czwartek, 31 października 2013

Automatic lover (opowiadanie)

UWAGA!
Treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich lub nadwrażliwych.
„Nadzieja to najgorsze skurwysyństwo jakie wyszło z puszki Pandory”
Stephen King.
*
Uspokój się, wszystko będzie dobrze.
Codziennie wmawiała sobie, że wszystko będzie dobrze.
A nie było.
I straciła nadzieję, że kiedyś w ogóle będzie.
Ale mimo wszystko codziennie, jak amen w pacierzu, powtarzała sobie, że wszystko będzie dobrze.
Stwierdziła, że to już chyba taki nawyk.
Wstała o godzinie 7.30 w ten piękny, czwartkowy poranek i spojrzała w okno na pozbawiony życia ogród tuż za domem. Kolorowe drzewa zrzucały jesienne liście, czyniąc z trawnika piękny, pastelowy dywan o ciepłych, przyjaznych barwach. Huśtawka gdzieś tam w oddali dyndała raz do przodu, raz do tyłu, leniwie poddając się wiatrowi. Jej uporczywe skrzypienie przypominało, że od lat nie była używana. Przez wijącą się wokół żółtych i czerwonych klonów poranną mgłę przedzierały się promienie słońca. Podeszła do kalendarza ściennego i zmieniła datę na 31 października. Przy dacie widniała informacja, że dzisiaj jej córka obchodzi siedemnaste urodziny. Spojrzała na kalendarz obojętnie, następnie podeszła do czajnika bezprzewodowego i zalała go wodą. Podłączyła do kontaktu, w międzyczasie wsypała trzy czubate łyżeczki kawy do swojego kubka z napisem „ciesz się każdą chwilą”, który codziennie miał przypominać jej o tym, że zawsze ma być optymistycznie nastawiona do świata bez względu na okoliczności. Kiedyś, jak była jeszcze młoda i zbuntowana, takie motto na nią działało. Kiedy ma się już więcej niż osiemnaście lat, o wiele więcej, ma się świadomość, że czasem nie wypada cieszyć się z byle czego w obliczu tragedii.
Ona o tym doskonale wiedziała.
Wstawiła mleko na kuchence gazowej. Sięgnęła po płatki cynamonowe, wsypała do zielonej miseczki – ulubionego zestawu śniadaniowego jej córki i poczekała, aż mleko się zagotuje. Zawsze robiła to o tej porze, kiedy szykowała ją do szkoły, kiedy jeszcze miała ją u boku, przy sobie. Przez moment, po raz kolejny zastanowiła się, dlaczego właściwie nie miałaby robić tego teraz? Kiedy od przeszło dziesięciu lat mieszka sama w tym pierdolonym, pięknym, drewnianym domku marzeń – gniazdku, które miało przynieść szczęście i radość, a przyniosło samotność, rozpacz, ból i cierpienie.
Gdy mleko się zagotowało, wlała je do miski.
Zapach cynamonu zaczął snuć batalię z zapachem gorącego mleka. Razem tworzyli niepowtarzalny aromat, idealną kompozycję, która miała zachęcać do konsumpcji.
Dziś, podobnie jak od dziesięciu z resztą lat, przy porcji płatków śniadaniowych siedziała sama. Wpatrywała się w okno, zastanawiając się, dlaczego właściwie zasłużyła sobie na takie cierpienie. Od wielu lat stara się o tym nie myśleć, ale wspomnienia robią swoje. Od wczoraj przygniotły ją ze zdwojoną mocą, kiedy sprzątając półki z książkami w salonie, znalazła kopertę. Wyleciała z jednej z tych tanich, kiepskich romansideł, którymi się zaczytywała lata temu. Dziś nie robiły już na niej żadnego wrażenia. Doskonale zdawała sobie sprawę, co kryło się w środku, ale bała się ją otworzyć. Zwlekała z decyzją aż do teraz. Koperta leżała przed miską płatków i wciąż kusiła swoją zawartością. Zalała kawę wrzątkiem i znów wróciła do stołu. Przyglądała się kopercie i przez moment wahała się, czy w ogóle ją otworzyć. Powoli jednak wzięła ją do ręki, otworzyła i wyjęła trzy zdjęcia. Serce szalenie łomotało w klatce piersiowej, w oczach napłynęły łzy.
Wiedziała, że tak będzie.
Nie mogła jednak się powstrzymać.
Na pierwszej fotografii ujrzała postać rumianej dziewczynki z warkoczykami koloru słomiany blond. Trzymała w rączkach małego pieska, który lizał ją w policzek. Doskonale pamięta dzień, w którym robiła to zdjęcie. Kasia obchodziła wówczas swoje czwarte urodziny i wtedy oboje z Markiem postanowili po raz pierwszy podarować małej zwierzątko. Decyzja padła na jamnika szorstkowłosego, którego dziewczynka podpatrzyła u sąsiadów i za wszelką cenę chciała dostać takiego samego.
Stwierdziła, że to był okres w ich życiu, który śmiało mogłaby uznać za udany. Ona pracowała wówczas jako dziennikarka w znanym magazynie mody, on jako przedstawiciel w prężnie rozwijającej się firmie budowlanej. I choć przyjście na świat Kasi stanowiło koniec jej kariery zawodowej, z wielką euforią przyjęła do świadomości, że w końcu zostanie szczęśliwą matką. Później przeprowadzili się tu – do spokojnej małej wioski, do tego pięknego, drewnianego domku marzeń z reprezentatywnym salonem i kominkiem. O byt materialny się nie martwiła – kiedy Kasia przyszła na świat, los przygotował dla nich kolejną niespodziankę – Marek został kierownikiem firmy, co oznaczało zdecydowanie większe zarobki.
Byli udanym małżeństwem. Takim, które przetrwa najtrudniejsze chwile życia.
Tak przynajmniej wtedy jej się wydawało.
Od urodzenia Kasi, los sypał szczęściem i obfitością jeszcze przez siedem lat.
Ale wkrótce karta miała się odwrócić.
Drugie zdjęcie przedstawiało szkolny portret dziewczynki. Na kolorowym tle widniała okrągła, uśmiechnięta twarzyczka z dwoma kucykami przyozdobionymi czerwoną kokardą. To właśnie zdjęcie trafiło na pierwsze strony gazet 15 września 2003 roku z nagłówkiem obwieszczającym całemu światu, że siedmioletnia Kasia Małecka została porwana przez psychopatę tuż przed szkolną bramą w piękny, poniedziałkowy poranek.
Od tego momentu wszystko się zawaliło.
*
Stał przy wejściu do pokoju i bacznie się jej przyglądał. Wydawało mu się, że tym razem będzie inaczej, że akurat ta nie jest naznaczona grzechem.
Że będzie inna niż pozostałe.
Zawiódł się, kiedy ujrzał pomieszczenie całe we krwi i przerażoną minę dziewczyny.
Czytał gdzieś o tym, że krwawienie pojawia się pomiędzy dziesiątym a czternastym rokiem życia.
Ponoć zdarzają się przypadki, że krwawienie może się opóźnić.
Ona miała siedemnaście lat, kiedy zaczęła krwawić. Więził ją dziesięć lat i czekał aż odsłoni swój grzech.
To zbyt długo.
Pomieszczenie, w którym ją przechowywał, było ciemne, puste i brudne. Teraz dodatkowo poplamione krwią. Nienawidził tego. Jedyne promienie światła dostawały się przez szpary od drewnianych drzwi i mimo wszystko doskonale widział, że to jest świeża krew i skąd się wydobywa. Siedziała teraz skulona w kącie i spoglądała na niego pytającym wzrokiem. Piękne, puszyste niegdyś jasne włosy, od dawna przypominały posklejane dredy ubrudzone błotem i skrzepniętą krwią. Puszysta, okrągła niegdyś buzia przeobraziła się w smukłą, kościstą twarz z zapadniętymi policzkami. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Nigdy przecież nie próbowała się okaleczać i ranić. Skąd więc ta krew? Nie miała do tego prawa. Tylko on mógł ją ranić, kiedy go nie słuchała i sprzeciwiała się na każdym kroku.
