sobota, 15 marca 2014

"Wiem, jakie błędy do tej pory popełniłem i wiem, jak je poprawić." -wywiad z Łukaszem Stasiorowskim

Łukasz Stasiorowski - urodzony 12 sierpnia 1989 roku w Toruniu. Oczarowany magią kina od najwcześniejszych lat dziecięcych, miłośnik horroru, głównie kina grozy klasy B z lat dawno minionych. Wierny fan filmów Wesa Cravena, Sama Raimiego i Stevena Spielberga. Uwielbia grozę literacką, zwłaszcza autorstwa Stephena Kinga. Zadebiutował amatorskim komediohorrorem LEGENDA, w którym pełnił m.in. role reżysera, scenarzysty, producenta, aktora oraz montażysty. 
W wywiadzie przeprowadzonym za pośrednictwem poczty elektronicznej Łukasz specjalnie dla TDZP opowiada m.in. o swoim nowym projekcie, czyli remake'u Legendy, przeszkodach, które ostatecznie uniemożliwiły zrealizowanie horroru Wrota Piekieł oraz dzieli się opinią na temat kondycji filmowego i literackiego horroru.
Zapraszam serdecznie do lektury :-)
The Dark Zone Project (TDZP): Na początku chciałbym pogratulować Tobie Łukaszu i reszcie ekipy za to, że udało Wam się zrealizować - pomimo wielu przeszkód - Wasze wspólne marzenie; dzięki motywacji oraz samozaparciu w dążeniu do celu wspólnymi siłami stworzyliście pierwszy niezależny film grozy, czyli Legendę. W czasie realizacji zmagaliście się jednak z wieloma problemami. Opowiedz o tym, co stanęło na przeszkodzie, że ostatecznie stworzyliście film który nie do końca spełnił Wasze oczekiwania?
Łukasz Stasiorowski (Ł.S.): Dzięki, dzięki. Szczerze mówiąc, sporo osób gratuluje mi i ekipie, która stworzyła "Legendę", a ja widząc braki tej produkcji zawsze zastanawiam się, czego mi gratulują. Ale może to ja, jako reżyser tego filmu jestem wobec niego zbyt krytyczny.Wracając jednak do pytania - wiesz, byliśmy grupką amatorów, którzy naoglądali się filmów i zapragnęli nakręcić własny. Nie mieliśmy doświadczenia, pieniędzy, profesjonalistów, w pewnym momencie nawet sprzętu. Mieliśmy jedynie dużo chęci i nas samych. Można powiedzieć, że sami prosiliśmy się o kłopoty. Braki w obsadzie, nieustanne duble niektórych ujęć, opory niektórych przed występem przed kamerą, problemy z lokacjami, kostiumami, czy efektami. Słomiany zapał paru osób, które potrafiły wycofać się z filmu dzień przed zdjęciami. Dodajmy do tego fakt, że główna bohaterka musiała jechać do szpitala na skomplikowany zabieg i okazuje się, że udało się zrealizować ok 45-50% scenariusza, które trzeba było w miarę sensownie zmontować, aby mało wiele stanowiło logiczną całość. Jak mówiłem - popełniliśmy wszystkie możliwe błędy, głównie przez własną niewiedzę, brak doświadczenia.
TDZP: To prawda, być może nie jest to jakaś super produkcja, ale mimo wszystko gratulacje należą Wam się choćby za to, że nie schowaliście głowy w piasek, tylko dzięki determinacji i upartemu dążeniu do celu, spróbowaliście swoimi siłami stworzyć coś swojego. Ja mocno trzymam kciuki za takich ludzi, bo wydaje mi się, że w takich właśnie osobach tkwi potencjał. Jest pomysł, to próbują go wykorzystać, nie bacząc na bariery. Dzięki temu zdobywają chociaż jakieś doświadczenie, z którego mogą wyciągnąć później odpowiednie wnioski. Uczą się na błędach. Oczywiście początki zawsze bywają trudne zwłaszcza, jeżeli trzeba zmierzyć się z takim ogromem przeszkód, o których wspominasz. Oglądając Legendę na kanale youtube odniosłem jednak wrażenie, że musieliście się nieźle bawić kręcąc swój pierwszy, amatorski film grozy. Wspominasz jakieś pozytywne strony realizacji tego filmu?
