynie na nieco nudnawe momenty przemykające się na początku, jednakże druga połowa powieści całkowicie nadrabia tę i tak mało istotną wadę, na którą ostatecznie można przymknąć oko. Zakończenie jak zwykle pozostawia nas z niedokończonymi kwestiami oraz otwartą ze zdziwienia japą, co w przypadku powieści rozdzielonych na tomy, sprawdza się doskonale, bo koniec jednej części rozbudza apetyt na kolejną.

Komu poleciłbym serię "The Walking Dead" w wersji książkowej? Odpowiedź jest jednoznaczna - powinni chwycić za nią zarówno fani komiksu, jak i serialu oraz wszyscy Ci, którzy lubią wartką akcję, zatopioną w ociekającej krwią, brutalnej estetyce gore z ciekawie wykreowanymi bohaterami w roli głównej. Jest tylko jeden warunek: powieść należy czytać od początku, bowiem nieznajomość wszystkich części może spowodować, że wielu wątków nie będziemy w stanie zrozumieć. Summa summarum Kirkman i Bonansinga dopięli swego i zdołali mnie oczarować swoją wizją chylącego się ku upadkowi, post-apokaliptycznego świata opanowanego przez nieumarłych. Nie pozostaje mi nic innego, jak niecierpliwie czekać na ostateczny finał "Upadku Gubernatora", a tych którzy nie tknęli jeszcze tej serii, zachęcić do zapoznania się z książkową wersją uniwersum Żywych Trupów.

Autor: Robert Kirkman, Jay Bonansinga.
Oryginalny tytuł: The Walking Dead: The Fall Of The Governor. Part One
Polski tytuł: The Walking Dead. Upadek Gubernatora. Część pierwsza.
Gatunek: Horror/dramat
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Liczba stron: 246
Rok wydania w Polsce: 2014

Autor: Konrad.

Dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non za przesłanie egzemplarza do recenzji.

2 komentarze:

  1. Niestety "Żywe Trupy" znam jedynie z serii telewizyjnej, która na dobrą sprawę z sezonu na sezon coraz bardziej poraża głupotą. Więc jeśli wersja książkowa jest lepsza, pewnie warto zamiast ślęczeć przed telewizorem, zagłębić się w lekturę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Warto sięgnąć, oj warto;) Można poznać nowych bohaterów, ale i alternatywne wątki, które oglądaliśmy w serialu.

    OdpowiedzUsuń