To on mógł ją codziennie chłostać aż do krwi po plecach, głowie, rękach i nogach.
Tylko on mógł ją szczypać, gryźć, bić pięściami po brzuchu i wyrywać włosy, kiedy mu się spodobało.
Tylko on wiedział, kiedy ją nakarmić i napoić.
To on, jej Pan i Władca wiedział, kiedy ona może opuścić swój pokój i zjeść z nim kolację w salonie, czy spędzić jedną noc w jego sypialni. Razem z nim.
Ona nie mogła nic zrobić.
Wszystko to dla szczytnego celu – nie pozwolić, by przesiąkła brudem współczesnego świata. Groziło jej przecież tyle niebezpieczeństw. Mogła stać się jedną z nich. Prostytutką, narkomanką, złodziejką, psychopatką. Nie uratował przed tym swojej żony Marioli – była wszystkim tym po trochu.
Kanalią, która zniszczyła mu życie.
Nie może więc pozostać obojętny. Musi ratować inne.
Choćby od najmłodszych lat.
Doskonale pamięta dzień, w którym przy gronie znajomych, jego żona publicznie przyznała, że on nic dla niej nie znaczy, że tak naprawdę nie jest dla niej mężem, a głupim i naiwnym automatycznym kochankiem, który spełnia każde jej zachcianki i że trzyma go pod jednym dachem tylko dlatego, żeby zarabiał na nią pieniądze i ją utrzymywał. Że gdyby nie kasa, dawno by go zostawiła. Co za upokorzenie. Miał tylko zarabiać, oddawać jej pieniądze, pieprzyć ją kiedy złapie ją chcica i nie zwracać uwagi, że go poniża i przyprawia mu rogi, puszczając się w międzyczasie z innymi. Miał być jak maszyna do zaspokojenia jej wszelkich potrzeb.
Nie zapomni też nigdy w życiu chwili, kiedy jego konająca na łóżku matka, zanim rak śmiertelnie uszczypnął ją w płuca, powiedziała mu, że ma się przed takimi bronić, że ma wziąć sprawę w swoje ręce i nie dać się. Nie może pozwolić, by cierpiał on, czy ktokolwiek inny.
Zasiała w nim ziarenko goryczy. Nienawiści.
Mariola była pierwszą, którą zbawił poprzez śmierć.
Nie będziesz cierpiał ty, czy ktokolwiek inny. Musisz wziąć sprawę w swoje ręce. Zniszczyła ci reputację. Była kurwą, puszczała się na prawo i lewo, ciągnęła druta twojemu najlepszemu koledze, podczas gdy ty zapierdalałeś jak bury osioł, robiła to za pieniądze z każdym, biła cię, wyzywała. Musisz zacząć działać.  Wszystkie takie są. Nie pozwól, by inne zeszły na złą drogę, ratuj je. Ratuj innych. Wypowiadał słowa matki mechanicznym, szybkim tonem.
Spojrzał na dziewczynę, spojrzał jak krwawi.
Już czas.
Stwierdził, że wreszcie, po dziesięciu latach, przyszła chwila, by ją uwolnić.
Mama byłaby zadowolona. Pomyślał.
*
Doskonale pamięta dzień, w którym to się stało.
W każdym przypadku sprawa wygląda niemal identycznie.
Najpierw przeżywasz szok i niedowierzanie. To czas, w którym za wszelką cenę zaprzeczasz faktom. Łudzisz się, że to nie twoje dziecko padło ofiarą porwania, masz jeszcze nadzieję, że ono zaraz wróci do domu, a ty podbiegniesz do niego i tuż przy progu obejmiesz w swe zatroskane ramiona. Kiedy jednak wiadomość o tym, że właśnie uprowadzono twoje dziecko w końcu dotrze do świadomości, przychodzi czas na fazę drugą.