Ł.S: To była przede wszystkim fantastyczna przygoda! :) Wiesz, początek marca, jeszcze nie najcieplej na zewnątrz, a tu w niespełna 20-tysięcznym miasteczku grupka wariatów lata po okolicy z kamerą. Ogólnie, w fajnym celu zebrała sie grupka fajnych ludzi, którzy chcieli przede wszystkim dobrze się bawić i pod tym względem praca nad "Legendą" to prawdziwe mistrzostwo świata. Ludzie różnie na nas reagowali, na początku może z lekkim zamiarem puknięcia się w czoło, jak wtedy, gdy Paweł Krupiński odgrywał bezdomnego (na potrzeby krótkometrażowej kontynuacji "Legendy" - "Radosław Kawczyński: Upadek legendy", do obejrzenia na YT) i grzebał w kontenerze na śmieci, do którego z resztą wpadł. Generalnie jednak, zarówno podczas prac nad filmem, jak i już po premierze ludzie zareagowali pozytywnie na to, co zrobiliśmy, docenili naszą pasję i upór.
TDZP: No taka przygoda to rozumiem! :) Już sobie wyobrażam, jak zareagowaliby mieszkańcy mojej miejscowości, gdybym zrobił wyskok na miasto z grupką znajomych i z kamerą pod pachą :):) Pewnie uciekaliby gdzie pieprz rośnie, bo myśleliby, że to kolejna grupka zwariowanych dziennikarzy gotowych dręczyć przypadkowych ludzi zestawem podchwytliwych pytań:) Byłby niezły ubaw. W takim razie rozumiem, że w skład ekipy Legendy wchodzili głównie znajomi. Czy może organizowaliście jakieś specjalne castingi w poszukiwaniu osób o interesujących Was cechach?
Ł.S: Z racji tego, że nie mieliśmy kasy ani doświadczenia, woleliśmy postawić na skompletowanie obsady i ekipy z rodziny i znajomych, czyli ludzi, którym mogliśmy zaufać i na których mogliśmy polegać. Miało to swoje zalety, miało swoje wady. Wiadomo przecież, że nie krzykniesz na teścia/żonę/kumpla/koleżankę, gdy pomyli tekst, bo przecież nie jesteś ich szefem, tylko jednym z nich.
TDZP: Przyznam, że tytuł filmu – Legenda – od razu skojarzył mi się z tzw. Urban Legends, których jestem wielkim fanem. I faktycznie fabuła filmu skupia się na pewnej miejscowej opowieści o duchu zabójcy, z którym przyszło zmierzyć się bohaterom filmu. Wiem, że nie jest to historia zaczerpnięta z chełmińskich legend, tylko czysta fikcja fabularna. Skąd więc zaczerpnąłeś pomysł na historię o Żniwiarzu?
Ł.S: Żniwiarz to najzwyczajniej w świecie zlepek cech osobowości i biografii wszystkich filmowych bad guy'ów, jacy pojawiali się w b-klasowych slasherach, jakie oglądałem za dzieciaka na pirackich vhs-ach. Poza tym, czy jest większa frajda, niż wykreowanie własnej miejskiej legendy? Tworząc scenariusz do oryginalnej "Legendy" napisałem nawet prolog, wyjaśniający tak jakby genezę postaci Żniwiarza, jednak ze względu na ograniczenia obsadowe, sceny te nie zostały zrealizowane. A szkoda.
TDZP: Faktycznie Legenda ma w sobie zadatki typowego slashera, choć muszę przyznać, że sam pomysł na stworzenie opowieści o Żniwiarzu wydaje mi się bardzo interesujący. Dlatego cieszę się, że postanowiliście wykorzystać go jeszcze raz w remake’u, do którego właśnie się przygotowujecie. Chcecie stworzyć film od nowa – tym razem pozbawiony wszelkich niedociągnięć, a na dodatek w efekcie 3D. Nie jestem zbytnio obeznany w temacie kina niezależnego, ale to chyba będzie pierwszy taki film w trójwymiarze, prawda?
Ł.S: Jeśli chodzi o polskie kino niezależne - jak najbardziej, będzie to film pionierski. W skali światowej ewenementem już nie będzie, bo niezależne horrory w 3D są już obecne od lat w Stanach (flagowym przykładem pierwszy "Camp Blood" Brada Sykesa), Wielkiej Brytanii czy ostatnio nawet na Słowacji, że o krajach azjatyckich nie wspomnę.
TDZP: Pierwszy etap castingów do remake’u Legendy ruszył pełną parą. Jakich konkretnie osób poszukujecie do odegrania głównych ról? Dużo chętnych zgłosiło się do tej pory?
Ł.S: Zainteresowanie jest spore, nie da się tego ukryć, znacznie większe, niż w przypadku oryginalnego filmu. Z tego powodu, przedłużyliśmy nieznacznie termin przyjmowania zgłoszeń do 14 marca. Jeśli chodzi o to, jakich osób poszukujemy - różnych. Szukamy odtwórców, którzy swoją aparycją odzwierciedlać będą nasze wyobrażenia odnośnie konkretnych postaci. Wrażliwa nastolatka, pyskata małolata, perfidna manipulantka, zakochany w sobie przystojniak, czy stojący w cieniu skryty chłopak - ważne, by potencjalny odtwórca nie tylko grą, ale i fizycznością był wiarygodny, by opowiadał historię całą swoją osobą na tyle wiarygodnie, by widz na seansie mógł sobie powiedzieć: "ok, kupuję to".
TDZP: W takim razie spodziewamy się zmian w obsadzie aktorskiej. A czy planujesz jeszcze jakieś inne „przemeblowania” w filmie? Np. w scenariuszu, ścieżce dźwiękowej? Z tego, co mi wiadomo Wasz projekt wesprze kompozytor Kristian Sensini. Pokusiłem się o przesłuchanie przykładowego soundtrack’u w jego wykonaniu i przyznam, że muzyka Sensini’ego mrozi krew w żyłach! :-)
Ł.S: W scenariuszu zajdzie cała masa zmian - niektóre postaci z oryginału nie pojawią się w ogóle, inne tylko na moment lub w całkowicie innym charakterze. Nieco uwspółcześnimy również samego Żniwiarza, jego genezę. Postaramy się razem z ekipą, aby fabuła remake'u w pełni wykorzystała potencjał tej postaci. Co do Kristiana - fajna sprawa, sam się zgłosił, bo jest cały czas "głodny wyzwań", szuka ciekawych projektów i co najważniejsze, jest cholernie ambitnym, a przy tym ujmująco prostym, szczerym i skromnym człowiekiem. Ma już niezły dorobek artystyczny, uczył się od mistrzów muzyki gatunkowej, ale rozmawiając z nim, nie czujesz, by patrzył na Ciebie z góry. To naprawdę niesamowity, pełen twórczej radości i energii człowiek, który dodatkowo naprawdę czuje klimat, w jakim ma się poruszać.
TDZP: Wasz projekt można wspierać finansowo na portalu Polakpotrafi.pl. Co sądzisz o tzw. crowdfundingu, czyli finansowaniu społecznościowym? Czy Twoim zdaniem taka forma wspierania kreatywnych, młodych filmowców ma w ogóle jakiekolwiek szanse bytu na naszym rodzimym podwórku?
Ł.S: Czy ma to szansę bytu na polskim podwórku? Nie wiem, przekonamy się. Oby tak ;) Generalnie, uważam crowdfunding za niesamowicie pozytywną sprawę - to bezpośrednia forma relacji między twórcą, a widzami, którzy w zasadzie finansując projekt, kupują - czy to plakat, czy płytkę z filmem. Obie strony wiedzą, na co się decydują, są wobec siebie wzajemnie szczere, same zasady finansowania projektów na portalach crowdfundingowych są przejrzyste. Według mnie, crowdfunding to przyszłość kina niezależnego - nie zagrozi dużym filmom z wielkich wytwórni, bo to nie ta półka finansowa, ale dla młodych, ambitnych twórców, którzy potrzebują przysłowiowych paru groszy, to rozwiązanie jak znalazł. Szkoda, że w naszym kraju nie jest to zjawisko tak powszechne, jak na Zachodzie, ale - miejmy nadzieję - zmieni się to z czasem.
TDZP: Zgadzam się z Tobą – crowdfunding to zdecydowanie idealny kierunek w stronę rozwoju młodych, kreatywnych ludzi z pomysłem na ciekawy projekt. We współczesnych realiach taka właśnie pomoc wydaje się jedną z najważniejszych. Bez wsparcia „z zewnątrz” nie jest praktycznie możliwe zrealizowanie czegokolwiek zgodnie z zamierzonymi celami. Niedawno sporo słychać było o Twoim kolejnym filmie - Wrota Piekieł. Z zaciekawieniem przyglądałem się rozwojowi wydarzeń i mocno dopingowałem tej produkcji. Film miał nawiązywać do słynnego dzieła Sama Raimiego – Martwe Zło. Prace nad filmem jednak ustały. Czy powodem zawieszenia prac nad filmem również były problemy z domknięciem budżetu?
