niedziela, 12 kwietnia 2015

Recenzja: Wilkołacze sny (aka Når dyrene drømmer), 2014

Motyw likantropii został chyba - pisząc kolokwialnie - doszczętnie zajeżdżony przez współczesne kino grozy i nie potrzeba specjalnie nadwyrężać szarych komórek, by bez problemu wymienić choćby jedną pozycję filmową z wilkołakami w roli głównej. Wokół tej tematyki nieśmiało krąży duński reżyser Jonas Alexander Arnby w swoim pierwszym pełnometrażowym filmie na podstawie scenariusza Rasmusa Bircha. Każda nowa propozycja poruszająca tematykę wampiryzmu tudzież wilkołactwa może wywołać mieszane uczucia zwłaszcza u osób cierpiących na tzw. "zmierzchofobię", która objawia się wstrętem na widok wilkołaczej sierści czy wampirzych kłów na ekranie. Również należę do grona osób cierpiących na tę zarazę, więc jak nie trudno się domyślić, z propozycją Arnby'ego nie wiązałem specjalnie wielkich nadziei. Mimo wszystko z chęcią zabrałem się za ten film, nie nastawiając się jednocześnie na fajerwerki i prawdziwy horror z krwi i kości. Miałem to szczęście, że nie dałem się zwieść polskiemu tytułowi oraz złudnym klasyfikacjom tego filmu jako horror.


19-letnia Marie (Sonia Suhl), zaczyna odczuwać, że przestaje panować nad swoim ciałem. To, co dzieje się z jej organizmem, wydaje się mieć dziwny związek z wydarzeniami rozgrywającymi się na rybackiej wyspie, zamieszkałej przez jej rodzinę, a także z chorobą jej matki, która od lat porusza się na wózku inwalidzkim. Dziewczynę wychowuje nadopiekuńczy ojciec w małym domu w pobliżu morza.  Bohaterka podejmuje pracę w zakładzie przetwórstwa rybnego, w którym pracują niemal wyłącznie mężczyźni. Poznając swoich współpracowników, uświadamia sobie, że jej rodzina skrywa tajemnicę, o której istnieniu nie miała dotąd pojęcia. Wrogie nastawienie ludzi, budzi w niej niepokój nie mniejszy od tego, który wywołuje wyrastające na jej klatce piersiowej włosy. Chociaż miejscowy lekarz zapewnia ją, że wszystko z jej ciałem jest w porządku, Marie nie może się powstrzymać przed zadawaniem sobie pytań o to, kim tak naprawdę jest i jaka jest jej natura.*

"Wilkołacze sny" to z pewnością film niedoceniony przez wielu polskich widzów i niektórych krytyków filmowych, którzy nie pozostawiają na nim ani jednej suchej nitki. Widać to po dosyć rozbieżnych opiniach krążących po sieci. Propozycji Arnby'ego zarzuca się fabularną wtórność, powielanie schematów, brak jakiejkolwiek akcji. Wielu widzów skwitowało film stwierdzeniem, że to skuteczny lek na bezsenność i że Duńczycy, podobnie jak Polacy, nie potrafią zrobić porządnego horroru. Tymczasem "Wilkołacze sny" zostały docenione w Konkursie Debiutów Operatorskich, w którym postanowiono nagrodzić Niels'a Thastum'a za wspaniałe zdjęcia do filmu. Na tym się nie skończyło. Debiutancki film duńskiego reżysera otrzymał również kilka nominacji do najważniejszej nagrody filmowej Robert w Danii, przyznawanej przez
Duńską Akademię Filmową. Skąd więc te rozbieżne opinie?

No właśnie. Uważam, że problem tego filmu leży w jego błędnej klasyfikacji. Na wielu filmowych portalach przypisuje mu się bowiem łatkę "horror" i niejeden widz głodny krwistego filmu i mrożących krew w żyłach scen ocenia "Wilkołacze sny" pod pryzmatem tego właśnie gatunku. Tymczasem propozycja Duńczyków sięga daleko poza sztywne granice horroru, których zwykliśmy się kurczowo trzymać. "Wilkołacze sny" pretendują raczej do miana dramatu psychologicznego, poruszającego się wokół problematyki braku tolerancji, akceptacji własnej osoby i odmienności, do którego subtelnie wplata się elementy charakteryzujące film grozy. Arnby zdecydowanie częściej skupia swoją uwagę na uwypukleniu wątków dramatycznych, elementy grozy traktuje natomiast jedynie jako dodatek. Samą etiologię tajemniczej przypadłości Marie bohaterowie filmu ani razu nie nazwą po imieniu, trudno więc nawet stwierdzić jednoznacznie, czy aby na pewno mamy tu do czynienia z filmem traktującym o likantropii (choć objawy choroby przypominają typowe wilkołacze zachowania). Zwodnicze okazuje się więc polskie tłumaczenie filmu, gdyż w dosłownym znaczeniu "Når dyrene drømmer" oznacza tyle, co "kiedy zwierzęta śpią". Tymczasem polski odpowiednik - "Wilkołacze sny" - daje odbiorcy sygnał, że będzie miał do czynienia z obrazem stricte traktującym o wilkołakach. A jeśli o tych mowa w kinematografii, zazwyczaj mamy na myśli horror.

Arnby nie skupia się jednak na skutecznym straszeniu widza, co jest głównym zadaniem rasowego dreszczowca, a na tym, by wzbudzić u niego współczucie względem sytuacji, w jakiej znalazła się główna bohaterka. Nie ma więc najmniejszego sensu doszukiwać się w tym filmie obrazów wyjętych z prosto z pełnokrwistego horroru. Nie uraczymy tutaj scen rozszarpywania ludzkiego ciała za pomocą złowieszczych, ostrych kłów wilkołaka - sceny ataku Marie na swoich prześladowców zostały nakręcone dość oszczędnie, dalekie są od przesadnego epatowania brutalnością. Tkwi w tym jednak jakiś urok, który może się spodobać zwłaszcza osobom stroniącym od obrzydliwości, a ceniącym sobie posępny, gęsty nastrój, jakim przesiąknięty jest cały film. To jest właśnie największy atut "Wilkołaczych snów". Niemalże cały czas towarzyszą nam piękne i na swój sposób niepokojące kadry duńskich krajobrazów nadmorskich, utrzymanych w metalicznej, chłodnej tonacji. Za to właśnie produkcja została doceniona podczas wspomnianego już Konkursu Debiutów Operatorskich. Do tego dochodzi jeszcze tajemnica choroby, na którą cierpi Marie oraz jej matka - nie znamy jej pochodzenia, nie mamy też zielonego pojęcia, czy jest to w ogóle przypadłość uleczalna. Wiemy tylko, że nie podoba to się mieszkańcom niewielkiej przybrzeżnej miejscowości, którzy w obawie o własne bezpieczeństwo będą usiłowali stawić czoła jej nosicielkom.


Do odegrania roli Marie reżyser zaprosił szczuplutką i wymizerowaną Sonię Suhl, genialnie wczuwającą się w postać dziewczyny prześladowanej przez okoliczną społeczność. Jej maniera aktorska jest w stanie wzbudzić w nas ogromne pokłady sympatii względem postaci, w którą się wciela - jest niebywale autentyczna i naturalna w tym, co robi. Marie zostaje otoczona nieprzyjaźnie do niej nastawionymi ludźmi, staje się obiektem drwin i głupich dowcipów. Do tego dochodzą nietypowe zmiany w jej organizmie, których dziewczyna nie jest w stanie racjonalnie wytłumaczyć i nad którymi z czasem nie może zapanować. Rozstrojona emocjonalnie, wkrótce zaczyna ulegać przemianie zarówno fizycznej, jak i psychicznej. W kruchej i słabej osobowości odradza się chęć odwetu za wyrządzone zło. Taki obraz głównej bohaterki sprawia, że film Arnby'ego nabiera nieco moralizatorskiego wydźwięku, staje się przestrogą dla społeczeństwa piętnującego odmienność, szydzącego z tolerancji, a pochwałą względem odwagi, jaką cechują się ludzie wyciągający pomocną dłoń w kierunku człowieka społecznie napiętnowanego. Takie właśnie zachowanie cechuje Daniela - chłopaka, który postanawia stanąć w obronie dziewczyny i który staje się dla niej jedyną osobą, której może w pełni zaufać.

Historia przedstawiona przez Arnby'ego, przepełniona dobrze nakreśloną dramaturgią głównej bohaterki, dąży jednak do urwanego, niezbyt zadowalającego zakończenia. Oczekiwałem zdecydowanie większego przytupu na sam koniec, co wcale nie oznacza, że  nie znajdą się zwolennicy finału zaproponowanego w takiej, a nie innej odsłonie. Czy zatem "Wilkołacze sny" można polecić wielbicielom horrorów? Moja odpowiedź jest jednoznaczna: tak. Ale są dwa warunki, które koniecznie należy zaakceptować. Po pierwsze: nie zwracajmy uwagi na polski tytuł, gdyż może nas wprowadzić w błąd. To film, który traktuje co prawda o zwierzęcych instynktach kryjących się w ludzkiej naturze, ale nie spodziewajmy się widoku klasycznego wilkołaka z ogonem, spiczastymi uszami, groźnymi pazurskami i ostrym uzębieniem. Po drugie: nie oczekujmy również horroru w dosłownym rozumieniu tego słowa. Arnby udowadnia nam bowiem, że granice współczesnej grozy są niebywale cienkie i mogą mieszać się razem z innymi gatunkami filmowymi. W przypadku omawianego tutaj filmu groza idzie pod rączkę z dramatem, co nawet może się spodobać, jeżeli zasiadając do seansu będziemy pamiętać o wspomnianych wyżej warunkach.

Tytuł oryginalny: Når dyrene drømmer
Tytuł polski: Wilkołacze sny
Rok produkcji: 2014
Gatunek: groza/dramat
Czas trwania: 1 godz. 24 min.
Reżyseria: Jonas Alexander Arnby

* opis dystrybutora. 

Autor: Konrad.

2 komentarze:

  1. Co chwilę przekładam "Wilkołacze sny" na inny czas, ale chyba pora by zabrać się w końcu za tą produkcję. Nie ukrywam, nieco mnie do tego zachęciłeś :D Może uda mi się to szybko nadrobić. A tak poza tym - naprawdę dobry tekst! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki, staram się, by teksty tu zamieszczane były w miarę "zjadliwe";) Co do filmu - polecam, naprawdę warto, choć jak zaznaczyłem w recenzji nie należy nastawiać się na czysty gatunkowo horror z zapierającymi dech w piersiach zwrotami akcji.

    OdpowiedzUsuń