Twoje życie zaczyna przypominać ruinę. To, co kiedyś przychodziło ci z łatwością, teraz stanowi wielkie obciążenie. Najprostsze obowiązki stanowią dla ciebie problem. Stajesz się nieporadnym człowiekiem, swoistym śmieciem, któremu wszystko wylatuje z rąk i który nie nadaje się do niczego. Masa pytań bez odpowiedzi. Policja. Sąd. Dochodzenie. Poszukiwania. W trudnych, krytycznych chwilach, kiedy organy państwowe zawodzą – jasnowidz. Odrętwienie przemienia się wkrótce w bunt i złość. Zaczynasz winić najpierw siebie, potem najbliższą rodzinę za to, co się stało. Obwiniasz Boga, sąsiadów, nauczycieli, wszystkich. Zaczynasz zazdrościć innym, że są szczęśliwi, a tobie życie skopało właśnie dupę.
Potem przychodzi czas na załamanie psychiczne. Pojawia się depresja, próby samobójcze.
Jeżeli dostajesz wsparcie od najbliższych, możesz liczyć na to, że przyjdzie czas na fazę ostatnią – w końcu pogodzisz się z zaistniałą sytuacją i postarasz się żyć z tym dalej. Przez cały czas czekasz jednak na odpowiedź: co się stało z moim dzieckiem? Czy kiedyś wróci?
Jakoś nie mogła sobie przypomnieć, by doświadczyła tego ostatniego okresu na własnej skórze.
Poza tym, że codziennie zadaje sobie te pytania.
Trzeciej fotografii nie chciała już widzieć. Za dużo przykrych wspomnień. Za dużo wylanych łez. Nie miała już siły. I odwagi, by znów spojrzeć w oczy bezbronnego dziecka, które za wszelką cenę nie zasłużyło sobie na taki los. Tyle lat czekała na wieści, jakiekolwiek tropy, które mogłyby chociaż potwierdzić, że jej mała jednak żyje i ma się dobrze. Na nic zdały się poszukiwania, wynajmowanie prywatnych detektywów. Jasnowidz również nie pomógł. Mała po prostu wsiąkła. Przepadła dokładnie tak, jak Marek, który nie mógł znosić jej kaprysów, ciągłego użalania się nad sobą, depresyjnych dni i nocy. Najpierw wyjeżdżał za granicę – takie tam załatwienia, niedługo wrócę. Góra dwa, no może trzy dni. Tylko podpiszę kontrakt. Wrócę. Nie wiedziała, że tak naprawdę ją wtedy zdradzał. Dowiedziała się o tym przypadkowo. Kiedy potrzebowała jego wsparcia, dzwoniła. Tak się umawiali. Tego dnia jego telefon odebrała pijana, rozbawiona kobieta. Więcej dowodów nie potrzebowała. Została zupełnie sama. Ostatecznie los przygotował jej rozwód i życie w samotności.
Wszyscy się od niej odwrócili, mając ją za wariatkę. Stała się niepotrzebnym odpadem, którym pozostanie do samego końca tego piekła. 
*
Najpierw zaprowadził ją do łazienki. Zdjął białą niegdyś halkę nocną z jej drobniutkiego, poobijanego ciała, teraz poplamioną w jej własnej krwi i pozwolił, by wanna napełniła się gorącą wodą. Rzadko pozwalał jej się kąpać, głównie ze względu na ciało, które naznaczone było licznymi ranami i bliznami. Wiedział, że gorąca kąpiel może przysporzyć jej bólu.
Teraz nie miała wyjścia, musiała się umyć.
Bez względu na wszystko.
Dla niej było to zupełnie obojętne, przywykła do jeszcze gorszego cierpienia.
Kiedy weszła do wanny, on sięgnął po gąbkę i żel do kąpieli. Wmasowywał w jej ciało pianę ostrożnie jak tylko potrafił, pieszcząc i całując jej delikatne, subtelne ramiona. Odgarnął włosy, które zakrywały smutną twarz. Spojrzał na nią przez moment. Twarz dziewczyny, choć mocno wychudzona i zniszczona, nadal posiadała w sobie coś pięknego. Namoczył gąbkę i znów zaczął robić swoje.
Kiedy wzięła gorącą kąpiel, zaprowadził ją do salonu i usadził po jednej stronie stołu, on zajął miejsce po przeciwnej.
Siedzieli razem przy stole i jedli śniadanie. Postanowił, że tym razem przyrządzi jej coś wyjątkowego. Lasagne z kurczakiem i szpinakiem, z lampką czerwonego wina. Być może danie to nie nadawało się na poranne konsumpcje, jednak stwierdził, że jej ostatni posiłek powinien być przyzwoity. Dziewczyna wyraźnie zdziwiła się na taki zestaw i spojrzała na niego z niedowierzaniem. Zwykle dostawała suchą kromkę chleba i garnuszek wody na dzień. Albo w ogóle nic. Kiedy już urządza jej takie coś, musi być do tego jakaś stosowna okazja.
O ile dobrze pamięta, takich okazji nie było zbyt wiele.
Kiedy pozwolił jej jeść, niemal rzuciła się na pożywienie. Obserwował ją przez dłuższą chwilę i stwierdził, że stanowczo przesadził z głodzeniem dziewczyny. Jadła szybko i nerwowo, jakby ktoś miał za moment zabrać jej wszystko spod nosa i wyrzucić do kosza.
Stwierdził, że nadeszła wreszcie chwila, by jej to powiedzieć.
- dzisiaj będziesz wolna – w pierwszym momencie dziewczyna nie zorientowała się o co chodzi. Była za bardzo zaabsorbowana jedzeniem. Trzasnął pięścią o stół, aż z ręki wyleciał jej widelec.
- do ciebie mówię, zdziro. Dzisiaj zostaniesz uwolniona.
Oczy dziewczyny rozszerzyły się. Zaczęła się trząść. Gapiła się na niego i nie wiedziała, co powiedzieć. Od kiedy kilkanaście lat temu po raz pierwszy zetknęła się z nim przed szkołą i postanowiła skusić się na małe wagary do wesołego miasteczka, nigdy nie przeszło jej nawet przez myśl, że kiedyś w końcu puści ją na wolność. Kilka lat temu, kiedy jeszcze się buntowała, próbowała uciec. Kiedy przyszedł z pracy ostro wstawiony, zapomniał zamknąć jej pokoju na kłódkę. Pomyślała wtedy, że to doskonała chwila na ucieczkę. Kiedy powłóczył nogami do sypialni i zamknął za sobą drzwi, postanowiła wyjść powoli ze swojej nory i udać się do drzwi wyjściowych. Wtedy on wyłonił się z sypialni, zaczaił się za nią i postrzelił w prawą łydkę. Kulę postrzałową wyjmował jej żywcem, rozgrzanym prętem. Później przywiązał ją do drewnianego filaru i zakneblował jej twarz. Siedziała tak przez tydzień w swoim brudnym, ciemnym pokoju.
Więcej nie próbowała uciekać.
A teraz to. Chce puścić ją na wolność. Tak zwyczajnie, po prostu.
Musi być w tym coś podejrzanego.
- Panie, chcesz puścić mnie na wolność? Przecież zawsze tłumaczyłeś mi, że świat na zewnątrz jest zły i że tylko tu będę czuła się najbezpieczniej. Dokąd pójdę, skoro moją  jedyną rodziną jesteś ty…
- Już postanowione. Nie ma dyskusji. Znudziłaś mi się. To już definitywny koniec.
Jego słowa wydawały się puste i bez jakiegokolwiek wyrazu skruchy.
Nie rozumiała o co mu chodzi. Rozpłakała się. Każda tak robiła. Wiele lat tresował ją tylko po to, by scenariusz nigdy się nie zmieniał. Wszystkie bały się wolności. Nauczyły się, jak żyć z tyranem. Ich Panem i Władcą. Kochankiem, który jak maszyna będzie zaspakajał tym razem nie ich zachcianki, tylko swoje.
Uzależnienie, pomyślał.
Od niego.
Zawsze podniecały go takie dramaturgiczne sceny. Wstał i uderzył ją w twarz. Dziewczyna osunęła się na ziemię, a kiedy próbowała doczołgać się do kąta, kopnął ją jeszcze kilka razy w twarz, a później w brzuch. Skuliła się w kącie, a on podszedł do niej i mocno chwycił za włosy, przewracając na bok. Dziewczyna wydobyła z siebie zduszony odgłos i zaczęła prosić, by przestał. On jednak zaczął szybko zdzierać z niej bieliznę i po chwili czuła już, jak fala znajomego bólu rozrywa jej podbrzusze. Początkowo pchnięcia były delikatne, powolne. Z upływem każdej chwili stawały się jednak coraz bardziej gwałtowne.
Nienawidziła, kiedy budziły się w nim zwierzęce instynkty w czasie, gdy ją gwałcił.
To było upokarzające.
I bolesne.
Kiedy z nią skończył, podciągnął spodnie i zasunął rozporek, następnie podszedł do kredensu i wyjął spluwę oraz nóż. Dziewczyna leżała półprzytomna na podłodze w kałuży własnej krwi i wymiocin. Kiedy naładował broń, podszedł do niej i kopnął ją w lewe kolano.
- Wstań.
Nie zareagowała.
- Wstań, bo ci nogi z dupy powyrywam.
Ocknęła się, ale nie miała sił, by się podnieść.
Złapał ją za włosy i zaczął ciągnąć w kierunku wyjściowych drzwi. Dziewczyna obudziła się na dobre i resztkami sił zaczęła się bronić. Z czoła zaczęła siarczyć krew. Każdy ruch powodował jednak uciążliwy ból, zwłaszcza w okolicach głowy. Mężczyzna mocno szarpał ją za włosy i zaciągnął do drewnianej szopy. Kiedy byli już na miejscu, dziękowała Bogu, że to już koniec. Mężczyzna zapalił światło i jej oczom ukazały się ogromne, drewniane półki umiejscowione na wszystkich ścianach pomieszczenia. Początkowo nie mogła dojrzeć, co na nich leży. Kiedy na jego polecenie stanęła na równe nogi, chwiejąc się to na lewo, to na prawo, dojrzała ustawione na nich czaszki. Jedne z nich były malutkie, jakby należały do kilkuletnich dzieci. Była tego pewna. Inne były większe, prawdopodobnie należały do kogoś starszego. Wszystkie patrzyły na nią pustymi oczodołami, jakby chciały opowiedzieć swoją odrębną historię, a nie mogły. Każda pewnie byłaby inna, jednak zakończenie w każdym przypadku było takie samo. Była to bezsensowna śmierć, naznaczona cierpieniem i upokorzeniem.
Zanim zdążyła wydobyć z siebie okrzyk przerażenia, poczuła, jak tuż pod jej łopatką wbija się zimny, metalowy przedmiot. Wygięła się do tyłu i poczuła, jak ból zalewa i tak już obolałe ciało. Powieki powoli opadały, a ona pozwoliła ciału osunąć się bezwiednie na ziemię.
Wyjęcie noża z jej ciała sprawiało mu problemy, więc ścisnął rękojeść mocniej i spróbował jeszcze raz. Kiedy się udało, pozwolił sobie na jeszcze kilka dźgnięć w plecy oraz w brzuch. Jej ciało wiło się i skręcało z bólu.
Przez pięć minut dziewczyna nie okazywała oznak życia. Przychylił się do niej i szepnął, że wreszcie została uwolniona. Nie będzie już zdzirą, złodziejką, ani psychopatką. Już miał wychodzić z szopy, kiedy się ocknęła i resztkami sił próbowała coś powiedzieć. Prosiła, by jej pomógł. Przepraszała sama nie wiedząc za co. Sięgnął po spluwę, odwrócił się do niej i wycelował w głowę. Zobaczył, jak powoli podnosi roztrzęsione ręce w jego kierunku. Błagała o pomoc, ledwo wydobywając z siebie słowa. Prosiła. Była to najbardziej obsceniczna scena przepełniona próbą uratowania swojego i tak już zmarnowanego żywota, jaką kiedykolwiek widział na oczy.
Wystrzelił.
Ręce bezwiednie opadły na ziemię.
Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę domu. Musi jeszcze wziąć kąpiel i wybrać jakiś elegancki strój. Dziś wieczorem ma romantyczne spotkanie.
Tym razem zapoluje na starszą.
Następnym zbawionym istnieniem, z którego uszło właśnie życie, zajmie się później. Teraz stanowi trofeum, które musi zostać poddane kolejnym czynnościom. Swoistemu aktowi, który traktował niemal jak jakiś święty rytuał. Najpierw odetnie głowę. Później wsadzi na chwilę do wielkiego parnika z wrzącą wodą, by po namoczeniu skóra łatwiej odchodziła od kości. Następnie wyjmie i wypatroszy z wnętrzności, a czaszkę postawi na półce. Dołączy do pozostałych ofiar ze swoją własną historią, o której zapewne nikt nigdy się nie dowie. Będzie spoglądać swoimi pustymi oczodołami na kolejne ofiary przewijające się przez jego ręce.
Mama na pewno byłaby zadowolona. Pomyślał.
*
Z uprowadzeniem jest dokładnie tak, jak ze śmiercią bliskiej ci osoby. Kogoś tracisz. Różnica polega jedynie na tym, że w przypadku śmierci masz stu procentową pewność, że ten ktoś nigdy już do ciebie nie wróci. Po uprowadzeniu dziecka masz jeszcze nadzieję, że kiedyś zapuka do Twoich drzwi policja z dobrą nowiną.
Na to cały czas czekała.
Odeszła od stołu i podreptała do salonu. Wyjrzała przez okno i zobaczyła, jak dzieci z naprzeciwka właśnie wychodzą z plecakami do szkoły. Mała, piegata dziewczynka w czerwonej kurteczce i chłopiec, w czarnym skafanderku. Jakaś młoda kobieta uchyliła drzwi i coś do nich mówiła. Jedno z dzieci radośnie podbiegło do niej i wzięło jakiś tobołek – pomyślała, że to na pewno kanapki – następnie pocałowało kobietę w policzek i podreptało wzdłuż chodnika. Przez chwilę zastanawiała się, jak wyglądałaby jej córka teraz. Ostatnio widziała ją w wieku siedmiu lat. Teraz jej córka miałaby siedemnaście. Pewnie byłaby już atrakcyjną, młodą nastolatką z marzeniami i masą pytań, na które znalazłaby pewnie odpowiedź u swojej matki. Los chciał jednak inaczej i jej córki tu nie ma. Nawet nie ma pewności, czy żyje. Usiadła w fotelu i w końcu dała upust zduszonym w głębi psychiki emocjom. Po raz kolejny odkąd doszło do porwania jej jedynej córki, zapłakała nad sobą i losem, który zgotował piekło zarówno jej, jak i dziecku, z którym wiązała wielkie nadzieje.
Mimo wszystko wiedziała jedno.
Zawsze będzie ją kochać.
Gdziekolwiek teraz jest, cokolwiek teraz robi, będzie darzyć ją wielką, matczyną miłością.
Uspokój się, wszystko będzie dobrze.
Skarciła siebie za to, że znów rozdrapuje stare rany.
Schowała zdjęcia do koperty i włożyła do szuflady. Przyrzekła sobie, że już więcej nie weźmie ich do rąk. Dopóki ona się nie odnajdzie.
Następnie udała się do kuchni, by dokończyć śniadanie, które lata temu przygotowywała i konsumowała wspólnie z córką, zanim ta udała się do szkoły.
Później pojedzie do miasta. Ma plan, który rodził się w jej umyśle od dawna. Zdecydowała, że nie może siedzieć w domu bezczynnie. Dziś jest święto Halloween i w niektórych dzielnicach dzieciaki będą chodzić od drzwi do drzwi i prosić o słodkości.
Cukierek albo psikus.
Zaczai się gdzieś i poczeka, aż po zmroku wyjdą ze swoich domów. Zachęci kilka, by wsiadły do jej samochodu. Może pojadą nawet do wesołego miasteczka. Dziś wieczorem są darmowe wejścia. Później zawiezie je w bezpieczniejsze miejsce i odizoluje od świata przepełnionego wokół złem.
Nie pozwoli, by spotkał je taki sam los, jaki spotkał jej córkę.
Coś w jej środku zakorzeniło się i dręczy umysł.
Podpowiada, że musi je chronić.
***
Słowo od autora.
Zanim napisałem to opowiadanie, najpierw zainspirowało mnie kilka rzeczy. Po pierwsze współczesne realia. Wszędzie przemoc, gwałty, dzieciobójstwo, pedofilia. Wystarczy włączyć telewizor i posłuchać wiadomości, by się przekonać, że świat powoli przekręca się do góry dupą... Osobiście zainspirował mnie pewien artykuł, którego tytułu już nie pamiętam. Dotyczył najbardziej kontrowersyjnych uprowadzeń. Stąd też tematyka opowiadania. Porwanie - zwłaszcza małych dzieci - stanowi ogromny cios w plecy dla zdesperowanych rodziców, którzy pozostają z masą pytań bez odpowiedzi. Czekają na powrót swojej pociechy, choć sami nie wiedzą, czy ich dziecko jeszcze żyje. I to według mnie jest największy horror. Nadzieja. Czekanie. Bezczynność. Desperacja. Opowiadanie to zostało zainspirowane również znakomitym zbiorem opowiadań Jacka Ketchuma, pt. Królestwo spokoju - autora, którego twórczość chyba najbardziej sobie cenię. W pewnym stopniu kolejnym motorem napędowym do stworzenia tego opowiadania była również osoba Tomasza Czarnego, a konkretnie - Trylogia Gniewu. Opowiadania zawarte w tym niewielkim zbiorku naprawdę przypadły mi do gustu. Poza tym podoba mi się również styl tego pisarza. I po trzecie - utwór Violence pochodzący z albumu A Natural Disaster znanej, angielskiej kapeli Anathema. Kawałek ten towarzyszył mi przez cały czas podczas tworzenia tego opowiadania i myślę, że jego atmosfera odzwierciedla w pewien sposób klimat tego utworu. Początkowo jest refleksyjnie, nieco melancholijnie, delikatne dźwięki klawiszy przechodzą po chwili do typowo metalowych, ciężkich brzmień. Pod koniec znów jest spokojnie i depresyjnie. Podobnie jest z opowiadaniem - na początku jest miejsce na refleksję, później zaczyna się przemoc i rzeź, by na koniec znów zostawić czytelnika sam na sam z refleksjami zdesperowanej matki, która nie może pogodzić się z losem, jaki ją spotkał. Tytuł opowiadania też nie wziął się od tak sobie - zainspirowałem się też w pewien sposób utworem Automatic Lover norweskiej kapeli Theatre Of Tragedy i stąd też ten tytuł.
Pod żadnym pozorem opowiadanie to nie miało na celu propagowania bezsensownej przemocy i agresji. Jestem daleki od tego typu rzeczy i uważam, że w ciężkich przypadkach psychopatii jedynym zadośćuczynieniem za wyrządzone zło jest śmierć oprawcy. Opowiadanie miało pokazać, że wielu ludzi cierpi z powodu utraty kogoś bliskiego, a czasem, w krytycznych sytuacjach, kiedy brakuje wsparcia - również i oni w akcie desperacji mogą chwycić za dokładnie takie same metody zbrodni i w odwecie czynić to samo. To coś, jak zamknięty krąg bez wyjścia. Iskra zapalna raz powoduje wybuch, który znów gdzieś tam się wznieci i spowoduje kolejny zapłon. I w kółko to samo. W Halloween boimy się potworów różnych maści. Czarownic, wampirów, wilkołaków, zombie. Pamiętajmy jednak, że ponoć każdy z nas nosi w sobie jakiegoś potwora. I lepiej, żeby on sobie spokojnie tam siedział i się nie budził...
31 października 2013 roku. Godzina 17.00
Autor: Konrad

3 komentarze:

  1. Scena śniadanka w domu psychopaty jakby znajoma, tak z ciekawości, przypadek?

    OdpowiedzUsuń
  2. No faktycznie, scenka jakby ze śniadanka Morgana ze swoim ojcem :-). Ale to przypadek. Pisałem to jeszcze zanim przeczytałem pierwszy rozdział KŚ, więc spoko. W innym razie wymieniłbym twoją "Królową..." jako źródło inspiracji ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czyli znowu wyszło na to, że wielkie umysły działają podobnie ;)

    OdpowiedzUsuń