środa, 22 czerwca 2016

Recenzja: Coś za mną chodzi, 2014

"Jeden z 25 najlepszych amerykańskich horrorów XXI wieku!", "zawładnie waszymi koszmarami!", "musicie to zobaczyć!" - grzmią hasła reklamujące slasher Davida Mitchell'a. Ale czy rzeczywiście horror "Coś za mną chodzi" zasługuje na takie pochwały i rekomendacje? Jeżeli spojrzeć na niektóre pozytywne reakcje widzów czy większości krytyków filmowych można dojść do wniosku, że "It Follows" pretenduje do miana jednego z największych współczesnych osiągnięć filmowego horroru. Film ze szturmem wdarł bowiem na sale kinowe i narobił sporego zamieszania niemalże na całym świecie. Ale czy rzeczywiście po obejrzeniu filmu Mitchell'a będziemy mieli koszmary? A może to tylko kolejny typowy średniak idealnie przybrany reklamowymi hasełkami?

19-letnia Jay prześladowana jest przez tajemniczą siłę. Niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku, gdyż zło może przybrać postać dowolnej osoby – nieznajomego, albo kogoś z najbliższego otoczenia Jay. Dziewczyna, wspierana przez grupkę przyjaciół, desperacko walczy, by przetrwać i znaleźć sposób na powstrzymanie złowrogiej mocy.*
  
Wielokrotnie przy okazji pisania recenzji filmowych podkreślałem, że do haseł reklamowych - pojawiających się czy to w zwiastunach czy plakatach promujących najnowszy horror - podchodzę ze sporą rezerwą. Wielokrotnie zdarzało się bowiem, że stanowiły one swego rodzaju haczyk - wabik, na który nadziało się sporo widzów, później mocno zawiedzionych seansem. Krytycyzm i obojętność względem takich trików promocyjnych pozostawia widzowi sporą rezerwę obiektywizmu i pozbawia oczekiwań, czasem zbyt wygórowanych. Zasiadałem więc do horroru "Coś za mną chodzi" nienastawiony na jakieś rewelacje. Okazało się, że otrzymałem całkiem zgrabnie zrealizowany, wciągający dreszczowiec z prostą, acz ciekawie skonstruowaną linią fabularną, który bez wątpienia wyróżnia się na tle wielu współczesnych produkcji.

Jeżeli spojrzeć na treść fabularną "Coś za mną chodzi", to film mógłby z powodzeniem stanowić jeden z odcinków słynnego serialu "Z Archiwum X", w którym para agentów FBI - Mulder i Scully - musieliby stanąć twarzą w twarz z problemem, którego nabawiła się główna bohaterka, Jay. Mamy tu bowiem do czynienia z dosyć dziwaczną, kuriozalną sytuacją, której w filmie stawić czoła usiłuje grupka nastolatków, przyjaciół dziewczyny. Tytułowe "coś" prześladuje ją zaraz po odbytym stosunku z nowo poznanym chłopakiem. Przybiera ono różne wdzianka: może to być staruszka w szpitalnym kitlu, naga kobieta bądź wysoki mężczyzna o przekrwionych oczach. Aby nie zostać uśmierconą (jak nastolatka z pierwszych minut filmu), Jay musi przed tym uciekać i... nie dać się złapać. Może też się tego pozbyć odbywając stosunek seksualny z kolejnym chłopakiem i przenosząc problem na swojego łóżkowego partnera. Ale czy desperatka podejmie się takiego kroku?
Pomysł na fabułę filmu wydaje się mocno naciągany i kojarzy mi się z kiczowatymi horrorami klasy B. Trudno jednak nie oprzeć się wrażeniu, że twórca "It Follows", David Robert Mitchell, pod niebywale intrygującą fabułą usiłował przemycić zdecydowanie coś więcej. I z czystym sumieniem muszę stwierdzić, że udało mu się to zrobić w bardzo sprytny sposób. Tematyka tego horroru krąży wokół odwiecznych problemów typowego nastolatka. I na pierwszy rzut oka możemy wysnuć stwierdzenie, że "Coś za mną chodzi" to taka moralizatorska odpowiedź na klasyczne rozterki młodzieńczego życia. Mamy młodzież, która w trudnych chwilach musi radzić sobie z problemami samodzielnie - pojawiają się rozterki i zaloty miłosne, pierwszy seks i konsekwencje płynące ze stosunku płciowego z nieznajomym, w tym ryzyko wystąpienia chorób wenerycznych, tutaj przybierających postać nadnaturalnej siły, której nabawić można się w identyczny sposób, co typowa rzeżączka. Nie uświadczymy tu jednak typowego obrazu rodziców wcielających się w nauczycieli wychowania do życia w rodzinie ani w ogóle jakiejkolwiek nudnej i żenującej rozprawy na tematy pokroju "jak bezpiecznie uprawiać seks" etc. Dorośli pozostają w tle, są wycofani i zupełnie ambiwalentni w stosunku do tego, co wyprawiają ich podopieczni. Mitchell pozostawia swoich bohaterów sam na sam z ważnymi kwestiami i decyzjami, które muszą rozważyć i podjąć samodzielnie. Przestrzega w ten sposób, jak ważną rolę odgrywają spontaniczne, czasami nieprzemyślane decyzje i jakie są tego konsekwencje.

Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że reżyser podszedł do tej kuriozalnej i nieprawdopodobnej wręcz historii zupełnie na poważnie. Nie uświadczymy tutaj scen, w których twórca mruga do nas okiem. W zamian otrzymujemy pełną powagi opowieść o skutkach niebezpiecznego współżycia seksualnego z pierwszym lepszym nieznajomym, ubraną w iście horrorowe szaty. Tutaj takie choroby weneryczne, jak kiła czy rzeżączka przybierają postać złowrogiej mocy o wielu twarzach, którą może dostrzec jedynie zarażony. W kinie grozy mieliśmy już do czynienia z podobną tematyką traktującą o zgubnych skutkach współżycia seksualnego (np. "Contracted"), co nie zmienia faktu, że Mitchell w swoim filmie udowadnia publiczności, że rozumuje prawidła rządzące horrorem i - co chyba najistotniejsze - umie je odpowiednio wykorzystać. Z racji tego, że antagonista może przybierać tu różne oblicza, na każdą osobę, która przewija się przez poszczególne kadry, będziemy spoglądać z niepokojem, a sceny ataku - odpowiednio spowolnione - będą źródłem napięcia i oczekiwania na to, co za moment może się wydarzyć. 

Asem w rękawie i kluczem do sukcesu okazują się więc niebywałe umiejętności reżyserskie i operatorskie Mitchell'a. Wszystkie sceny charakteryzuje zrównoważona, powolna praca kamery, skupiająca się nie tylko na centralnej postaci przewijającej się przez kadr, ale również na wyeksponowaniu tego, co dzieje się na drugim planie. Nie bez znaczenia pozostaje również mistrzowska ścieżka dźwiękowa, którą spokojnie mogę uznać za jedną z najlepszych we współczesnej kinematografii. Niczym kultowa już nuta z horroru "Halloween" Johna Carpenter'a, nadaje poszczególnym scenom odpowiedniego rytmu i klimatu, czasami nawet potrafi wywołać pożądane dreszcze na plecach. I z pewnością jeszcze na długo po seansie nie da o sobie zapomnieć.
W gąszczu tylu pochlebnych argumentów warto jeszcze podkreślić, że "Coś za mną chodzi" nie jest typowym slasher'em, który ma dostarczyć tylko i wyłącznie taniej rozrywki bazującej na wyświechtanych i niezbyt ciekawych scenach eliminacji poszczególnych protagonistów. Dawno nie widziałem tak dobrze zrealizowanego horroru przy zupełnym wyeliminowaniu zbędnych efektów specjalnych. "Coś za mną chodzi" to prawdziwa perełka wśród filmów nastawionych przede wszystkim na klimat, a nie na hektolitry krwi i flaków, o czym należy pamiętać przy wyborze tego właśnie filmu na wieczorny seans. Nie każdy bowiem potrafi wyczuć ten wyjątkowy, wyrafinowany nastrój i kunsztowną pracę kamery, które to w przypadku omawianego filmu stanowią główny  i - obok intrygującej fabuły - najważniejszy chyba trzon przy tworzeniu grozy i napięcia.

Tytuł oryginalny: It Follows
Tytuł polski: Coś za mną chodzi
Rok produkcji: 2014
Czas trwania: 1 godz. 40 min.
Reżyseria: David Robert Mitchell

* opis dystrybutora.

1 komentarz:

  1. "It Follows" pretenduje do miana jednego z największych współczesnych osiągnięć filmowego horroru"

    U mnie to miano już ma. Jak dla mnie najlepszy horror początku XXI wieku. Podejrzewam, że za kilkadziesiąt lat będzie odbierany w kategoriach żelaznego klasyka, jak dzisiaj np. "Dziecko Rosemary", czy "Egzorcysta". Prawdziwa perełka kina grozy!

    OdpowiedzUsuń