Ł.S: Również, choć nie tylko. To naprawdę długa historia, o tym, jak młody amator dostał szansę zrobienia dużego filmu, ale - głównie z własnej winy, choć nie tylko - wszystko koncertowo spieprzył. Chcesz posłuchać?
TDZP: Jeżeli nie masz nic przeciwko, pewnie.
Ł.S: A więc zacznijmy od początku. Zaczęło się zaraz po premierze "Legendy" - byliśmy pełni optymizmu, bo mimo wielu przeszkód, w końcu udało nam się zrealizować nasze największe marzenie i nakręcić film.  Oczywiście, skład naszej grupy w międzyczasie uległ zmianie, w trakcie prac nad "Legendą" nawiązało się kilka ciekawych znajomości, kilka z kolei się rozpadło i Bad Wolf Pictures w swoim oryginalnym kształcie przestało istnieć. Tymczasem, czas mijał i trzeba było podjąć decyzję - albo "Legenda" pozostanie moim i grupy jedynym filmowym osiągnięciem, albo ciągniemy ten wózek dalej. Decyzja więc zapadła i zaczął się development dwóch projektów - wampirycznego komediohorroru i "Wrót piekieł". Film o wampirach szybko przepadł, bo jakoś nie wzbudzał we mnie entuzjazmu - a że byłem jedynym scenarzystą w grupie, to projekt został skasowany i zaczęły się prace nad "Wrotami piekieł". Z początku miał to być mały, skromny film offowy, amatorski, choć pozbawiony wad "Legendy". Potem jednak pojawiła się oferta współpracy ze strony Celebration Productions. Zaoferowali współpracę przy produkcji, promocji i tak dalej, więc pomyśleliśmy: "czemu nie?". W końcu mieli już na koncie rozpoczętą produkcję dramatu "Primadonna" z Iloną Felicjańską, co na nas, amatorach, robiło spore wrażenie. Wkrótce potem filmem zainteresowała się modelka Kaja Sokola i zrobiło się światowo. Był scenariusz, ekipa, obsada, gdy zaczęły się problemy. A to grypa, a to konflikt terminów, a to wycofanie się ze współpracy włodarzy Chełmna czy sponsora filmu, Gold Dubai. Do tego koproducent złożył kilka obietnic, z których się nie wywiązał. Ba, nie złożył nawet podpisu na umowie koproducenckiej. W efekcie, film trafił na jakiś czas do szuflady, jednak cały czas z nadzieją na doprowadzenie prac nad nim do końca. Potem były kolejne podejścia i kolejne wersje scenariusza - problemem najczęściej były pieniądze, bo sam tekst aktorom i ekipie się podobał. Pozytywnie wypowiadali się o nim m.in. Piotr Zelt, Maria Niklińska, Ewelina Serafin, Aleksandra Hamkało. Niestety, mimo zainteresowania dość rozpoznawalnych postaci, konkretów wciąż nie było i film wciąż stał w miejscu, choć niby jakieś skromne postępy były. I wtedy ni stąd, ni z owąd, wpadł mi w ręce namiar na Patrycję Pająk - nie znałem jej, nigdy o niej nie słyszałem, ale przez telefon wydała się całkiem sympatyczną osobą, do tego ładnie się prezentowała, więc pomyślałem: "nadaje się do roli filmowej lalki Barbie". I nagle pojawiło się zainteresowanie mediów. Wirtualna Polska, Pudelki, Kozaczki, cholera wie, co tam jeszcze. Wtedy dopiero poszperałem po sieci i wynalazłem parę informacji o Patrycji, które - delikatnie mówiąc - mnie nie zachwyciły. Ale skoro powiedziało się "a", to trzeba było powiedzieć i "b". Patrycja całkiem nieźle wczuła się w rolę koproducentki, załatwiła do współpracy Filop Entertainment, którzy nie dość, że mieli mega sprzęt, to jeszcze zwyczajnie znali się na rzeczy. Załatwiła nam też lokację do zdjęć. Oczywiście, trzeba było robić kolejne poprawki w tekście, niektóre mniej lub bardziej delikatnie zasugerowane przez Patrycję (aczkolwiek większość jej pomysłów nijak nie pasowałaby do koncepcji fabuły filmu, choć pomogłaby zapewne w nadaniu medialnego rozgłosu). Do tego zapowiedź, że film powstanie w 3D. Tak w skrócie weszliśmy w mainstream, jednak odbiliśmy się od niego z hukiem. Parę dni przed zdjęciami wyszły jakieś kwasy między Patrycją Pająk, a Jarkiem Kowalczykiem z Filop Entertainment i Patrycją Wojnarowską, a kolejne pomysły na zmiany w fabule spychały "Wrota piekieł" w stronę niezamierzonej autoparodii. W ostateczności, tuż przed zdjęciami, Filop Entertainment wycofał się z produkcji, ja również nie zamierzałem dalej tego ciągnąć i "Wrota piekieł" upadły po raz drugi, dodatkowo rozsiewając sporo nienajlepszej opinii po filmowym światku. I nie tylko, bo sporo osób, które na początku filmowi kibicowały, odwróciło się, widząc w jaką stronę zmierza. Były potem kolejne, nieśmiałe próby reanimowania trupa, ale ostatecznie aż do grudnia zeszłego roku nic się nie działo wokół filmu. Dopiero pod koniec roku pod szyldem grupy DualStar Pictures zdecydowaliśmy się na współpracę z Agnieszką Kwiatkowską, która co prawda zażądała sporo - między innymi drastyczne zmiany w obsadzie - ale i sporo oferowała: możliwość załatwienia dużego budżetu. W miarę jednak, jak prace nad kolejną poprawką scenariusza szły do przodu, a wokół samego finansowania nie działo się nic, powiedziałem: "dość". Przez ponad półtora roku chciałem wbić się tym filmem do mainstreamu, jednak efekt był odwrotny. Straciłem sympatię i zaufanie wielu osób, gdzieś po drodze straciłem nawet zapał do robienia tego filmu. Praca nad ostatnim draftem była dla mnie koszmarem, a gotowym tekstem, mimo, że w mojej opinii niezłym, dosłownie się brzydziłem. Nie chciałem być już częścią tego filmu, mieć z nim nic wspólnego. Ten projekt ukradł i zmarnował mi po prostu zbyt dużo czasu i energii. Dodatkowo, widziałem, że mimo pewnych ustaleń, znowu jedyną osobą, która coś robi w związku z tym filmem, jestem ja. Bo, do diaska, jeśli pani koproducent chciała zacząć zdjęcia w lipcu tego roku, to dlaczego chciała rozmowy o budżecie ze swoim "tajemniczym kontaktem" zacząć dopiero pod koniec marca? Chciałem być fair, więc powiedziałem jej, że wycofuję się z projektu, ale by nie zostawiać jej na lodzie wobec ewentualnych rozmów  z inwestorem, zaproponowałem, żeby skontaktowała się z nim, odkupiła scenariusz i zrobiła z nim, co tylko zechce. W odpowiedzi, dowiedziałem się, że jestem niesłowny, niestabilny i wystawiam ją do wiatru. Postanowiłem więc ostatecznie pogrzebać ten projekt i wrócić do filmu, od którego wszystko się zaczęło - tak zrodził się pomysł na "Legendę 3D". To taka odtrutka na te zmarnowane półtora roku przykrych doświadczeń, a jednocześnie szansa na pokazanie wszystkim, na co mnie stać. To też projekt symboliczny, bo reaktywujący Bad Wolf Pictures i współpracę z wieloma osobami, które udzielały się przy powstawaniu oryginalnego filmu.
TDZP: Czyli rzeczywiście niezły galimatias z tego wyszedł. W sumie Ci się nie dziwię, że ostatecznie postanowiłeś odpuścić. Niemniej jednak masz to już za sobą i teraz najważniejszym projektem jest remake Legendy. Obaj interesujemy się filmową grozą, jednak to Ty jako młody, początkujący filmowiec zdobyłeś już jakieś doświadczenie w tej materii. Powiedz, co sądzisz o przyszłości polskiego kina niezależnego? Jakich rad udzieliłbyś debiutującym filmowcom?
Ł.S: Polskie kino niezależne, fajnie to brzmi. Problemem polskiego offu, jest polski off. Na Zachodzie, twórcy nie boją się mówić o swoich filmach: "amatorskie", "niezależne". Wysyłają swoje dziełka na festiwale, gdzie w jury zasiadają poważni filmowcy, którzy może i kiedyś w independencie siedzieli, ale teraz bawią się już w piaskownicy z chłopakami z dużych studiów. U nas, problemem jest, że w offowym światku wszyscy znają wszystkich. Matwiejczyk zna Bodo Koxa, Bodo Kox zna Matwiejczyka i tak dalej. Ci ludzie kręcą swoje filmy, przy których współpracują ze sobą na różnych polach, a potem oni lub ich znajomi/współpracownicy zasiadają w jury festiwali kina offowego i przyznają sobie nagrody. To takie zamknięte kółko wzajemnej adoracji. Broń Boże, nie mówię, że filmy nagradzane na takich eventach to chłam - co to, to nie. Ale sporo wartościowych produkcji jest niezauważanych, niedocenianych, czy wręcz przepada, bo nie zrobił tego właśnie jakiś offowiec z "głośnym" nazwiskiem, czy po prostu jury lub krytycy woleli skupić się na dramacie o kazirodztwie/homoseksualizmie/czymkolwiek innym. Niezależne kino grozy cierpi na tym, bo nie jest traktowane na poważnie, a zapaleniec z grupką znajomych nie jest traktowany na równi ze studentem filmówki. Znaczące jest też to, że ci bardziej uznani twórcy polskiego filmowego podziemia dość niechętnie podchodzą do współpracy z żółtodziobami, patrzą na nich z góry, nierzadko z pogardą. Bo zdolny dzieciak z iPhonem jest dla nich gorszy, od beztalencia, ale wyposażonego w kamerę filmową i taśmę 35mm. Dopóki to się nie zmieni, polskie kino niezależne, nigdy nie będzie konkurencją dla mainstreamu.
Co się zaś tyczy udzielania rad... Nie lubię tego. Po pierwsze - nie mam w zasadzie żadnych znaczących osiągnięć, autorytetu, więc kim ja jestem, żeby udzielać rad sobie podobnym. Z drugiej strony - miałem tę rzadką okazję powąchać mainstreamu, odbić się od niego i wyciągnąć parę wniosków z tej nieudanej przygody, którymi mogę się podzielić z innymi. Jeśli więc miałbym już coś doradzać, to przede wszystkim złotą zasadą jest mierzenie sił na zamiary. Nie zabieraj się za dużą, mainstreamową produkcję, nie mając na koncie nic, co za prawie mainstreamowy film mogłoby uchodzić. Aktorzy, tacy profesjonalni, będą na Ciebie patrzeć z przymrużeniem oka, chyba, że masz kasę i im płacisz. Ale tak jest rzadko. Również kompletowanie ekipy z profesjonalistów, dopóki czegoś nie osiągniesz, jest kiepskim pomysłem, chyba, że to autentyczni zapaleńcy. Powód - ten sam, co z aktorami. Najważniejsze, to dopóki siedzisz w offie, by otaczać się ludźmi pełnymi pasji i entuzjazmu, jak ty sam. Paradoksalnie, z koszmaru, jakim było męczenie się z "Wrotami piekieł", najmilej wspominam zeszłoroczne podejście, gdy "gwiazdką" produkcji miała być Patrycja Pająk. Dlaczego? Bo zarówno ona, jak i Jarek Kowalczyk z Filop Entertainment chcieli ten film naprawdę  zrobić. Mieli tonę zapału, entuzjazmu, chęci. Byli równie nakręceni, co ja i gdyby okoliczności bardziej nam sprzyjały, "Wrota piekieł" powstałyby. Co prawda nie takie, jak je sobie wyobrażałem, ale jednak.
No i jeszcze jedna rada - ciesz siebie i innych tym, co robisz. Nie zawracaj sobie głowy krytyką, jeśli opinie widzów są pozytywne. W końcu to dla nich robisz filmy, nie dla facetów, których pracą jest wytykanie błędów filmowcom.
TDZP: Jeżeli przyjrzeć się bliżej to faktycznie z tą naszą filmową grozą nie jest najlepiej. I nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie kina niezależnego, ale w ogóle. Wydaje mi się jednak, że o ile polski filmowy horror kuleje, o tyle z naszą rodzimą literacką grozą jest już nieco lepiej. Przyznam, że dopiero od pewnego czasu bliżej przyglądam się poczynaniom naszych polskich autorów i jestem naprawdę mile zaskoczony. Wcześniej wybierałem raczej powieści zagranicznych pisarzy. A jak to jest u Ciebie? Czytujesz jakichś polskich autorów, czy może sięgasz raczej po powieści zagraniczne?
Ł.S: Jestem fanem horroru i nie tylko spod pióra Stephena Kinga. To mistrz, niekwestionowany wirtuoz słowa, który z czasem pozornie idiotycznego pomysłu potrafi wycisnąć w miarę możliwości wiarygodną historię. Czytuję Shauna Hutsona, Grahama Mastertona. Ostatnio sięgam po polskie antologie - "Gorefikacje", "Pokój do wynajęcia", "11 cięć" czy "Cztery pory mroku". Generalnie, kibicuję polskim twórcom, nawet jeśli ich wizja odbiega od mojej, nieco bardziej komercyjnej, łagodniejszej. Dla przykładu: nie jestem miłośnikiem ekstremalnego horroru, ale są tacy, jak na przykład  Tomasz Czarny, którzy posługują się nią w mistrzowski sposób, tworząc małe dzieła sztuki. Wręcz ubóstwiam "Wypychacza zwierząt" Jarosława Grzędowicza. Jeśli kogoś możemy nazwać polskim Kingiem, to tylko jego. Facet łączy ambitne pomysły z prostą, przystępną dla każdego czytelnika formą, dzięki czemu jego twórczość ma nie tylko potencjał komercyjny, ale i kolosalną siłę rażenia.
TDZP: Hmm… Gorefikacje powiadasz? A czytałeś może Gorefikacje II? Jeśli nie, to polecam. Według mnie dwójka prezentuje znacznie lepszy poziom – zarówno pod względem treści, jak i jakości. Tomaszowi Czarnemu również mocno kibicuję, bo uważam, że tkwi w nim spory potencjał. Podobnie sprawa ma się z Tomkiem Siwcem. Zapoznałem się co prawda zaledwie z kilkoma jego tekstami, ale styl jakim się posługuje od razu przypadł mi do gustu. A jeśli chodzi o filmowy horror? Masz jakichś ulubionych twórców, czy ogólnie – jakiś konkretny podgatunek filmowej grozy, który najbardziej Ci odpowiada?
Ł.S: Gorefikacje II czekają na dysku mojego komputera na chwilę wolnego czasu, by móc je przeczytać. Aczkolwiek jedynka narobiła mi apetytu. Co do gustu filmowego - inspiruję się Samem Raimim, Wesem Cravenem, Alexandre Ają. Generalnie, podoba mi się takie lekko ironiczne spojrzenie na gatunek, jak choćby w "Krzyku". Jak powiedział kiedyś pewien mądry człowiek: "after you scare shit out of your audience, make the laugh". Nie mam swojego ulubionego podgatunku kina grozy, staram się raczej dostosowywać do tematyki, która na daną chwilę najbardziej mnie "kręci".
TDZP: W sieci spotkać można czasami rozbieżne opinie na temat ewolucji filmowego horroru. Są osoby, które uważają, że filmowa groza zatrzymała się tak naprawdę na latach 80. i w obecnej chwili przeżywa poważny kryzys. Inni uważają jednak, że jest zupełnie inaczej – filmowy horror powoli budzi się ze stagnacji i wcale nie jest tak źle. Ba, pojawiają się nawet opinie, że współczesny horror przeżywa istny renesans. A co Ty o tym sądzisz?
Ł.S: Prawda, jak zwykle, leży gdzieś po środku. Faktycznie, kino - nie tylko grozy - w latach osiemdziesiątych było inne. Czy lepsze - pod pewnymi względami na pewno tak. Jeśli chodzi o walory czysto rozrywkowe, to idealnie spełniało ono swoją rolę. Nikt nie krępował twórców, ich ambicji. Z niektórych produkcji wręcz bije entuzjazm czystej radości tworzenie i to udziela się widzowi. Czasy się jednak zmieniają, formuła się wyczerpała i po okresie posuchy w następnej dekadzie, na początku nowego tysiąclecia faktycznie zaczyna wracać moda na kino grozy. Na pewno wiele znaczy tu napływ świeżej krwi z Europy - Aja, Marshall, Balaguero, Weisz... Że o nieco już oklepanych Azjatach nie wspomnę. Dzięki nim, młodym, niezależnym twórcom, uczonych kina od podstaw w Europie, gdzie hołduje się innym wartościom, niż słupki w zestawieniu box-office'u, w Hollywoodzkiej machinie coś się w końcu ruszyło i w ostatnich latach obserwujemy coraz więcej ciekawych tytułów, jak "Dom w głębi lasu", remake "Martwego zła", czy kapitalna ekranizacja "John Dies At The End". Nie zapominajmy też o kinie undergroundowym, niszowym, mającego korzenie w nagrywanych na kamerach VHS produkcjach braci Polonia. Z resztą, kapitalny hołd złożyli im twórcy związani z amerykańskim nurtem mumblecore z Adamem Wingardem i Joe Swanbergiem na czele w dwóch częściach antologii "V/H/S".
TDZP: No dobrze. Na koniec chciałbym jeszcze zapytać Cię o jedną rzecz. Jesteś osobą, która za wszelką cenę nie poddaje się i uparcie dąży do realizacji swoich marzeń, co widać choćby po próbie wznowienia Twojego pierwszego filmu. Powiedz, co motywuje Cię do realizacji swoich filmowych pasji?
Ł.S: Może głupio to zabrzmi, ale kolejne niepowodzenia. Łatwo byłoby robić kolejne filmy, gdyby wszystko po drodze się udawało. Gdy jednak się nie udaje, nie należy załamywać rąk, tylko iść pod prąd nie zwracając uwagi na nieprzychylne okoliczności. Może to nienajlepszy przykład, ale popatrzmy na takiego Uwe Bolla. Większość jego filmów to syf, kiła i mogiła. Powinni dla tych jego adaptacji gier wymyślić osobny gatunek filmowy. Ale ten sam facet, który seryjnie kręci gnioty, potrafi od czasu do czasu dać światu fajne, niszowe kino, niepozbawione ambicji, jak "Stoic" czy "Darfur". Kto po "Piranii II" spodziewał się, że James Cameron zostanie jednym z najlepszych, a na pewno najważniejszych reżyserów swojej epoki? Z kolei w drugą stronę poszło to z Shyamalanem - facet genialnie zadebiutował, a potem stracił jaja i chęć udoskonalania swojego warsztatu w kolejnych produkcjach.
Mam też swoje ambicje, przy czym jestem też umiarkowanym realistą. Wiem, jakie błędy do tej pory popełniłem i wiem, jak je poprawić. Mam coś do udowodnienia nie tylko sobie, ale i wszystkim, którym moje nazwisko mniej, lub bardziej przypadkowo obiło się o uszy.
Kolejnym ważnym czynnikiem jest najzwyczajniej w świecie moja pasja - ja po prostu kocham kino. A, jak wiadomo, szczere uczucie, niczym w komediach romantycznych, w końcu, choć po wielu przygodach, zostaje odwzajemnione. A życie to przecież taki długi film, więc dlaczego i w nim nie miałyby zdarzać się szczęśliwe zakończenia? ;)
TDZP: Bardzo mądre słowa. Sądzę, że z pewnością mogłyby posłużyć za motywację dla osób, które nie wierzą we własne możliwości i poddają się już przy pierwszych niepowodzeniach, rezygnując z tego, co tak naprawdę stanowi ich życiową pasję. Życzę Ci więc Łukaszu samych sukcesów na drodze ku realizacji filmowych zamiłowań i dziękuję za udzielenie wyczerpujących wypowiedzi na nurtujące mnie pytania.
Ł.S: Również dziękuję za możliwość podzielenia się swoimi przemyśleniami, choć momentami przypominało to spowiedź ;) Jeszcze raz dzięki i wzajemnie życzę powodzenia i samych sukcesów, bo stronę prowadzisz arcyciekawą i przydałoby się, by trafiła do jak najszerszego grona odbiorców.
***
Wszystkich zainteresowanych filmem Legenda 3D zapraszam na oficjalną stronę http://filmlegenda.bnx.pl/news.php oraz na fanpage produkcji (https://www.facebook.com/Legenda3D). Osoby chętne wesprzeć projekt finansowo zapraszam na stronę polakpotrafi.pl (http://polakpotrafi.pl/projekt/legenda-3d).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz