niedziela, 7 czerwca 2015

Recenzja: Babadook (aka The Babadook), 2014

"Słyszy Twój głos, zna każdy krok. Gdziekolwiek spojrzysz jest... Babadook" - ostrzegają napisy na plakatach promujących debiut reżyserski Australijki Jennifer Kent. Ta niepokojąca rymowanka przywodzi mi na myśl tę z Koszmaru z ulicy Wiązów, która przestrzegała przed najbardziej rozpoznawalną ikoną horroru - niezastąpionym i złowieszczym Freddy'm Krueger'em. Jennifer Kent chwyciła za motyw potworów z dziecięcych lat i straszy właśnie czymś kuriozalnym i wydawałoby się... zupełnie błahym. Przeraża czymś, co na taśmach filmowej grozy pojawiało się już niejednokrotnie i jest nam doskonale znane, bo jeśli trochę pomyśleć, to przez kino grozy trochę się tych boogeyman'ów przewinęło. Z drugiej strony cóż może być bardziej niepokojącego od tajemniczych szmerów i stuków, które nocą nie dają nam spać? Cóż może bardziej wywołać ciary przerażenia niż tajemnicze cienie falujące tuż nad naszym łóżkiem, czy kosmate potwory czające się szafie? Okazuje się, że strach i niepokój można wywołać opowieścią z głębszym przesłaniem, aniżeli prostą historyjką o potworze nękającym małe dziecko.

Amelia, samotna matka wychowująca siedmioletniego Samuela, stara się pozbierać po śmierci męża, który kilka lat temu wioząc ją na porodówkę, zginął w wypadku samochodowym. Od tej pory kobieta skupia całą swą uwagę tylko na wychowaniu syna, którego od najmłodszych lat dręczą koszmary. Kiedy Samuel nie może zasnąć, kobieta czyta mu wtedy książeczki z bajkami. Pewnego razu w jej ręce wpada tajemnicza książka z opowiadaniami o Babadook'u. Czytając dziecku tę dziwną i niepokojącą bajkę, nie wie jeszcze, że właśnie wkracza w koszmar, o którym nigdy nie śniła.

Horrorów takich, jak Babadook we współczesnym kinie grozy tylko ze świecą szukać. Sięgając po tę propozycję australijsko-kanadyjską, możemy czuć się jak pasażerowie wehikułu czasu, który z każdą minutą seansu przeniesie nas do minionych lat ubiegłego wieku, gdzie ówczesna kinematografia sprzyjała filmowej grozie, nieskażonej marniutkimi efektami komputerowymi i beznadziejnymi bohaterami, za to nasyconej licznymi przesłaniami i metaforami. Każdy pewnie puknie się teraz w czoło i powie, że horror to raczej nie ten gatunek, w którym należałoby dopatrywać się drugiego dna, że filmowa groza nastawiona jest tak naprawdę na tanią rozrywkę, która ma dostarczyć widzowi mocnych wrażeń w postaci rozprutych flaków, schematycznych scen i płaskich postaci. Otóż Jennifer Kent swoim - nie boję się użyć tego słowa - arcydziełem współczesnego horroru udowadnia nam, że filmowa groza może nieść ze sobą treści o wiele głębszym znaczeniu.


W Babadook'u od początku daje się odczuć ducha klasycznych dzieł Romana Polańskiego, jak choćby Wstręt, czy Dziecko Rosemary, a stawianie filmu Kent obok takich kultowych filmów grozy jak Omen Richarda Donnera, czy Psychoza Alfreda Hitchcocka nie powinno raczej nikogo zdziwić. Niepokój i grozę zbudowano tu bowiem na specyficznych relacjach łączących matkę z synem oraz opłakanej sytuacji, z jaką przyszło im się zmierzyć. Kent wprowadza nas w monotonny świat głównej bohaterki, która nie może poradzić sobie zarówno ze stratą męża, jak i problemami w wychowaniu chwiejnego emocjonalnie dziecka. Reżyserce udało się w mistrzowski sposób nakreślić niestabilny stan psychiczny matki samotnie wychowującej zbuntowanego i nieusłuchanego syna. Ciągły brak snu, problemy w pracy, brak wsparcia ze strony najbliższych, odizolowanie od świata, uciążliwe problemy wychowawcze oraz pogłębiająca się depresja Amelii niemalże od samego początku wypełzają z ekranu i obezwładniają widza, dogłębnie uświadamiając mu, że groza przybiera czasami realne oblicza i może okazać się niebezpieczna w skutkach. Dowodem tego są wizje w postaci złowieszczych cieni przedstawiających postać w płaszczu i kapeluszu, wyjętą rodem z książki, którą Amelia przeczytała synowi na dobranoc. Nie mamy bladego pojęcia, czy tytułowy Babadook, którego widzą główni bohaterowie filmu jest produktem rozwijającej się choroby psychicznej jednego z nich (a może obojga?), czy może tajemnicze cienie, stuki i szmery mają jednak podłoże paranormalne. O wyjątkowości tego filmu zadecydował fakt, że Jennifer Kent nie podała widzowi ostatecznej odpowiedzi na te pytania, otwierając jednocześnie furtkę do własnej interpretacji i wyciągnięcia odpowiednich wniosków.


Babadook zachwyca nie tylko ciekawą i przemyślaną historią z morałem, ale również minimalizmem w zastosowaniu efektów specjalnych. Zabieg ten niewątpliwie skutecznie sprawdza się w przypadku horrorów psychologicznych. Uciążliwą stagnację i beznadzieję, w której utkwiła główna bohaterka filmu odzwierciedlono przykuwającymi uwagę zdjęciami Radosława Ładczuka (Sala samobójcówJesteś Bogiem), który skupił się na wykreowaniu domu Amelii na miejsce niezwykle ponure, ogarnięte mrokiem, będące na swój sposób jedynym świadkiem dramatu rozgrywającego się przysłowiowych "czterech ścianach". Skromnie urządzony, z ciemnymi, klaustrofobicznymi korytarzami i pomieszczeniami, w których czają się podejrzane cienie stanowi również stabilną i skuteczną podstawę do zbudowania nastroju grozy. Dla utrzymania realistycznego wydźwięku filmu, zminimalizowano również udział oprawy muzycznej, którą zastąpiono zwykłymi dźwiękami z otoczenia głównych bohaterów. Chwile prozaicznej i niczym niezmąconej ciszy przerywane są licznymi wrzaskami i piskami nadpobudliwego Samuela, czy głosami i dźwiękami dobywającymi się z głośników telewizora. Interesująca, choć na swój sposób schematyczna wydaje się sama kreacja tytułowego Babadook'a. Upiór w czarnym płaszczu, z kapeluszem na głowie potrafi skutecznie wkomponować się w ponurą scenografię filmu, jednak największym atutem w kreacji potwora okazały się wstawki z czarno-białymi ilustracjami ukazującymi upiora z książki, co stanowi wielki ukłon w stronę niemieckiego ekspresjonizmu i dowód na niepodważalny talent Jennifer Kent do kręcenia nastrojowych filmów grozy.

Szczególne wyróżnienie należy się dwójce aktorów, którzy całe swoje zdolności przelali na postacie, w które zostali przyodziani, a warto odnotować, że otrzymali trudny orzech do zgryzienia biorąc pod uwagę specyficzne więzi i relacje łączące Amelię z Samuelem. Podświadomie czujemy, że kobieta darzy swojego siedmioletniego syna prawdziwą matczyną miłością i wielką troską, jednak widząc jej histeryczne napady, zaczynamy obawiać się o bezpieczeństwo dziecka. Z drugiej strony w jakiś sposób współczujemy głównej bohaterce i staramy się zrozumieć jej zachowanie, widząc pogłębiające się problemy wychowawcze Samuela - chłopca zagubionego i nieradzącego sobie z emocjami, ciągle wrzeszczącego i sprawiającego kłopoty. Nie wyobrażam sobie chwiejnej emocjonalnie, nieco zagadkowej Amelii bez niezastąpionej Essie Davis, czy rozhisteryzowanego i rozwydrzonego Samuela bez Noah Wiseman'a, który notabene od razu zajął u mnie czołowe miejsce wśród najbardziej upiornych dzieciaków z filmowych horrorów, zaraz obok demonicznego Damiena z filmu Omen i opętanej Regan z Egzorcysty. Nie mam wątpliwości co do tego, że prawdopodobnie ta dwójka odegrała jak dotąd najważniejsze role w swojej karierze.

Wielu krytyków filmowych traktuje horror z przymrużeniem oka. Powszechnie panujący stereotyp, jakoby filmowy horror został pozbawiony symboliki mającej na celu przekazać widzowi jakieś głębsze przesłanie, blednieje i traci na aktualności w obliczu Babadook'a. To debiut szyty na miarę sukcesu, debiut, z którego powinien brać przykład niejeden twórca horrorów z wieloletnim stażem. Babadook jest bowiem nietuzinkowym filmem umiejętnie spajającym przejmujący dramat głównych bohaterów z grozą balansującą na granicy realizmu i ludzkiego obłędu. Tę filmową perełkę z pewnością poleciłbym wielbicielom horrorów psychologicznych, którzy od filmu oczekują przede wszystkim mocnej i wciągającej opowieści, niosącej pod warstwą fabularną jakieś ukryte przesłanie. Ostrzegam jednak, że osoby stroniące od metafor w horrorze, oczekujące wartkiej akcji i scen pełnych brutalności i krwi, seans mogą sobie darować, bowiem celem omawianego tu filmu z pewnością nie jest epatowanie scenami gore ku uciesze gawiedzi.

Tytuł oryginalny: The Babadook
Tytuł polski: Babadook
Rok produkcji: 2014
Gatunek: horror psychologiczny
Czas trwania: 1 godz. 32 min.
Reżyseria: Jennifer Kent

Autor: Konrad.

1 komentarz:

  1. Naprawdę mi się podobał. Ciekawie wplątana w to wszystko postać Babadooka i sam widz, czasem się zastanawia, czy to faktycznie istnieje, czy zaczyna świrować razem z bohaterami :D A tak poza tym - świetny tekst :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń