niedziela, 15 czerwca 2014

Recenzja: Carrie, 2013

No i stało się. W 2013 roku po raz n-ty ekshumowano Carrie White zza grobu, by znów siała spustoszenie na balu maturalnym i tym samym kolejny raz przeraziła widzów swoją demonicznością. Debiutancka powieść Stephena Kinga, wydana po raz pierwszy w 1974 roku może nie każdego jest w stanie oczarować, ale na pewno okazała się doskonałym materiałem do zekranizowania, o czym świadczą kolejne adaptacje powieści. Najbardziej znaną i według mnie najlepszą dotychczasową adaptacją filmową "Carrie" jest ta z 1976 roku, za którą odpowiada Brian De Palma. Kunszt reżyserski De Palmy ujawniający się w jego specyficznym stylu operowania kamerą oraz doskonałe wyczucie grozy i napięcia sprawiły, że pierwsza adaptacja książkowej "Carrie" zasłużyła sobie na miano filmu kultowego i ponadczasowego, a kreacja Sissy Spacek na trwałe utkwiła w pamięci wielu widzów. Film Briana De Palmy podniósł poprzeczkę bardzo wysoko i póki co, żadnej kolejnej ekranizacji nie udało się tej bariery przeskoczyć. Kiedy dowiedziałem się, że Kimberly Pierce, reżyserka niezaznajomiona dobrze z horrorem i grozą, postanowiła wziąć się za nową adaptację debiutu Kinga, nie wróżyłem tej produkcji niczego dobrego. Seans unowocześnionej "Carrie" tylko potwierdził moje przypuszczenia.


Głęboko wierząca i konserwatywna Margaret White wraz z córką Carrie mieszka na cichym przedmieściu małego miasteczka w stanie Maine. Carrie jest miłą dziewczyną, którą nadopiekuńcza matka izoluje przed światem. Nie przysparza jej to popularności w szkole, gdzie czuje się bardzo samotna. Jest w niej jednak coś wyjątkowego. Prześladujący ją rówieśnicy odkrywają sekret Carrie w dniu balu maturalnego, kiedy dziewczyna ujawni swoje telekinetyczne moce i wykorzysta je, aby wyrównać rachunki...*

Nie mam bladego pojęcia, po jakiego czorta producenci z branży filmowej chwytają się za adaptacje powieści, które kilkakrotnie już zostały zekranizowane. Czy nie zdają sobie sprawy z tego, że może to znudzić potencjalnego odbiorcę? Mamy przecież do czynienia z prozą Stephena Kinga - niekoronowanego króla horrou, który może pochwalić się szerokim wachlarzem różnych ciekawszych powieści, które czekają tylko, aż ktoś weźmie się za ich ekranizację. Rozumiem, że każdy z reżyserów chce pokazać światu swoją indywidualną wizję, chce wykrzesać coś nowego, oryginalnego, swojego, udowadniając jednocześnie, że odgrzewany kotlet może smakować równie wyśmienicie, pod warunkiem, że się wie, jak go odpowiednio doprawić i dopieścić. Kimberly Pierce - reżyserka znana choćby z dramatu "Nie czas na łzy" - może i zna ten sekret, tylko nie za bardzo wie, jak go wykorzystać w praktyce.

Najnowsza adaptacja "Carrie", za reżyserię której odpowiada wymieniona wyżej reżyserka, nie oczarowała mnie na tyle, bym mógł dzierżyć tej produkcji tryumfy i wychwalać pod niebiosa. Choć skłamałbym pisząc, że jest to film stuprocentowo denny. Oczywiście ma swoje zalety, jak choćby przyzwoita gra aktorska Julianne Moore, która w filmie wcieliła się w fanatyczkę religijną Margaret White, czy całkiem zjadliwa rola Chloe Mortez jako Carrie, ale na tym moje peany względem tego filmu się kończą. A i odnośnie gry aktorskiej muszę odnotować, że nie oznacza to wcale, że Mortez i Moore były w stanie przebić niezastąpiony duet Sissy Spacek i Piper Laurie z pierwszej adaptacji. Co to, to nie. Ot, zwyczajnie nie mogę przyczepić się do kreacji tych postaci - zostały odegrane należycie, choć mam kilka uwag co do postaci Carrie, która została tutaj jednak nieco przerysowana.

W najnowszej ekranizacji mamy do czynienia z nieśmiałą, bojaźliwą dziewczyną, która z drugiej strony jest również zagorzałą buntowniczką, co pokazuje już w pierwszym starciu z matką. Odniosłem wrażenie, że Carrie pokazała swoją dominację nad matką trochę za wcześnie -  miota fanatyczką na prawo i lewo niczym zużytą ścierką do podłogi, ustawiając ją do pionu i pokazując, kto tu tak naprawdę rządzi. W relacjach z matką, nowej Cariie zdecydowanie brakło więcej pokory i obawy, które zastąpiono pewnością siebie, co nie do końca pasowało do dziewczyny skrytej w sobie i uległej względem wyśmiewających ją rówieśników. Otrzymaliśmy więc Carrie o dwojakiej osobowości - raz szarą myszkę, unikającą wzroku swoich kolegów, a raz buntowniczkę, która nie za specjalnie boi się swojej matki. W kultowym filmie De Palmy, Carrie uzewnętrzniła kwintesencję swojej nienawiści dopiero w finalnej scenie odgrywającej się na balu maturalnym - tutaj bawi się swoimi mocami, jakby była jakąś wojowniczą księżniczką zafascynowaną swoją nadprzyrodzoną naturą.

Być może dałoby się ten film jakoś strawić, gdyby nie to, że Pierce postanowiła urozmaicić produkcję nadmiernym wykorzystaniem efektów komputerowych, które miały zapewne urozmaicić seans, a ostatecznie doprowadziły mnie na skraj wytrzymałości. Lewitujące łóżko oraz książki, latająca Carrie, to tylko pojedyncze przykłady. Już nie chodzi o to, że sceny te nie wyglądały realistycznie - efekty specjalne zupełnie przyćmiły pozostałe - i chyba najważniejsze - atrybuty horroru. Pierce nie potrafi zbudować dobrego napięcia, sceny kultowe dla tego filmu zostały przedstawione w sposób bezpłciowy i mało interesujący. Przez cały czas mam przed oczami niezapomnianą scenę finałową, którą z rozmachem i suspensem potrafił wykreować Brian De Palma w swojej interpretacji debiutu Kinga - takiej dawki napięcia zwyczajnie nie da się już podrobić i zdawałem sobie z tego sprawę, oglądając wersję Kimberly Pierce. Oczekiwałem jednak, że chociaż w jakiś sposób scena ta przykuje moją uwagę. Nie udało się. Rozróba na balu maturalnym i poprzedzająca ją kultowa scena wylania kubła świńskiej krwi na Carrie, w wersji Pierce nawet nie usiłowała mnie w jakikolwiek sposób zainteresować. Sekwencje te przeleciały mi przed oczami niczym superszybki, japoński pociąg. I nie pomógł w tym nawet zabieg powtarzania tej sceny z różnych punktów widzenia.

Po najnowszej adaptacji "Carrie" nie spodziewałem się kokosów i faktycznie otrzymałem film, który ni ziębi, ni grzeje. Znaną nam doskonale historię o dręczonej nastolatce, która mści się na swoich dręczycielach w nietypowy sposób, postanowiono osadzić we współczesnych realiach, gdzie rządzi era Internetu oraz YouTube, a smartfony z wbudowanymi aparatami cyfrowymi mogą okazać się doskonałym narzędziem paskudnej zemsty. Choć Kimberly Pierce udało się miejscami zadbać o odpowiednią dramaturgię, to całkowicie poległa w momentach, gdzie powinien dominować horror. Dlatego też nowa odsłona "Carrie" to typowy średniak, który można obejrzeć tylko z czystej ciekawości. Film zapewne ma szanse znaleźć swoich wiernych fanów, którzy nie liczą tylko i wyłącznie na sprawne budowanie napięcia, ale na popisowe efekty specjalne. Mnie zdecydowanie brakło tego pierwszego elementu, który stanowi przecież jeden z najważniejszych atrybutów dobrego filmu grozy.

Tytuł oryginalny: Carrie
Tytuł polski: Carrie
Rok produkcji: 2013
Gatunek: Horror/slasher/dramat
Czas trwania: 1 godz. 40 min.
Reżyseria: Kimberly Pierce

* opis dystrybutora

Autor: Konrad.

2 komentarze:

  1. Też nie wiem po cholerę po raz enty ekranizuje się to samo. Tym bardziej, że jest jeszcze kilka książek Kinga, których na ekran nie przeniesiono. No, ale jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o kasę... No i łatwiej jest nakręcić coś, co już było, co potwierdziła reżyserka nowej "Carrie". Ten film jest tak marny, że aż boli, a głównie dlatego, że twórcy co rusz kopiowali coś od De Palmy i to tak nieudolnie, że przykro było na to patrzeć. Chłam jakich mało i tyle w temacie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się, że to średniak. Obejrzałam go w kinie i szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś lepszego. Ale tak to już niestety ostatnio z remakami. Zresztą naprawdę udanych remaków jak na lekarstwo... Bardzo ciekawa recenzja! Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń